24 godziny temu

Ca³a Prawda
Pustka ogarnê³a mnie ramionami, szczelnie oplot³a i wdar³a siê do wewn±trz mnie, choæ ja znikn±³em. By³a tylko ona, bezkresna i bezgraniczna. Nie mog³em o niej powiedzieæ nic, bo pustka ta by³a absolutnym zaprzeczeniem istnienia, ca³kowitym nieistnieniem, tak bardzo, ¿e nie powinienem nawet o niej my¶leæ, ¿e jaka¶ jest. Jakikolwiek przymiotnik musi mieæ cel, do którego siê odnosi, rzecz, któr± okre¶la, a tu nic takiego nie wystêpowa³o, nie istnia³o tak mocno, jak tylko mo¿e nie istnieæ, a nawet jeszcze bardziej. Nawet s³owo okre¶laj±ce miejsce tego nieistnienia, nie mia³o absolutnie ¿adnego sensu. „Tu” bowiem potrzebuje choæ cienia jakiej¶ przestrzeni, jakiego¶ „tam”, które nie jest „tu”. Niczego takiego nie by³o. O wiele bardziej pasowa³o s³owo wiêc s³owo „nigdzie”.
Jakim cudem cokolwiek czu³em? W tym bezkresnym „nigdzie”, otoczony „niczym”, zawieszony po¶ród pustki? Nie wiem. Ale czu³em. ¯al i rozpacz, pal±ce jak ogieñ, które miota³y siê we mnie huraganem ¿alu, tak wielkim, ¿e starczy³by na ca³e ¿ycie p³aczu dla ka¿dego mieszkañca tej planety. Ale nie mog³em p³akaæ. Wiêc p³omienie po¿era³y mnie bezg³o¶nie a ja mog³em tylko cierpieæ b³agaj±c o kres tej mêki. Lecz kres nie móg³ nadej¶æ, bo tak jak wszystko, zosta³ za granic± pró¿ni, za terminatorem owego nigdzie, w którym siê znalaz³em. Po prostu nie istnia³.
W ka¿dej chwili zdawa³o mi siê, ¿e nie dam rady przetrwaæ owego cierpienia nawet jeden krótki moment wiêcej. Cz³owiek nie mo¿e tak cierpieæ. Nie daje rady wytrzymaæ gigantycznej nawa³y bezkresnej rozpaczy, uderzeñ bólu, które jak tajfun rw± ja¼ñ na strzêpy. Powinienem umrzeæ, natychmiast. I umar³bym, z pewno¶ci± bym umar³, gdybym jeszcze ¿y³. Ale ju¿ nie ¿y³em.
Obudzi³em siê zap³akany. Poduszka by³a ca³a wilgotna od ³ez i ¶liny. Wspomnienie ¶mierci by³o tak rzeczywiste, jakbym znowu „tam” by³. Le¿a³em usi³uj±c si³± woli uspokoiæ oddech i ³omotanie serca. Powoli kawa³ki mojego „ja” sk³ada³y siê jak puzzle, jeden za drugim, wypychaj±c z umys³u przera¿enie i wspomnienie tego cholernego bólu, który czeka³ na mnie po drugiej stronie ¿ycia. Który czeka³ na ka¿dego z nas.
By³o cicho. Naprawdê cicho. Tak cicho bywa³o tylko tu i to jedynie wówczas gdy nie wia³ wiatr. Cisza nie dzwoni³a wtedy w uszach, lecz wype³nia³a swoim miêkkim wra¿liwym cia³em ca³± dostêpn± przestrzeñ. Gotowa cofn±æ siê pod dotkniêciem najdelikatniejszego nawet d¼wiêku. Uciec w k±t i zwin±æ siê w k³êbek.
Dlatego us³ysza³em. To nie by³ d¼wiêk, nie taki, który sp³oszy³by ciszê. By³ zbyt daleki, zbyt niegro¼ny, by mog³a siê go przestraszyæ. Ledwo cieñ d¼wiêku, niezbyt wyra¼ny cieñ. Gdybym nie zna³ tak dobrze kszta³tu g³osu kryj±cego siê za owym cieniem, nigdy nie zwróci³bym na niego uwagi. Ale zna³em. A¿ za dobrze.
Szepta³ pomiêdzy hukiem wodospadu mego serca, pomiêdzy skurczami têtnic i falami krwi. Gdyby moje serce nie bi³o tak wolno, na pewno uda³oby mu siê skryæ w zas³onie, gdy¿ zanim umilk³by szum po jednym uderzeniu, wzbieraj±ca kolejna porcja t³oczonej wewn±trz cia³a czerwieni zakry³aby go odg³osem tarcia cieczy o ¶ciany krwioobiegu. Lecz uda³o siê z³apaæ go w sieæ umys³u, rozpozna³em go i nazwa³em jego w³a¶ciwym imieniem. Ten pulsuj±cy delikatny i daleki szmer to by³ odg³os wiruj±cych ³opat ¶mig³owca.
W Iraku wiele razy s³ysza³em ten d¼wiêk. Wróg nie mia³ helikopterów, wiêc zawsze to by³ nasz samolot, przyjazny, ze wsparciem, z pomoc±. Dlatego dobrze mi siê kojarzy³. Ale co robi³ ¶mig³owiec na tym pustkowiu? Tu w promieniu 40 kilometrów by³ tylko klasztor, nic wiêcej. Tylko lasy i góry.
Musia³ l±dowaæ na skalnej polanie, jaki¶ kilometr st±d, tu¿ przy urwisku. Czemu akurat tam? W pobli¿u by³y co najmniej dwa lepsze miejsca, bezpieczniejsze, z szersz± przestrzeni±, bez drzew, o które ³atwo w ciemno¶ci zahaczyæ wirnikiem. Chwilê my¶la³em i znalaz³em odpowied¼. Bo dalej by³ ju¿ tylko las. To by³o najdalsze z mo¿liwych l±dowisk.
Do dzisiaj nie wiem, dlaczego wsta³em. Dlaczego delikatnie odpi±³em sobie kroplówkê, cicho wsun±³em stopy w buty o gumowej podeszwie, a na cia³o za³o¿y³em czarny habit. Mo¿e zadzia³a³y lata treningu, tysi±ce godzin æwiczeñ maj±cych nauczyæ mnie rozpoznawaæ niebezpieczeñstwo. Mo¿e wpajany setki razy odruch ostro¿no¶ci, nakazuj±cy wyprzedzaæ obce dzia³anie, zapobiegaæ mu, niwelowaæ, kaza³ mi podnie¶æ moje udrêczone i obola³e cia³o z ³ó¿ka i wyj¶æ po cichu na korytarz, a potem ni¿ej, po schodach, na zewn±trz. Mo¿e, nie wiem.
¦mig³owiec l±dowa³ na cichym biegu. Chyba w³a¶nie to uruchomi³o obronn± reakcjê mojego umys³u. Gdyby wyl±dowa³ nawet tak daleko, kilometr st±d, ale normalnie, hucz±c i ³upi±c jak huragan s³yszalny w promieniu kilku mil, mo¿e nie zwróci³bym na to uwagi. Móg³ to byæ lekarz, który przylecia³ obejrzeæ cz³owieka, który cudownie powróci³ z krainy ¶mierci, lub dziennikarze, szukaj±cy sensacji nawet w tym, zapomnianym przez ludzi zak±tku ¶wiata. Ale silnik samolotu ledwie szemra³, miel±c bezg³o¶nie powietrze ¶rub± ³opat. Na tej wysoko¶ci, gdzie atmosfera by³a sporo rzadsza, by³ to bardzo ryzykowny manewr. W dodatku w nocy, na nieznanym terenie, po¶ród gro¼nych pni wysokich sosen. ¦wiadczy³o to nie tylko o wielkim kunszcie pilota. To by³ znak, ¿e nie chc±, aby ktokolwiek wiedzia³ o tym, ¿e przylecieli. ¯e chc± siê ukryæ.
Gdy wyszed³em bocznymi drzwiami poczu³em na podwórzu czyj±¶ obecno¶æ. Byæ mo¿e szmer oddechu lub podprogowe bod¼ce wywo³ane mimowolnymi drganiami miê¶ni tego cz³owieka, szurniêcia stóp, czy nies³yszalny ¶wist rozcinanego przez mrugaj±ce rzêsy powietrza spowodowa³, ¿e go poczu³em. Poczu³em, nie zobaczy³em. Sta³ w ciemno¶ci, niewidoczny z mojej pozycji, ale tam by³. Czeka³ na nich. Na tych z helikoptera.
Us³ysza³em kroki z odleg³o¶ci ponad stu metrów. Szli szybko, o wiele za szybko na poruszanie siê w nieznanym terenie, w dodatku po ciemku. Po ciemku, bo nie widzia³em promieni latarek. Musieli mieæ noktowizory. Inaczej potykaliby siê co krok. Na ¶cie¿ce pe³no by³o kamieni i wystaj±cych z ziemi korzeni krzewów darniowca, metrowego krzewu o ciemnozielonych li¶ciach, który rós³ tu wszêdzie.
Nie zobaczy³em ich. Wci±¿ chowa³em siê za rogiem g³ównego budynku. By³o ciemno, osoba, która czeka³a, nie zapali³a ¶wiate³ zewnêtrznych. Nie wiedzia³em kto to, trudno kogo¶ rozpoznaæ tylko po tym jak stoi bez ruchu. Zw³aszcza, jak siê na niego nie patrzy.
- Jeste¶cie! – Szept przedar³ siê przez ciemno¶æ jak krzyk. Pozna³em go po tym jednym s³owie. Brat Damian! Co tu robi³? Na kogo czeka³?
Po odg³osach zorientowa³em siê, ¿e stanêli.
- ¦pi, zaprowadzê was. Dosta³ potrójn± dawkê ¶rodków nasennych, nie obudzi siê, choæby¶cie wyl±dowali mu helikopterem na ³ó¿ku.
W g³osie brata Damiana wyczuwa³em napiêcie i nerwowo¶æ. Czemu ba³ siê przybyszów? I o kim mówi³?
