24 godziny temu
I
Wcze¶nie rano wyruszyli w drogê. Trawiony ciekawo¶ci± Rados³aw uwa¿nie rozgl±da³ siê po terenach, przez które przechodzili, lecz nie zauwa¿a³ niczego szczególnego. W koñcu zorientowa³ siê, ¿e zmierzaj± w okolice Maczugi Trolla. Jako¿ i wkrótce dotarli do wodospadu. Sambor zatrzyma³ siê.
Poczekaj chwilê, napijê siê – powiedzia³ do druida, po czym w z³o¿one razem d³onie zaczerpn±³ nieco wody i ugasi³ pragnienie – daleko jeszcze ?.
- Nie. Jeste¶my na miejscu.
- Przecie¿ tutaj nic nie ma ! – odpar³ zaskoczony.
- Ale¿ jest !. Chod¼ za mn±.
To mówi±c podszed³ do litej ¶ciany tu¿ pod niewielkim okapem skalnym, z którego kaskadami sp³ywa³a woda bij±ca ze ¼ród³a. Dotkn±³ j± d³oni±. Zamigota³a. Wszed³ wprost w ¶cianê, a zdumiony Rados³aw pod±¿y³ za nim. Znale¼li siê w nied³ugim, przestronnym tunelu. Po chwili wyszli na otwart± przestrzeñ. By³a to sporych rozmiarów kotlina otoczona zewsz±d ska³ami. Ros³o tu dooko³a mnóstwo drzew i krzewów, ³±ka pod ich stopami us³ana by³a kwieciem. Na ¶rodku zobaczy³ g³adki kamieñ o nieregularnych kszta³tach, który lekko unosi³ siê w powietrzu. Rados³aw wyczu³, ¿e bije od niego jaka¶ dziwna moc.
- To sanktuarium Enklawy – powiedzia³ do niego Sambor – miejsce potê¿nej mocy. Id¼ ¶mia³o i dotknij go d³oñmi – wskaza³ na g³az.
Rados³aw powoli podszed³ do ¶wiêtego reliktu. Z ka¿dym krokiem wyczuwana przez niego moc lawinowo ros³a. Wyci±gn±³ rêce i dotkn±³ d³oñmi kamieñ.
Dozna³ niesamowitego stanu b³ogiego spokoju i bezpieczeñstwa. Jakby nagle zanurzy³ siê w oceanie niewys³owionego dobra, które otoczy³o go zewsz±d muskaj±c jego cia³o subtelnym dotykiem. Jednocze¶nie ka¿d± cz±stk± swego jestestwa odczu³ przyp³yw ogromnych pok³adów energii, wype³niaj±cej go jak naczynie delikatnym ciep³em. Zamkn±³ z wra¿enia oczy. Po chwili je otworzy³, cofn±³ d³onie i wróci³ do druida. Zdumionym wzrokiem rozejrza³ siê wokó³. To, co ujrza³ ol¶ni³o go tak, ¿e nie potrafi³ z wra¿enia wymówiæ ani s³owa. Zewsz±d w powietrzu unosi³y siê maleñkie istoty machaj±ce skrzyde³kami jak motyle. S³ysza³ ich cichutki ¶miech.
- Spogl±dasz na ¶wiat podobnie jak druid, Rados³awie. Teraz mo¿esz zobaczyæ pe³n± jego ró¿norodno¶æ. Widzisz byty, które zwyk³y ¶miertelnik rzadko mo¿e ogl±daæ.
- Kim s± te ma³e istotki ?.
- To le¶ne rusa³ki. Zobaczysz te¿ inne postaci.
- To jest ich wiêcej ?.
- Oczywi¶cie. Na przyk³ad w wielu znanych ci miejscach spotkasz nimfy i driady. I nie tylko je zobaczysz, ale tak¿e bêdziesz móg³ z nimi rozmawiaæ.
To naprawdê niesamowite, Samborze. Czy … to s± jakie¶ niematerialne, magiczne byty ? – spyta³.
- Ale¿ sk±d. S± takimi samymi ¿ywymi istotami jak my. To, ¿e nie wszyscy je widz± nie oznacza, ¿e ich nie ma. Po prostu nie ka¿demu chc± siê pokazywaæ.
- No dobrze. A powiedz mi, co to s± te nimfy i driady ?.
- Nie co, ale kto. Sam zobaczysz – Sambor u¶miechn±³ siê zagadkowo. Poklepa³ go po plecach – chod¼my ju¿.
Wyszli z sanktuarium. Ledwo Rados³aw stan±³ w znajomym miejscu u stóp wodospadu, zaraz dostrzeg³ kobiec± postaæ w mieni±cej siê barwami têczy, mu¶linowej szacie. D³ugie, koloru dojrza³ego zbo¿a w³osy opada³y krêc±cymi siê falami na jej ramiona. By³a niezwykle piêkna.
- Dzieñ dobry, Rados³awie. – powiedzia³a melodyjnym g³osem – Mi³o ciê znowu widzieæ. Napijesz siê z mojego zdroju ?.
Dzieñ dobry – odpowiedzia³ niepewnie – Tak, chêtnie siê napijê. Kim jeste¶, pani ?.
- Nazywam siê Amelia. Jestem nimf±, i opiekujê siê tym ¼ród³em. – Poda³a mu niewielki dzban.
Wypi³ kilka ³yków i odda³ naczynie.
Ale¿ ty jeste¶ piêkna – wyrwa³o mu siê, niechc±cy. W odpowiedzi us³ysza³ radosny ¶miech.
- Dziêkujê ci, jeste¶ uroczy – zatrzepota³a d³ugimi rzêsami.
Amelio, przestañ flirtowaæ z naszym przyjacielem. – Sambor ¿artobliwie pogrozi³ jej palcem – I tak ju¿ od ciebie oczu oderwaæ nie mo¿e. – Po czym zwróci³ siê do Rados³awa – Hej, m³odzieñcze. S³yszysz mnie ?.
- Co ? – spojrza³ na niego rozkojarzonym wzrokiem – Mówi³e¶ co¶ ?.
- Owszem. Musimy ruszaæ. Do widzenia, Amelio !.
Pomacha³a im rêk± na po¿egnanie. Przez d³u¿sz± chwilê szli w milczeniu. Wreszcie Rados³aw przerwa³ ciszê.
- Czy driady, o których mówi³e¶, s± równie piêkne ?.
- Tak. Ale na razie nie powiniene¶ zaprz±taæ sobie tym g³owy. Niestety nie wszystkie istoty, które teraz spotkasz bêd± im podobne. W niektórych miejscach kryj± siê w mroku kreatury, które z pewno¶ci± nie bêd± przyja¼nie nastawione.
- No tak. Mo¿na siê by³o tego spodziewaæ. S± niebezpieczne ?.
- Niektóre. Ale wiêkszo¶æ, gdy tylko ciê zobaczy, bêdzie uciekaæ w pop³ochu.
Znów kawa³ek drogi przeszli nie wymieniaj±c ze sob± ani s³owa. Tym razem to Sambor odezwa³ siê pierwszy.
- Co¶ ciê trapi ? – zapyta³.
- Nie. My¶lê o tym, co zdarzy³o siê w sanktuarium. Czu³em wtedy, jakby przenika³a mnie jaka¶ energia. I w g³owie zaczê³o mi siê ko³ataæ jakie¶ dziwne s³owo. Mam ¶wiadomo¶æ, ¿e je znam, ale nie potrafiê go wypowiedzieæ nawet w my¶lach !.
- Przeszed³e¶ inicjacjê. Kamieñ sanktuarium nie tylko obudzi³ drzemi±c± w tobie moc pierwotnej magii, a tak¿e wielce j± wzmocni³. Dysponujesz teraz pe³ni± swoich mo¿liwo¶ci magicznych. Inni ca³ymi latami musieliby dochodziæ do tego stanu. Masz wielki zapas many i jeste¶ gotów by zacz±æ nabywaæ wiedzê magiczn±. To dobrodziejstwo wynikaj±ce z chwili twoich narodzin. A to s³owo … to magiczna formu³a, S³owo Mocy. Wyja¶niê ci dok³adnie, o co chodzi, gdy zaczniesz poznawaæ zaklêcia poziomu arcymistrza pierwotnej magii. Teraz mo¿emy rozpocz±æ naukê.
- Rozmawiali¶my bardzo du¿o o pierwotnej magii. Ale nigdy nie mówi³e¶ mi, co z tego dla mnie wynika ?.
- Czeka³em, a¿ zadasz to pytanie. Otó¿ po pierwsze rozwin±³e¶ swoje zmys³y do poziomu dla innych nieosi±galnego. Po drugie jeste¶ odporny na choroby. To ju¿ wiesz. Dalej. Po trzecie masz dar regeneracji many nawet, gdy nie ¶pisz. Po czwarte dysponujesz ogromnym potencja³em energii magicznej, dwukrotnie przewy¿szaj±cym mo¿liwo¶ci najpotê¿niejszych magów. Po pi±te – dziêki mocy pierwotnej magii jeste¶ niewra¿liwy na zaklêcia unicestwienia.
- Unicestwienia ?. A có¿ to jest ? – wtr±ci³ Rados³aw zaniepokojony tym, co us³ysza³.
- To najpotê¿niejsze zaklêcia magii s³u¿±ce natychmiastowemu pozbyciu siê przeciwnika : obrócenie w kamieñ i promieñ zag³ady. Nie ma przed nimi obrony !.
- Czy to znaczy, ¿e gdyby kto¶ rzuci³ na mnie taki czar, to nic mi siê nie stanie ?.
- Tak, Rados³awie. Gdy energia zaklêcia do ciebie dotrze czê¶æ jej ulegnie rozproszeniu, a czê¶æ odbije siê, pomknie w kierunku rzucaj±cego i porazi go w formie ogromnej kuli ognia. Mag, z którym bêdziesz walczy³ mo¿e ciê zraniæ, ale nie mo¿e ciê natychmiast zabiæ albo zrobiæ z ciebie kamiennego pos±gu. A je¶li spróbuje, czeka go niemi³a niespodzianka. Nie my¶l sobie jednak, ¿e jeste¶ nie¶miertelny. Je¶li przegrasz pojedynek, zginiesz.
- Nawet mi to nie przysz³o do g³owy.
Przerwa³e¶ mi. I po szóste – ci±gn±³ dalej druid – Masz mo¿liwo¶æ korzystania zarówno z magii ¶wiat³a, jak i ciemno¶ci. Bez konsekwencji.
- Co to znaczy ?. Nie rozumiem.
- Widzisz, natura magii jest nieco przewrotna – wyja¶nia³ Sambor – Tylko podstawowy zakres zaklêæ jest ogólnie dostêpny. Poziom zaawansowany i mistrzowski przynale¿y wy³±cznie poszczególnym nurtom. Pó¼niej ci wszystko dok³adnie wy³o¿ê, teraz by¶ zrozumia³ podam prosty przyk³ad. Magia ognia jest czê¶ci± sk³adow± magii natury. Nekromanta mo¿e u¿yæ kuli ognia, ale gdyby rzuci³ zaklêcie ognistej fali, która daje efekt rozprzestrzeniaj±cej siê na wszystkie strony ¶ciany ognia i wymaga du¿ego wydatkowania many, straci bezpowrotnie tê czê¶æ swojej energii. To samo dotyczy maga natury, rzucaj±cego czar nekromancji. Ty masz dar korzystania z obu nurtów w pe³nym ich zakresie bez gro¼by utraty many.
