24 godziny temu

Siedzê na niewygodnym sto³ku, którego twardo¶æ ma nieustannie przypominaæ mi, po co na nim siedzê. Wchodzisz i wychodzisz z pokoju, krêcisz siê niespokojnie zagl±daj±c mi przez ramiê.

Pytasz co robiê. Jakby¶ nie wiedzia³, ¿e staram siê nakre¶liæ zarys kilku s³ów.  Na razie mam tylko ramy twoich my¶li. Wrzucam je do jednego worka, mieszam z wielk± ochot±, dodajê nieznanych przypraw, gotujê i nigdy nie wiem co z nich powstanie. Mówisz, ¿e jeste¶ stwórc± a ja ubieram ciê s³owami. Jestem wiêc twoim narzêdziem. Stawiasz przede mn± wino czekaj±c, a¿ skuszê siê na pierwszy ³yk, który po chwili stanie siê twoj± wygran±.

Przez niewielkie okienko obserwujê sun±ce nie¶mia³o chmury deszczowe, które w koñcu nadejd± i rozmyj± wszelkie my¶li. Muszê siê spieszyæ. Gdy zacznie padaæ bêdê ju¿ tylko s³uchaæ szelestu kropel na letnich li¶ciach.

Jêzykiem na nowo formujesz mi ucho.  Wypijasz z niego wszystkie d¼wiêki.

Kiwam siê na skrzypi±cym krze¶le.

Mi³o¶æ zaczyna siê od szyi.

K³adziesz mnie na pod³odze. Mówisz, ¿e jest jeszcze czas, ¿e zd±¿ê. Niespokojnymi rêkami gmerasz mi pod kilkoma warstwami próbuj±c rozpi±æ stanik. Zabawne s± te czytelne ruchy. Masz zimne palce. Chrobocz± mi po plecach. Ma³e twarde robaczki, które nie potrafi± siê zatrzymaæ, biegaj± po mojej skórze. Niespójny balet cia³ zmêczonych oczekiwaniem. ¦lizgam siê po twoim brzuchu. Ci±gle nie potrafiê siê zdobyæ na opór.


Posz³am dzisiaj na targ jak prosi³e¶. By³o du¿o ludzi. Chodzili pomiêdzy stoiskami wciskaj±c cia³a pod ¶mierdz±ce wilgoci± wiaty. Ociekaj±ce, skurczone od smagaj±cego je nieustannie wiatru  istnienia, nie widz±ce tego, co wa¿ne. Nie da³am rady. Uciek³am. Powiedzia³e¶, ¿ebym siê nie martwi³a, ¿e jeszcze bêdzie okazja. ¯e to by³a tylko próba. Choæ w twoich oczach dostrzeg³am b³ysk rozczarowania.

T³umaczy³e¶, ¿e powinnam patrzeæ na nich inaczej, ¿e ich istnienie jest przecie¿ przykre, nie znaj± sensu, nie maj± celu. Istniej±, bo tak jest zapisane w genach. Ciep³a krew ogrzewa cia³a, pompuje serce, nakazuje trwanie, a¿ do momentu, kiedy znudzona uzna, ¿e dalej nigdzie nie idzie. Wtedy zacina siê czasem na chwilê, czasem odp³ywa na zawsze.


Nigdy nie by³am ani szczególnie piêkna, ani szczególnie m±dra. Po prostu zwyczajna. Choæ nie do koñca. Widywa³e¶ mnie wcze¶niej. Czêsto przygl±da³e¶ siê, jak samotnie bawi³am siê tu¿ przy ulicy. Nigdy nie odchodzi³am za daleko. Trzyma³am siê blisko domu. Pamiêtam, jak godzinami sprzecza³e¶ siê z moimi rodzicami o s³owa, wtedy jeszcze dla mnie niezrozumia³e. A kiedy zginêli w wypadku przygarn±³e¶ mnie. Tak jak przygarnia siê psa.