- Prowad¼ ! – powiedzia³ szeptem jeden z przyby³ych. By³o ich dwóch, pozna³em po krokach – Ma pod³±czon± kroplówkê?
- Tak, od samego pocz±tku. Ledwo dycha³ jak go tu przywie¼li¶my, ale od kilku dni wstaje i normalnie chodzi. Jeszcze trochê i zupe³nie wyzdrowieje.
Zorientowa³em siê, ¿e mówi± o mnie! O mnie! Ci dwa ludzie przylecieli, aby siê ze mn± spotkaæ. Tylko po co? I dlaczego robili to w takiej tajemnicy?
Nagle dotar³o do mnie jeszcze jedno – Brat Damian mówi³, ¿e dosta³em jakie¶ ¶rodki usypiaj±ce. Przypomnia³o mi siê, ¿e przyniós³ mi dzisiaj herbatê zio³ow±. Nosi³ mi j± od kilku dni. By³a tak okropna, ¿e wylewa³em j± za okno, prosto na grz±dki z marchewk±. Nie mówi³em mu o tym, bo nie chcia³em sprawiaæ mu przykro¶ci. A marchewce by³o chyba wszystko jedno.
Us³ysza³em, jak drzwi skrzypi±. Zawsze skrzypia³y. Zawiasy by³y tak stare, ¿e ¿adne oliwienie nie pomaga³o. Wszed³em z powrotem do klasztoru. Oni musieli przej¶æ przez ganek, potem wej¶æ na piêtro, gdzie by³y pokoje braci. Gdzie by³ mój pokój.
Przebieg³em przez boczny korytarz, potem po schodach na górê, boczn± klatk±, u¿ywan± kiedy¶ do transportu worków ze zbo¿em. Jeszcze trzy dni temu nie mia³bym si³y wej¶æ nawet powoli, ale organizm regenerowa³ siê zadziwiaj±co szybko. Dopad³em do drzwi swojego pokoju zanim pojawili siê na koñcu korytarza. Ostro¿nie zamkn±³em za sob±, s³ysz±c tylko kroki brata Damiana. Oni szli bezg³o¶nie.
W¶lizn±³em siê pod koc. Nie powinienem wychodziæ. Przeor mi zabroni³. Obowi±zywa³a mnie przysiêga pos³uszeñstwa, nie by³o od niej wyj±tków. Tylko teraz jako¶ wszystko straci³o sens. Ale odruchy zakonnika wci±¿ dzia³a³y.
Weszli bezszelestnie. W pokoju by³o ciemno, ich wzrok nie przyzwyczai³ siê do mroku. Zorientowa³em siê, ¿e brat Damian zosta³ na zewn±trz. Spod przymkniêtych powiek obserwowa³em co bêd± robiæ.
- Ten kretyn zamiast ¶rodków nasennych od razu móg³ mu podaæ potas, nie musieliby¶my siê t³uc trzy godziny w jedn± stronê - Widzia³em jak wyci±gn±³ z kieszeni jednorazow± strzykawkê i szklan± buteleczkê. Nabra³ p³ynu do strzykawki i podszed³ do mnie. Le¿a³em bez ruchu, usi³uj±c uspokoiæ oddech. Wci±¿ udawa³em, ¿e ¶piê.
- ¯artujesz?! – zdziwi³ siê ten drugi – To¿ to zakonnik. I tak cud, ¿e poda³ mu te ¶rodki nasenne. Co z nim zrobimy? Nie mo¿emy go tak zostawiæ.
- Wiem – Pierwszy uj±³ przewód kroplówki i wbi³ w ni± ig³ê. Wstrzykn±³ zawarto¶æ strzykawki w przezroczyst± rurkê – Jutro rano, zanim siê zorientuj±, przyjedzie tu samochód z Hausdorfu, z wiadomo¶ci±, ¿e jego siostra mia³a wypadek. Zabior± go ze sob±. Nikt o nim ju¿ nie us³yszy. No! – Pstrykn±³ palcami w rurkê.
Kroplówka zwisa³a lu¼no. Nie zd±¿y³em jej przypi±æ do ig³y w moim ramieniu. Wsun±³em j± tylko pod plecy, aby nie dynda³a ostentacyjnie ko³o ³ó¿ka. Teraz czu³em, jak wylewa siê z niej ciecz, mocz±c mi koszulê. Obcy czekali w milczeniu. Ten od strzykawki niespodziewanie uj±³ mnie za przegub. Zrozumia³em, ¿e bada moje têtno.
-I co? – zapyta³ ten przy drzwiach – Ju¿?
- Nie wiem, co siê dzieje – Westchn±³ ten pierwszy – Taka dawka zabija w ci±gu dwudziestu sekund.
Uj±³ przewód kroplówki i powiód³ po nim palcem. Wyci±gn±³ mi koniec rurki spod pleców i chwilê patrzy³ na ni± os³upia³y. A potem nasze oczy spotka³y siê.
Siêgn±³ pod kurtkê. Zrobi³ to tak szybko, ¿e w innej sytuacji móg³bym go tylko podziwiaæ. Nie mia³em jednak czasu na podziw. Podnios³em nogê i uderzy³em go stop± w twarz. Nie zrobi³em tego jednak ani silnie ani precyzyjnie. W dodatku na nogach wci±¿ mia³em miêkkie tenisówki, w jakich chodzili¶my w klasztorze. Mimo to straci³ równowagê i cofn±³ siê dwa kroki. Zapl±ta³ siê o stojak od kroplówki i z ³omotem upad³ na pod³ogê. Szarpn±³em cia³em i spad³em na ziemiê obok niego.
Drugi cz³owiek, ten który sta³ przy drzwiach, straci³ nas z oczu. Musia³ podej¶æ do ³ó¿ka, aby spróbowaæ mnie trafiæ. Gdyby ³ó¿ko nie wa¿y³o piêædziesiêciu kilogramów, kopn±³bym je w jego stronê gdy tylko by siê o nie opar³. Ale niestety w³a¶nie tyle wa¿y³o i mog³em najwy¿ej roztrzaskaæ sobie o nie stopê. Wturla³em siê pod nie i z³apa³em zdezorientowanego mê¿czyznê za nogi. Upad³ do ty³u, staraj±c obróciæ siê w powietrzu, aby zamortyzowaæ uderzenie ramionami. Poci±gn±³em go z ca³ej si³y za stopy uniemo¿liwiaj±c ten manewr. Upad³ z ³omotem, twardo a pistolet wysun±³ mu z d³oni. Nie zobaczy³em tego, tylko us³ysza³em.
Cichy trzask , dwa, jeden za drugim. Od³amki posadzki uderzy³y mnie w policzek. To ten pierwszy facet strzela³ przez ³ó¿ko. Nie mia³em pojêcia o ile chybi³, ale wiedzia³em, ¿e w koñcu mnie trafi. Przeturla³em siê mu wprost na nogi, swoim ciê¿arem ponownie wywracaj±c go na pod³ogê. Nie mog³em wdaæ siê z nim w szarpaninê, bo ten drugi ju¿ gramoli³ siê do pionu.
Skoczy³em przez okno.
To by³o pierwsze piêtro. Stare pierwsze piêtro, bo stary by³ sam klasztor. Co najmniej cztery metry do ziemi, dosyæ wysoko jak na bez³adny skok. Gdybym mia³ czas, prze³o¿y³bym nogi przez parapet, opu¶ci³ siê tak nisko jak pozwoli³yby zaczepione o ramê rêce, skoczy³ i przeturla³ siê dwukrotnie wytracaj±c energie kinetyczn± spadku. Ale na nic takiego czasu nie by³o. Wylecia³em na zewn±trz, wy³amuj±c czê¶æ ramy z szyb± i gruchn±³em na ziemie jak worek kartofli. A¿ jêknê³o.
Zerwa³em siê na nogi. O dziwo, chyba nic sobie nie z³ama³em. Pod oknem by³y grz±dki, na których hodowali¶my warzywa, w tym podlewan± przeze mnie herbat± zio³ow± marchewkê. Miêkka ziemia wydatnie z³agodzi³a upadek. Ruszy³em biegiem w dó³ urwiska. Nie mia³em czasu spojrzeæ na marchewkê, czy ¶pi. Zreszt±, nawet nie wiedzia³em jak wygl±da ¶pi±ca marchewka.
Bieg³em w±sk± ¶cie¿k± do lasu. By³ nów, ksiê¿yc nie rozja¶nia³ nieba, ca³e mizerne ¶wiat³o pochodzi³o od gwiazd. Niewiele tego by³o. Nieustannie potyka³em siê i zaczepia³em o krzaki i kamienie. W koñcu przewróci³em siê na ¶cie¿kê. Jaka¶ ga³±¼ podlaz³a mi pod stopê, nie wyhamowa³em i nogi nie nad±¿y³y za cia³em. Grawitacja zrobi³a resztê i jak d³ugi rymsn±³em w ciemno¶æ. Prawe kolano wybuch³o bólem. Poczu³em jak zostawiam czê¶æ skóry z lewej d³oni na szorstkiej darni. Podnios³em siê natychmiast i ruszy³em dalej.
Nie mia³em szans. Nawet je¿eli zyska³em odrobinê przewagi na starcie, biegn±c po ciemku traci³em j± z ka¿d± sekund±. Oni mieli noktowizory, ja by³em zdany na w³asne oczy. Nie by³ to równy pojedynek, mia³em tego ¶wiadomo¶æ. Musia³em co¶ zrobiæ, zanim mnie dopadn±.
Doskonale pamiêta³em jak wygl±da obraz w noktowizorze. Jasne zielone kó³ko, w którym widaæ jakby o¶wietlony zielon± latarni± ¶wiat. Doskonale widaæ. Jak na d³oni. Ale noktowizor mia³ jedn± istotn± wadê. Bardzo zawê¿a³ pole widzenia. Wrêcz dramatycznie.
Mój habit przewi±zany by³ konopnym sznurem. Tak stanowi³a regu³a zakonu. Trzymetrowy sznur. By³ moj± szans±.