- W pe³nym zakresie ?. Ale¿ ta nauka bêdzie trwa³a okropnie d³ugo, Samborze !. Przecie¿ tych zaklêæ musz± byæ setki, je¶li nie wiêcej …
- Rzeczywi¶cie, gdyby¶ mia³ zostaæ magiem twoja nauka trwa³aby latami. Ty jeste¶ wojownikiem, dlatego poznasz najbardziej efektywny zestaw niewielkiej liczby zaklêæ poziomu podstawowego. A dziêki potencja³owi twojej many tak¿e kilka … arcymistrzowskich. Bêdziesz gotów do walki z najpotê¿niejszym przeciwnikiem jak równy z równym.
Hm, hm. – Ni st±d, ni zow±d Rados³aw przeci±gle zamrucza³, jakby nad czym¶ siê g³o¶no zacz±³ zastanawiaæ.
Co siê sta³o ? – spyta³ Sambor.
- Wiesz, przed chwil± poczu³em, ¿e mój pier¶cieñ sta³ siê jakby ciep³y. I medalion zacz±³ dziwnie wibrowaæ. Ale teraz przesta³o.
- Poka¿.
Zdj±³ pier¶cieñ i wrêczy³ go druidowi. Ów obejrza³ go uwa¿nie i zwróci³. Za³o¿y³ go z powrotem na palec. Sambor u¶miechn±³ siê szeroko.
- Oto masz kolejny dowód, jak wielk± mi³o¶ci± darzy ciê Aldona. Gdy dawa³a mi pier¶cieñ i medalion na przechowanie nie zwróci³em na nie szczególnej uwagi, gdy¿ nie wyczu³em w nich ¿adnej magii. Zreszt± by³em zbyt wzruszony, by to zrobiæ. Czy ty wiesz, co to za pier¶cieñ ?.
- Nie.
- Zaraz ci poka¿ê, tylko odejd¼ ode mnie na kilka kroków. I stój nieruchomo.
Rados³aw pos³usznie spe³ni³ ¿yczenie druida do koñca nie wiedz±c, po co to robi. Wkrótce siê przekona³. Sta³ w odleg³o¶ci oko³o dziesiêciu kroków. Sambor skierowa³ na niego d³oñ, z której wystrzeli³a kula ognia. Gdy ju¿ my¶la³, ¿e za chwilê go spali otoczy³a go b³êkitna sfera. Ognisty pocisk znik³ zaraz, jak j± dotkn±³. Po chwili zniknê³a te¿ sfera.
- Teraz rozumiesz ?.
- Ten pier¶cieñ jest magiczny !. – wykrzykn±³ – Zupe³nie tak, jak opowiada³e¶ !.
- To jest pier¶cieñ niebiañskiej bariery. Niezwykle rzadki – odpar³ Sambor – Chroni przed magi± ognia. By³ u¶piony, lecz gdy osi±gn±³e¶ pe³niê energii magicznej wyczu³ to i na³adowa³ siê. Teraz ju¿ bêdzie ciê chroni³.
- Jest wspania³y. A co z medalionem ?.
- Podejd¼ bli¿ej, przyjrzê mu siê.
Rados³aw zbli¿y³ siê i wyci±gn±³ go spod koszuli. Sambor wzi±³ medalion do rêki, dok³adnie obejrza³ i zastanowi³ siê g³êboko, jakby szukaj±c w pamiêci potrzebnych wiadomo¶ci.
- Wyczuwam w nim magiê, lecz ma ona bardzo specyficzny charakter. Jakby by³a skierowana do konkretnej osoby. Spróbuj sam go wzi±æ do rêki.
Zdj±³ z szyi ³añcuszek z medalionem i po³o¿y³ go na d³oni. Gdy tylko to uczyni³, powietrze delikatnie nad nim zamigota³o, a po chwili ujrza³ twarz u¶miechaj±cej siê do niego kobiety.
- Czy to … - wzruszenie zamknê³o mu usta.
- To Aldona.
Sambor wiêcej ju¿ nic nie powiedzia³, taktownie zachowuj±c milczenie.
II
Rados³aw bardzo d³ugo patrza³ na obraz z medalionu. Tak, jakby chcia³ wyryæ w pamiêci ka¿dy, najdrobniejszy jego szczegó³. Wreszcie zawiesi³ go z powrotem na szyi. Gdy tylko medalion opu¶ci³ jego d³oñ, obraz rozp³yn±³ siê.
Ruszyli bez s³owa w kierunku chatki druida. Dopiero gdy zaczê³a siê wy³aniaæ w dali, powiedzia³ do Sambora :
- To najwspanialszy dar, jaki otrzyma³em.
- To prawda. Jest jeszcze co¶. Nie by³em tego pewny, nim nie wzi±³e¶ medalionu do rêki, teraz mam tê pewno¶æ. Jest tak¿e swego rodzaju kompasem, wskazuj±cym drogê do królestwa Aldony. Spójrz na jego rewers.
Ponownie wyci±gn±³ medalion. Odwrotna strona by³a zupe³nie g³adka, lecz gdy skupi³ na niej wzrok, ukaza³a siê na nim strza³ka. Obojêtnie jak go obraca³, wskazywa³a zawsze jeden kierunek. Umie¶ci³ go z powrotem na piersi.
- Gdy przyjdzie czas, doprowadzi mnie do niej – powiedzia³, u¶miechaj±c siê.
Do chatki dotarli akurat w porze obiadu. Po krótkim odpoczynku zjedli posi³ek, i usiedli na werandzie. Rados³aw koniecznie chcia³ wypróbowaæ swój magiczny potencja³. Sambor wprawdzie tego dnia nie przewidywa³ ju¿ ¿adnych zajêæ, ale widz±c jego zapa³ przekaza³ mu wiadomo¶ci na temat kuli ognia, odpowiedniego zachowania i sposobu koncentracji, dziêki czemu móg³ spróbowaæ swych si³. Na podwórzu by³ pieniek po ¶ciêtym kiedy¶ drzewie, pos³u¿y³ jako cel. Ponad godzinê próbowa³, lecz nic z tego nie wysz³o. Lekko zniechêcony powiedzia³ :
- Wiesz co, Samborze ?. Ja chyba nigdy siê tego nie nauczê. Pewnie magia jest zbyt trudna dla mnie.
- Nonsens. S³ucha³e¶ mnie, lecz twoje my¶li bieg³y gdzie indziej. Mia³e¶ dzisiaj zbyt wiele wra¿eñ. – klasn±³ w d³onie i powiedzia³ ostrym tonem, aby wytr±ciæ go z melancholii – Hej, do¶æ tego !. Marnujesz swój czas, i mój. Zamknij oczy i oczy¶æ swój umys³. A pó¼niej wykonaj to, co ci powiedzia³em. Machinalnie, bez zastanowienia, zrozumia³e¶ !!!.
Reprymenda podzia³a³a na niego jak kube³ lodowato zimnej wody wylanej na g³owê. Po chwili koncentracji spróbowa³ ponownie. Ognisty pocisk wystrzeli³ z jego reki i waln±³ w pieniek, wzbijaj±c k³±b iskier.
- Uda³o siê – wykrzykn±³ zachwycony.
- Tak. Co czu³e¶ w momencie, gdy kula pomknê³a do celu opuszczaj±c rêkê ?.
- Niech pomy¶lê ….
- Nie my¶l ! – Sambor znów na niego hukn±³ – masz to czuæ !. Jeszcze kilka prób. Dalej.
Raz za razem magiczne ³adunki ognia l±dowa³y na pieñku. Ka¿da próba zakoñczy³a siê sukcesem. Bombardowany karcz stan±³ w p³omieniach. Sambor zgasi³ go jednym ruchem rêki.
- No i co teraz powiesz ?. Dalej uwa¿asz, ¿e magia jest dla ciebie za trudna ?.
- Jak zwykle masz racjê, Samborze. Zamiast skoncentrowaæ siê na tym, co robiê my¶la³em o tej strza³ce na medalionie, a potem … eee – zaj±kn±³ siê.
- O Amelii, czy¿ nie ?. Rozumiem ciê. To nic z³ego, ale musisz teraz wy³±cznie skupiæ siê na celach, jakie mamy do osi±gniêcia.
- Zgoda. Dajê s³owo, ¿e od tej chwili mo¿esz na mnie polegaæ.
- Dobrze. Zostawmy ten temat. Skupmy siê na nauce. Ju¿ potrafisz w³adaæ kul± ognia. Pomimo swojej prostoty to bardzo skuteczny element w walce na dystans. Jutro nauczê ciê wzmocnionej wersji, któr± docelowo bêdziesz stosowa³. To, co dzi¶ przeæwiczy³e¶ wystarczy do rozpalenia ogniska, a nie walki.
- Zatem nie bêdê ju¿ musia³ nosiæ hubki i krzesiwa. Mówi³e¶, ¿e tych podstawowych zaklêæ, które mam opanowaæ bêdzie kilka. Mo¿esz mi teraz o nich opowiedzieæ ?.
- Jako pierwsze bêd± to : lodowa lanca, piê¶æ wiatru, kamienna lawina i plugawy uwi±d.
- Wyja¶nij mi ich dzia³anie i pochodzenie, choæ ostatniego siê domy¶lam.
- Przede wszystkim powiniene¶ wiedzieæ o jednym. Nie ka¿dy magiczny pocisk jest zawsze skuteczny. Istota, z któr± walczysz mo¿e byæ na przyk³ad odporna na ogieñ, ale podatna na obra¿enia od mrozu - szkoda traciæ manê na uderzenie demona kul± ognia bo nic mu nie zrobi, ale lodow± lanc± dasz mu nie¼le w ko¶æ. O takich szczegó³ach porozmawiamy jutro. A teraz po kolei. Lodowa lanca to pocisk rodem z magii ¿ywio³u wody, ma postaæ du¿ego sopla lodu miotanego w cel. Piê¶æ wiatru to magia powietrza, dziêki niej mo¿esz odrzuciæ od siebie szar¿uj±cego wroga jednocze¶nie go og³uszaj±c. Kamienna lawina to magia ziemi, na g³owê wroga spuszczasz grad g³azów. I wreszcie plugawy uwi±d pochodzi z nekromancji, powoduje zanik miê¶ni przeciwnika i gwa³towny spadek jego si³y.
- I to s± te „pierwsze” zaklêcia ofensywne, jakie poznam ?. Je¶li one maj± tak± moc, to a¿ strach pomy¶leæ, co mog± te z poziomu arcymistrzowskiego.
- Nie mylisz siê, Rados³awie, w swoich przypuszczeniach. Gdy przyjdzie pora by¶ je pozna³ bêdziemy musieli siê wybraæ w inn± okolicê. Tutaj zdemolowaliby¶my wszystko dooko³a.
Zosta³o jeszcze trochê czasu do kolacji. Mo¿e mnie nauczysz jeszcze dzi¶ tej wzmocnionej kuli ognia, Samborze. Chcia³bym spróbowaæ – poprosi³.
- No dobrze. Zrób tak – druid wyja¶ni³ istotê rozszerzenia – a teraz spróbuj pozbyæ siê tego pnia. Sam ju¿ dawno mia³em to zrobiæ. Tylko przeszkadza.
Rados³aw skupi³ siê w sobie, by nastêpnie b³yskawicznym ruchem wyci±gn±æ rêkê w kierunku celu. Z jego d³oni wytrysnê³a struga czerwieni i uderzy³a w pieñ, obejmuj±c go krwawym u¶ciskiem p³omieni, by natychmiast zgasn±æ. Sambor bez s³owa podszed³ do zdumionego efektem swych dzia³añ Rados³awa i poklepa³ go po plecach, wzi±³ pod rêkê i poszli do chaty.
Na podwórzu po sporych rozmiarów pniaku zosta³a tylko kupka popio³u.