- Imiê Twoje bêdzie Per³a – tak powiedzia³e¶, choæ wcale nie czu³am, ¿e na nie zas³ugujê. Powiedzia³e¶, ¿e kiedy¶ zrozumiem. Obieca³e¶, ¿e poka¿esz mi wszystko, wyt³umaczysz cykle które w³adaj± ¶wiatem.  Powtarza³e¶, ¿e mój k³êbek jest szczególnie spleciony, ¿e kto¶ z³±czy³ go z  wieloma losami. Choæ wcale tego nie czu³am. Podobno przemykam po wielu ¶wiatach. St±d jestem wa¿na, albo wa¿niejsza. Dostrzegam inne k³êbki, potrafiê zmieniæ ich bieg, a ¿adne istnienie nie powoduje mojego wspó³czucia. - To cecha bogów – mówi³e¶.


Dni moje pocz±tkowo wygl±da³y tak samo. Po ¶niadaniu, które przygotowywa³am dla nas sz³am do miasta, sk±d przynosi³am zakupy na kolejne dni. Miasto jednak szybko zaczê³o mnie nudziæ. Przesta³am siê nim interesowaæ. Odk±d pokaza³e¶ mi jak obserwowaæ przemijanie, zaczê³am skupiaæ siê na szczegó³ach. Czas przesta³ byæ jednolit± ca³o¶ci±, równ± i p³ynn±. Powiedzia³e¶, ¿e dopiero kiedy nauczê siê s³yszeæ rodz±ce siê ro¶liny, bêdê w stanie dostrzec z³o¿ono¶æ cz³owieka.
                                                                                                                                            

Najpierw przestajê opuszczaæ dom. Próbujê znale¼æ w nim tajne ¶cie¿ki i ciemne zakamarki w których ukry³e¶ prawdê. Z czasem jednak schodzê do ogrodu, znajduj±c w nim odpowied¼. Ka¿dego ranka, przed wschodem s³oñca k³adê swe cia³o na wilgotnym kawa³ku wszech¶wiata. Pieszczê d³oñmi miêkk±, czarn± ziemiê jak delikatn± skórê kochanka. Bawiê siê ni±. Pomiêdzy palcami przesuwam niewielkie grudki, mia¿d¿ê je opuszkami, albo odwrotnie formujê wiêksze czê¶ci. W±cham. Ch³onê ka¿dym kawa³kiem cia³a, ka¿d± por±. Uczê siê s³yszeæ d¼wiêki, dostrzegaæ to, nad czym nikt siê nie zastanawia. Wyczuwam cia³em co by³o wcze¶niej. Wk³adam palec w czarn±, wilgotn± materiê, wysiewam zdarzenia bez ³adu i sk³adu. Gdzie¶ g³êboko, pode mn± pulsuje rzeka, krew kr±¿±ca nieustannie w ¿y³ach ¶wiata. Bez pocz±tku i bez koñca, bez przyczyny i bez sensu p³ynie w nieznanym kierunku, popycha zdarzenia.
Odg³osy p³yn±ce z ziemi, niewielkie szmery kie³kuj±cych mozolnie ziaren ko³ysz± mnie do snu. ¦niê wiêc w objêciach ziemi, ¿e jestem ziarnem zdarzenia, które w  ciep³ej, wilgotnej dziurze, rozgrzanej wczorajszym s³oñcem nabrzmiewa innym ¿yciem i w koñcu pêka gdzie¶ po ¶rodku, ¿e z tego ¶rodka wysuwa siê s³aba jeszcze i w±t³a ³ody¿ka, maleñki kie³ek pr±cy ¶lepo do góry, na drug± stronê. Nie odczuwam rado¶ci ani bólu, wszelkie uczucia s± poza t± chwil±. Moje cia³o powoli przestaje byæ moje. Jakby sam fakt bycia czê¶ci± wielkiej machiny dawa³ mi obc± si³ê. A kiedy w koñcu wychodzê ponad granicê ¶wiatów, czujê pierwszy podmuch wiatru, który przechyla mnie, lecz nie przewraca. Wiatr droczy siê tylko ze mn±. 

Bywa, ¿e czujê krople deszczu, które sp³ywaj± przez mnie do ziemi, i które ssiê  potem zach³annie ca³ym cia³em. Nauczy³am siê ju¿ rozpoznawaæ przeczucia. Wiem, kiedy wy³oni siê pomarañczowa tarcza, na któr± czeka ca³e cia³o. I dr¿ê na sam jej widok. Bo jest widokiem ¿ycia i ¶mierci.