S³ysza³em ich. Biegli najwy¿ej sto metrów za mn±. Za chwile bêd± mogli otworzyæ ogieñ. Wystarczy, ze który¶ trafi mnie w nogê. Dopadn± mnie chwilê potem.
¦cie¿ka ostro zakrêca³a. Z jednej strony ros³y krzaki, z drugiej zbocze opada³o dosyæ stromo, kilkaset metrów w dó³. Ostro zahamowa³em. Mia³em najwy¿ej dwadzie¶cia sekund. Sznur odwi±za³em jeszcze biegn±c. Wtedy te¿ zrobi³em pêtlê na jednym z koñców. Ukl±k³em i zaczepi³em koniec sznura o pieñ darniowca. Nie wiem jakim cudem te krzewy potrafi³y tak doskonale wgry¼æ siê korzeniami w ska³ê, ale robi³y to naprawdê perfekcyjnie. Szarpn±³em za sznur. Trzyma³ siê jakbym zaczepi³ go o stuletni d±b a nie o jaki¶ krzak ledwie metrowej wysoko¶ci. Po³o¿y³em sznur na ziemi i najszybciej jak mog³em i najostro¿niej jak potrafi³em zsun±³em siê za krawêd¼ urwiska po drugiej stronie ¶cie¿ki. Przywar³em ca³ym cia³em do ska³, rozp³aszczy³em siê na ziemi, by³em pod³o¿em, wtopi³em siê w nie. Tak± mia³em nadziejê.
Wybiegli zza zakrêtu dos³ownie sekundê potem. G³owê trzyma³em nisko, nie widzia³em ich. Poci±gn±³em za swój koniec sznura. Z ca³ej si³y.
Musieli siê potkn±æ. Po prostu musieli. Poczu³em szarpniêcia, jedno za drugim. Us³ysza³em st³umiony krzyk i za chwilê ciche uderzenia i szelest ubrania gdy cia³o jednego z nich turla³o siê po ostrych kamieniach w dó³ zbocza. Wyskoczy³em na ¶cie¿kê.
Drugi mia³ szczê¶cie, nie spad³. W³a¶nie gramoli³ siê na nogi. Poczeka³em, a¿ jego g³owa znajdzie siê na wysoko¶ci moich ramion, wykona³em gwa³towny skrêt tu³owia i uderzy³em go lewym ³okciem w skroñ.
Ko¶ci czaszki na skroniach s± najcieñsze. Nawet dosyæ s³abe uderzenie mo¿e je uszkodziæ w tym miejscu. A mnie a¿ zabola³o ramiê. Zgas³ jak zdmuchniêta ¶wieca. Straci³ przytomno¶æ zanim upad³ na ska³y.
Odzyska³ ja dopiero po dwudziestu minutach, pomimo, ¿e zniecierpliwiony ok³ada³em go po twarzy raz po raz. Chyba uderzy³em za mocno. Straci³em wprawê.
- Kto cie przys³a³? – zapyta³em. Spojrza³ na mnie nieprzytomnymi oczami.
- Co? – Wyj±ka³.
- Kto cie przys³a³? – powtórzy³em. Szarpn±³ siê. Odzyskiwa³ animusz.
Rêce i nogi skrêpowa³em mu wêz³ami marines, szarpi±c siê tylko je zaciska³. Gdy bêdzie próbowa³ rozlu¼niæ sznur, w koñcu zaci¶nie go tak mocno, ¿e dojdzie do martwicy d³oni i stóp i trzeba je bêdzie amputowaæ. Powiedzia³em mu o tym. Przesta³ siê krêciæ.
Pokaza³em mu jego w³asny pistolet, glocka z t³umikiem. Nie by³a to tania broñ, ale tanie bandziory nie lataj± helikopterami.
- Masz dwie rzepki kolanowe, potem ³okcie, strzaskany obojczyk te¿ boli jak cholera. J±dra. Jak to nie pomo¿e, znajdê jaki¶ patyk i wsadzê ci go w oko. Potem w drugie. Do ucha. Zacznê wybijaæ ci zêby, jeden po drugim. Naprawdê, oszczêd¼ i mi i sobie tej jatki. Powiedz mi, kto cie przys³a³, dopóki mo¿esz powiedzieæ to wyra¼nie, abym zrozumia³. ¯ebym nie musia³ ciê dopingowaæ do wyra¼nego wys³awiania siê.
Dla podkre¶lenia tego, ¿e nie blefujê strzeli³em mu w lewe kolano. Z bliska. Zawy³.
Odrzut broni obudzi³ cienie z przesz³o¶ci. Nie by³y zbyt nachalne. Po prostu wy³oni³y siê z mroku, podesz³y i usiad³y wokó³ mnie. Mo¿e odrobinê zbyt blisko.
- No to kto cie przys³a³? – Powtórzy³em pytanie jak mantrê. Spojrza³ na mnie z nienawi¶ci±.
- I tak cie dopadniemy! – Wysycza³ – Jak nie ja to s± setki innych.
Patrzy³em na niego w milczeniu. Te¿ zamilk³. Tylko dysza³ z bólu.
- To wszystko co masz mi do powiedzenia? – Zapyta³em. Czu³em tê straszn± beznamiêtno¶æ, pustkê w miejscu gdzie zwykle wi³y siê my¶li. Teraz nie by³o tam nic. Zna³em to uczucie, a raczej ich brak.
Nie odpowiedzia³. Wsta³em, unios³em pistolet i strzeli³em mu w g³owê. Potem w serce. Osun±³ siê na ziemiê. Nie zamierza³em go torturowaæ, to by³a tylko gro¼ba. Mo¿e spostrzeg³, ¿e blefujê, a mo¿e postanowi³ zaryzykowaæ. Wiedzia³, ¿e przez ostatnie cztery lata by³em mnichem, ¿e odnalaz³em Boga. ¯e ludzie g³êboko wierz±cy nie zadaj± strasznych cierpieñ bli¼nim. Mo¿e nawet liczy³ na to, ¿e puszczê go wolno. Pomyli³ siê. Mo¿e i odnalaz³em kiedy¶ Boga. Ale to by³o dawno. Kilka dni temu straci³em go. Na zawsze.
Ruszy³em w stronê helikoptera. Liczy³em, ¿e tam znajdê odpowied¼. Lub pilota.
Pilota nie by³o. To by³ dwuosobowy ¶mig³owiec, niewielki Bell. Poza numerem rejestracyjnym bez oznaczeñ. Sta³ zamkniêty, ten którego zabi³em nie mia³ kluczyków, pewnie lata³ ten drugi, który spad³ w przepa¶æ. Pierwszemu wybebeszy³em kieszenie, ale poza telefonem komórkowym i dwoma zapasowymi magazynkami do pistoletu nic nie mia³. Telefon by³ chroniony has³em. O¶mioznakowym, nie do z³amania. Przynajmniej nie przez mnie.
Szybê rozbi³em kamieniem. Namêczy³em siê, ale w koñcu siê uda³o. Specjalne tworzywo pêk³o i mog³em dostaæ siê do ¶rodka. I tak nie umia³em pilotowaæ, samolot nie by³ mi potrzebny.
W kabinie znalaz³em tylko dwie butelki z col±. Jedna prawie pusta, drug± nie otworzon±. Bez kluczyków nie mog³em odpaliæ elektroniki ¶mig³owca. Szansa jednak, ¿e nawet gdybym to zrobi³, umia³bym odczytaæ z GPSa trasê helikoptera by³a minimalna. Poza tym co by mi to da³o?
Wylaz³em z kabiny. Us³ysza³em szmer i w s³abym ¶wietle ¶witaj±cego dnia zobaczy³em go. Sta³ dwadzie¶cia metrów dalej i patrzy³ siê na mnie.
- Mia³em nadziejê, ze ci siê uda, naprawdê. Nie chcia³em, nie wiedzia³em, przynajmniej mia³em nadziejê, ¿e ciê tylko zabior±. ¯e to dlatego trzeba by³o cie u¶piæ.
Nie wierzy³em mu. Oszukiwa³ siê, doskonale wiedzia³ jak to siê ma skoñczyæ. Tylko wypar³ to ze ¶wiadomo¶ci. To normalne zachowanie.
Schowa³em pistolet za pasek. Podszed³em do niego. Skuli³ siê w sobie.
- Kto ich przys³a³? Wiesz?
- Nie wiem, kto dok³adnie. Ale to genera³ osobi¶cie kaza³ mi podaæ ci ¶rodki nasenne – Mówi³ generale zakonu, ojcu Gericku – Nikogo innego bym nie pos³ucha³. Dzwoni³ do mnie wczoraj rano.
- Komu powiedzia³e¶ i co? – Wci±¿ nie mog³em zrozumieæ o co chodzi.
Zmiesza³ siê – Rozmawia³em z prze³o¿onym w Zurichu. Opowiedzia³em mu o tym co ci siê przydarzy³o, o tym jak ciê uratowali¶my. I o tym co opowiedzia³e¶ mi czwartego dnia. O tej pustce. I o bólu. O ciemno¶ci. Naprawdê jest tam tak strasznie? Naprawdê nie ma nic innego? Czy ty to wiesz? ¯e nie ma Boga?
Nie odpowiedzia³em. Co mog³em mu powiedzieæ? Nie chcia³em go oszukiwaæ. A prawdê ju¿ pozna³.
- Rano przyjedzie samochód z Hausdorfu. Powiedz± ci, ¿e twoja siostra mia³a wypadek i bêd± chcieli cie zabraæ do niej, do szpitala. Po drodze cie zabij±. My¶lê, ¿e powiniene¶ uciekaæ. Ale to twoja sprawa.
Wyci±gn±³ do mnie rêkê. S±dzi³em, ze siê chce po¿egnaæ, ale w palcach t³amsi³ banknoty.
- Trzy tysi±ce, tylko tyle by³o w kasie. We¼, musisz mieæ pieni±dze aby siê ukrywaæ – Wzi±³em. Nie wiem, czy bardziej dla siebie, czy dla niego.
Min±³em brata Damiana i ruszy³em w stronê wschodz±cego s³oñca. Gdy po dziesiêciu minutach obejrza³em siê wci±¿ tam sta³ i patrzy³ za mn±. Po chwili skrêci³em w dó³ i zas³oni³y go krzewy.

