24 godziny temu
Tamto lato by³o wyj±tkowo bajeczne. Rynnowe jezioro widziane z najwy¿szego pagórka w o¶rodku wypoczynkowym „Zacisze” przemienia³o siê ka¿dego ranka w z³ote monety. Oto miliard ¶wiecide³ek przelewa³ siê zamiast fal. Sze¶ciolatek by³ przekonany, ¿e stoi za tym wszystkim czarodziej. Bez w±tpienia to magik powyjmowa³ ¿ó³æ z obrazów van Gogha i rozrzuci³ j± w krainie jezior. Kiedy dzieci budzi³y siê w swoich hamakach, odczuwa³y w g³owach dotyk tej s³onecznej ró¿yczki, która z miejsca przenosi³a ich do innego wymiaru.
Po drugiej stronie jeziora lasy by³y dzikie i niezagospodarowane. Z kolei tu, na zachodnim brzegu, znajdowa³y siê po³o¿one wzd³u¿ linii brzegowej letnie o¶rodki wypoczynkowe. Z lotu ptaka wygl±da³y jak plamki cywilizacji w morzu zieleni. Jakby umieszczone wzd³u¿ rzeki Amazonki. W o¶rodkach tych wiêkszo¶æ stanowi³y niewielkie, kwadratowe domki. Wy¿ej znajdowa³y siê tak zwane „górale” – dwupiêtrowe trójk±ty z ogromnymi schodami i tarasami.
Obok takiego w³a¶nie górala zmontowano sze¶ciometrow± hu¶tawkê, hu¶tawka zawieszona by³a na stoj±cych obok siebie ociosanych sosnach. Dlatego by³a taka wysoka. Czterometrowe ³añcuchy i zaczepiona u spodu opona wprawia³y Sebastiana w przera¿enie. Ma³o tego, uk³ad terenu: jezioro, domki, drzewa i trzciny znajduj±ce siê w dole, dodawa³y podczas ko³ysania siê na hu¶tawce – wysoko¶ci. Trzeba by³o nie lada odwagi aby wej¶æ na ni± po raz pierwszy i pozwoliæ siê popchn±æ.
– Wstawaj! Wstawaj! – wykrzykiwa³ Sebastian – Idziemy na hu¶tawkê, no choæ, no choæ – nie dawa³ spokoju malec. D³ugo mêczyæ Agatki nie musia³, kiedy tylko us³ysza³a s³owo /hu¶tawka/, zerwa³a siê z materaca i ubra³a na lew± stronê swoje ubranko.
– No dobrze. Ale ty wsi±dziesz pierwszy – doda³a – obieca³e¶, ¿e dzisiaj wsi±dziesz na tê hu¶tawkê, wczoraj i przedwczoraj nie chcia³e¶, je¿eli dzisiaj nie wsi±dziesz, nie bêdziesz ju¿ Supermanem – Sebastian nakaza³ nazywaæ siebie Supermanem.
– No w³a¶nie dlatego ciê budzê, dzi¶ wsi±dê na ni± na pewno. Na pewno! – powiedzia³ Superman.
Tego lata ¶wiat otwiera³ siê w Sebastianie na ka¿dym kroku. Nie by³o dnia, aby ch³opiec nie pokona³ jakiej¶ niezwyk³ej granicy. ¦wiat otworzy³ siê w nim po raz pierwszy kilka lat temu, kiedy matka wypu¶ci³a go na zewn±trz z klatki bloku numer 2 przy ulicy Solenizanta, pocz³apa³ wtedy niepewnym krokiem w kierunku piaskownicy i sk±pa³ siê w u¶miechach rówie¶ników; ¶wiat otworzy³ siê w nim rok pó¼niej, kiedy ojciec zabra³ go na jogging – nie trzeba by³o ortopedy aby nie biegaj±cy wcze¶niej Sebastianek zerwa³ siê z le¿aka i pomkn±³ za tat±. ¦wiat rozwin±³ w nim swoje wietrzne skrzyd³a równie¿ teraz, kiedy Agatka popchnê³a oponê i przestrzeñ: drugi brzeg jeziora, las, jezioro, niebo, niebo, niebo – tak nim zako³ysa³a, ¿e zobaczy³ drabiny wchodz±ce w chmury i pu¶ci³ siê ³añcuchów pragn±c z³apaæ, za wszelk± cenê uchwyciæ siê jednej z nich.