III
Kolejne dni nauki up³ynê³y Rados³awowi na opanowaniu dalszych zaklêæ poziomu podstawowego. Szkolenie przebiega³o bez zak³óceñ, a odbywa³o siê na Widmowym Uroczysku. Jako cele do ataków s³u¿y³y magicznie przywo³ywane przez Sambora ró¿nego rodzaju imitacje bestii, przekazywa³ o nich tak¿e niezbêdne wiadomo¶ci. Po tygodniu Rados³aw opanowa³ bezb³êdnie technikê i æwiczenia sta³y siê bardziej skomplikowane. Atakowa³ ju¿ ruchome cele o zró¿nicowanym charakterze. Po kolejnym tygodniu nauki potrafi³ skutecznie operowaæ obiema rêkami b³yskawicznie miotaj±c pe³n± gam± magicznych ³adunków w atakuj±ce go stwory. Przysz³a wiêc pora na po³±czenie obu mo¿liwo¶ci ataku w walce. Tym razem zadaniem Rados³awa by³o p³ynne powi±zanie walki mieczem z atakiem magicznym. To ju¿ nie by³a prosta sprawa, musia³ siê nauczyæ trudnej sztuki podzielno¶ci uwagi. Na pocz±tku sz³o mu niezwykle opornie. Walcz±c mieczem zapomina³ o magii i na odwrót. Bardzo go to denerwowa³o. Dopiero powoli, ma³ymi krokami stosuj±c rady cierpliwego Sambora zacz±³ nabieraæ coraz wiêkszej wprawy. Gdy zrozumia³, jak cenne mo¿e byæ to po³±czenie po ka¿dym dniu ciê¿kich æwiczeñ po¶wiêca³ siê kilkugodzinnej medytacji, podczas której jego wyciszony umys³ kreowa³ pod¶wiadome wzorce zachowania. Kolejne szesna¶cie dni tej niezwykle wyczerpuj±cej pracy nad sob± da³y w koñcu zamierzony efekt. Sambor z uznaniem spogl±da³ na swojego ucznia, który harmonijnie po³±czy³ oba style walki.
- Rados³awie, jestem pod wra¿eniem – pochwali³ go – tak p³ynnie ³±czysz obie metody, ¿e wydaje siê, jakby¶ wykonywa³ swoisty taniec. O to mi chodzi³o.
- To twoja zas³uga, Samborze. Bez twoich rad nie osi±gn±³bym tego. Popatrz, ani siê nie obejrzeli¶my, a tu ju¿ min±³ prawie miesi±c. Czy pierwszy etap szkolenia mam za sob± ?.
- Tak. Posz³o jak z p³atka, nale¿y ci siê ode mnie pochwa³a i … chwila wytchnienia. Zrobimy sobie dwudniow± przerwê. Odwied¼ Bart³omieja, mo¿e dla przyjemno¶ci id¼ na jakie¶ ma³e polowanie, po prostu odprê¿ siê. Aby za¶ skróciæ ci czas podró¿y warto by¶ pozna³ metodê szybszego przemieszczania.
- Nauczysz mnie magicznego przeniesienia ?.
- Tak, to te¿ element szkolenia, ale nie tak wyczerpuj±cy. Pos³uchaj – wy³uszczy³ mu istotê zagadnienia i ci±gn±³ dalej – Przeniesienie wymaga absolutnej koncentracji, a tê umiejêtno¶æ wyrobi³e¶ sobie podczas naszych zajêæ. Nie powinno wiêc teraz sprawiæ ci k³opotu. Spróbuj siê przenie¶æ pod tamto drzewo.
Rados³aw wykona³ zadanie.
- A teraz z powrotem do mnie – krzykn±³ do niego Sambor.
Znów próba zakoñczy³a siê powodzeniem.
- Wobec tego koñczymy na dzisiaj. Teraz nas obu przenie¶ do zagajnika obok chaty.
Bez przeszkód znale¼li siê we wskazanym miejscu. Po chwili Sambor spocz±³ na swoim ulubionym miejscu na werandzie przed chat±. Rados³aw za¶ wszed³ do domu po ³uk i strza³y, wzi±³ te¿ swoj± torbê podró¿n±.
Bêdê siê ju¿ zbiera³ do Bart³omieja – powiedzia³ po wyj¶ciu – Do widzenia, Samborze.
- Jeszcze drobna uwaga, zanim ruszysz. Staraj siê nie przenosiæ magicznie w obecno¶ci innych ludzi. Mog± siê przestraszyæ, a i lepiej nie popisywaæ siê swoimi umiejêtno¶ciami, dobrze ?.
- Oczywi¶cie.
- No to zmykaj. Do zobaczenia za dwa dni !.
- o -
Ra¼nym krokiem zmierza³ w kierunku wioski. Po drodze uk³ada³ sobie plan, co bêdzie w ci±gu tych nastêpnych dwóch wolnych dni robi³.
Resztê dzisiejszego spêdzê w domu – pomy¶la³ – mamy z ojcem tyle do pogadania. A jutro rano pójdê odwiedziæ Jaspera. Mo¿e go namówiê na jakie¶ ma³e polowanie. Popo³udnie znów w domu. Pojutrze za¶ chyba warto by by³o zaj¶æ do Myriam, i zobaczyæ, co u niej s³ychaæ. A przy okazji pomyszkujê trochê po okolicy.
Nawet siê nie spostrzeg³, a ju¿ by³ w pobli¿u wioski. Przechodz±c obok zabudowañ odpowiada³ grzecznie na dobiegaj±ce go zewsz±d pozdrowienia. Jako¿ i wkrótce ujrza³ Bart³omieja, który by³ zajêty przed domem r±baniem ma³ych polan drewna na drobne szczapki, zdatne na podpa³kê. Gdy tylko zobaczy³ nadchodz±cego syna u¶miechn±³ siê szeroko i przerwa³ pracê. U¶ciska³ go mocno.
- Rados³awie, ostatnio nie mamy okazji widywaæ siê zbyt czêsto i tym bardziej, gdy mogê ciê ogl±daæ widzê zmiany, jakie u ciebie nastêpuj±. Jeste¶ ju¿ niemal dojrza³ym mê¿czyzn±, ch³opcze. Jak nauka ?.
- Sambor da³ mi dwa dni wolnego. Dzisiaj skoñczy³em pierwszy etap.
- G³odny jeste¶ po podró¿y ?.
- A wiesz, nawet bym chêtnie co¶ przek±si³.
- Chod¼ zatem do domu. W³a¶nie nad ogniem mam zupê z suszonymi borowikami.
Weszli do chaty. Rados³aw od³o¿y³ broñ i torbê na szafce pod oknem. Usiad³ do sto³u. Bart³omiej akurat skoñczy³ nalewaæ zupê do mis i od³o¿y³ garniec na piec. Zjedli posi³ek. Na pro¶bê ojca pokrótce opowiedzia³ o swoich wra¿eniach z pobytu u Sambora i Myriam. Bart³omiej uwa¿nie s³ucha³, zadawa³ pytania. Widaæ by³o w jego oczach, jak by³ dumny z dokonañ syna.
- Chcê ci co¶ pokazaæ, ojcze. To bardzo wa¿ne dla nas obu – to mówi±c zdj±³ z szyi medalion.
- Wiem, ¿e Aldona ci go podarowa³a. Pokazywa³e¶ mi go przecie¿.
- Owszem, ale wtedy nie wiedzieli¶my o nim wszystkiego. Popatrz. – to mówi±c po³o¿y³ medalion na d³oni. Po chwili pojawi³a siê znajoma twarz.
Bart³omiej wpatrywa³ siê jak urzeczony. „Aldona …” – wyszepta³. Oczy zaszkli³y mu siê ³zami. Wzruszenie odebra³o g³os.
Przez d³ug± chwilê obaj wpatrywali siê, milcz±c, w jej oblicze. Rados³aw przerwa³ ciszê, mówi±c :
- To jeszcze nie wszystko. Ten medalion wskazuje te¿ drogê do królestwa Aldony.
- Wybacz, ale gdy tylko j± ujrza³em … tyle wspomnieñ … wszystko stanê³o mi przed oczyma.
- Mogê go ju¿ schowaæ ?.
Tak. Choæ móg³bym tak patrzeæ godzinami. – odpar³ Bart³omiej. – Mówi³e¶ co¶ o tym, ¿e wskazuje drogê. Co mia³e¶ na my¶li ?.
- Na rewersie ukazuje siê strza³ka, pokazuj±ca kierunek. – Rados³aw za³o¿y³ medalion na szyi.
- No tak, to istotna pomoc. Ale chyba Sambor mówi³ ci o tych paskudnych wied¼mach, jakie mieszkaj± na wysepkach w pobli¿u jej l±du.
- Owszem. Ale skoro mama zostawi³a medalion wskazuj±cy drogê do niej, mia³a w tym jaki¶ cel. Nie pyta³em wprawdzie o to Sambora ale my¶lê, ¿e ma co¶ w zanadrzu. Jak±¶ niespodziankê. Obieca³em jednak, ¿e skupiê siê na nauce.
- I tego siê trzymaj, synu. Musisz bezwzglêdnie zdobyæ wiedzê, jak± zaplanowali przekazaæ ci twoi opiekunowie. To klucz do rozwi±zania wielu problemów, jestem o tym przekonany.
- Tak czyniê, ojcze. Mo¿esz na mnie polegaæ.
- Wiem o tym. Jak s±dzisz, d³ugo jeszcze potrwa nauka ?.
- O, to chyba wie tylko Sambor i Myriam. Ja w ka¿dym b±d¼ razie do³o¿ê wszelkich starañ, aby nie trwa³a zbyt d³ugo.
Rozmawiali jeszcze oko³o godziny. Jako, ¿e do wieczora pozosta³o sporo czasu, wyszli na podwórze i wspólnie wziêli siê do r±bania drew. We dwójkê dokoñczyli robotê, która Bart³omiejowi zajê³aby sporo nastêpnego dnia.
IV
Zgodnie z planem, jaki sobie przyj±³, rano uda³ siê w odwiedziny do Jaspera. Ten chêtnie zgodzi³ siê na propozycjê wspólnych ³owów. Postanowili przeczesaæ pobliski las, zaraz za k³adk±. Wkrótce na strza³ wyszed³ Jasperowi m³ody jeleñ. Rados³awowi te¿ sprzyja³o my¶liwskie szczê¶cie. Upolowa³ cztery dorodne zaj±ce. Ob³adowani ³upem wrócili do osady. Jako ¿e by³a pora obiadu, zjedli posi³ek.
Spêdzili jeszcze godzinê na pogawêdce i Rados³aw wróci³ do domu. Bart³omiej krz±ta³ siê przy gospodarstwie. Nie maj±c nic do roboty, postanowi³ trochê pospacerowaæ po okolicy. Chodz±c bez celu droga przypadkiem powiod³a go w pobli¿e wielkiego, starego dêbu. Jako ch³opiec czêsto tu chadza³ zbieraæ ¿o³êdzie. Gdy przechodzi³ obok jego grubego pnia, tak ¿e i czterech doros³ych mê¿czyzn trzymaj±c siê za rêce nie potrafi³aby go obj±æ, wysz³a mu naprzeciw ¶liczna panna. U¶miechnê³a siê do niego i zagadnê³a :
- Dzieñ dobry, Rados³awie. Mam na imiê Ilona i jestem driad±. Rozmawia³am o tobie z moj± przyjació³k± Ameli±. Mówi³a mi, ¿e ju¿ mo¿emy rozmawiaæ.
- Dzieñ dobry, Ilono. Mi³o mi ciê poznaæ. Co tu robisz ?.