Chcia³em otworzyæ usta, lecz nie mia³em ust. Gigantyczny balon ¿alu nabrzmiewa³ we mnie, a ja nie mia³em ust, aby wypu¶ciæ choæ czê¶æ bólu na zewn±trz, nie mia³em czym krzyczeæ, wyæ, zawodziæ, drzeæ siê i szlochaæ. P³omienie spala³y mnie od ¶rodka, a ja nie mog³em zrobiæ nic innego ni¿ cierpieæ. Wiêc cierpia³em.
Poranna rosa dosiêg³a mnie swym poca³unkiem. Krople skapywa³y z li¶ci tu¿ nad moj± twarz±. Obudzi³y mnie.
Zasn±³em na moment tylko. Usiad³em i opar³em siê plecami o pieñ drzewa. Nieprzespana noc i wielokilometrowa wêdrówka zmêczy³y mnie. Braki w kondycji da³y o sobie znaæ. W marines trzydziestokilometrowy marsz z ciê¿kim plecakiem to by³a dla mnie pestka, teraz, po czterech latach ¿ycia w zakonie oklap³em nieco. Otar³em ³zy i wsta³em.
W Bernie mieszka³a moja siostra. Nie widzia³em jej od d³ugiego czasu, ale pisywali¶my do siebie maile. Dosyæ nieregularnie co prawda, ale jednak.
Susan pracowa³a w amerykañskim konsulacie, jako asystentka wicekonsula. Mog³a pomóc mi w wyje¼dzie do Stanów. Musia³em za³atwiæ sobie nowy paszport, stary zosta³ gdzie¶ w biurze zakonu w Zurichu, a czu³em, ¿e nie powinienem siê tam pojawiaæ.
Doszed³em do jakiej¶ drogi. By³a asfaltowa, o równej nawierzchni, pasy l¶ni³y, czytelne i widoczne. Ale tu, w Szwajcarii, taka droga mog³a prowadziæ nawet do ch³opa na pole. Tu wszystko by³o porz±dne, l¶ni±ce i czyste. I dzia³a³o. Jak w zegarku.
Habit wyrzuci³em jeszcze w górach. Zosta³em w lekkim sweterku, trochê zbyt lekkim jak na te porê roku. Na szczê¶cie tu, ni¿ej, zaczyna³o siê robiæ ca³kiem wiosennie. Wsta³o s³oñce i poczu³em przyjemne ciep³o na twarzy.
Ju¿ pierwszy samochód siê zatrzyma³. Podwióz³ mnie do niewielkiego miasteczka, kilkana¶cie kilometrów na po³udnie. Podziêkowa³em i poszed³em na przystanek kolejki. Kupi³em bilet do Berna, z przesiadk±, ale za to poci±g odchodzi³ za piêtna¶cie minut. Hamburger w dworcowym barze smakowa³ wy¶mienicie, ju¿ prawie zapomnia³em, jakie s± dobre.
Do Berna dojecha³em wieczorem. Od dworca wzi±³em taksówkê i po pó³ godziny puka³em do mieszkania siostry. Nie zna³em do niej telefonu, a raczej zapomnia³em go. Ale pamiêta³em adres.
Otworzy³a dopiero po d³u¿szej chwili. By³a jaka¶ spiêta, zdenerwowana, ale nie zwróci³em na to uwagi. Przywitali¶my siê i wszed³em do mieszkania.
Lufa celowa³a we mnie z pokoju. Na kozetce siedzia³ zwi±zany i zakneblowany mê¿czyzna. Z kuchni wyszed³ drugi facet, tak¿e z gnatem w d³oni, pó³automatycznym Mauserem z przed³u¿onym magazynkiem. Podnios³em rêce do góry. Jeden z mê¿czyzn podszed³ do mnie od ty³u i uderzy³ mnie w g³owê. Chyba pa³k±. ¦wiat trzasn±³ jak przepalona ¿arówka.
Ockn±³em siê nie wiem po jakim czasie. G³owa nawet nie bola³a a¿ tak bardzo, jak powinna. Mo¿e to nie by³a drewniana pa³ka tylko na przyk³ad skórzana, wype³niona piaskiem? Nie wiem.
Na pod³odze le¿a³a moja siostra. Nie ¿y³a. W bluzce z ty³u zia³a wielka dziura o czerwona-czarnych brzegach. Rana wlotowa, lub wylotowa po pocisku sporego kalibru. Na kozetce siedzia³ mê¿czyzna. Ten sam, którego widzia³em skrêpowanego, z zaklejonymi plastrem ustami. W d³oni trzyma³ pistolet. W martwej d³oni.
- Niez³a historia, nie? – Przyja¼nie powiedzia³ brodaty facet w czarnym prochowcu. G³ow± wskaza³ obydwa cia³a – K³óc± siê, on zabija j± a potem strzela sobie w ³eb. Sprawa jakich wiele. Nic niezwyk³ego.
Szarpn±³em siê. Gdybym móg³ rozdar³bym go na strzêpy, go³ymi rêkami. Ale by³em zwi±zany jak baleron. Nawet nogi w kolanach spiête by³y plastykow± opask±. Przetoczy³em siê tylko po pod³odze, kilkana¶cie centymetrów. Podszed³ i kopn±³ mnie w twarz. W ostatniej chwili odwróci³em g³owê i dosta³em butem w policzek. Kopn±³ w bok, potem w ramiê.
-Przestañ – Ten z Mauserem odezwa³ siê – Ma byæ wzglêdnie ca³y, on tak kaza³.
-Wzglêdnie ca³y to szerokie pojêcie – Powiedzia³ ten pierwszy i przykopa³ mi jeszcze w g³owê. Czu³em, ze za chwilê ponownie stracê przytomno¶æ – To za Ditricha!
- Powiedzia³em przestañ! – G³os by³ jak wielka gruba szpila. Wbi³ siê w przestrzeñ tego pokoju i tu pozosta³. Brodaty przesta³ mnie kopaæ i odst±pi³ o krok. Lekko dysza³. Ten z Mauserem patrzy³ na mnie ciê¿ko. Dos³ownie czu³em wagê jego spojrzenia. Nie zmieniaj±c wyrazu spojrza³ na brodatego – Co siê z tob± dzieje Schwartz?
Schwartz nic nie odpowiedzia³. Nadal dysza³. Otar³ pot z czo³a i schowa³ broñ do kabury.
- Odczep siê Kraus, on zabi³ dwóch naszych – Wysycza³ – Ty jeste¶ tu nowy, wiêc siê nie wtr±caj. Ucz siê, a nie dyskutuj!
Powlekli nie do samochodu. Towarow± wind± na dó³, potem dziesiêæ metrów do furgonetki. Wrzucili mnie do ¶rodka, samochód ruszy³.
Straci³em rachubê czasu. Nie wiem ile jechali¶my. Zreszt± nie mia³o to ¿adnego znaczenia.
W góry zawsze chodzi³em sam. Od m³odo¶ci. Szybko zorientowa³em siê, ¿e albo ja jestem dla kogo¶ ciê¿arem, albo kto¶ dla mnie. Wiêc aby tego unikn±æ wola³em samotne wspinaczki. Tak by³o i tym razem. Przeor niezbyt przychylnie patrzy³ na to moje hobby, wola³by zapewne aby bardzie przyk³ada³ siê do ogródka i grz±dek, ale machn±³ w koñcu rêk±.
Tego dnia by³a piêkna pogoda. B³êkitne niebo, lekki wiaterek, ostre pó¼no marcowe s³oñce. Prognoza na jutro te¿ by³a dobra. Nadchodzi³ co prawda jaki¶ front, ale do nas mia³ dotrzeæ dopiero za 30 godzin. Do tego czasu mia³em ju¿ dawno wróciæ.
¦ciana nie by³a wcale trudna. Ale tak jak wiêkszo¶æ kraks na szosach zdarza siê przy ³adnej pogodzie i na dobrej nawierzchni, tak i spora czê¶æ wypadków alpinistycznych dzieje siê na ³atwych ¶ciankach. Stromizna skoñczy³a siê, lekko zbiega³em w dó³ gdy nagle zaczepi³em butem za wystaj±c± ska³kê i upad³em.
Normalnie bym siê tylko pot³uk³, najwy¿ej z³ama³ rêkê czy skrêci³ nogê. Ale padaj±c przekrêci³em siê na bok i uderzy³em g³ow± o ska³ê.
Ockn±³em siê kilkana¶cie metrów ni¿ej, w skalnej szczelinie, wysokiej na cztery metry i szerokiej na pó³tora. O dziwo, nic sobie nie z³ama³em, otar³em tylko kolana. Wsta³em, sprawdzi³em czy naprawdê ¿adna ko¶æ nie pêk³a i rozpocz±³em wspinaczkê.
Szczelina by³a zbyt szeroka, aby zaprzeæ siê plecami o jeden brzeg a stopami o drugi. Próbowa³em tak i siak, z lewa, z prawa, przodem i ty³em, ale nie dawa³em rady. Gdyby by³a wê¿sza o dwadzie¶cia centymetrów, mia³bym szansê. Ale nie by³a.
Po ¶cianie te¿ nie mog³em siê wspi±æ. Olbrzymi blok lawy pêk³ zapewne ledwo kilkaset lat temu, powierzchnia by³a jeszcze g³adka, bez ¶ladów erozji. Nie by³o nawet jednej szczeliny w ¶liskiej jak szk³o bryle granitu. Do krawêdzi mia³em ponad dwa metry, tylko co przecie¿, a nie by³o szansy na wydostanie siê z pu³apki. Zdj±³em buty, próbowa³em zapieraæ siê bosymi stopami, ale my¶lê, ¿e nawet gekon nie da³by rady.
Zawierucha przysz³a kilka godzin wcze¶niej ni¿ zapowiadano. Temperatura spad³a do jaki¶ minus 20 stopni w taki tempie, jakby chcia³a pobiæ rekord ¶wiata w swobodnym spadku. Szczelina chroni³a mnie od wiatru, ale nie od zimna. Zamarza³em.
Najpierw chodzi³em, dwa kroki w te, dwa kroki z powrotem. Tyle tu by³o miejsca. Potem próbowa³em biegaæ, czy raczej skakaæ, odpychaj±c siê od ¶cian. Mia³em nadziejê, ¿e ¶nie¿yca szybko przejdzie i znowu temperatura wzro¶nie. Przeliczy³em siê.
W hipotermiê popad³em mniej wiêcej po trzech godzinach. Wzrok zmêtnia³, miê¶nie zwiotcza³y, oddech sp³yci³ siê drastycznie. Nawet nie wiem kiedy usiad³em pod ¶cian±.
Znale¼li mnie dopiero po dwóch dniach. Tyle trwa³a ¶nie¿yca. Wiatr uszkodzi³ radioliniê do Haufhausen, nie mo¿na by³o wezwaæ alpinistów. Trzej najsprawniejsi zakonnicy, z bratem Damianem, który kiedy¶ uprawia³ amatorsk± wspinaczkê, poszli mnie szukaæ jak tylko przesta³ padaæ ¶nieg.
By³em oczywi¶cie trupem. Zamarzniêtym na ko¶æ, sinym trupem jak ta lala. Wyci±gnêli mnie na linach i na prowizorycznych noszach zanie¶li do klasztoru. Po³o¿yli w pokoju go¶cinnym, na pod³odze.
Ockn±³em siê nazajutrz. Zmartwychwsta³em trzeciego dnia. Odzyska³em przytomno¶æ, zwlok³em siê z noszy i wype³z³em na korytarz. P³aka³em i szlocha³em podobno, jak ma³e dziecko. ¦mieræ odda³a mnie, a mo¿e tylko zgubi³a po drodze nios±c do swojego ¶wiata. Lub to ja zmyli³em ¶cie¿ki, znalaz³em jakie¶ cudowne wyj¶cie, furtkê w labiryncie Hadesu. Przeor o ma³o nie dosta³ wylewu, jak siê na mnie natkn±³ przy drzwiach na dwór.
Woda zamarzaj±c zwiêksza swoj± objêto¶æ. Raptem o 20% ale to w zupe³no¶ci wystarczy, aby rozerwa³a i zniszczy³a komórki ludzkiego cia³a. Gdy zamrozisz ¿ywego ssaka i potem pozwolisz, aby temperatura wzros³a powy¿ej zera stopni, w rezultacie otrzymasz ju¿ tylko bry³ê zmielonego miêsa. Zmielonego od ¶rodka.