Tam, gdzie powstaj± pioruny bólu, oprócz wielu ró¿nych krain istnieje dzieciêce pañstwo p³aczu. Stamt±d pochodzi ból, który odczuwa dziecko. Oprócz parali¿u cia³a w pe³ni ogarnia niedojrza³± ja¼ñ dziecka i malec jest wtedy na skraju szaleñstwa – tak w³a¶nie poczu³ siê Sebastian, spadaj±c na praw± rêkê i ³ami±c j± w okolicy nadgarstka. Szok. Niestety, nie mogê dalej w szczegó³ach opisaæ tego epizodu, poniewa¿ ¶wiadomo¶æ malca pamiêta tylko p³ywaj±cy wokó³ p³acz, krzyk i zawroty g³owy. Chocia¿ nie, jest w ca³ej sytuacji jeden pozytywny przeb³ysk, kiedy zawieziono ch³opca do oddalonej o dwadzie¶cia kilometrów przychodni, lekarz uprzedzi³ go, ¿eby pomy¶la³ o czym¶ bardzo, bardzo przyjemnym, bo teraz on, doktor Cudt, bêdzie mu nastawia³ rêkê. Sebastian pomy¶la³ o skoku z hu¶tawki, o paru piêknych chwilach lotu: oto szybuj±c w powietrzu wyci±ga obie d³onie i jeszcze sekunda, a uchwyci siê podniebnej drabiny – Arrgggh, rêka nastawiona, lekarz dokona³ zabiegu tak szybko, ¿e dziecko nie poczu³o prawie nic.
Najgorsze jednak mia³o dopiero nadej¶æ. Dwa miesi±ce w gipsie. – Tak brzmia³a diagnoza doktora Cudt. – A ju¿ na pewno przez pierwszy miesi±c ma³y powinien pozostaæ w domu. Có¿ to by³a za kara, za co, za co cierpieæ musia³ niewinny siedmiolatek! Przecie¿ trwa³y ostatnie wakacje przed pój¶ciem do pierwszej klasy. Wraz z tym otwartym z³amaniem zakoñczy³a siê w ¿yciu Sebastiana piêkna – ach, ilu¿ twierdzi, ¿e najpiêkniejsza! – epoka. Tam, na zachodnim brzegu przy jeziorze zwanym „Lubie” uton±³ /raj/ dzieciêcej nie¶wiadomo¶ci. Przez kilka nastêpnych tygodni w g³owie ch³opca tkwi³a brutalna prawda – mówi±ca:
„Niestety ma³y, ale nie mo¿esz mieæ wszystkiego zawsze, kiedy chcesz”.
Nie mo¿esz mieæ wszystkiego zawsze, kiedy chcesz – mówi³a mamusia g³askaj±c Sebastiana przy wieczornym ognisku. Rodzice postanowili zostawiæ go w o¶rodku, ¿eby ju¿ w zupe³no¶ci nie psuæ dzieciakowi wakacji, zakazali jednak przez pierwszy miesi±c oddalaæ siê od górala.
Ojciec Sebastiana obejmowa³ stanowisko Dyrektora w przedsiêbiorstwie budowlanym „Peberol”. Przedsiêbiorstwo zatrudnia³o ponad tysi±c pracowników i ¶wiadczy³o us³ugi w ca³ym województwie. Z tego miêdzy innymi powodu Dyrektor nawet podczas urlopu co rusz musia³ znikaæ na ca³e dnie. Zazwyczaj usadawia³ syna na tylnym siedzeniu samochodu „£ada” (który w owym czasie by³ swoistym Ferrari) i przemierzaj±c stów± – a¿ tyle osi±ga³o owe Ferrari! – województwo zachodniopomorskie, pokazywa³ palcem poszczególne bloki, domy, sklepy – i mówi³: O, ten tutaj zbudowali¶my w zesz³ym roku. O, a tamten skoñczyli¶my w maju. Tym razem, niestety, Sebastian musia³ pozostaæ w domu.