- Opiekujê siê t± czê¶ci± lasu. Prawda, jak piêkne s± tutaj drzewa ?.
- Tak, lecz z pewno¶ci± nie dorównuj± twojej urodzie.
Roze¶mia³a siê i opu¶ci³a wzrok. Jej policzki lekko sp±sowia³y.
- Dziêkujê. Mo¿e usi±dziesz pod dêbem, odpoczniesz nieco. Jego szum ukoi twoje my¶li. Wygl±dasz, jakby co¶ ciê trapi³o. Mog³abym ci w czym¶ pomóc ?.
- Chêtnie spocznê, lecz nie jestem zbyt zmêczony. – usiad³ i opar³ plecy o pieñ. Driada przysiad³a obok. Po chwili doda³ – My¶lê o Aldonie, mojej matce. Jest daleko st±d, w odleg³ej krainie. Jeszcze nie wiem, jak, ale kiedy¶ siê tam dostanê, by j± spotkaæ. Jednak po drodze bêdê musia³ pokonaæ morskie wied¼my, które blokuj± dostêp do tej krainy.
- Có¿, w tej sprawie ci nie pomogê, nigdy nie opuszczam lasu – powiedzia³a smutnym g³osem, lecz zaraz siê rozpromieni³a i doda³a weso³o – ale wiem, kto móg³by ci pomóc !.
- Je¶li tak, powiedz mi, proszê, kto ?.
Kiedy¶ bardzo czêsto mnie i Ameliê odwiedza³a nasza morska przyjació³ka syrenka – odpar³a Ilona – ona lub która¶ z jej sióstr z pewno¶ci± by co¶ wiedzia³a o tych wied¼mach. Jednak ju¿ dawno jej u nas nie by³o. Pewnie ten z³y mag, który mieszka w zamku nie pozwala jej do nas przyp³yn±æ.
Wiesz co, spotkam siê jutro rano z Ameli±, mo¿e ona co¶ wie. Czy znasz takie miejsce nad rzek± w pobli¿u ¼ród³a, z bia³± ska³±, obok której ro¶nie bardzo wysoka sosna ?.
- Tak, znam.
- B±d¼ tam jutro rano, bêdziemy na ciebie czekaæ.
Rados³aw zerwa³ siê na nogi i pomóg³ wstaæ Ilonie. U¶miechn±³ siê do niej i rzek³ :
- Bêdê na pewno. Do widzenia, Ilono. Jeste¶ wspania³a.
- Do widzenia – znów zarumieni³a siê, lekko zawstydzona.
Rados³aw poszed³ wprost do domu. Przypadkowe spotkanie z driad± da³o nowy impuls do rozmy¶lañ.
Dzisiaj ju¿ nigdzie siê nie ruszam – mrukn±³ do siebie pod nosem – posiedzê w domu. A jutro mo¿e co¶ siê wyja¶ni.
- o -
Po ¶niadaniu zakomunikowa³ Bart³omiejowi, ¿e idzie w okolice ¼ród³a.
- Dobrze siê sk³ada. W³a¶nie mia³em zamiar ciê prosiæ, aby¶ tam poszed³. Przyda³by mi siê nowy zapas wody ¼ródlanej do miodu – rzek³ Bart³omiej.
- Wobec tego idê.
Zabra³ ze sob± broñ i ruszy³ na umówione spotkanie. Gdy opu¶ci³ zabudowania wioski i zag³êbi³ siê w las tak, ¿e nikt nie móg³ go zobaczyæ przeniós³ siê pod bia³± ska³ê. Ujrza³ natychmiast obie panny, zajête o¿ywion± rozmow±. One równie¿ go spostrzeg³y. Przywita³ siê grzecznie :
- Dzieñ dobry. Mówi±, ¿e to dobra wró¿ba dla my¶liwego, gdy rano spotka ¶liczn± dziewczynê. A ja za jednym zamachem spotykam a¿ dwie – zagai³ z humorem.
- Dzieñ dobry – powiedzia³y obie równocze¶nie i roze¶mia³y siê promiennie – Powiedzia³am Amelii, co ciê trapi. Ma dla ciebie pewne wiadomo¶ci – odpar³a Ilona.
- Tak. Widzisz, nasza przyjació³ka Dalia, która jest syrenk±, kiedy¶ opowiada³a mi o tych wied¼mach – Amelia zaczê³a opowie¶æ – S± okropne i zabijaj± ¿eglarzy, którzy siê do nich zbli¿±. U¿ywaj± do tego swojej z³ej magii.
- To ju¿ wiem. Mówi³ mi o tym Sambor.
- Ale pewnie nie mówi³ ci o kilku szczegó³ach. One jakby poch³aniaj± energiê ¿yciow± mê¿czyzn, która s³u¿y im za po¿ywienie. Nigdy nie ¶pi±, stale czuwaj± i poszukuj± kolejnych ofiar. Podobno istnieje jaki¶ sposób, aby je podej¶æ. Dalia nie wiedzia³a, o co chodzi. Królowa syren go zna.
- Przekaza³a¶ mi niezwykle wa¿ne informacje, Amelio. Dziêkujê ci. Dziêkujê wam obu. Czy wiesz, dlaczego Dalia ju¿ was nie odwiedza ?. Musia³bym z ni± porozmawiaæ. Chyba, ¿e … syreny nie rozmawiaj± z mê¿czyznami.
- Nie wiem, dlaczego Dalia nas nie odwiedza – Amelia zasmuci³a siê.
- I nie obawiaj siê, z przyjemno¶ci± z tob± porozmawia – doda³a Ilona.
Hm. Jutro zapytam o to Sambora. Mo¿e on bêdzie co¶ wiedzia³ – Rados³aw nieco siê zamy¶li³, a po chwili dokoñczy³ – W ka¿dym b±d¼ razie jestem wam niezmiernie wdziêczny.
To mówi±c poca³owa³ ka¿d± w policzek. Obie opu¶ci³y wzrok, nieco zaskoczone, choæ wyczu³ w nich jakby rado¶æ. Pomy¶la³, ¿e zachowa³ siê niestosownie i natychmiast powiedzia³ :
- Je¶li was czym¶ urazi³em, to bardzo przepraszam. Nie chcia³em zrobiæ nic z³ego.
- Niczym nas nie urazi³e¶, po prostu … – zaczê³a Amelia,
- Pierwszy raz poca³owa³ nas ch³opak – dokoñczy³a Ilona.
Wobec tego cieszê siê, ¿e nic z³ego siê nie sta³o. I ¿e pozna³em dwie przyjació³ki. Powiedzcie mi – zmieni³ temat – Co tak dok³adnie robicie opiekuj±c siê ¼ród³em i lasem …
- O, jest wiele do opowiadania.
- Usi±d¼my wiêc, porozmawiajmy …
Rados³aw na mi³ej pogawêdce z Ameli± i Ilon± spêdzi³ czas a¿ do wczesnego popo³udnia. Gdy siê ¿egnali przypomnia³ sobie o pro¶bie Bart³omieja. Pobieg³ do ¼ród³a i zaczerpn±³ pêkaty buk³ak. Jako ¿e do koñca dnia by³o daleko, postanowi³ powrotn± drogê przebyæ na piechotê. Okaza³o siê niebawem, ¿e dobrze zrobi³ czyni±c ten wybór.
W³a¶nie przechodzi³ przez maliniak na wzgórzu, gdy do jego uszu dotar³y odg³osy toczonej walki. Nie namy¶laj±c siê wiele pod±¿y³ w tym kierunku. Wyczu³, ¿e jakie¶ niebezpieczeñstwo grozi jego bliskim. Po chwili dotar³ na miejsce. Rzut okiem wystarczy³, by oceniæ sytuacjê. Piêæ srebrnych wilków toczy³o nierówny pojedynek z wielkim nied¼wiedziem. W pobli¿u walcz±cych zauwa¿y³ upolowan± sarnê, a po przeciwnej stronie na trawie le¿a³ bez ruchu jeden wilk. Pozosta³a pi±tka z determinacj± broni³a dostêpu do powalonego towarzysza. Walka by³a nierówna, wkrótce nied¼wied¼ po kolei zabi³by wilki.
Odrzuci³ zbêdny balast i z mieczem w rêku skoczy³ w ¶rodek odcinka pomiêdzy walcz±cymi a le¿±cym wilkiem. Nie by³ pewny, czy plan który zrodzi³ siê w jego g³owie powiedzie siê, lecz bez namys³u krzykn±³ :
- Wycofajcie siê do mnie, przyjaciele !
Na d¼wiêk jego g³osu nied¼wied¼ dojrza³ go i przeci±gle zarycza³. Moment jego zaskoczenia wykorzysta³y wilki i b³yskawicznie podbieg³y do Rados³awa. Ze zje¿on± sier¶ci± stanê³y z nim w jednej linii, czujnie obserwuj±c wroga.
Zrozumia³y, co powiedzia³em – pomy¶la³ z rado¶ci± i znów zwróci³ siê do nich g³o¶no – Zostawcie go mnie.
Po czym zrobi³ kilka kroków do przodu. Nied¼wied¼ przesta³ siê interesowaæ wilkami. Za to ca³± uwagê skupi³ na nowym przeciwniku i rycz±c uniós³ siê na tylne ³apy, by zgodnie z ich zwyczajem „przeraziæ” wroga, a nastêpnie ruszyæ na Rados³awa.
Doskonale zna³ ich zachowanie i tylko na to czeka³. Na „powitanie” paln±³ w niego ma³± kul± ognia, która przypali³a mu skórê na brzuchu. Efekt przeszed³ jego naj¶mielsze oczekiwania. Jeszcze przed chwil± ¶lepia nied¼wiedzia pa³a³y w¶ciek³o¶ci±, teraz zobaczy³ w nich ¶miertelny strach. Jego gro¼ny ryk zmieni³ tonacjê na pisk bólu. Opad³ na przednie ³apy, odwróci³ siê w miejscu i pêdem ruszy³ w kierunku niedalekiej ¶ciany lasu. Dla pewno¶ci pos³a³ jeszcze jeden ma³y ³adunek, który wyl±dowa³ na zadku przera¿onej bestii. Pu¶ci³ siê tak szybko do ucieczki, ¿e spod pazurów jego ³ap lecia³y do góry wielkie kêpki trawy. Po chwili znikn±³.
Rados³aw podbieg³ do rannego wilka, który widocznie go poczu³ i z trudem uniós³ ³eb do góry. Zrozumia³, ¿e jest z nim bardzo ¼le. Ca³y bok mia³ rozharatany od nied¼wiedzich pazurów, na trawie widnia³ krwawy ¶lad. Bez zw³oki odnalaz³ podró¿n± torbê i wyci±gn±³ eliksir zdrowia. Nie wiedzia³ czy zadzia³a, ale to by³a jedyna szansa. Wróci³ i przyklêkn±³, a nastêpnie do d³oni nala³ nieco eliksiru :
- Wypij, to ci pomo¿e.
Ostatkiem si³ wilk uniós³ ³eb i z trudem, powoli macza³ jêzyk. Rados³aw natychmiast zauwa¿y³, ¿e z ka¿d± kropl±, któr± po³yka³ wraca mu si³a a ¶lepia patrz± na niego z coraz wiêkszym blaskiem. Nala³ na d³oñ drug± porcjê, któr± wilk ju¿ bez trudu wych³epta³. Spojrza³ na jego bok. Cztery pod³u¿ne rany od nied¼wiedzich pazurów przesta³y krwawiæ i niemal na jego oczach zamknê³y siê. Pozosta³y szerokie blizny, ale i te, czym d³u¿ej siê im przygl±da³, wydawa³o mu siê i¿ powoli i niemal niezauwa¿alnie zaczynaj± siê zbiegaæ.