Nie wszystkie zwierzêta tak maj±. Pamiêtam jak z ojcem ³apali¶my zim± ryby, spod lodu. Rzucali¶my pojmane okonie na zamarzniêt± taflê, a one po chwili by³y sztywne od mrozu jak patyki. Le¿a³y tak kilka godzin, lecz jak tylko przywozili¶my je do domu i pole¿a³y w cieple, zaczyna³y siê ruszaæ i podskakiwaæ. Ich cia³a wytwarza³y specjalny hormon, zapobiegaj±cy krystalizacji lodu. Dlatego bez uszczerbku mog³y przetrwaæ zamra¿anie. Kto wie, mo¿e moje cia³o, wskutek jakiej¶ dziwacznej mutacji, te¿ wytworzy³o taki hormon? To by by³o wyt³umaczeniem tego co mi siê przytrafi³o. Jakim¶ wyt³umaczeniem.
Samochód stan±³, potem znowu ruszy³, na trochê, i znowu stan±³. Otworzono drzwi i bez ceregieli wywleczono mnie na zewn±trz. ¦wieci³y ostre jak brzytwa lampy rtêciowe, mru¿y³em oczy. Bardziej wniesiono mnie ni¿ wprowadzono do budynku. Ciemny korytarz, schody, uderza³em stopami o krawêdzie. Pokój, czy raczej gabinet. Krzes³o. Dwaj goryle po bokach.
Za biurkiem siedzia³ starszy cz³owiek. By³ w czarnym garniturze. Na jego piersi wisia³ srebrny krzy¿ na zbyt grubym ³añcuchu .
- Witaj bracie – Jego g³os mia³ ju¿ te starcz± chrypkê, musia³ mieæ co¶ oko³o siedemdziesi±tki.
Nie zdjêto mi knebla. Nie mog³em odpowiedzieæ.
- Wiesz co odró¿nia ludzi od zwierz±t? – Zapyta³. Nie wiedzia³em o co mu chodzi, ale nie oczekiwa³ ode mnie odpowiedzi.
- Wiara. Wiara w Boga. W ¿ycie pozagrobowe. W dobro i z³o. To nas odró¿nia. Od mrówek, od karaluchów, od szympansów. Dziêki niej stali¶my siê istotami wy¿szymi od reszty. I dziêki niej utrzymujemy ten status .A wiesz co pozwala ludziom wierzyæ? Co powoduje, ¿e chcemy wierzyæ, ¿e tak bardzo pragniemy wierzyæ, ¿e potrafimy ignorowaæ teoriê ewolucji, zdobycze fizyki i astronomii? ¯e wierzymy w Boga pomimo tego, ¿e wszystkie logiczne argumenty temu przecz±? Wiesz? – Wsta³ i podszed³ do okna. Milcza³ chwilê delektuj±c siê panuj±c± w pokoju cisz±.
- To strach. To strach zmusza nas do wiary. Strach, który towarzyszy nam przez ca³e ¿ycie. Lêk wype³niaj±cy ka¿d± minutê istnienia dowolnego cz³owieka. Lek przed ¶mierci± – Znowu zamilk³. Patrzy³ przez okno bez s³owa, w koñcu odwróci³ siê, podszed³ do biurka i usiad³.
- Zastanawia³o ciê kiedykolwiek, czemu tak bardzo boisz siê ¶mierci? Czemu na samo s³owo „¶mieræ” ogarnia ciê wielkie przera¿enie? Co w niej jest takiego, ¿e dr¿ysz, gdy tylko pomy¶lisz, ¿e kiedy¶ umrzesz? – Podniós³ g³os – ¯e potrzebujesz wiary, aby uchroni³a ciê przed tym strachem, omami³a wizj± wiecznego ¿ycia. ¯eby stworzy³a iluzje bezpiecznego przekroczenia granicy miêdzy ¿yciem a .. w³a¶nie ni±, ¶mierci±?
Odetchn±³ - Nasz zwi±zek, czy raczej wspólnota, istnieje od dwóch tysiêcy lat. W tym czasie wiele razy wydawa³o siê, ¿e ko¶ció³ zginie, rozpadnie siê, albo zostanie zmarginalizowany. Ale si³a wiary nawet w najtrudniejszych czasach pozwala³a nam i¶æ z podniesion± g³ow± i nie¶æ bo¿e b³ogos³awieñstwo miêdzy ludzi. Wiesz dlaczego? – Zawiesi³ g³os. Nawet jakbym wiedzia³, nie mog³em mu odpowiedzieæ – Bo ludzie nas potrzebuj±. Potrzebuj± wiary i potrzebuj± nadziei. Potrzebuj± przekonania, ¿e tam, za granic± ¿ycia, jest co¶ jeszcze, ¿e ¶mieræ nie jest koñcem, a tylko drzwiami do innego ¶wiata. Lepszego ¶wiata. I my im to dajemy.
- Zdejmijcie mu knebel – zwróci³ siê do jednego z ludzi stoj±cych pod ¶ciana. Pozna³em tego, co mnie kopa³, Schwartza. Podszed³ do mnie i szarpniêciem oderwa³ mi usta razem z plastrem. Przynajmniej przez chwilê tak my¶la³em.
- Pozabijam was! – Wycharcza³em i natychmiast zda³em sobie sprawê z komiczno¶ci tej gro¼by. Ale nikt w pokoju siê nie u¶miechn±³.
- Nie mo¿emy dopu¶ciæ do tego, aby jaki¶ przyb³êda zacz±³ rozpowiadaæ, ¿e po ¶mierci jest tylko to co jest. ¯e nie ma ¿adnego ¿ycia wiecznego, nie istnieje czy¶ciec, niebo, ¿adne nagrody za wiarê i s³u¿bê Bogu. ¯e po ¶mierci wpadamy w sam ¶rodek piek³a, najstraszniejszego z mo¿liwych, niewyobra¿alnego piek³a bezdennej rozpaczy. ¯e nasze dobre czy z³e uczynki nie maj± najmniejszego znaczenia, ¿e istnieje tylko kara, straszliwy wyrok dla ka¿dego z nas. Zw³aszcza, je¿eli ten przyb³êda ma za sob± trzydniowe doznanie w postaci absolutnej ¶mierci klinicznej, potwierdzonej przez kilku zakonników z szanowanego zakonu rzymsko-katolickiego. Zw³aszcza, powtarzam, ¿e badania owego przyb³êdy, niech go piek³o poch³onie, mog± doprowadziæ do rezultatów naukowych, umo¿liwiaj±cych innym ludziom doznanie tych samych wra¿eñ, o których mówimy.
- Nawet je¿eli jest to prawda? – Jêzyk trochê mi siê pl±ta³, ale usta jednak mia³em na miejscu.
- Zw³aszcza je¿eli jest to prawda – Podkre¶li³. Zw³aszcza by³o chyba jego ulubionym zwrotem retorycznym – Czy my¶lisz, ¿e jeste¶ pierwszy? ¯e ty jeden dozna³e¶ takiego objawienia? Od kilku tysiêcy lat ludzie staraj± siê dociec, co dzieje siê z nimi po ¶mierci. Setki, je¿eli nie tysi±ce fanatyków próbowa³y ró¿nego rodzaju eksperymentów aby tylko dowiedzieæ siê, co czeka nas TAM, za granic± ¿ycia. Prawie wszyscy zginêli. Na nieszczê¶cie tylko prawie. Kilku wróci³o – Jego chude paluchy bawi³y siê krzy¿em na piersi.
- Odkry³e¶ mimowolnie jedyn± mo¿liw± drogê. Zamro¿enie. Pierwsi byli równie¿ mnisi, z pewnego nie istniej±cego ju¿ zakonu, Templariuszy. Gdy tylko odkryli tajemnicê ¶mierci, kazali¶my ich wymordowaæ. Uda³o ocaliæ siê wiarê, najcenniejsze spoiwo jakie ma, jakiego nieustannie potrzebuje, nasz ¶wiat. Co kilkadziesi±t lat ko¶ció³ staje wobec takiego problemu jak twój. Najczê¶ciej nie interweniujemy, nie ma takiej potrzeby. Cz³owiek po do¶wiadczeniu ¿ycia po ¶mierci nie jest traktowany zbyt powa¿nie. Udaje siê zamgliæ prawdê wypuszczaj±c mnóstwo bzdur, ¶wiat³o, tunel, i takie tam androny. Ale twój przypadek jest inny, zbyt gro¼ny, aby nic z nim nie robiæ. Po pierwsze jeste¶ zakonnikiem, cz³owiekiem z wnêtrza krêgu wtajemniczenia. Po drugie do¶wiadczy³e¶ d³ugiej ¶mierci, nie kilku minut poza czasem, w których, zanim jeszcze ludzie zrozumiej± co siê dzieje, wraca im têtno i oddech. Móg³by¶ stanowiæ istotny problem. Dlatego go likwidujemy. Rozkazy przychodz± z samej góry, powtarzam – Uniós³ palec wskazuj±c sufit – Z samej góry!
S³ucha³em go, lecz patrzy³em na Krausa, cz³owieka, który trzyma³ Mausera. Jego twarz by³a blada jak ¶ciana.
- Ekscelencjo, czy to prawda? – Wydusi³ z siebie s³owa patrz±c na starca za biurkiem – Czy to wszystko, co pan powiedzia³, to prawda?
Starzec popatrzy³ na niego w niemym zdziwieniu – Kim ty jeste¶ do diab³a? Kto to, jaki¶ nowy? – Zwróci³ siê do Schwartza – Do cholery, kogo¶ ty tu przyprowadzi³ baranie?! Zabij go, natychmiast!
Schwartz wyci±gn±³ pistolet. Nic wiêcej nie zd±¿y³. Karus strzeli³ do niego krótka seri± z Mausera. Nie widzia³em, gdzie trafi³, ale Schwartz zwali³ siê na pod³ogê. Starzec za biurkiem wyszarpn±³ z szuflady niewielki rewolwer, ale zamar³ na widok wycelowanej w siebie lufy.
- Strzelisz do mnie?! Do mnie?! Na kolana psi synu! – Podniós³ siê z krzes³a – Módl siê i pro¶ o przebaczenie! B³agaj!
Kraus siê zawaha³. Na moment, ale to wystarczy³o. Opu¶ci³ pistolet. W tej chwili rozleg³ siê strza³. Mê¿czyzna kaszln±³ i cofn±³ siê o krok. Starzec ponownie wycelowa³, ale nie zd±¿y³ nacisn±æ spustu. Mauser ponownie zaterkota³. £up, ³up, ³up, pociski trafia³y raz za razem. Cz³owiek za biurkiem opad³ na fotel i razem z nim przewróci³ siê do ty³u na posadzkê. Srebrny krzy¿ brzêkn±³ g³o¶no o kamienie. Upad³ tu¿ obok cia³a starca i pêk³ na dwie czê¶ci. Zdziwi³em siê, ¿e by³ a¿ tak kruchy. Widzia³em jak struga krwi z piersi trupa powoli p³ynie w jego kierunku, a¿ wreszcie otacza go i op³ywa.
Kraus wypu¶ci³ z d³oni pusty pistolet. Opad³ na kolana. Przez chwile my¶la³em, ¿e osunie siê na pod³ogê, ale wsta³ z trudem i podszed³ do mnie. Zza pleców wyj±³ nó¿ i przeci±³ mi wiêzy na ramionach. Widzia³em, jak krew kapie cieknie mu po koszuli.
- Uciekaj st±d – Wyszepta³.
Dopóki ¿y³ by³ morderc±. Draniem, jakiego ¶wiat nie widzia³. Nienawidzi³em go, z ca³ej resztki duszy, jaka mi jeszcze zosta³a. Ale w tej chwili odchodzi³. Odchodzi³ tam, gdzie czeka³a na niego wieczna kara, nieustaj±ce potêpienie. Rozpocz±³ podró¿, z której nie by³o drogi powrotnej. Nie w tym przypadku.
Zamkn±³ oczy.
- Widz± ¶wiat³o – Wyszepta³. W jego g³osie wyczu³em nadziejê, rado¶æ, ¿e jednak siê myli³em. ¯e jest dok³adnie tak jak obiecywali mu od urodzenia, ucz±c i wpajaj±c regu³y wiary i koniecznego po¶wiêcenia. Nie znalaz³em w sobie si³y, aby powiedzieæ mu, ¿e nie jest to pierwsze ¶wiat³o. ¯e to ¶wiat³o, które widzi, które i ja widzia³em, które dostrzegali wszyscy ci, którzy na krótko zanurzyli siê w nico¶ci, to ¶wiat³o ostatnie. ¯e za nim jest ju¿ tylko ciemno¶æ.