Czasami jednak nie kie³kujê, zlewam siê z tylko z rzek±, sycê siê jej dop³ywami. ¦ni mi siê wtedy, ¿e jestem d¿d¿ownic±, poch³aniam grudki ziemi, które tocz± siê przez moje wij±ce siê cia³o. Stajê siê jelitem ziemi, trawieniem. Bezmy¶lnie  pobieram i oddajê.
                                                                                                                                            

Zdarza siê, ¿e patrzymy przez okno udaj±c, ¿e ludzie to cienie przez które mo¿na swobodnie przenikaæ. Czytamy z ich wygl±du kim s±, dok±d zmierzaj± i o czym w tej chwili my¶l±. ¯onglujê ich losem. Bawiê siê powtarzalno¶ci± zdarzeñ, tych, które ju¿ by³y, i które przytrafi± siê jeszcze. A¿ w koñcu wiem, ¿e to nie wystarczy.

Dawkujesz mi wiedzê powoli. Opowiadasz o dziwnych g³osach mówi±cych o bezkresie ¶mierci, ¿e spotykasz siê ju¿ od jakiego¶ czasu z innymi, podobnymi tobie, ¿e macie plan, którego jestem czê¶ci±.


Czasami bywam nieufna, czym tylko dra¿niê twoj± osobê. – Zadajesz zbyt wiele pytañ – mówisz. A mi siê wydajê, ¿e nieustannie milczê.

Zauwa¿y³am, ¿e spotykacie siê na dole, w piwnicy. Zrobi³am ma³± dziurkê w ¶cianie i przygl±da³am siê ostatnio, jak chodzili¶cie w dziwnym krêgu. Mieli¶cie maski na twarzach i ciemne, poszarpane stroje. Nie potrafi³am rozpoznaæ ciebie. W rogu pali³a siê ¶wieca, które¶ z was ³±czy³o ja¶niejsze punkty na ziemi, k³ad±c na koñcu linii kamienie. Rozk³adali¶cie wielkie kartki, na których widzia³am ruchome s³owa. Brali¶cie je w d³onie uk³adaj±c nowe zdania, kre¶l±c nowe zdarzenia. Nie zrozumia³am jednak niczego ze strzêpków s³ów, jakie do mnie dotar³y. Zdaje siê, ¿e nie znam waszego jêzyka lub mo¿e szeptali¶cie tak cicho, ¿e brzmia³o to jak nieludzki be³kot.

Jaki¶ czas potem zesz³am na dó³, lecz spotkanie ju¿ siê skoñczy³o. Klamka z lekko¶ci± podda³a siê mojej d³oni. Dotkliwa cisza i pustka wci±gnê³y mnie, a kiedy stanê³am po ¶rodku piwnicy poczu³am dziwne mrowienie przesuwaj±ce siê po moim ciele, jakby kto¶ chcia³ zostawiæ na mnie swój oddech, przyczepiæ go do kawa³ków cia³a, wiêc zaraz odesz³am na bok. W k±cie znalaz³am resztki w³osów, które wcale nie pachnia³y ludzkimi w³osami. Zebra³o mi siê na wymioty i szybko stamt±d uciek³am.

Po tych spotkaniach ¶pisz bardzo d³ugo i nic nie mówisz przez tydzieñ.

                                                                                                                                           

Autobus szarpie niespokojnie i podskakuje na wybojach. Pó³mrok prze¶witów wstaj±cego dnia wyg³adza twarze sennych jeszcze pasa¿erów. Poranek jest wilgotny. Droga, któr± jedziemy krêta i niebezpieczna. Po szybie p³yn± krople deszczu, raz po raz ³±cz±c siê by potem na nowo rozdzieliæ, uparcie i niestrudzenie ¿³obi± nowe ¶cie¿ki. Nowe istnienia. Ka¿da kropla rozpada siê na kolejne, zlewa z innymi, niknie na dole, rozmazana wiatrem, wci¶niêta w uszczelkê. Ka¿da kropla jak jedno ¿ycie. W tym autobusie jeste¶my razem, ale osobni, stykamy siê plecami, wdychamy to samo powietrze, patrzymy w t± sam± dal, tak samo kiwamy g³owami i pochylamy siê gwa³townie do przodu, niezadowoleni kiedy kierowca hamuje.