Nigdy wcze¶niej, ani nigdy pó¼niej nie zwali³o siê do Zacisza a¿ tyle rodziny. Przyjecha³a kochana ciotka Helena, kobieta herszt o sercu Matki Boskiej Pielgrzymkowej, swojego czasu opiekunka ojca Sebastiana, i teraz, bardzo czêsto, samego Sebastiana. Jedna z tych têgich bab, które rozpychaj± siê rêkami i nogami i potrafi± za³atwiæ wszystko. Mia³a ¶wietne podej¶cie do dzieci. By³a wykwalifikowanym pedagogiem, ba, we wsi, w której mieszka³a by³a w³a¶cicielk± jedynego przedszkola w Gminie. Przez kilkana¶cie pokoleñ zje¿d¿a³y siê do niej szeregi przedszkolaków z okolicznych wiosek.
Do o¶rodka Zacisze przyjecha³y równie¿ jej dwie doros³e córki, wujkowie i jacy¶ znajomi rodziców Sebastiana z dzieæmi w wieku wczesnoszkolnym. Bo je¿eli chodzi o ilo¶æ dzieci zamieszkuj±cych górala, to z pewno¶ci± nasz bohater nie móg³ narzekaæ na brak towarzystwa. Sztamê trzyma³ jednak g³ównie ze swoj± siostrzyczk±, Agat±. Wszêdzie chodzili razem. Wszystko robili razem. Kiedy Sebastian zosta³ uziemiony w gipsie niczym sercem w mrowisku, Agatka przynios³a mu pozamykane w s³oikach motyle, które ³apa³a przez ca³y dzieñ. Oto kolorowe „trzepotki” – tak nazwa³a je mamusia – szele¶ci³y w kilkunastu s³oikach poustawianych obok ogniska. Ch³opiec doskonale rozumia³, co czuj± zniewolone stworzenia. Rodzeñstwo umówi³o siê, ¿e zanios± je noc± do swojego pokoiku na piêtrze i kiedy ksiê¿yc zawi¶nie na ¶rodku nieba, wypuszcz± je wszystkie wypowiadaj±c ¿yczenie: „Aby ozdrowia³a rêka Sebastiana”.
Kiedy przysz³a noc i ksiê¿yc zbli¿y³ siê do ziemi niczym w amerykañskich melodramatach lub pustynnych westernach, wyszli na balkon i wypu¶cili motyle ze s³oików. Jednak nie rêka by³a ¿yczeniem Sebastiana, zamiast zdrowej koñczyny poprosi³ motyle o co¶ innego: aby nazajutrz wróci³ tatko i ju¿ do koñca wakacji nigdzie nie wyje¿d¿a³ i ¿eby zabra³ go na drugi brzeg jeziora.
I spe³ni³o siê. Ojciec wróci³ na nastêpny dzieñ. Stan±³ u progu dzieciêcego pokoju i zacz±³ rzucaæ pomarañczami w nogi rozwalonych na materacach brzd±ców.
– No maluchy, kiedy szli¶my wczoraj pla¿± w Ko³obrzegu, zaczepi³ nas pewien murzyn, okaza³o siê, ¿e jest to we w³asnej osobie Piêtaszek – tego lata ojciec czyta³ dzieciakom Robinsona Crusoe – i sprzeda³ mi te pomarañcze.
– Tataaa! – wykrzyknê³y dzieci.
– Poka¿ mi ten gips – powiedzia³ ojciec do Sebastiana – Hmm – pomy¶la³ podnosz±c rêkê ma³ego do góry, potem w prawo, potem w lewo.
– Boli ciê teraz?
– Nie – odpowiedzia³ Sebastian.
– A teraz?
– Nie.
– A teraz?
– Nie, nie, nie, nic mnie ju¿ nie boli, naprawdê.