T³um napiera³. Popychali mnie ze wszystkich stron naraz. Widzia³em jego dziwaczny pojazd, rodzaj kabrioletu. On siedzia³ i macha³ do ludzi, którzy zgromadzili siê tutaj, aby tylko go zobaczyæ, aby dotkn±æ, us³yszeæ jego t³umione przez wszechobecny ha³as s³owa. S³a³em na skraju wytyczonej w mrowiu ludzkim alei, która porusza³ siê jego pojazd. Agenci ochrony próbowali zapanowaæ nad t³umem, ale by³o to zadanie absolutnie niewykonalne, nawet przy udziale kompanii wojska. Coraz to kto¶ podbiega³ do samochodu, podawa³ mu kwiaty, dotyka³ bia³ej szaty. Czu³em jak popychaj± mnie ludzie z ty³u, usi³uj±c przedrzeæ siê ku przodowi, tak aby byæ bli¿ej, jeszcze bli¿ej jego aury, blisko¶ci, jego ¶wiêto¶ci.
To by³o ³atwiejsze ni¿ æwiczenia na strzelnicy. Wiedzia³em, ¿e zbli¿y siê na odleg³o¶æ trzech, mo¿e czterech metrów. Obok mnie sta³ agent ochrony, ale sta³ odwrócony ty³em, nie musia³em go zabijaæ najpierw. Nie zd±¿y zareagowaæ szybciej ni¿ w ci±gu piêciu sekund, a w tym czasie bêdzie ju¿ po wszystkim.
Odbezpieczy³em broñ. Wci±¿ trzyma³em rewolwer pod kurtk±, choæ w tym ¶cisku nie by³o szans, aby kto¶ dostrzeg³, ze jestem uzbrojony. Wszyscy patrzyli na niego, jak macha do nich, jak siê u¶miecha. Podjecha³ blisko. Serce bi³o mi jak oszala³e. Zacz±³em ju¿ wysuwaæ d³oñ spod kurtki, gdy nagle pojazd stan±³ a on schyli³ siê i wzi±³ na rêce ma³± dziewczynkê, podan± mu przez stoj±ca tu¿ obok matkê. T³um zamar³. Celowa³em w g³owê. To idealny moment do strza³u. By³ w odleg³o¶ci piêciu metrów, z takiego dystansu trafia³em muchê w locie. Ale poczeka³em, a¿ odda dziecko matce. Zawsze istnia³a mo¿liwo¶æ, ¿e chybiê. Móg³bym zraniæ dziecko.
Pojazd ruszy³. Wtedy zrozumia³em, ¿e straci³em najlepsz± okazjê. T³um napar³ na mnie, popychaj±c i potr±caj±c.
Pierwsza kula trafi³a go w rêkê. Nie mog³em utrzymaæ prosto broni, by³o zbyt ciasno, zbyt ruchliwie. Ponownie nacisn±³em spust, nie mierz±c ju¿ w g³owê. W g³owê i tak bym nie trafi³. Widzia³em, jak na bia³ym habicie wykwita ró¿a krwi, pod sercem, zbyt nisko pod sercem. Zbyt nisko by zabiæ. Post±pi³em krok do przodu, straci³em kontakt z k³êbi±cymi siê cia³ami. Nic nie chwia³o rêk± gdy po raz trzeci naciska³em spust. Jeszcze sta³ choæ ju¿ osuwa³ siê w dó³, w rêce jakiego¶ klechy na tylnym siedzeniu. Bêbenek obróci³ siê bezg³o¶nie w tym ha³asie, iglica napiê³a siê i si³± sprê¿yny spuszczona na sp³onkê trzasnê³a w sam ¶rodek denka naboju. Tu¿ przedtem zgra³em idealnie muszkê ze szczerbink±. Sta³y obie w jednej linii z sercem tego cz³owieka. Miêkkim, pozbawionym jakiejkolwiek os³ony miê¶niem, który czyni³ nas tak wra¿liwymi, tak bezbronnymi na uderzenia, jakie fundowa³ nam ¶wiat doczesny.
Rozleg³ siê tylko trzask. Rewolwer nie wypali³. Po prostu sp³onka nie wybuch³a. Zawiod³y prawa fizyki, rzeczywisto¶æ skrêci³a gdzie¶ w bok, w zakazan± uliczkê, tam gdzie skrêcaæ nie powinna. Historia zatrzyma³a siê na moment, obserwuj±c co siê stanie, aby wybraæ w³a¶ciw± drogê, nie pomyliæ siê, nie zab³±dziæ. Czu³em jej wzrok na sobie, czu³em jak wstrzyma³a oddech, patrz±c w napiêciu co dalej zrobiê. Uwa¿nie zmarszczy³a brwi, czekaj±c na mój ruch. Nie ponagla³a mnie. Mój brak reakcji by³ dla niej te¿ reakcj±. Wiêc by³a cierpliwa. A¿ za bardzo.
¦wiat zamar³ w bezruchu, d¼wiêk spowolni³, s³oñce stanê³o na majowym niebie. Ludzkie cia³a zawis³y w sieci grawitacji, jak muchy w pajêczynach. Mog³em ponownie nacisn±æ spust. Bêbenek obróci³by siê do kolejnego pocisku, do nastêpnej ¶miertelnej strza³y wymierzonej prosto w jego serce. Iglica ponownie uderzy³aby jak gilotyna, tym razem wywo³uj±c eksplozjê, gdy¿, jak reklamowa³ siê producent pocisków, niewypa³ zdarza³ siê jedynie raz na 5 milionów nabojów. Dwa niewypa³y pod rz±d w tym wszech¶wiecie nie zd±¿y³yby siê zdarzyæ, nawet jakbym strzela³ przez nastêpne dziesiêæ miliardów lat. Ale ten jeden siê zdarzy³. W³a¶nie teraz. W³a¶nie.
Opu¶ci³em bron. Historia przesta³a na mnie patrzeæ. ¯wawo ruszy³a przed siebie, usi³uj±c nadrobiæ stracony czas. S³oñce znowu wêdrowa³o po niebie. ¦wiat drgn±³ i wystartowa³.
Wlekli mnie po posadzce jak worek kartofli. Nie wiem ilu mnie trzyma³o, pewnie piêciu, mo¿e sze¶ciu, reszta tylko usi³owa³a lub udawa³a, ¿e mnie trzyma, bo nie by³o ju¿ miejsca na ich rêce. Czu³em jak szarpi± za ubranie, jak popychaj±. Krew ciek³a mi z nosa znacz±c ¶lad naszej wêdrówki korytarzami Watykanu. Kap, kap, czerwone placki pod nogami. Usi³owa³em siê obejrzeæ, ale nie pozwolono mi. Kolejny cios w brzuch, potem uderzenie w skroñ, g³owa eksplodowa³ bólem, pociemnia³o w oczach.
Nie pamiêtam jak przywi±zywali mnie do krzes³a. Dopiero strumieñ zimnej wody zmy³ ze mnie nieprzytomny sen. Otworzy³em oczy.
Pomieszczenie nie mia³o okna. Tylko drzwi, pojedyncze, w ¶rodku ¶ciany naprzeciwko mnie. Czarne, stalowe drzwi. Brzydkie.
Stali milcz±c. Naliczy³em ich dwunastu, bo¿e a¿ dwunastu! W rozche³stanych garniturach, spoconych z wra¿enia, z bladymi twarzami i wytrzeszczonymi oczami. Ciê¿ko oddychali, jak po d³ugim biegu. To z emocji. Czê¶æ mia³a broñ w rêkach, czê¶æ tylko w kaburach. Ale mieli j± wszyscy.
Drzwi otworzy³y siê gwa³townie. Do pokoju wszed³ cz³owiek w d³ugim stroju kardyna³a. Wszyscy obrócili siê w jego stronê. Wszed³, zamkn±³ za sob± drzwi i spojrza³ ciê¿ko wokó³. Mnie zdawa³ siê nie dostrzegaæ.
- Kula nie trafi³a w serce, ale jest ciê¿ko ranny – Powiedzia³ lekko zdyszany – Lekarze na razie nie chc± nic powiedzieæ. Dopiero po operacji. Ale jest nadzieja, du¿o nadziei. Musimy siê modliæ.
Spu¶cili g³owy. Wiedzieli, ze zawalili sprawê. Nie mogli tego nie wiedzieæ.
- Wyjd¼cie wszyscy, niech zostanie tylko kapitan Gemelli i agent Rosenberg – Kardyna³ spojrza³ wreszcie na mnie. D³ugim, pe³nym nienawi¶ci spojrzeniem. Potem odwróci³ wzrok.
Dwaj ludzie zostali, reszta wysz³a. Kardyna³ poczeka³, a¿ zamkn± za sob± drzwi.
- Nie bêdê pyta³ jakim cudem to ¶cierwo dosta³o siê w pobli¿e Ojca ¦wiêtego – Powiedzia³ spokojnym g³osem. Domy¶li³em siê bez trudu, ¿e ¶cierwo to by³em ja – Ale musimy szybko podj±æ decyzjê, co z nim zrobiæ. Uda³o mi siê powstrzymaæ policjê, ale za dziesiêæ minut chc± go mieæ – Ruchem g³owy wskaza³ na mnie – A wiadomo, ze nie mo¿emy im go oddaæ. Przynajmniej ¿ywego.
Starszy facet, z równiutko przystrzy¿onymi w±sami, zadaje siê kapitan Gemelli popatrzy³ ciê¿ko na kardyna³a – Nie jest ranny, nikt z naszych do niego nie strzeli³. Co najmniej dwudziestu agentów by³o przy jego zatrzymaniu, dziesiêciu przysz³o z nami tutaj, jest mnóstwo ¶wiadków, ¿e by³ ca³y i zdrowy, zanim wyszli. Nie mo¿emy tak po prostu go zastrzeliæ. Wyda siê, prêdzej czy pó¼niej.
- A gdyby nagle uwolni³ siê z wiêzów i rzuci³ na nas? – Kardyna³ nie rezygnowa³.
- Jest przykuty do krzes³a trzema parami kajdanek, wszyscy to widzieli, nie wygl±da na Houdiniego ekscelencjo – Odezwa³ siê ten m³odszy, chyba Rosenberg.
Kardyna³ w porywie bezsilnej w¶ciek³o¶ci nagle odwróci³ siê i uderzy³ mnie w twarz. Gemelli i Rosenberg nawet nie drgnêli.
Zabola³o go to chyba bardziej ni¿ mnie. Masowa³ d³oñ a ból nagle przywróci³ mu jasno¶æ my¶lenia.
Przyjrza³ mi siê uwa¿nie.
- Ilu mamy gwardzistów? – Zapyta³ kapitana.
- Oko³o dwustu ekscelencjo – Odpowiedzia³ po chwili namys³u.