Staram siê patrzeæ na nich tak, jak siê patrzy na obraz w muzeum, na zatrzymany kadr. Zamykam ich najpierw w ramie zdarzenia, a potem przygl±dam siê uwa¿nie, szukaj±c drobnych szczegó³ów, które wype³ni± t³o. Tak jak prosi³e¶ nie pochylam siê ju¿ nad ich istnieniem z czu³o¶ci±. S± tylko zatrzyman± chwil±.

Mê¿czyzna siedz±cy pod oknem wyci±ga portfel ze zdjêciem dziecka. - Tacy s± najlepsi – mówi³e¶. - Ci, którzy odczuwaj± strach o drugiego cz³owieka s± dla nas celem. Uwik³ani w inn± historiê, spl±tani wiêzami, których nie znamy.  Ci nie po³±czeni s± jak suche drzewa na wietrze. Sami siê z³ami±. A nas interesuj± ci, którzy siê spiesz± i s± tu tylko przez chwilê.
Staram siê jednak nie my¶leæ o nich zbyt wiele, nie przyzwyczajaæ siê do ich twarzy.

Potem odwracam siê by spojrzeæ na inn± parê, us³yszeæ ich mêtne s³owa lecz ¿adne nie pada. I nagle dostrzegam niæ tego, który siada w³a¶nie tu¿ za kierowc±. K³êbek zdarzeñ szczelnie oplata to stare, kruche jak herbatnik cia³o. Widzê jak wsuwa d³onie w ró¿ne ¶wiaty, przesuwa przestrzeñ wokó³ siebie, porz±dkuje zdarzenia. A¿ w koñcu wszystkie elementy pasuj±, znalaz³y swoiste po³±czenia, wtopi³y siê w jedn± ca³o¶æ, zmêczone przesta³y niecierpliwie buntowaæ siê na zapas, osiad³y na czyich¶ ramionach, przyklei³y siê do czyich¶ ciep³ych ud. Niæ siê wyg³adzi³a, uspokoi³a, zwinê³a w ciep³y k³êbek. Dostrzegam jeszcze ³zê, która ¿³obi ¶cie¿kê na pomarszczonej twarzy. Lecz to nie on p³acze, tylko jego serce dosta³o nag³ych spazmów wprawiaj±c ca³y ¶wiat w chwilowe odrêtwienie. Przez okno patrzy na wielkie obrazy przedstawiaj±ce pó³ nagie, g³adkie cia³a kobiet i nienaturalnie odw³osione, b³yszcz±ce torsy mê¿czyzn wskazuj±ce to, czego za chwilê bêdzie potrzebowa³. I czuje siê chory, i g³upi te¿ siê czuje. ¯e kto¶ próbuje podj±æ decyzjê za niego. 

A potem u¶miecham siê jeszcze gdy niæ skrêca i widzê, ¿e lubi siê czasem podroczyæ ze ¶wiatem. Staje wtedy na ulicy i krzyczy: - Zabi³em! Zabi³em! Czterech! Ma³o?! A wtedy starsze panie, bo dla nich przecie¿ to przedstawienie, garbi± siê jeszcze bardziej, chowaj±c struchla³e oczy w brudnych chodnikach. Szukaj± d³oñmi dziur w kieszeniach zetla³ych p³aszczy. Stawiaj± kroki poprzecznie, na opak i przera¿one przyspieszaj±, choæ wcale nie maj± dok±d. I przez t± chwilê znowu panuje nad ¶wiatem, nad sob±. Lecz zaraz potem ga¶nie, zapada siê w pó³mrok nierozumienia tego, co wokó³, w niezgodzie na taki porz±dek. Oddala siê od siebie, od swoich my¶li, stapia siê z t³em. Powoli przestaje byæ. Trwa tylko pomiêdzy ¶wiatami.

Przy oknie siedzi kobieta tul±ca na kolanach ma³ego ch³opca. Ich twarze nie s± zwrócone ku sobie. Ciszy nie przerywaj± s³owa. Widaæ jednak, ¿e s± sobie bliscy. Wokó³ dostrzegam delikatn± jak pajêczyna lecz nierozerwaln± niæ, ³±cz±c± te dwa chwilowe istnienia. Niæ pl±cze siê, czasem zmienia kierunek lecz trwa. Jakby przyczyna nie by³a znana, jakby sens znajdowa³ siê w k³êbku, nie za¶ w tym, co mo¿na by z niego wydziergaæ.