– Na pewno? – zapyta³ ojciec patrz±c powa¿nym wzrokiem w oczy malucha.
– Na pewno. Na pewno. – zapewni³o dziecko.
– Dobrze. Dzi¶ mija czwarty tydzieñ jak siedzisz z tym gipsem w domu, mo¿esz ju¿ zacz±æ chodziæ z dzieciakami, ale nie biegaj, nie skacz i nie wariuj, zrozumiano?
– Tak – powiedzia³ Sebastian kiwaj±c przy tym g³ow±.
– Dobrze. W takim razie dzisiaj pop³yniemy na drugi brzeg jeziora.
Ojciec Sebastiana by³ przystojnym mê¿czyzn± ¶redniego wzrostu. W³osy bujne, chocia¿ wcze¶nie jak na ten wiek – 38 lat – posiwia³e. Postura oty³a, ale jeszcze nie tak, jak mia³o to wygl±daæ w latach kolejnych. Du¿o pali³, papierosy marki „Mocne” by³y nieod³±cznym przyjacielem zodiakalnego „Lwa”. Osobowo¶æ mia³ w³adcz± i stanowcz±. Umys³ bystry. Zdolno¶ci matematyczne – ponadprzeciêtne. Mo¿e dlatego spo¶ród tylu tysiêcy studentów, w³a¶nie jego poproszono o zostanie na uczelni.
Nie funkcja wyk³adowcy Politechniki by³a marzeniem Konstantego. Kiedy zaproponowano mu stanowisko kierownika budowy w jednym z najwiêkszych centrów budowlanych w województwie – bez wahania obj±³ to stanowisko. Kto by przypuszcza³, ¿e rzuci siê w wir pracy z tak± pasj±. Oto po piêciu latach zosta³ g³ównym Dyrektorem. Wszyscy wiemy, co ³±czy siê z takim trybem ¿ycia. Stres szybkiej kariery zawodowej równie¿ zaczyna³ odwalaæ swoj± robotê.
¦redniej wielko¶ci bia³a ³ódka na przedniej czê¶ci burty wypisane mia³a imiê „Agata” (imiê „Sebastian” widnia³o na góralu, gdy¿ ka¿dy domek, kamping, czy namiot w o¶rodku –
posiada³ swoje imiê). Konstanty nie by³ zapalonym rybakiem. £owi³ w dzieciñstwie, kiedy mieszka³ w rolniczej kolonii, nieopodal miasteczka K. Oczywi¶cie nie zapomnia³ nauczyæ Sebastiana prastarej sztuki ³owienia. Na pocz±tku sezonu ch³opiec przyniós³ do domu swoj± pierwsz± rybê. Krzycza³ wtedy wniebog³osy biegn±c z niedu¿ym okoniem – okoñ, jak to okoñ, szarpa³ siê kilka minut zanim malec zdo³a³ go wyci±gn±æ. Dlatego zdobycz wzbudza³a jeszcze wiêksze podniecenie. Ch³opak pêdzi³ w górê o¶rodka w jednej rêce trzymaj±c okonia, w drugiej wêdkê – i krzycza³: MAM RYBÊ! MAM RYBÊ! Ludzie wygl±dali z tarasów, zapewne chcieli zobaczyæ jak wygl±da ten wspania³y rybi olbrzym.
Ojciec i syn umówili siê, ¿e p³yn±c na drugi brzeg jeziora zakotwicz± ³ód¼ na samym jego ¶rodku i bêd± ³owiæ naprawdê grube sztuki.
Jezioro tego poranka by³o wyj±tkowo szkliste. Odbijaj±ce siê w nim cumulusy p³ynê³y leniwie niczym szeregi sennych królewiczów. W oddali znajdowa³ siê najwiêkszy w Europie poligon i liczne odrzutowce rozwiesi³y na niebie pajêczynê smug. ¯elazne strza³ki nurkowa³y w chmurach jak w ogromnych, bia³ych sercach.
– Tomek Sawyer, proszê wnie¶æ kotwicê – ojciec i syn mieli zwyczaj pos³ugiwania siê postaciami z powie¶ci, Sebastian mianowany zosta³ Tomkiem Sawyerem, z kolei ojciec – Kapitanem Nemo.