- Dawaj mi tu ich dowódcê. Ale migiem – Kardyna³ spojrza³ na mnie z nienawi¶ci±. Widzia³em jak krwawi mu d³oñ. Ta, która uderzy³ mnie w twarz. Rosenberg na chwile wyszed³ z pomieszczenia. Wróci³ dos³ownie za pó³ minuty z wysokim cz³owiekiem o kruczo czarnych w³osach.
Kardyna³ wzi±³ go za ramie i podprowadzi³ go do mnie.
- S³uchaj, czy w¶ród gwardzistów jest taki, który wygl±da podobnie do niego? Chodzi g³ownie o posturê, ale te¿ o kolor w³osów, kszta³t podbródka, oczywi¶cie w przybli¿eniu. Nie musi byæ jego sobowtórem, byleby tylko z daleka by³ podobny.
Wysoki zastanowi³ siê chwilê.
- Tak, mam dwóch takich. Jeden to Austriak, drugi to Bu³gar.
-Bu³gar? – Zdziwi³ siê kardyna³ i spojrza³ pytaj±co na Gemellego – Jakim cudem Bu³gar?
-Iwanow? – Kapitan spojrza³ na dowódcê gwardii – Jego rodzina emigrowa³a chyba do Szwajcarii, nie? To ten Iwanow?
-Tak, to syn emigrantów. Bardzo s± z niego dumni, ¿e s³u¿y tutaj – Wysoki zmarszczy³ brwi – Czemu pan o niego pyta ekscelencjo?
- Du¿± ma rodzinê? – Kardyna³ zignorowa³ pytanie.
- Tylko ojca i matkê z tego co pamiêtam – Odpowiedzia³ wysoki.
- To dobrze, bardzo dobrze – Kardyna³ patrzy³ mi w oczy ale jego my¶li b³±dzi³y gdzie daleko – Jakie mamy stosunki z bu³garskimi s³u¿bami specjalnymi? – Zwróci³ siê do Gemellego. Ten by³ zupe³nie zaskoczony pytaniem.
-Nie wiem, szczerze mówi±c – Powiedzia³ po chwili – Jednak s±dzê, ¿e tak jak wszêdzie, w ka¿dych s³u¿bach tak i tam jest mnóstwo katolików, gotowych do pomocy czy nawet wspó³pracy, w ograniczonym oczywi¶cie zakresie. Ostatnio nawet niejaki Antonow za³atwia³ chrzest w ko¶ciele dla swego siostrzeñca. Pracuje w ambasadzie Bu³garii, attache kulturalny, to standardowa przykrywka dla s³u¿b specjalnych. Czemu pan pyta?
Kardyna³ siê u¶miechn±³. Ledwo k±cikiem ust, tylko ma³e drgniêcie, s±dzê, ze pozostali tego nie zauwa¿yli. Ale ja zobaczy³em.
- Zrobimy tak – Popatrzy³ na wysokiego – Dawaj tu tego Iwanowa, do pokoju obok, muszê z nim porozmawiaæ. Mocno wierzy? To szczery i oddany katolik? – Zapyta³ gwardzistê.
-O, tak! Wyzna³ mi, ¿e chcia³ byæ zakonnikiem, ale rodzice siê nie zgodzili. Modli siê codziennie trzy razy, czêsto widzê go w kaplicy na medytacji.
- To doskonale! – Tym razem u¶miech na twarzy kardyna³a zobaczyli wszyscy – Agentów, którzy prowadzili tu jego – Wskaza³ mnie – Przesun±æ na inne stanowiska, niby w nagrodê za sprawne dzia³anie, zreszt±, nie obchodzi mnie co pomy¶l±. Najlepiej do pilnowania kliniki, albo wys³aæ gdzie¶ w teren, do ochrony podró¿y arcybiskupów. Byle dalej, jasne? – Gemelli skin±³ g³ow±.
- Chce te¿ porozmawiaæ z tym Antonowem z bu³garskiej ambasady, najlepiej jak najszybciej. A ty – Wskaza³ na Rosenberga – przywieziesz tu zaraz pu³kownika Omara z tureckiego konsulatu przy Watykanie. Potrzebuje legendy cz³owieka, który strzela³ do papie¿a. Dobrej legendy. I to od razu – Rosenberg po¿egna³ siê w milczeniu i wyszed³.
- Niech pan ju¿ idzie po tego Bu³gara – Zwróci³ siê do wysokiego. Ten tak¿e wyszed³. Zostali¶my tylko kardyna³, Gemelli i ja.
- To bardzo ryzykowne ekscelencjo – O¶mieli³ siê powiedzieæ Gemelli. O¶mieli³ siê, to by³o w³a¶ciwe okre¶lenie.
- Nie ma innego wyj¶cia kapitanie – Kardyna³ spojrza³ mi g³êboko w oczy – Ten cz³owiek nie mo¿e byæ wys³uchany. Nikt nie mo¿e wiedzieæ tego co on wie. I nie chodzi mi tu o agentów, którzy próbowali go wyeliminowaæ – Ale ³adne s³owo – A w ka¿dym b±d¼ razie, nie tylko o to. Jest szalony, strzela³ do papie¿a, lecz ci cholerni dziennikarze dogrzebi± siê wszystkiego, je¿eli tylko zwêsz± ¶lad. S± jak hieny. Odnajd± nazwiska naszych ludzi, dotr± do tego, co sta³o siê w klasztorze, w Bernie. On to im wszystko chêtnie opowie, wystarczy, ¿e zaczn± wêszyæ. Wiêc nie mo¿emy do tego dopu¶ciæ, to jasne, prawda?
Gemelli ponownie skin±³ g³ow±.
- Do papie¿a strzela³ jaki¶ Ali Pasza, czy tam kto¶ taki, oczywi¶cie nie Bu³gar, to by³oby zbyt ryzykowne. Chodzi o to, aby nie wpadli na jego ¶lad. To by³ turecki terrorysta, Omar pomo¿e nam zbudowaæ przykrywkê, historiê tego drania, który targn±³ siê na ¶wiêto¶æ. Iwanow da siê namówiæ, w imiê Boga, w i miê wiary, w imiê prawdy. Posiedzi kilkana¶cie lat w wiêzieniu, w warunkach mniej wiêcej takich jakie zapewni³by mu pobyt w zakonie. A bêdzie mêczennikiem, naszym mêczennikiem, odwiedzi go sam Ojciec ¦wiêty. Wyspowiada go. Niejeden raz. To wielki zaszczyt s³u¿yæ Watykanowi. Naprawdê wielki – Mówi³ to wszystko patrz±c na mnie i u¶miechaj±c siê. My¶la³, ¿e miesza mi jakie¶ szyki, niszczy plany.
-Naprawdê s±dzisz, ¿e chodzi³o mi o rozg³os? – Zapyta³em niewyra¼nie. Wybite zêby, chyba kolb± pistoletu, nie pamiêtam, przesuwa³y siê w ustach bole¶nie – Czy naprawdê my¶lisz, ¿e ta maskarada cokolwiek zmieni? ¯e ciemno¶æ i ból, które czekaj± na ka¿dego z nas po ¶mierci, znikn± od tej ¿a³osnego spektaklu, który tu montujesz? Nie s±dzisz, ¿e wa¿niejsza jest prawda, prawda, której nie ominiesz, nie umkniesz jej, nie uciekniesz? ¯e ¿adne ¿ycie wieczne w waszym rozumieniu nie istnieje? ¯e Boga po prostu nie ma?
Cieñ przemkn±³ przez jego twarz, gdy wspomnia³em o ¶mierci. Ale to by³ tylko moment. Rozleg³o siê pukanie.
-Wej¶æ! – Krzykn±³.
Do pokoju niemal wbieg³ wysoki kapitan gwardii – Ekscelencjo! Policja po prostu szaleje! Musimy im wydaæ podejrzanego, inaczej tu siê wedr±.
-Iwanow jest ju¿ obok? – Zapyta³ kardyna³.
-Tak, ju¿ czeka – Wysoki potwierdzi³.
- Daj mi jeszcze trzy minuty, potem popro¶ policjê do gabinetu obok g³ównej nawy – Gwardzista wyszed³.
Kardyna³ odwróci³ siê do mnie – Ty pozna³e¶ prawdê, mo¿e tylko twoj± prawdê, gdy¿ jedynie na ciebie czeka tam ciemno¶æ i bezkresne cierpienie. Mo¿e na innych czeka co innego? Zreszt±, zdradzê ci wielk± tajemnicê tego ¶wiata, której jak widzê wci±¿ jeszcze nie pozna³e¶. To nie prawda jest tutaj najwa¿niejsza, nie ona siê liczy. Liczy siê tylko to, w co wierzysz.
Odwróci³ siê i ruszy³ do wyj¶cia. Lecz zanim drzwi zamknê³y siê za nim, zd±¿y³em jeszcze opuchniêtymi wargami wyszeptaæ za nim s³owa, które w ciszy znakomicie us³ysza³, dostrzeg³em to w dreszczu przera¿enia, jaki wstrz±sn±³ jego chudym starczym cia³em.
- Sk±d wiesz, ¿e bezkresne? Przecie¿ nie u¿y³em tego s³owa kardynale?
Trzasn±³ drzwiami. Zosta³em sam z Gemellim. Widzia³em, jak z kieszeni marynarki wyci±ga czarny, pod³u¿ny przedmiot i bez po¶piechu nakrêca go na lufê pistoletu. Potem spojrza³ mi w oczy. Spodziewa³ siê strachu, przera¿enia, mo¿e b³agania o lito¶æ. Ale ja patrzy³em mu prosto w ¼renice, bez cienia lêku. Wiedzia³em, co czeka na mnie w ciemno¶ci. Zna³em ju¿ ten ból, w³a¶nie to bezkresne cierpienie, które poch³onie mnie za kilka chwil. To nie znaczy³o, ¿e nie ba³em siê ¶mierci. Tylko tyle, ¿e nie by³a mi nieznana. Poczu³em co to znaczy umrzeæ i nie mia³em ju¿ w sobie nadziei.
Zatrzyma³ siê przy mnie. Sta³ nieruchomo, rêce spu¶ci³ bezradnie wzd³u¿ boków i wci±¿ patrzy³ mi w oczy. Czy dostrzega³ w nich swój los? Widzia³ ow± pustkê, wype³nion± ogniem bezradnej rozpaczy? Zrozumia³, ¿e w koñcu wszyscy tam trafimy, jeden za drugim, bez wyj±tku, w bezbrze¿ny ocean pró¿ni, gdzie w samotno¶ci bêdziemy p³on±æ z bólu b³agaj±c o kres, lecz kres nie nadejdzie nigdy? Nie wiem, szczerze mówi±c, zupe³nie mnie to nie obchodzi³o. Przygotowywa³em siê do powrotu, o ile mo¿na siê przygotowaæ na ¶mieræ. Wkrótce znowu znajdê siê tam, gdzie nie istnieje ani czas, ani przestrzeñ. Gdzie nie istnieje nic. Tylko ból. I wieczno¶æ.