Zwierz siê podniós³ i do¶æ pewnie stan±³ na ³apach. Pozosta³e wilki jakby rado¶nie zawy³y na ten widok, po czym podesz³y do stoj±cego obok Rados³awa i poczê³y ocieraæ siê o jego nogi, spogl±daj±c przyja¼nie.
- Zaatakowa³ was, ¿eby odebraæ upolowan± sarnê ? – zapyta³.
Jeden z nich odpowiedzia³ krótkim wyciem.
- Rozumiem, ¿e tak. Poradzicie sobie z odniesieniem ³upu do reszty stada ?.
Znów us³ysza³ ten sam odzew.
- Wobec tego ruszam dalej. Wasz towarzysz nie powinien jednak nic d¼wigaæ. By³ powa¿nie ranny. Zbli¿ siê na chwilê, przyjacielu.
Kontuzjowany wilk podszed³ do Rados³awa. Obejrza³ blizny, które w miêdzyczasie nieco siê zmniejszy³y. Eliksir zadzia³a³.
- Przez kilka dni powiniene¶ odpoczywaæ.
Szczekn±³ i machn±³ ogonem, jakby dziêkuj±c.
- Nic tu ju¿ po nas. Do widzenia, przyjaciele !.
Wilk, który ucierpia³ w walce ruszy³ przodem, a reszta nios±c ³up powoli posz³a za nim. Rados³aw zebra³ resztê porzuconego wcze¶niej ekwipunku i tak¿e skierowa³ siê w swoj± stronê. Do domu mia³ jeszcze trzy godziny marszu.
- o -
Gdy wszed³ do chaty, Bart³omiej akurat przygotowywa³ wieczorny posi³ek. Od³o¿y³ swój sprzêt i pomóg³ w przygotowaniach do kolacji. Pó¼niej wyszli przed dom i usiedli na wygodnej ³awie. Rados³aw patrza³ na rozgwie¿d¿one niebo. Gdzie¶ w pobli¿u odezwa³a siê cykada. By³o ciep³o, pobliskie drzewa szumia³y poruszane lekkimi podmuchami wiatru.
- Jaka spokojna noc – powiedzia³ Rados³aw – Teraz wszyscy mieszkañcy wioski odpoczywaj± po ciê¿kiej pracy, rozmawiaj± i ciesz± siê obserwuj±c jak ich dzieci bawi± siê przed snem. Nie my¶l± o tym, ¿e gdzie¶ tam, daleko jest kto¶, kto gdyby móg³ zaraz zak³óci³by tê ciszê. Czasami chcia³bym, aby to wszystko, co mi siê przydarzy³o by³o tylko snem. Chcia³bym, aby jutro obudzi³a mnie twoja rozmowa z mam±, ¿eby¶my byli razem, szczê¶liwi. Dlaczego los tak ¼le siê z nami obszed³, przecie¿ nie zrobili¶my nic z³ego.
- Widzê, ¿e ogarn±³ ciê filozoficzny nastrój, synu – odpowiedzia³ Bart³omiej – Tak czasami jest, ¿e niektórym ludziom przeznaczone jest to, by byæ rêkojmi± chroni±c± innych, s³abszych przed zagro¿eniami, jakie na nich czyhaj±. Przeznaczenie stawia przed nimi wyzwania, które pokonuj± i staj± siê coraz mocniejsi. Ich si³ê i ¿elazn± wolê hartuj± przeciwno¶ci losu, którym musz± stawiæ czo³a. Mówisz, ¿e los ¼le siê z nami obszed³. Spróbuj na to spojrzeæ z innej strony. Gdyby morze nie wyrzuci³o na brzeg naszej wyspy Aldony, nie by³oby ciê na ¶wiecie. Wprawdzie musia³a wyjechaæ, ale ty mo¿esz sprawiæ, ¿e do nas wróci. Gdyby¶ nie by³ tym, kim jeste¶, nie by³oby to mo¿liwe, prawda ?.
- Masz racjê. Nigdy w ten sposób o tym nie my¶la³em. Zetrê w py³ ka¿dego, kto stanie mi na drodze do niej.
- No, tak ju¿ lepiej. Jest droga, która prowadzi do celu i wa¿ne jest to, ¿e istnieje. A ¿e jest d³uga, krêta i trudna, nic to. Nawet gdyby mia³a zaprowadziæ ciê znacznie dalej ni¿ my¶lisz istotnym jest, ¿e przebiega obok miejsca wa¿nego dla nas obu.
- Jak widzê, i ty zacz±³e¶ filozofowaæ – z u¶miechem odpar³ Rados³aw.
- Udzieli³ mi siê twój nastrój. Ale ju¿ do¶æ tego. Jutro wracasz do Sambora. Obudziæ ciê, czy sam wstaniesz ?.
- Sam. Ale¿ te wolne dni szybko up³ynê³y – Aa-ziewn±³ – Najwy¿szy czas i¶æ spaæ.
- Racja, mnie te¿ ju¿ oczy zaczynaj± siê kleiæ. Chod¼my do domu.
V
Lekka mgie³ka powoli siê rozwia³a. Przeniós³ siê na podwórko przed domem Sambora. Zapuka³ do drzwi i wszed³ do chaty druida. Nie by³o go wewn±trz. Wyszed³ z domu i usiad³ na werandzie zastanawiaj±c siê, gdzie móg³ pój¶æ. Postanowi³ poczekaæ. Nie by³o sensu ruszaæ siê gdziekolwiek, gdy¿ móg³by siê mijaæ z Samborem podczas poszukiwañ.
Aby nie siedzieæ bezczynnie postanowi³ siê nieco zabawiæ. Na ¶rodku podwórza w miejscu, gdzie jeszcze niedawno by³ karcz wbi³ w ziemiê ma³y patyk i zacz±³ w jego kierunku wysy³aæ jak najmniejsze ³adunki kul ognia by zapaliæ tylko wierzcho³ek. Nie za bardzo mu sz³o, bo raz za razem albo ³adunek by³ za du¿y, niszczy³ patyk i musia³ wbijaæ w ziemiê nowy cel, albo by³ za ma³y i tylko go lekko osmala³. Zajêty t± zabaw± nawet nie zauwa¿y³, jak Sambor wróci³ i przygl±da³ siê jego wysi³kom z ogromnym zainteresowaniem. Jako¿ i wkrótce jedna z prób powiod³a siê i zab³ysn±³ ogieñ na wierzcho³ku, jak w pochodni. Rados³aw roze¶mia³ siê zadowolony i spostrzeg³ druida.
- Witaj, Samborze. Nie zasta³em ciê w domu i ¿eby skróciæ sobie czas oczekiwania wymy¶li³em tak± rozrywkê. Nie gniewasz siê, ¿e bawi³em siê magi± ?.
- Dzieñ dobry. Czy siê gniewam ?. Sk±d¿e znowu. Dziêki tej zabawie pozna³e¶ sam, bez mojego udzia³u pewn± wa¿n± umiejêtno¶æ, jak± bêdziesz musia³ opanowaæ w toku dalszej nauki, mój ch³opcze.
- No, proszê. Ciekawe, co masz na my¶li. Gdzie by³e¶, je¶li to nie tajemnica ?.
- Trochê dalej na pó³nocy. Nasze soko³y nie wykry³y nic niepokoj±cego. Mo¿emy dalej kontynuowaæ trening magiczny.
- Wobec tego zaczynajmy. Jestem gotów.
Dobrze. Lecz zanim zaczniemy powiedz, czy dobrze wypocz±³e¶ – zapyta³ Sambor – I czy rzeczywi¶cie jeste¶ gotów, bo mi siê wydaje, ¿e masz jak±¶ sprawê do mnie.
- To znaczy … Wiesz, spotka³em przez przypadek driadê Ilonê. Pó¼niej we trójkê wraz z Ameli± rozmawiali¶my o syrence i morskich wied¼mach, i …
- I ?.
- No … chcia³bym zapytaæ, czy wiesz dlaczego ta syrenka Dalia ich nie odwiedza ?.
Pamiêtam, ¿e obieca³em ci zaj±æ siê wy³±cznie nauk±, ale …
- W porz±dku, nic siê nie sta³o. Có¿, jestem pewien, ¿e za przerwanie wizyt Dalii jest odpowiedzialny nekromanta z zamku. Rzeka wpada do morza tu¿ obok jego murów. Móg³ j± dojrzeæ i zablokowaæ uj¶cie krat±. A swoj± drog± mnie te¿ brakuje obecno¶ci tej trzpiotki, choæ uwielbia pryskaæ na mnie wod±.
- Czy nie móg³by¶ wys³aæ w okolice zamku jakiego¶ soko³a by sprawdzi³, co siê tam dzieje ?.
- Nie, to zbyt niebezpieczne. Nekromanta mo¿e go dojrzeæ i zabiæ. O czym ci jeszcze mówi³y te dwie pannice ?.
Amelia powiedzia³a mi, ¿e królowa syren wie jak przedostaæ siê obok wysp zajêtych przez morskie wied¼my – Rados³aw stre¶ci³ ich wczorajsz± rozmowê – I ¿e te wied¼my ¿ywi± siê energi± ¿yciow±.
- Tak przypuszcza³em, gdy wspomnia³a mi o nich Aldona. To wyj±tkowo niebezpieczne monstra-Skorpeny, wampiry energii. Potrafi± zmieniaæ siê w ogromne o¶miornice. W ten sposób ³api± statki z ¿eglarzami i zabijaj± za³ogi. S± odporne na magiê, gdy¿ ich skóra rozprasza ³adunki. Zwyk³a broñ nie zada im ¿adnych ran, a z magicznej energiê ataku rozproszy skóra. Wiedz± o tym i czuj± siê bezkarne.
- Zatem s± niezniszczalne ?.
- Pozornie wszystko na to wskazuje. Pamiêtaj jednak o tym, ¿e natura jest nieskoñczenie m±dra. Je¶li stworzy³a takie istoty, to tak¿e równolegle powsta³ ¶rodek, który mo¿e je zabiæ. Na tym polega równowaga. Trzeba jednak¿e ten tajemniczy ¶rodek odkryæ.
- Ba, ³atwo powiedzieæ. A ty nie znasz tego ¶rodka ?.
- Oj, Rados³awie. Czy ty aby nie my¶lisz, ¿e jestem wszechwiedz±cy ?. Moja wiedza, choæ jest bardzo rozleg³a, te¿ ma granice. I szczerze w±tpiê, aby królowa syren wiedzia³a, co to jest. Ale jest mo¿liwe, ¿e zna do niego drogê. Na my¶l przychodzi mi tylko jedno. Musi wiedzieæ, jak odnale¼æ smoki !.
- A wiêc podejrzewasz, ¿e to one bêd± go znaæ ?.
- Nie podejrzewam, a jestem pewien. Przecie¿ ju¿ opowiada³em ci o nich. Znaj± tajemnice, o których nikomu nawet siê nie ¶ni³o.
Zatem wszystkie drogi prowadz± do smoków – powiedzia³ wolno Rados³aw – Hm. Jak s±dzisz, Samborze, gdybym którego¶ spotka³, czy bêdzie sk³onny ze mn± rozmawiaæ ?.
- To trudne pytanie. Co¶ ci wyja¶niê. W czasach, gdy ludzkie rasy by³y jeszcze m³ode, obie spo³eczno¶ci ¿y³y zgodnie obok siebie. Lecz sta³o siê co¶, co wywo³a³o konflikt. Smoki przetrzebi³y populacjê ludzi i gdzie¶ odesz³y. Nie rozstali¶my siê w zgodzie. Ale to by³o dziesi±tki wieków temu. Czas leczy rany.