Przygl±dam siê d³ugo. Spokojnie. Widzê jak niæ splata wydarzenia przed i po. Jak wije siê najpierw w ciele kobiety, która jak klacz z wzdêtym brzuchem próbuje uciec od bólu, zgubiæ go w w±skim korytarzu, schowaæ w ciep³ej po¶cieli, wynegocjowaæ zapomnienie. Kobieta krêci siê przechodz±c z pokoju do pokoju, lecz nie potrafi znale¼æ wygodnego miejsca aby wydobyæ z siebie istnienie. W koñcu wyje jak oszala³e zwierze – nieuchronno¶ci± zach³annego bytu. Jej brzuch robi siê wtedy twardy jak zapomniany kawa³ek ciasta. Jej w³asne lecz obce i sztywne cia³o wpada w dziwny rytm, jakby nie potrafi³o siê zatrzymaæ i chcia³o samo siebie uko³ysaæ w cierpieniu, przestêpuj±c z nogi na nogê. Ból w krzy¿u jest nie do zniesienia, jak zreszt± ca³a ta chwila, która zdaje siê teraz trwaæ wieki. Kawa³ki cia³a chc± pêkn±æ, rozerwaæ siê, ale nie wiedz± z której strony maj± wyrzuciæ zawarto¶æ, oddaæ je we w³adanie obcych wydarzeñ. Ostatecznie zmêczone cia³o wyrzuca z siebie sinego ¼rebaka, a ona patrzy na niego oszala³ymi oczyma i nie wie czym jest to co¶, co wypad³o  przed chwil±. Co¶ jednak le¿y zwiniête w k³êbek poni¿ej wilgotnych ud, nie rusza siê, ma cienkie koñczyny, pod sin± skór± toczy siê krew, lecz nic siê nie dzieje.  Nie pada ¿adne s³owo, ¿aden d¼wiêk, wszyscy czekaj± na oddech, jaki powinien wydobyæ siê tej pomarszczonej skóry. ¬rebak w koñcu prê¿y swe drobne cia³ko, które nabiera kolorów, otwiera zamkniête dot±d pi±stki, kurczowo chwyta siê istnienia, rozdziawia w±ziutkie usta i trzês±c siê wydaje krzyk. Pierwszy krzyk ¿ycia. Zarazem pierwszy oddech ¶mierci.

Niæ oplata ich rano, kiedy delikatnym g³osem muska twarz dziecka szukaj±c we w³osach znajomego zapachu. A potem przez ca³y dzieñ kiedy s± razem. Lecz najsilniejsza, najszczelniej oplataj±ca wielkim k³êbkiem zdaje siê noc±, kiedy ¶pi± w oddzielonych korytarzem pokojach lecz ich oddechy mieszaj± siê razem. Ich my¶li splataj± siê gdzie¶ po ¶rodku, zag³êbiaj± siê w zakamarkach pokoi, razem dotykaj± spraw najwa¿niejszych, o których nikt nad ranem ju¿ nie pamiêta.

Widzê jeszcze jak niæ zakrêca i wije siê wokó³ ich d³oni krêpuj±c je niewypowiedzian± przysiêg±, jak rozwija siê dalej zmieniaj±c czu³y dotyk w pierwsze niezrozumia³e i wszystko znacz±ce s³owa, a potem jeszcze uk³ada je w zdania. A potem pl±cze siê nad kobiet±, która usilnie stara siê wyt³umaczyæ co znaczy, ¿e: skupujemy samochody za gotówkê albo producent blach dachowych lub jeszcze fabryka kostki brukowej, czy zwracamy pieni±dze za stare okna, oprawa obrazów. Wszystko to bêdzie musia³a wdrukowaæ w t± drobn± g³ówkê, zapisaæ i zakodowaæ. Wyja¶niæ ró¿nicê dlaczego torebki, teczki, portfele, walizki, plecaki.