źródło:

http://www.portalliteracki.pl

Oceń informacje:

Aktualna ocena::

3

Wyślij odnośnik znajomym::

Tags:

Ca³a Prawda />Pustka By³a Nie ¿e ¿e Jakikolwiek Nawet ¿adnego „Tu” „tam”, „tu”. Niczego „nigdzie”. />Jakim „nigdzie”, „niczym”, Nie Ale ¯al ¿alu, ¿e ¿ycie Ale Wiêc Lecz />W ¿e Cz³owiek Nie Powinienem ¿y³. Ale ¿y³em. />Obudzi³em Poduszka ³ez ¶liny. Wspomnienie ¶mierci „tam” Le¿a³em ³omotanie Powoli „ja” ¿ycia. Który By³o Naprawdê Tak Cisza Gotowa Uciec />Dlatego By³ Ledwo Gdybym Ale A¿ />Szepta³ Gdyby ¶ciany Lecz Ten ³opat ¶mig³owca. />W Iraku Wróg Dlatego Ale ¶mig³owiec Tylko />Musia³ Czemu ³atwo Chwilê />Do Dlaczego Mo¿e æwiczeñ Mo¿e ³ó¿ka Mo¿e, />¦mig³owiec Chyba Gdyby ³upi±c Móg³ ¶mierci, ¶wiata. Ale ¶rub± ³opat. ¦wiadczy³o ¿e ¿e ¯e />Gdy Byæ ¶wist ¿e Poczu³em, Sta³ Czeka³ />Us³ysza³em Szli Musieli Inaczej ¶cie¿ce />Nie Wci±¿ By³o ¶wiate³ Nie Zw³aszcza, />- Jeste¶cie! Szept Pozna³em Brat Damian! />Po ¿e />- ¦pi, Dosta³ ¶rodków ³ó¿ku. />W Damiana Czemu />- Prowad¼ By³o />- Tak, Ledwo Jeszcze />Zorientowa³em ¿e Tylko />Nagle Brat Damian ¿e ¶rodki Przypomnia³o ¿e Nosi³ By³a ¿e Nie />Us³ysza³em, Zawsze Zawiasy ¿e ¿adne Wszed³em Oni Gdzie />Przebieg³em Jeszcze Dopad³em Ostro¿nie Damiana. Oni />W¶lizn±³em Nie Przeor Obowi±zywa³a Tylko Ale />Weszli Zorientowa³em ¿e Damian Spod />- Ten ¶rodków Widzia³em Nabra³ Le¿a³em Wci±¿ ¿e ¶piê. />- ¯artujesz?! To¿ ¿e ¶rodki Nie />- Wiem Pierwszy Wstrzykn±³ Jutro Hausdorfu, ¿e Zabior± Nikt No! Pstrykn±³ />Kroplówka Nie Wsun±³em ³ó¿ka. Teraz Obcy Ten Zrozumia³em, ¿e />-I Ju¿? />- Nie Westchn±³ Taka />Uj±³ Wyci±gn±³ />Siêgn±³ Zrobi³ ¿e Nie Podnios³em Nie Mimo Zapl±ta³ ³omotem Szarpn±³em />Drugi Musia³ ³ó¿ka, Gdyby ³ó¿ko Ale Wturla³em Upad³ Poci±gn±³em Upad³ ³omotem, Nie />Cichy Od³amki ³ó¿ko. Nie ¿e Przeturla³em Nie />Skoczy³em />To Stare Gdybym Ale Wylecia³em A¿ />Zerwa³em Pod Miêkka Ruszy³em Nie ¶pi. Zreszt±, ¶pi±ca />Bieg³em ¶cie¿k± By³ ¶wiat³o Niewiele Nieustannie ¶cie¿kê. Jaka¶ Grawitacja Prawe Poczu³em Podnios³em />Nie Nawet Oni Nie ¶wiadomo¶æ. Musia³em />Doskonale Jasne ¶wiat. Doskonale Jak Ale Bardzo Wrêcz />Mój Tak Trzymetrowy By³ />S³ysza³em Biegli Wystarczy, Dopadn± />¦cie¿ka Ostro Mia³em Sznur Wtedy Ukl±k³em Nie Szarpn±³em Trzyma³ Po³o¿y³em ¶cie¿ki. Przywar³em Tak± />Wybiegli G³owê Poci±gn±³em />Musieli Poczu³em Us³ysza³em Wyskoczy³em ¶cie¿kê. />Drugi W³a¶nie Poczeka³em, ³okciem />Ko¶ci Nawet Zgas³ ¶wieca. Straci³ />Odzyska³ ¿e Chyba Straci³em />- Kto Spojrza³ />- Co? Wyj±ka³. />- Kto Szarpn±³ Odzyskiwa³ />Rêce Gdy ¿e Powiedzia³em Przesta³ />Pokaza³em Nie />- Masz ³okcie, J±dra. Jak Potem Zacznê Naprawdê, Powiedz ¯ebym />Dla ¿e Zawy³. />Odrzut Nie Mo¿e />- Powtórzy³em Spojrza³ />- Wysycza³ Jak />Patrzy³em Te¿ Tylko />- Zapyta³em. Czu³em Teraz Zna³em />Nie Wsta³em, Potem Osun±³ Nie Mo¿e ¿e Wiedzia³, ¿e ¿e Boga. ¯e Mo¿e ¿e Pomyli³ Mo¿e Boga. Ale Kilka />Ruszy³em Liczy³em, ¿e Lub />Pilota ¶mig³owiec, Bell. Poza Sta³ Pierwszemu Telefon O¶mioznakowym, Przynajmniej />Szybê Namêczy³em Specjalne ¶rodka. />W Jedna Bez ¶mig³owca. Szansa ¿e GPSa Poza />Wylaz³em Us³ysza³em ¶wietle ¶witaj±cego Sta³ />- Mia³em Nie ¿e ¯e />Nie Oszukiwa³ Tylko ¶wiadomo¶ci. />Schowa³em Podszed³em Skuli³ />- Kto Wiesz? />- Nie Ale ¶rodki Mówi³ Gericku Nikogo Dzwoni³ />- Komu Wci±¿ />Zmiesza³ Rozmawia³em Zurichu. Opowiedzia³em Naprawdê Naprawdê Czy ¯e Boga? />Nie Nie />- Rano Hausdorfu. Powiedz± ¿e My¶lê, ¿e Ale />Wyci±gn±³ S±dzi³em, />- Trzy We¼, Wzi±³em. Nie />Min±³em Damiana Gdy /> />Chcia³em Gigantyczny ¿alu P³omienie ¶rodka, Wiêc />Poranna Krople Obudzi³y />Zasn±³em Usiad³em Nieprzespana Braki ¿ycia Otar³em ³zy />W Bernie Nie Dosyæ />Susan Mog³a Stanów. Musia³em Zurichu, ¿e />Doszed³em By³a Ale Szwajcarii, Jak />Habit Zosta³em Wsta³o />Ju¿ Podwióz³ Podziêkowa³em Kupi³em Berna, Hamburger />Do Berna Nie Ale />Otworzy³a By³a Przywitali¶my />Lufa Mauserem Podnios³em Jeden Chyba ¦wiat ¿arówka. />Ockn±³em G³owa Mo¿e Nie />Na Nie ¿y³a. Rana Ten />- Niez³a Przyja¼nie G³ow± K³óc± ³eb. Sprawa Nic />Szarpn±³em Gdybym Ale Nawet Przetoczy³em Podszed³ Kopn±³ />-Przestañ Ten Mauserem />-Wzglêdnie Powiedzia³ Czu³em, Ditricha! />- Powiedzia³em G³os Wbi³ Brodaty Lekko Ten Mauserem Dos³ownie Nie Schwartz? />Schwartz Nadal Otar³ />- Odczep Kraus, Wysycza³ Ucz />Powlekli Towarow± Wrzucili ¶rodka, />Straci³em Nie Zreszt± ¿adnego />W Szybko ¿e Wiêc Tak Przeor />Tego B³êkitne Prognoza Nadchodzi³ />¦ciana Ale ³adnej ³atwych ¶ciankach. Stromizna />Normalnie Ale />Ockn±³em Wsta³em, ¿adna />Szczelina Próbowa³em Gdyby Ale />Po ¶cianie Olbrzymi ¶ladów Nie ¶liskiej Zdj±³em ¿e />Zawierucha Temperatura ¶wiata Szczelina Zamarza³em. />Najpierw Tyle Potem ¶cian. Mia³em ¿e ¶nie¿yca Przeliczy³em />W Wzrok Nawet ¶cian±. />Znale¼li Tyle ¶nie¿yca. Wiatr Haufhausen, Trzej Damianem, ¶nieg. />By³em Zamarzniêtym Wyci±gnêli Po³o¿yli />Ockn±³em Zmartwychwsta³em Odzyska³em P³aka³em ¦mieræ ¶wiata. Lub ¶cie¿ki, Hadesu. Przeor />Woda Raptem 20% Gdy ¿ywego Zmielonego ¶rodka. />Nie Pamiêtam ³apali¶my Rzucali¶my Le¿a³y Ich Dlatego Kto Jakim¶ />Samochód Otworzono ¦wieci³y Bardziej Ciemny Pokój, Krzes³o. Dwaj />Za By³ ³añcuchu />- Witaj Jego />Nie Nie />- Wiesz Zapyta³. Nie />- Wiara. Wiara Boga. ¿ycie Dziêki ¿e ¿e ¿e ¯e Boga ¿e Wiesz? Wsta³ Milcza³ />- To Strach, ¿ycie. Lêk Lek ¶mierci± Znowu Patrzy³ />- Zastanawia³o ¶mierci? Czemu „¶mieræ” ¿e ¿e Podniós³ ¯e ¿ycia. ¯eby ¿yciem ¶mierci±? />Odetchn±³ Nasz ¿e Ale Wiesz Zawiesi³ Nawet Potrzebuj± Potrzebuj± ¿e ¿ycia, ¿e ¶mieræ ¶wiata. Lepszego ¶wiata. />- Zdejmijcie ¶ciana. Pozna³em Schwartza. Podszed³ Przynajmniej />- Pozabijam Wycharcza³em Ale />- Nie ¿e ¶mierci ¯e ¿adnego ¿ycia ¿adne Bogu. ¯e ¶mierci ¶rodek ¯e ¿e Zw³aszcza, ¶mierci Zw³aszcza, ¿e />- Nawet Jêzyk />- Zw³aszcza Podkre¶li³. Zw³aszcza Czy ¿e ¯e ¶mierci. Setki, TAM, ¿ycia. Prawie Kilku Jego />- Odkry³e¶ Zamro¿enie. Pierwsi Templariuszy. Gdy ¶mierci, Uda³o ¶wiat. Najczê¶ciej Cz³owiek ¿ycia ¶mierci Udaje ¶wiat³o, Ale ¶mierci, Móg³by¶ Dlatego Rozkazy Uniós³ />S³ucha³em Krausa, Mausera. Jego ¶ciana. />- Ekscelencjo, Wydusi³ Czy />Starzec Kim Kto Zwróci³ Schwartza Zabij />Schwartz Nic Karus Mausera. Nie Schwartz Starzec />- Strzelisz Podniós³ Módl B³agaj! />Kraus Opu¶ci³ Mê¿czyzna Starzec Mauser £up, ³up, ³up, Cz³owiek Srebrny Upad³ Zdziwi³em ¿e Widzia³em Kraus Opad³ Przez ¿e Zza Widzia³em, />- Uciekaj Wyszepta³. />Dopóki ¿y³ Draniem, ¶wiat Nienawidzi³em Ale Odchodzi³ Rozpocz±³ Nie />Zamkn±³ />- Widz± ¶wiat³o Wyszepta³. ¿e ¯e Nie ¿e ¶wiat³o. ¯e ¶wiat³o, ¶wiat³o ¯e /> />T³um Popychali Widzia³em S³a³em Agenci Coraz Czu³em ¶wiêto¶ci. />To ³atwiejsze æwiczenia Wiedzia³em, ¿e Obok Nie />Odbezpieczy³em Wci±¿ ¶cisku Wszyscy Podjecha³ Serce Zacz±³em T³um Celowa³em By³ Ale Zawsze ¿e Móg³bym />Pojazd Wtedy ¿e T³um />Pierwsza Nie Ponownie Widzia³em, Zbyt Post±pi³em Nic Jeszcze Bêbenek ¶rodek Tu¿ Sta³y Miêkkim, ¶wiat />Rozleg³ Rewolwer Zawiod³y Historia Czu³em Uwa¿nie Nie Mój Wiêc A¿ />¦wiat Ludzkie Mog³em Bêbenek ¶miertelnej Iglica Dwa Ale W³a¶nie W³a¶nie. />Opu¶ci³em Historia ¯wawo S³oñce ¦wiat />Wlekli Nie ¿e Czu³em Krew ¶lad Watykanu. Kap, Usi³owa³em Kolejny />Nie Dopiero Otworzy³em />Pomieszczenie Tylko ¶rodku ¶ciany Czarne, Brzydkie. />Stali Naliczy³em Ciê¿ko Czê¶æ Ale />Drzwi Wszyscy Wszed³, Mnie />- Kula Powiedzia³ Lekarze Dopiero Ale Musimy />Spu¶cili Wiedzieli, Nie />- Wyjd¼cie Gemelli Rosenberg Kardyna³ D³ugim, Potem />Dwaj Kardyna³ />- Nie ¶cierwo Ojca ¦wiêtego Powiedzia³ Domy¶li³em ¿e ¶cierwo Ale Uda³o Ruchem Przynajmniej ¿ywego. />Starszy Gemelli Nie ¶wiadków, ¿e Nie Wyda />- Kardyna³ />- Jest Houdiniego Odezwa³ Rosenberg. />Kardyna³ Gemelli Rosenberg />Zabola³o Masowa³ />Przyjrza³ />- Ilu Zapyta³ />- Oko³o Odpowiedzia³ />- Dawaj Ale Kardyna³ Widzia³em Ta, Rosenberg Wróci³ />Kardyna³ />- S³uchaj, Chodzi Nie />Wysoki />- Tak, Jeden Austriak, Bu³gar. />-Bu³gar? Zdziwi³ Gemellego Jakim Bu³gar? />-Iwanow? Kapitan Jego Szwajcarii, Iwanow? />-Tak, Bardzo ¿e Wysoki Czemu />- Du¿± Kardyna³ />- Tylko Odpowiedzia³ />- Kardyna³ Jakie Zwróci³ Gemellego. Ten />-Nie Powiedzia³ Jednak ¿e Ostatnio Antonow Pracuje Bu³garii, Czemu />Kardyna³ Ledwo Ale />- Zrobimy Popatrzy³ Dawaj Iwanowa, Mocno Zapyta³ />-O, Wyzna³ ¿e Modli />- Tym Agentów, Wskaza³ Przesun±æ Najlepiej Byle Gemelli />- Chce Antonowem Wskaza³ Rosenberga Omara Watykanie. Potrzebuje Dobrej Rosenberg />- Niech Bu³gara Zwróci³ Ten Zostali¶my Gemelli />- O¶mieli³ Gemelli. O¶mieli³ />- Nie Kardyna³ Ten Nikt Ale ³adne Jest ¶lad. Odnajd± Bernie. ¿e Wiêc />Gemelli />- Ali Pasza, Bu³gar, Chodzi ¶lad. Omar ¶wiêto¶æ. Iwanow Boga, Posiedzi Ojciec ¦wiêty. Wyspowiada Niejeden Watykanowi. Naprawdê Mówi³ My¶la³, ¿e />-Naprawdê ¿e Zapyta³em Wybite Czy ¿e ¯e ¶mierci, ¿a³osnego Nie ¿e ¯e ¿adne ¿ycie ¯e Boga />Cieñ ¶mierci. Ale Rozleg³o />-Wej¶æ! Krzykn±³. />Do Ekscelencjo! Policja Musimy />-Iwanow Zapyta³ />-Tak, Wysoki />- Daj Gwardzista />Kardyna³ Mo¿e Zreszt±, ¶wiata, Liczy />Odwróci³ Lecz />- Sk±d ¿e Przecie¿ />Trzasn±³ Zosta³em Gemellim. Widzia³em, Potem Spodziewa³ Ale ¼renice, Wiedzia³em, Zna³em ¿e ¶mierci. Tylko ¿e Poczu³em />Zatrzyma³ Sta³ Czy Widzia³ Zrozumia³, ¿e Nie Przygotowywa³em ¶mieræ. Wkrótce Gdzie Tylko

Komentarze::


Dodaj komentarz

Twój podpis:
Twój komentarz
adres WWW:
Aby dodać komentarz należy wypełnić pola komentarz i podpis.
Twój komentarz zostanie wyemitowany po zatwierdzeniu jego treści przez moderatora.


Powiązane wiadomosci