Hm. Gdyby¶ w przysz³o¶ci spotka³ smoka, wys³ucha ciê i mo¿esz byæ tak¿e pewny, ¿e nie zaatakuje. Nie s± agresywnymi istotami. Ale czy bêdzie chcia³ z tob± rozmawiaæ, tego nie wiem.
- Dobre i to, ¿e zechce mnie wys³uchaæ. Naprawdê nie zaatakuje ?.
- Nie. Smoki nie s± krwio¿erczymi bestiami, szanuj± ¿ycie. To nie gryfy.
Gryfy ?. A có¿ to takiego ? – spyta³ Rados³aw.
- Ogromne zwierzêta. Ludzie czêsto myl± je ze smokami, choæ znacznie siê ró¿ni±. Smoki maj± du¿e tu³owia zakoñczone silnym ogonem, ich cia³o pokryte jest ³usk±, która stanowi niemal idealny pancerz. Chodz± na potê¿nych tylnych ³apach, przednie s± znacznie krótsze. Na d³ugiej szyi nosz± pod³u¿ne g³owy, ich szczêki s± uzbrojone w ogromne zêbiska. Wielkie skrzyd³a u ich boków pozwalaj± wzbiæ siê w powietrze, wy¶mienicie lataj±. To z pewno¶ci± znasz z opowie¶ci. Ale nie wiesz, ¿e smoki w³adaj± zaklêciami pierwotnej magii.
A gryfy ?. S± wybrykiem natury. Ich korpus wygl±da jak tu³ów ogromnego kota, te¿ pokryty ³usk±. Chodz± na czterech ³apach uzbrojonych w potê¿ne szpony. Maj± skrzyd³a i podobnie jak smoki doskonale lataj±, za¶ ich g³owa … jest jak wielki ³eb or³a. S± nieco mniejsze od smoków, lecz niezwykle agresywne. Na szczê¶cie zamieszkuj± l±dy znacznie dalej na pó³nocy, gdzie klimat jest o wiele ch³odniejszy. Unikaj± ciep³ych krain.
- Czy s± obdarzone inteligencj± ?.
- Tak, lecz nie potrafi± mówiæ.
- W³adaj± te¿ magi± ?.
- Nie, na ca³e szczê¶cie. Lepiej jednak nie wchodziæ im w drogê.
Có¿, zatem sprawa dotarcia do Aldony musi byæ od³o¿ona na pó¼niej. I tak na razie nic nie mo¿na zrobiæ – rzek³ Rados³aw.
To prawda. Na wszystko przyjdzie odpowiednia ku temu pora. Teraz musimy siê zaj±æ realizacj± bie¿±cych planów – odpar³ Sambor – Ale nie odpowiedzia³e¶ mi, jak wypocz±³e¶ !.
- Doskonale. Choæ pozornie mia³em sporo zajêæ. Mo¿emy zaczynaæ.
- o -
Tym razem Sambor przeniós³ ich magicznie w najbardziej na po³udnie wysuniête tereny. By³o to pustkowie poros³e bardzo sk±p± i nisk± ro¶linno¶ci±. W przeciwieñstwie do pozosta³ej czê¶ci wyspy, bardzo zró¿nicowanej pod wzglêdem ukszta³towania terenu i obfituj±cej w liczne wzniesienia, jary i jaskinie, poprzecinanej licznymi strumieniami biegn±cymi do g³ównej rzeki – tutaj teren by³ niemal p³aski. Pod³o¿e stanowi³a ska³a, tu i ówdzie okraszona nalotem mchów i porostów. Mniej wiêcej na ¶rodku tej kamiennej równiny sta³a niezbyt wysoka forma skalna o kszta³cie s³upa z p³asko ¶ciêtym wierzcho³kiem.
Rados³aw zna³ to miejsce, choæ bywa³ w nim niezmiernie rzadko. Bulgota³o tutaj kilka cuchn±cych bajor, w ich pobli¿u zbiera³ siarkê dla Myriam. Nie by³o tu ¿adnej zwierzyny, ogólnie okolica sprawia³a do¶æ ponure wra¿enie.
- W tym miejscu mo¿emy bez przeszkód rozpocz±æ naukê ofensywnych zaklêæ poziomu mistrza i arcymistrza – zagai³ Sambor – S± potê¿ne i zabójczo skuteczne. Musisz do perfekcji opanowaæ umiejêtno¶æ kontrolowania zasiêgu i miejsca ich dzia³ania. Zasada jest dok³adnie ta sama, jak w przypadku twojej zabawy.
Podejd¼ do æwiczeñ maksymalnie skoncentrowany i zachowaj ca³kowit± powagê i spokój. W razie, gdyby co¶ ci nie wysz³o otoczê nas ochronn± barier±.
- To pewnie dlatego dzisiaj masz ze sob± swój kostur ?.
- Tak, lecz pos³u¿y mi nie tylko dla naszego bezpieczeñstwa. Bêdê te¿ chroni³ miejsca ataku. Chocia¿ ten rejon wydaje siê tak ponury i nieprzyjazny, nie wolno go niszczyæ. Musi pozostaæ dok³adnie takim, jaki jest obecnie.
- Rozumiem.
- Wobec tego zaczynamy. Przeniesiemy siê na szczyt tego kamiennego s³upa. Ca³± okolicê bêdziesz widzia³ jak na d³oni.
Stoj±c na szczycie ska³y Rados³aw rozejrza³ siê dooko³a. Rozci±ga³ siê st±d wspania³y widok. Z jednej strony ogranicza³y go wysokie ¶ciany ska³ otaczaj±cych wyspê, a pozosta³± wype³nia³ zielony dywan lasów. Podnó¿e za¶ wygl±da³o jak jednolicie szara p³aszczyzna.
- Napatrzy³e¶ siê ju¿ ? – zwróci³ siê do niego Sambor.
- Tak. Co na dzisiaj jest zaplanowane ?.
- Zobaczymy, jak sobie poradzisz z gradem meteorytów. W wyniku dzia³ania tego zaklêcia na ziemiê spadaj± wielkie, p³on±ce g³azy niszcz±c wszystko na wskazanym obszarze. Podkre¶lam-wszystko. Dlatego tak wa¿nym jest, by kontrolowaæ zasiêg i miejsce ataku. Spadaj±ce g³azy mog± raziæ zarówno wroga, jak i twoich sprzymierzeñców !. Wyprowadzasz atak na konkretnego przeciwnika zajmuj±cego konkretne miejsce. Zrozumia³e¶ ?.
- Tak.
- Wobec tego s³uchaj – tu nast±pi³ bardzo d³ugi wyk³ad Sambora przerywany szczegó³owymi pytaniami Rados³awa, który stara³ siê dog³êbnie poznaæ technikê, jak± wymaga³o zaklêcie. Gdy wszystkie w±tpliwo¶ci i niuanse natury teoretycznej zosta³y wyja¶nione, przysz³a pora na praktyczn± naukê.
Sambor magicznie uaktywnia³ cele wygl±daj±ce jak fosforyzuj±ce placki o zró¿nicowanej ¶rednicy, a Rados³aw rzuca³ na ten obszar zaklêcie z lepszym b±d¼ gorszym skutkiem. Raz po raz dochodzi³ do jego uszu ¶wist spadaj±cych g³azów i ich huk, gdy rozbija³y siê o pod³o¿e. By³ pod ogromnym wra¿eniem tego, co rozgrywa³o siê przed jego oczyma. Po kilku godzinach morderczego treningu, podczas którego dwukrotnie korzysta³ z eliksiru many, postanowili nieco odpocz±æ. Skorzystali przy tym z przyniesionych ze sob± zapasów. Posilaj±c siê, wymieniali uwagi na temat æwiczeñ.
- Idzie ci ca³kiem nie¼le. S±dzi³em, ¿e bêdziesz mia³ wiêksze k³opoty z trafieniem w cel – napomkn±³ Sambor – Ale jeszcze musisz intensywnie popracowaæ nad kontrol± zasiêgu i ze¶rodkowaniem.
- Wiem, wci±¿ myl± mnie te ci±g³e zmiany odleg³o¶ci i obszaru – t³umaczy³ siê.
- A co ty my¶lisz, ¿e taki przyk³adowo oddzia³ szkieletów wype³znie sobie spod ziemi i grzecznie bêdzie czeka³, a¿ mu spu¶cisz lanie ?. Nie, ch³opcze. Rozwin± od razu szyk i rusz± do ataku !.
- Teraz widzê, ¿e czeka mnie niez³a harówka.
- To prawda, ale gdy opanujesz to do perfekcji nie bêdziesz musia³ wydatkowaæ zbyt du¿ych ilo¶ci many. Sam siê przekona³e¶, jakie to wyczerpuj±ce. Trzeba siê nauczyæ optymalnego wykorzystania swoich mo¿liwo¶ci, by nie traciæ na darmo energii. Na pocieszenie powiem ci, ¿e gdy ju¿ opanujesz tê umiejêtno¶æ dalsza nauka pójdzie ci znacznie ³atwiej.
- No to rzeczywi¶cie mnie tym podbudowa³e¶. Wiesz, efekt tego zaklêcia jest wprost niesamowity. Musi siaæ totalne zniszczenie i pop³och w szeregach wroga.
- W rzeczy samej. I wyobra¼ sobie, ¿e jego opanowanie zajmuje mistrzowi magii kilka miesiêcy, a ty najpó¼niej jutro bêdziesz nim swobodnie w³ada³.
- Z ka¿dym dniem coraz bardziej doceniam dar, który otrzyma³em.
Dobrze. No to jak ?. Zaczynamy, czy jeszcze chcesz nieco odsapn±æ ?.
- Ju¿ odpocz±³em. Bierzmy siê do pracy.
Zajêcia potrwa³y niemal do wieczora. S³oñce chyli³o siê ju¿ ku zachodowi, gdy Rados³awowi pierwszy raz uda³o siê idealnie dopasowaæ atak. By sprawdziæ czy nie by³o to dzie³em przypadku, Sambor dokona³ jeszcze kilku prób zmieniaj±c szybko cele. Jednak i one zosta³y bezb³êdnie trafione.
- Wystarczy na dzisiaj. Dobra robota, Rados³awie. To, ¿e tak dobrze ci posz³o zawdziêczasz tej niewinnej zabawie, któr± rano wymy¶li³e¶.
- Uf. Samborze, jestem wykoñczony. Dajesz mi czasami wiêkszy wycisk ni¿ Jasper.
- Muszê. Pamiêtaj, ¿e ambicj± twoich mistrzów jest uczynienie z ciebie wspania³ego wojownika. Wracamy !.
VI
Opanowanie kilku kolejnych formu³ zajê³o Rados³awowi tydzieñ. Na bazie przyswojonej techniki i wiedzy nastêpne dwa tygodnie minê³y na poznaniu rzucania zaklêæ w oparciu o S³owo Mocy. Wtedy dopiero przekona³ siê w pe³ni o prawdziwej potêdze daru, jaki przekaza³ mu kamieñ sanktuarium. Sambor koñcz±c ten fragment szkolenia zobowi±za³ go, aby zdobytej w³a¶nie wiedzy magicznej u¿ywa³ wy³±cznie w ostateczno¶ci. Rados³aw by³ w pe³ni ¶wiadom odpowiedzialno¶ci, jaka spoczê³a na jego barkach. Potêga destrukcji tych zaklêæ by³a przera¿aj±ca.
- o -
Druid z aprobat± kiwa³ g³ow±, gdy wieczorem usiedli na werandzie przed chat± i rozpoczêli pogawêdkê.