Patrzê na nich tak jak mnie nauczy³e¶. Z lekk± odraz±, bo ludzkie emocje s± odra¿aj±ce. S³abe i nieudolne. Patrzê na ich zlewaj±ce siê, pokraczne cia³a, nierozdzielone jeszcze, nieutrwalone w bycie. Nic wiêcej zobaczyæ w nich nie potrafiê. Ich k³êbek powoli siê zwija.

- Po te kosmetyki jedziemy do Tesco czy Rossmana? – pyta kobieta siedz±ca przy wej¶ciu.

Mê¿czyzna siedz±cy obok milczy. Wszystko co mia³o byæ, zosta³o ju¿ dawno powiedziane. Znudzonym wzrokiem b³±dzi po mokrej szybie staraj±c siê rozszyfrowaæ znaki p³yn±ce z niewyra¼nego ¶wiata. Obraca w wyschniêtych ustach landrynkê. Ciasna kurtka pamiêtaj±ca jeszcze kszta³t wcze¶niejszego cia³a otula go szczelnie jak kombinezon nurka, niektóre szwy ju¿ pêk³y, inne jeszcze trzymaj± fason. Cisza z³amana mla¶niêciem, które zaraz wychwytuje kobieta.

- Bo jak do Tesco to by¶my kawê od razu kupili – nie daje za wygran±.

Na lewej d³oni mê¿czyzny, tu¿ nad palcem wskazuj±cym niewielki, nieco ju¿ rozmazany tatua¿. Nie widzê dok³adnie. Mo¿e to stary wilk morski, mo¿e naga Irena, pierwsza kochanka, pramatka, nieistniej±ca Wenus.

Autobus niesie te ludzkie istnienia w te same codziennie miejsca. Kiwam siê w rytmie ulicy trzymaj±c siê mocno metalowego uchwytu. Sta³am siê jedn± z nich. Wtopi³am siê w miarowe kiwanie. Nie wzbudzam ich zainteresowania.

I nagle kierowca gwa³townie hamuje. Do ¶rodka wsiada kobieta w nieokre¶lonym wieku, królowa nocy zagubiona w szaro¶ci dnia. Z³amany obcas i chwiejny krok sprawiaj±, ¿e jej zmêczone cia³o ko³ysze siê niespokojnie, próbuje z³apaæ równowagê. Idzie wprost na mnie. Jak burza spada na mnie jej kwa¶ny zapach nieprzetrawionego do koñca alkoholu. Lekko rozmazana szminka wykrzywia nienaturalnie u¶miech.

I w koñcu czujê, ¿e to stanie siê dzi¶, ju¿ teraz, za chwilê.

- Nie patrz tak na mnie – mówi.

W jej wyp³owia³ych oczach dostrzegam znu¿enie . Szal skrywa przedwcze¶nie postarza³± szyjê. Usta z mozo³em sk³adaj± s³owa.

 – Po¿ycz mi 82 grosze.

Jak æma lecê do ognia. Choæ powtarza³e¶, ¿e musi by³ t³oczno, nie mogê czekaæ ju¿ d³u¿ej. Patrz±c w jej dziwne oczy rozchylam po³acie p³aszcza. Zahaczam d³oni± o zapalnik, który przyczepi³e¶ mi rano do brzucha. £adunki s± przy silniku. Huk nie ma szans rozerwaæ bêbenków w uszach. Nie zd±¿y. Jak sztuczne ognie lecimy w powietrze. Najdalej leci ch³opiec. ¯a³uj, ¿e tego nie widzisz.




źródło:

http://www.portalliteracki.pl

Oceń informacje:

Aktualna ocena::

3

Wyślij odnośnik znajomym::

Tags:

Wchodzisz /> />Pytasz Jakby¶ ¿e Wrzucam Mówisz, ¿e Jestem Stawiasz ³yk, /> />Przez Muszê Gdy /> />Jêzykiem Wypijasz /> />Kiwam /> />Mi³o¶æ /> />K³adziesz Mówisz, ¿e ¿e Niespokojnymi Zabawne Masz Chrobocz± Ma³e Niespójny ¦lizgam Ci±gle /> /> />Posz³am By³o Chodzili ¶mierdz±ce Ociekaj±ce, Nie Uciek³am. Powiedzia³e¶, ¿ebym ¿e ¯e Choæ /> />T³umaczy³e¶, ¿e ¿e Istniej±, Ciep³a ¿e Wtedy /> /> />Nigdy Choæ Widywa³e¶ Czêsto Nigdy Trzyma³am Pamiêtam, Tak /> />- Imiê Twoje Per³a ¿e Powiedzia³e¶, ¿e Obieca³e¶, ¿e ¶wiatem.  Powtarza³e¶, ¿e ¿e Choæ Podobno ¶wiatach. St±d Dostrzegam ¿adne To /> /> />Dni ¶niadaniu, Miasto Przesta³am Odk±d Czas Powiedzia³e¶, ¿e />                                                                                                                                             /> />Najpierw Próbujê ¶cie¿ki Ka¿dego Pieszczê Bawiê Pomiêdzy W±cham. Ch³onê Uczê Wyczuwam Wk³adam ³adu Gdzie¶ ¿y³ach ¶wiata. Bez />Odg³osy ¦niê ¿e ¿yciem ¶rodku, ¿e ¶rodka ³ody¿ka, ¶lepo Nie Moje Jakby ¶wiatów, Wiatr /> />Bywa, ¿e Nauczy³am Wiem, ¿ycia ¶mierci. /> />Czasami ¦ni ¿e Stajê Bezmy¶lnie  />                                                                                                                                             /> />Zdarza ¿e ¿e Czytamy ¯onglujê Bawiê A¿ ¿e /> />Dawkujesz Opowiadasz ¶mierci, ¿e ¿e /> /> />Czasami Zadajesz ¿e /> />Zauwa¿y³am, ¿e Zrobi³am ¶cianie Mieli¶cie Nie ¶wieca, ³±czy³o Rozk³adali¶cie Brali¶cie Nie Zdaje ¿e ¿e /> />Jaki¶ Klamka Dotkliwa ¶rodku Zebra³o /> />Po ¶pisz /> />                                                                                                                                            /> />Autobus Pó³mrok Poranek Droga, ³±cz±c ¿³obi± ¶cie¿ki. Nowe Ka¿da Ka¿da ¿ycie. /> />Staram Zamykam Tak /> />Mê¿czyzna Tacy Ci, Uwik³ani Sami />Staram /> />Potem ¿adne K³êbek Widzê ¶wiaty, A¿ Niæ Dostrzegam ³zê, ¿³obi ¶cie¿kê Lecz ¶wiat Przez ¯e /> />A ¿e ¶wiatem. Staje Zabi³em! Zabi³em! Czterech! Ma³o?! A Szukaj± Stawiaj± ¶wiatem, Lecz Oddala Powoli Trwa ¶wiatami. /> />Przy Ich Ciszy Widaæ ¿e Wokó³ ³±cz±c± Niæ Jakby /> />Przygl±dam Spokojnie. Widzê Jak Kobieta Jej Jej Ból Kawa³ki Ostatecznie ¼rebaka, Co¶ Nie ¿adne ¿aden ¬rebak Pierwszy ¿ycia. Zarazem ¶mierci. /> />Niæ Lecz ¶pi± Ich ¶rodku, /> />Widzê ¿e: Wszystko Wyja¶niæ /> />Patrzê S³abe Patrzê Nic Ich /> />- Po Tesco Rossmana? /> />Mê¿czyzna Wszystko Znudzonym ¶wiata. Obraca Ciasna Cisza /> />- Bo Tesco /> />Na Nie Mo¿e Irena, Wenus. /> />Autobus Kiwam Sta³am Wtopi³am Nie /> />I ¶rodka Z³amany ¿e Idzie Jak Lekko /> />I ¿e /> />- Nie /> />W Szal Usta /> /> – Po¿ycz /> />Jak æma Choæ ¿e Patrz±c Zahaczam £adunki Huk Nie Jak Najdalej ¯a³uj, ¿e /> /> /> />

Komentarze::


Dodaj komentarz

Twój podpis:
Twój komentarz
adres WWW:
Aby dodać komentarz należy wypełnić pola komentarz i podpis.
Twój komentarz zostanie wyemitowany po zatwierdzeniu jego treści przez moderatora.


Powiązane wiadomosci