– Tak jest! – wykrzykn±³ malec. Zwin±³ kotwicê, w³o¿y³ skrzynkê z rybackimi akcesoriami do ³ódki i poszed³ po wêdki: d³uga na piêæ metrów umocniona szklanym w³óknem wêdka nale¿a³a do ojca, Sebastian mia³ dwu i pó³ metrowy kij bez ko³owrotka (wiadomo by³o, ¿e z t± z³aman± rêk± nie z³owi wiele).
– Oto jak wios³uj± zawodowi kajakarze. – w czasach studenckich Konstanty nale¿a³ do klubu kajakarskiego „Torpeda”. Ruszyli. Kad³ub Agatki ci±³ lustro wody niczym no¿yk szklarza. Kiedy wyp³ynêli zza trzcin, ojciec przyspieszy³. £ódka drgnê³a i nachyli³a siê przodem do góry. Jak na tego rodzaju ryback± ³ajbê, Konstanty p³yn±³ naprawdê szybko. Wios³a zanurza³ g³êboko, pewnie my¶la³ w tym czasie o ³y¿kach dwudziestu czterech koparek, które gdzie¶ po drugiej stronie województwa szykowa³y grunt pod nowe osiedle. Lubi³ siê mocno zmêczyæ. To pomaga³o mu zrzuciæ nerwy, które przynosi³ z pracy.
W czo³o dziecka uderza³ coraz silniejszy wiatr. Wraz z impetem, który rozbudzi³ Konstanty, zaczê³a zmieniaæ siê pogoda i Sebastian nie wiedzia³, czy dzieje siê tak za spraw± wios³uj±cego ojca, czy za spraw± czarodzieja. Chmury na niebie widocznie nie mia³y ochoty pozostaæ w tyle wiêc równie¿ zwiêkszy³y prêdko¶æ. Kiedy rybacy zaczêli je wyprzedzaæ, ¶ci¶niête zmówi³y siê, ¿e lun± na wio¶larza zimnym deszczem.
– Cholera! Jak na z³o¶æ. Dzisiaj. W tej chwili… – powiedzia³ zdyszany Konstanty –
Ale to dobrze – doda³ – nie pada³o od kilku tygodni i ryby bêd± wyp³ywaæ na powierzchniê.
Zacz±³ wios³owaæ jeszcze szybciej, czym prêdzej chcia³ dop³yn±æ do wysepki. Fale rozros³y siê i uderza³y teraz o burtê wydaj±c rytmiczny odg³os: putufff, putufff… Agatka skaka³a na falach jak kangur.
– Ale fajowo! – wykrzykn±³ ch³opiec. Zbli¿yli siê do celu. Na skraju wysepki widnia³a ko¶cista k³adka, rybacy podp³ynêli do niej i przepocony od stóp do g³ów Kapitan Nemo wyda³ rozkaz:
– Kotwica!
– Tak jest, panie kapitanie.
Faktycznie, jak przypuszcza³ Konstanty, ryby rzuca³y siê na powierzchni.
– O tam, jaka du¿a! – krzyknê³o dziecko.
– O, tam te¿ – zauwa¿y³ ojciec.
– I tam! – I tam! – I tam! – I tam! – przekrzykiwali siê rybacy.
– Bierz swoj± wêdkê i rób to, czego ciê uczy³em – powiedzia³ Konstanty, po czym zacz±³ przygotowywaæ swój sprzêt.
Wysepka – kilka arów trzcin w kszta³cie ko³a. Z uwagi, ¿e nie posiada³a dna, pe³ni³a rolê przystani dla ryb przep³ywaj±cych na drug± stronê jeziora. Niewielki sztorm rozbudzi³ okonie, które uciekaj±c przed goni±cymi je szczupakami, pokazywa³y co chwilê nad wod± swoje ciemnozielone grzbiety.