- Naprawdê, ch³opcze, praca z tob± przynosi wielk± satysfakcjê. Zdobywasz wiedzê i masz ¶wiadomo¶æ jej potêgi, ale i zagro¿eñ wynikaj±cych z jej u¿ycia w niekontrolowany sposób. W pe³ni mogê potwierdziæ opiniê Myriam. Twoja pilno¶æ i zaanga¿owanie mog± s³u¿yæ za przyk³ad.
- Có¿, staram siê jak mogê – odpowiedzia³ skromnie Rados³aw lecz widaæ by³o, i¿ pochwa³a druida sprawi³a mu wielk± przyjemno¶æ – Ale i to, czego mnie uczysz jest bardzo interesuj±ce. To mi pomaga.
- Atak ju¿ opanowa³e¶, teraz zajmiemy siê skuteczn± obron±. Oprócz tego musisz jeszcze poznaæ kilka zaklêæ wspomagaj±cych natury ogólnej.
- Wiêc to ju¿ wszystko, je¶li chodzi o magiê ofensywn± w walce ? – zapyta³.
Ale¿ sk±d !. Po prostu ten zakres wiedzy, który pozna³e¶ w zupe³no¶ci ci wystarczy. Przyswojenie pe³nej wiedzy magicznej nawet tobie zajê³oby lata. A to wojownikowi nie jest do niczego potrzebne – odpar³ Sambor – I z pewno¶ci± by ci zaszkodzi³o, gdy¿ zbyt mocno ta wiedza anga¿owa³aby twój umys³. Co zanadto, to niezdrowo, ch³opcze. Magia ma ci pomagaæ, a nie przeszkadzaæ. Tylko umiejêtne po³±czenie obu stylów walki uczyni z ciebie tak piekielnie trudnego przeciwnika, ¿e bêdziesz w stanie zaskoczyæ ka¿dego wroga. A zaskoczenie, jak zapewne pamiêtasz z wyk³adów Jaspera, to po³owa zwyciêstwa.
- Zgadza siê. Trochê siê rozpêdzi³em, musisz nieco przyhamowaæ mój temperament.
- Ani my¶lê. To ty musisz nad nim zapanowaæ i odpowiednio go ukierunkowaæ. Moim zadaniem jest czuwaæ, aby¶ go odpowiednio wykorzystywa³. Potrafisz na ch³odno oceniaæ sytuacjê, lecz czasami dajesz siê ponie¶æ emocjom. Musisz nad nimi panowaæ !. Twój przeciwnik czêsto bêdzie chcia³ ciê wytr±ciæ z równowagi. To taktyka walki. Emocje takie jak gniew, z³o¶æ czy nienawi¶æ to najgorsi doradcy. Ty masz je wzbudzaæ u przeciwnika samemu zachowuj±c ca³kowity spokój, a nie na odwrót.
- Tak, pamiêtam. Jasper ci±gle o tym mówi³.
- I ja bêdê ci to powtarza³ a¿ do znudzenia. Jasper to stary praktyk, tobie jeszcze brakuje do¶wiadczenia. W obu przypadkach, Jaspera i moim, celem naszego szkolenia jest to, aby¶ móg³ go nabraæ minimalnym kosztem.
- Co masz na my¶li ?.
- To, ¿e masz walczyæ i zwyciê¿aæ. A je¶li twój wróg ma przewagê, masz siê wycofaæ i obmy¶liæ sposób, by go pokonaæ. Rejterada nie zawsze jest tchórzostwem, dobrze to sobie zapamiêtaj. Wiesz, dlaczego wielu m³odych wojowników ginie ju¿ w pierwszej swojej bitwie ?. Bo zamiast my¶leæ, daj± siê ponie¶æ g³upiej ambicji i gin± jak æmy lec±ce prosto w ogieñ. Sztuk± nie jest bohatersko zgin±æ, lecz przetrwaæ by wygraæ. Kiedy¶ na dalekim wschodzie ¿y³ wspania³y wojownik. Jego imiê zatar³o siê w mrokach czasu, lecz przetrwa³a zasada, której ho³dowa³ : „ugnij siê, a zwyciê¿ysz”.
- „Ugnij siê, a zwyciê¿ysz” – powtórzy³ wolno Rados³aw – Czujê w tych s³owach m±dro¶æ. Ale jak je zinterpretowaæ ?.
- Wed³ug legendy ów wojownik by³ tak¿e wielkim my¶licielem. A sformu³owa³ t± zasadê w niezwyk³ych okoliczno¶ciach. Podczas potê¿nej burzy usiad³ na ziemi i patrza³ na drzewa, miotane porywistymi podmuchami wiatru. Niektóre z nich, dumne i potê¿ne ³ama³y siê pod naporem wichury. Inne, które na pozór wydawa³y siê s³abe pochyla³y swe korony i na przekór sile chc±cej je zniszczyæ podnosi³y siê jakby kpi±c z jej potêgi. I to one wysz³y zwyciêsko z tych nierównych zmagañ. A jak rozumieæ przes³anie tej zasady ? – Wykorzystaj si³ê twojego przeciwnika i obróæ j± na jego niekorzy¶æ !.
- Ba, ale jak tego dokonaæ ? – Rados³aw nie do koñca zrozumia³.
Sambor spojrza³ na niego i u¶miechn±³ siê.
- Choæ nie znaj±c tej zasady, ju¿ skorzysta³e¶ z jej m±dro¶ci.
- Ja ? – odpar³ zdumiony – Kiedy ?.
- Gdy walczy³e¶ z trollem. Wykorzysta³e¶ jego si³ê i sprawi³e¶, ¿e sta³a siê przyczyn± jego zguby. Twój rozs±dek i spryt pozwoli³y ci go pokonaæ, choæ pozornie nie mia³e¶ ¿adnych szans w tym pojedynku.
- Teraz dopiero poj±³em, o co chodzi. Ten wojownik by³ geniuszem !.
W rzeczy samej. Czêsto tak jest, ¿e w prostocie tkwi geniusz. Obserwuj±c przyrodê mo¿na doj¶æ do zaskakuj±cych wniosków – powa¿nie odpar³ Sambor.
źródło:
http://www.portalliteracki.pl
Aktualna ocena::
3
Wyślij odnośnik znajomym::
Tags:
I/>
/> Wcze¶nie Trawiony Rados³aw ¿e Maczugi Trolla. Jako¿ Sambor Poczekaj – – ?.
/>- Nie. Jeste¶my />- Przecie¿ – />- Ale¿ Chod¼ />To ¶ciany ¼ród³a. Dotkn±³ Zamigota³a. Wszed³ ¶cianê, Rados³aw Znale¼li By³a Ros³o ³±ka ¶rodku Rados³aw ¿e />- Enklawy – Sambor – Id¼ ¶mia³o – />Rados³aw ¶wiêtego Wyci±gn±³
/> Dozna³ Jakby Jednocze¶nie Zamkn±³ Zdumionym To, ¿e Zewsz±d S³ysza³ ¶miech.
/>- Spogl±dasz ¶wiat Rados³awie. Teraz Widzisz ¶miertelnik />- Kim ?.
/>- Zobaczysz />- ?.
/>- Oczywi¶cie. />To Samborze. Czy … – />- Ale¿ S± ¿ywymi To, ¿e ¿e />- ?.
/>- Nie Sam – Sambor Poklepa³ –
Wyszli Ledwo Rados³aw D³ugie, By³a />- Dzieñ Rados³awie. – – Mi³o Napijesz ?.
Dzieñ – – Tak, Kim ?.
/>- Nazywam Amelia. Jestem ¼ród³em. – Poda³a Wypi³ ³yków />Ale¿ – ¶miech.
/>- Dziêkujê – />Amelio, – Sambor ¿artobliwie – – Rados³awa – Hej, S³yszysz ?.
/>- – – Mówi³e¶ ?.
/>- Owszem. Musimy Amelio !.
Pomacha³a Przez Wreszcie Rados³aw />- Czy ?.
/>- Tak. Ale Niestety />- Mo¿na S± ?.
/>- Niektóre. Ale
/>Znów Tym Sambor />- Co¶ – />- Nie. My¶lê Czu³em Mam ¶wiadomo¶æ, ¿e !.
/>- Przeszed³e¶ Kamieñ Dysponujesz Inni Masz … S³owo Mocy. Wyja¶niê Teraz />- Rozmawiali¶my Ale ?.
/>- Czeka³em, Otó¿ Dalej. ¶pisz. – />- Unicestwienia – Rados³aw />- Nie !.
/>- Czy ¿e ?.
/>- Tak, Rados³awie. Gdy Mag, Nie ¿e Je¶li />- Nawet />Przerwa³e¶ – – Masz ¶wiat³a, Bez />- Nie />- Widzisz, – Sambor – Tylko Poziom Pó¼niej Magia Nekromanta ¶ciany />- Ale¿ Samborze Przecie¿ …
/>- Rzeczywi¶cie, … Bêdziesz Hm, – Rados³aw />Co – Sambor.
/>- Wiesz, ¿e Ale />- Poka¿.
/>Zdj±³ Ów Za³o¿y³ Sambor />- Oto Aldona. Gdy ¿adnej Zreszt± Czy ?.
/>- Nie.
/>- Zaraz />Rados³aw ¿yczenie Wkrótce Sta³ Sambor Gdy ¿e Ognisty />- Teraz ?.
/>- Ten – – Zupe³nie !.
/>- Niezwykle – Sambor – Chroni By³ Teraz
/>- Jest ?.
/>- Podejd¼ />Rados³aw Sambor />- Wyczuwam Jakby Spróbuj />Zdj±³ ³añcuszek Gdy
/>- Czy … />- Aldona.
/>Sambor />
/> II
/>
/> Rados³aw Tak, Wreszcie Gdy />Ruszyli Dopiero Sambora :
/>- />- Jest Nie Jest Aldony. Spójrz />Ponownie Odwrotna Obojêtnie Umie¶ci³ />- Gdy – />Do Rados³aw Sambor ¿adnych ¶ciêtym Ponad Lekko :
/>- Wiesz Samborze Pewnie />- Nonsens. S³ucha³e¶ Mia³e¶ – – Hej, Marnujesz Zamknij Machinalnie, !!!.
/>Reprymenda Ognisty />- Uda³o – />- Tak. ?.
/>- Niech ….
/>- Nie – Sambor – Jeszcze Dalej.
/>Raz ³adunki Ka¿da Bombardowany Sambor />- Dalej ¿e ?.
/>- Jak Samborze. Zamiast … – />- Amelii, Rozumiem
/>- Zgoda. Dajê ¿e />- Dobrze. Zostawmy Skupmy Ju¿ Pomimo Jutro To, />- Zatem Mówi³e¶, ¿e Mo¿esz ?.
/>- Jako />- Wyja¶nij />- Przede Nie Istota, Lodowa ¿ywio³u Piê¶æ Kamienna />- „pierwsze” Je¶li
/>- Nie Rados³awie, Gdy Tutaj />Zosta³o Mo¿e Samborze. Chcia³bym – />- Zrób – – Sam Tylko />Rados³aw Sambor Rados³awa />
/> III
/>
/> Kolejne Rados³awowi Szkolenie Widmowym Uroczysku. Jako Sambora Rados³aw æwiczenia Atakowa³ ³adunków Przysz³a Tym Rados³awa Walcz±c Bardzo Dopiero Sambora Gdy æwiczeñ Kolejne Sambor />- Rados³awie, – – ³±czysz ¿e />- Samborze. Bez Popatrz, Czy ?.
/>- Tak. Posz³o … Zrobimy Odwied¼ Bart³omieja, Aby />- Nauczysz ?.
/>- Tak, Pos³uchaj – – Przeniesienie Nie Spróbuj Rados³aw />- – Sambor.