Zarzucili wêdkami. Przynêta Konstantego zanurzy³a siê w centrum wzburzonego przez ryby kocio³ka. Krêci³ ko³owrotkiem powoli, aby spinning nie zahaczy³ o liczne w tej czê¶ci jeziora glony, ani te¿ nie zbli¿y³ siê zbyt blisko powierzchni.
– JEST! – krzykn±³ Konstanty i zaci±gn±³ wêdkê – Ale szybko, oooj bêd± bra³y. Mamy szczê¶cie. Walczy³ z ryb± przez dobre kilka minut. Ch³opiec wyobra¿a³ sobie, ¿e ryba jest ogromna. Tata nakaza³ synowi, aby przygotowa³ podbierak. Przyci±gn±³ pod ³ódkê wymêczonego szczupaka i wyci±gn±³ go na burtê. Chwyci³ drapie¿nika i grzmotn±³ go w ³eb przyszykowanym na te okazje gumowym m³otkiem. PACH! PACH! – szczupak og³uszony. By³ to ¶redni okaz, oko³o dwóch/trzech kilogramów, kiedy szarpa³ siê w wodzie Sebastianowi wydawa³o siê, ¿e wa¿y ze dwadzie¶cia kilo.
– Walczymy dalej – powiedzia³ ojciec i zarzuci³ now± przynêtê. Szczupaki bra³y na wêdkê Konstantego jak oklejki o ¶wicie. Ma³y stale musia³ czatowaæ z podbierakiem, aby w odpowiedniej chwili podaæ go tacie. Siódmy szczupak by³ najwiêkszy. PRAWDZIWE BYDLE – zaalarmowa³ Konstanty. Nakaza³ odsun±æ siê dziecku, gdy¿: taki potwór niejednemu rybakowi odgryz³ palca a nawet g³owê. Mêczy³ siê z nim ponad pó³ godziny. Szczupak wygina³ piêciometrowy kij a¿ do granic wytrzyma³o¶ci, Sebastian co chwila spogl±da³ na wêdkê z przestrachem, ¿e zaraz pêknie.
I uda³o siê. Kolos ukaza³ swój pó³torametrowy grzbiet na powierzchni. By³ to stary szczupak p³ywaj±cy w tych wodach od kilku lat. Rybacy miêli szczê¶cie: drapie¿nik, bêd±c w¶ród rozbudzonych okoni – da³ siê oszukaæ i po³kn±³ haczyk.
Szczupak wyrwa³ siê jednak w ostatniej chwili i ponownie ci±gn±³ ¿y³kê w stronê g³êbiny. A wiêc to jeszcze nie koniec – wyceni³ przez zêby Konstanty. Deszcz pada³ ostro. Du¿e krople uderzy³y w czo³o przepoconego rybaka. Ch³opiec patrzy³ ogromnymi oczyma na niekoñcz±c± siê walkê cz³owieka i natury.
Nagle ojciec przekaza³ synowi wêdkê. Rób to, czego ciê uczy³em – powiedzia³ cichym g³osem. Syn przyj±³ wêdkê i wszystkimi si³ami stara³ siê utrzymaæ na ¿y³ce szczupaka. Spojrza³ na ojca zdziwiony. Ojciec dysza³. Usiad³ ciê¿ko na desce. Ryba rwa³a bezlito¶nie, wiêc Sebastian odbezpieczy³ na chwilê ko³owrotek. Spojrza³ na ojca ponownie i zauwa¿y³, ¿e trzyma swoj± praw± d³oñ na sercu.
Malec wios³owa³ w stronê brzegu z ca³ych si³ – jedn± rêk±: raz prawym wios³em, raz lewym, zmieniaj±c co chwilê pozycjê. Wêdkê przymocowa³ do haka znajduj±cego siê pomiêdzy ³aweczkami. Ojciec usiad³ na dnie ³ódki, gdy¿ trudno mu by³o zachowaæ równowagê. Ma³y wyj±³ z rybackiej skrzynki osik i uci±³ ¿y³kê, ryba spowalnia³a ³ód¼, ci±gn±c j± w przeciwnym kierunku. Spokojnie… spokojnie… wios³uj ma³y… wios³uj – wyszepta³ tata, po czym zanurzy³ w jeziorze wiaderko i wyla³ na siebie strumieñ ch³odnej wody.