Znów />- Wobec Teraz />Bez Sambor Rados³aw ³uk /> Bêdê Bart³omieja – – Samborze.
/>- Jeszcze Staraj Mog± ?.
/>- Oczywi¶cie.
/>- !.
/> -
/> Ra¼nym
/>Resztê – – Jaspera. Mo¿e Popo³udnie Pojutrze Myriam, Nawet Przechodz±c Jako¿ Bart³omieja, Gdy U¶ciska³ />- Rados³awie, Jeste¶ Jak ?.
/>- Sambor Dzisiaj />- G³odny ?.
/>- />- Chod¼ W³a¶nie />Weszli Rados³aw Usiad³ Bart³omiej Zjedli Sambora Myriam. Bart³omiej Widaæ
/>- Chcê – />- Wiem, ¿e Aldona Pokazywa³e¶ />- Owszem, Popatrz. – />Bart³omiej „Aldona …” – Oczy ³zami. Wzruszenie Przez Rados³aw :
/>- Ten Aldony.
/>- Wybacz, … …
/>- Mogê ?.
/>Tak. Choæ – Bart³omiej. – Mówi³e¶ ¿e ?.
/>- – Rados³aw />- Ale Sambor />- Owszem. Ale Nie Sambora ¿e Jak±¶ Obieca³em ¿e />- Musisz />- Tak Mo¿esz />- Wiem Jak ?.
/>- Sambor Myriam.
/> Rozmawiali Jako, ¿e Bart³omiejowi />
/> IV
/>
/> Zgodnie Jaspera. Ten ³owów. Postanowili Wkrótce Jasperowi Rados³awowi Upolowa³ Ob³adowani ³upem Jako ¿e Spêdzili Rados³aw Bart³omiej Nie Chodz±c Jako ¿o³êdzie. Gdy ¿e ¶liczna U¶miechnê³a :
/>- Dzieñ Rados³awie. Mam Ilona Rozmawia³am Ameli±. Mówi³a ¿e />- Dzieñ Ilono. Mi³o ?.
/>- Opiekujê Prawda, ?.
/>- Tak, />Roze¶mia³a Jej />- Dziêkujê. Mo¿e Jego Wygl±dasz, Mog³abym ?.
/>- Chêtnie – Driada – My¶lê Aldonie, Jest Jeszcze Jednak />- Có¿, – – !.
/>- Je¶li
/>Kiedy¶ Ameliê – Ilona – Jednak Pewnie Wiesz Ameli±, Czy ¼ród³a, ?.
/>- Tak, />- B±d¼ />Rados³aw Ilonie. U¶miechn±³ :
/>- Bêdê Ilono. Jeste¶ />- – /> Rados³aw Przypadkowe
/>Dzisiaj – – /> -
/> Po ¶niadaniu Bart³omiejowi, ¿e ¼ród³a.
/>- Dobrze W³a¶nie Przyda³by ¼ródlanej – Bart³omiej.
/>- Wobec Zabra³ Gdy ¿e Ujrza³ One Przywita³ :
/>- Dzieñ Mówi±, ¿e ¶liczn± – />- Dzieñ – – Powiedzia³am Amelii, – Ilona.
/>- Tak. Widzisz, Dalia, – Amelia – S± ¿eglarzy, U¿ywaj± />- Mówi³ Sambor.
/>- Ale One ¿yciow± Nigdy ¶pi±, Podobno Dalia Królowa />- Przekaza³a¶ Amelio. Dziêkujê Dziêkujê Czy Dalia Musia³bym Chyba, ¿e … />- Nie Dalia – Amelia />- – Ilona.
/>Hm. Jutro Sambora. Mo¿e – Rados³aw – />To Obie Pomy¶la³, ¿e :
/>- Je¶li Nie />- Niczym … – Amelia,
/>- Pierwszy – Ilona.
/>Wobec ¿e ¿e Powiedzcie – – ¼ród³em …
/>- />- Usi±d¼my …
/>Rados³aw Ameli± Ilon± Gdy ¿egnali Bart³omieja. Pobieg³ ¼ród³a Jako ¿e Okaza³o ¿e /> W³a¶nie Nie Wyczu³, ¿e Rzut Piêæ Pozosta³a Walka />Odrzuci³ ¶rodek Nie :
/>- Wycofajcie !
/>Na Moment Rados³awa. />Zrozumia³y, – – Zostawcie Nied¼wied¼ ³apy, „przeraziæ” Rados³awa.
Doskonale „powitanie” Efekt Jeszcze ¶lepia ¶miertelny Jego Opad³ ³apy, ¶ciany Dla ³adunek, Pu¶ci³ ¿e ³ap />Rados³aw ³eb Zrozumia³, ¿e ¼le. Ca³y ¶lad. Bez Nie Wróci³ :
/>- Wypij, Ostatkiem ³eb Rados³aw ¿e ¶lepia Nala³ Spojrza³ Cztery Pozosta³y />Zwierz ³apach. Pozosta³e Rados³awa
/>- Zaatakowa³ ¿eby – />Jeden />- Rozumiem, ¿e Poradzicie ³upu ?.
/>Znów />- Wobec Wasz By³ Zbli¿ Kontuzjowany Rados³awa. Obejrza³ Eliksir />- Przez />Szczekn±³ />- Nic !.
/>Wilk, ³up Rados³aw /> - -
/> Gdy Bart³omiej Od³o¿y³ Pó¼niej ³awie. Rados³aw Gdzie¶ By³o />- Jaka – Rados³aw – Teraz Nie ¿e Czasami Chcia³bym, ¿eby¶my Dlaczego ¼le />- Widzê, ¿e – Bart³omiej – Tak ¿e Przeznaczenie Ich ¿elazn± Mówisz, ¿e ¼le Spróbuj Gdyby Aldony, ¶wiecie. Wprawdzie ¿e Gdyby¶ ?.
/>- Masz Nigdy Zetrê />- No, Jest ¿e ¿e Nawet ¿e />- Jak – Rados³aw.
/>- Udzieli³ Ale Jutro Sambora. Obudziæ ?.
/>- Sam. Ale¿ – Aa-ziewn±³ – Najwy¿szy />- Racja, Chod¼my />
/> V
/>
/> Lekka Przeniós³ Sambora. Zapuka³ Nie Wyszed³ Postanowi³ Nie Samborem Aby ¶rodku ³adunki Nie ³adunek Zajêty Sambor Jako¿ Rados³aw />- Witaj, Samborze. Nie ¿eby Nie ¿e ?.
/>- Dzieñ Czy Sk±d¿e Dziêki />- No, Ciekawe, Gdzie ?.
/>- Trochê Nasze Mo¿emy />- Wobec Jestem />Dobrze. Lecz – Sambor – ¿e />- … Wiesz, Ilonê. Pó¼niej Ameli± …
/>- ?.
/>- … Dalia ?.
/>Pamiêtam, ¿e …
/>- Có¿, ¿e Dalii Rzeka Móg³ />- Czy ?.
/>- Nie, Nekromanta ?.
/>Amelia ¿e – Rados³aw – ¿e ¿ywi± ¿yciow±.
/>- Tak Aldona. Potrafi± ³api± ¿eglarzami S± ³adunki. Zwyk³a ¿adnych Wiedz± />- Zatem ?.
/>- Pozornie Pamiêtaj ¿e Je¶li ¶rodek, Trzeba ¶rodek />- Ba, ³atwo ¶rodka ?.
/>- Oj, Rados³awie. Czy ¿e Moja Ale ¿e Musi !.
/>- ¿e ?.
/>- Nie Przecie¿ Znaj± ¶ni³o.
/>Zatem – Rados³aw – Hm. Jak Samborze, ?.
/>- Co¶ ¿y³y Lecz Smoki Nie Ale Czas Hm. Gdyby¶ ¿e Nie Ale />- Dobre ¿e Naprawdê ?.
/>- Nie. Smoki ¿ycie. />Gryfy – Rados³aw.
/>- Ogromne Ludzie Smoki ³usk±, Chodz± ³apach, Wielkie Ale ¿e S± Ich ³usk±. Chodz± ³apach Maj± … ³eb S± Unikaj±
/>- Czy ?.
/>- Tak, />- W³adaj± ?.
/>- Nie, Lepiej />Có¿, Aldony – Rados³aw.
/>To Teraz – Sambor – Ale !.
/>- Doskonale. Choæ Mo¿emy /> - -
/> Tym Sambor By³o – Pod³o¿e ówdzie Mniej ¶rodku ¶ciêtym Rados³aw Bulgota³o Myriam. Nie ¿adnej />- – Sambor – S± Musisz Zasada Podejd¼ æwiczeñ
/>- ?.
/>- Tak, Bêdê Chocia¿ Musi
/>- Rozumiem.
/>- Wobec Przeniesiemy Ca³±
/> Stoj±c Rados³aw Rozci±ga³ ¶ciany Podnó¿e />- Napatrzy³e¶ – Sambor.
/>- Tak. ?.
/>- Zobaczymy, Podkre¶lam-wszystko. Dlatego Spadaj±ce Wyprowadzasz Zrozumia³e¶ ?.
/>- Tak.
/>- Wobec – Sambora Rados³awa, Gdy Sambor ¶rednicy, Rados³aw Raz ¶wist By³ Skorzystali Posilaj±c æwiczeñ.
/>- Idzie S±dzi³em, ¿e – Sambor – Ale />- Wiem, – />- ¿e Nie, Rozwin± !.
/>- Teraz ¿e />- Sam Trzeba ¿e ³atwiej.
/>- Wiesz, Musi />- ¿e />- Dobrze. Zaczynamy, ?.
/>- Ju¿ Bierzmy /> Zajêcia S³oñce Rados³awowi Sambor Jednak />- Wystarczy Dobra Rados³awie. To, ¿e />- Uf. Samborze, Dajesz Jasper.
/>- Muszê. Pamiêtaj, ¿e Wracamy !.
/>
/> VI
/>
/> Opanowanie Rados³awowi S³owo Mocy. Wtedy Sambor Rados³aw ¶wiadom Potêga /> -
Druid />- Naprawdê, Zdobywasz ¶wiadomo¶æ Myriam. Twoja />- Có¿, – Rados³aw – Ale />- Atak Oprócz />- Wiêc – />Ale¿ Przyswojenie – Sambor – Magia Tylko ¿e Jaspera, />- Zgadza Trochê />- Ani Moim Potrafisz Musisz Twój Emocje />- Tak, Jasper />- Jasper Jaspera
/>- ?.
/>- To, ¿e Rejterada Wiesz, æmy Sztuk± Kiedy¶ ¿y³ Jego „ugnij />- „Ugnij – Rados³aw – Czujê Ale ?.
/>- Wed³ug ów Podczas Niektóre ³ama³y Inne, – Wykorzystaj !.
/>- Ba, – Rados³aw />Sambor />- Choæ />- – – Kiedy ?.
/>- Gdy Wykorzysta³e¶ ¿e Twój ¿adnych
/>- Teraz Ten
/>W Czêsto ¿e Obserwuj±c – Sambor.
Komentarze::
Dodaj komentarz
Powiązane wiadomosci
- Prowincja noc
- Zanim nastanie karnawa³owa euforia
- S³owo na M.
- Paryska kawiarnia
- Chmury sun± na gapê (R)
- Miasta, ludzie, dekoracje (powie¶æ - odc 3/83) *
- Betezda /wiersz/ ?
- Bezmiejsce/popr./wiersz/ ?
- * * * (a wtedy...) /wiersz/ x
- *** [dawniej, gdy sól by³a s³ona...] /wiersz/
- Hematokryt /wiersz/
- Pewnego dnia przy mlecznym stole /wiersz/