Deszcz usta³. Chmury odpu¶ci³y i pierwsze promienie niczym boskie lasery wy³oni³y siê ze szczelin. Ch³opiec zobaczy³ przemykaj±c± przez pejza¿ jasn± liniê: smuga ¶wiat³a ruszy³a ze skraju lasu i sun±c jeziorem zbli¿a³a siê do ³odzi, kiedy przemknê³a przez rybaków, Sebastian poczu³ przyjemne ciep³o. Jakby dotkniêcie. Smuga znik³a niedaleko od drugiego brzegu.
Ojciec Sebastiana orze¼wiony zimn± wod± pocz±³ g³o¶no kaszleæ; na si³ê, aby uregulowaæ puls. Po paru chwilach przesta³ dyszeæ, jednak na wios³owanie by³ za s³aby. Do brzegu pozosta³o kilkaset metrów i m³ody posinia³ ze zmêczenia. Odpocznij – powiedzia³ tata – twój staruszek czuje siê ju¿ lepiej.
S± takie momenty w ¿yciu Supermenów, kiedy musz± oni powstrzymaæ swoje pierwotne instynkty i dzia³aæ – tak mówi³a mu mamusia w sytuacjach, kiedy ch³opiec p³aka³. A wiêc teraz nie p³aka³. Zacumowa³ ³ód¼ na pla¿y i pobieg³ po pomoc. Kiedy pêdzi³ z powrotem z mamusi±, Hel± i ratownikiem – ojciec Sebastiana szed³ nierównym krokiem próbuj±c siê u¶miechaæ. Widaæ by³o wyra¼nie, ¿e ledwo trzyma siê na nogach.
– Konstanty!
Zarycza³a matka i wziê³a mê¿a pod rêkê, pod drug± rêkê chwyci³ go ratownik i zaprowadzili chorego do domu. Dopiero teraz z oczu Sebastiana wybuch³y ³zy.
– No ju¿… ju¿ dobrze… ju¿… dobrze – szepta³ tata.
– Sebastian, biegnij na recepcjê. Niech dzwoni± po karetkê! – krzyknê³a mama.
– Nie! – zaprotestowa³ ojciec – Wystarczy, ¿e przyjedzie doktor Cudt.
Doktor Cudt przyjecha³ i powiedzia³, ¿e Pan Dyrektor przeszed³ stan przedzawa³owy i koniecznie musi udaæ siê na d³ugi urlop do szczeciñskiej kliniki, natychmiast. Kiedy odje¿d¿ali z tat±, Sebastian pomy¶la³ o motylach. Dlaczego wywinê³y mu taki numer? Mo¿e mia³y za z³e, ¿e wcze¶niej kto¶ pozamyka³ je w s³oikach. Pomy¶la³ o starym szczupaku, który p³ywaj±c w g³êbinach od lat – nauczy³ siê wykorzystywaæ tajemn± si³ê jeziora i wykorzysta³ j± przeciwko rybakowi. Pomy¶la³ o dobrym czarodzieju, który ockn±³ siê we w³a¶ciwym momencie i zes³a³ im uzdrawiaj±c± ³unê ¶wiat³a. Drugi brzeg jeziora czeka³ w oddali, dziki i nieodkryty. Sebastian mia³ jednak wra¿enie, jakby jak±¶ cz±stk± siebie znalaz³ siê na nim przez chwilê.
Do salonu wszed³ ubrany w garnitur dziewiêtnastolatek. Rozejrza³ siê w oko³o. W prawej rêce trzyma³ zwiniête w rulon ¶wiadectwo dojrza³o¶ci. Jego zmêczona twarz ¶wiadczy³a, ¿e wróci³ w³a¶nie z trwaj±cej ca³± noc pomaturalnej imprezy. Matki nie by³o w domu. W lodówce czeka³y zapakowane w plastikowe pojemniki obiady. Na lustrze w przedpokoju wisia³a karteczka: GRATULUJÊ! Kocham ciê. Mama. Na stolê w salonie zobaczy³ rodzinny album, zapewne matka przegl±da³a go pod jego nieobecno¶æ. Otworzy³ album na samym ¶rodku i zobaczy³ to zdjêcie.
Przez dziesiêæ lat ojciec Sebastiana je¼dzi³ po uzdrowiskach ca³ego kraju lecz±c swoje chore serce. Kilka miesiêcy przed ¶mierci± przebywa³ w nowoczesnym szpitalu w Warszawie. Rodzina jak zwykle pojecha³a do niego w odwiedziny. Niespotykana dotychczas wylewno¶æ ojca, wprawi³a ch³opaka w zak³opotanie. O ile nigdy wcze¶niej Dyrektor nie obejmowa³ nikogo na powitanie – teraz rzuci³ siê na matkê, Agatkê i Sebastiana. ¦ciska³ ich d³ugo i gor±co. Matka Sebastiana p³aka³a przez ca³y pobyt w Warszawie i przez ca³y powrót. Serce chorego trzyma³o siê ju¿ na postronkach i konieczny by³ przeszczep. Organizm mia³ jednak za s³aby. Wskazane by³o czekaæ na operacjê. Piêædziesiêciolatek przeczuwaj±c, ¿e z pewno¶ci± nie poczuje siê ju¿ lepiej – wypisa³ siê ze szpitala i wróci³ do pracy.
Je¿eli umieraæ, to z uniesion± g³ow± – my¶la³. Jak wiêkszo¶æ ludzi, nie chcia³ i nie zamierza³ umieraæ w szpitalu. Umar³ w domu, we ¶nie, z lekkim u¶mieszkiem na twarzy. I wtedy, podczas ostatnich odwiedzin w Warszawie, Sebastian czu³ siê trochê tak, jak na ¶rodku jeziora. Spacerowali z ojcem po korytarzu kardiochirurgii tylko we dwóch, i rozmawiali.
Na zdjêciu syn wprowadza³ tatê do szpitalnej sali, podtrzymywa³ go praw± rêk± – t± w³a¶nie, w której dzisiaj trzyma³ ¶wiadectwo dojrza³o¶ci. I tak samo jak w Zaciszu, kiedy ¿ycie pokaza³o mu swój brutalny brzeg, tak samo i teraz: przez resztê dnia w g³owie dziewiêtnastolatka tkwi³a brutalna prawda – mówi±ca:
„Niestety m³ody, ale nie mo¿esz mieæ wszystkiego zawsze, kiedy chcesz”.
źródło:
http://www.portalliteracki.pl
Aktualna ocena::
3
Wyślij odnośnik znajomym::
Tags:
/>
/>
/>
/>
/>Tamto Rynnowe „Zacisze” Oto ¶wiecide³ek Sze¶ciolatek ¿e Bez ¿ó³æ Gogha Kiedy
/>Po Jakby Amazonki. Wy¿ej „górale” –
/>Obok Dlatego Czterometrowe ³añcuchy Sebastiana Ma³o – Trzeba
/>– Wstawaj! Wstawaj! – Sebastian – Idziemy – D³ugo Agatki /hu¶tawka/,
/>– Ale – – ¿e Supermanem – Sebastian Supermanem.
/>– – Superman.
/>
/>Tego ¶wiat Sebastianie Nie ¦wiat Solenizanta, ¶wiat – Sebastianek ¦wiat Agatka – ¿e ³añcuchów
/>
/>
/>
/>
/>Tam, Stamt±d Oprócz – Sebastian, ³ami±c Szok. Niestety, ¶wiadomo¶æ Chocia¿ ¿eby Cudt, Sebastian – Arrgggh, ¿e
/>Najgorsze Dwa – Tak Cudt. – Có¿ Przecie¿ Wraz ¿yciu Sebastiana – ¿e – Tam, „Lubie” /raj/ Przez –
/>
/>„Niestety
/>
/>Nie – Sebastiana Rodzice ¿eby
/>Ojciec Sebastiana Dyrektora „Peberol”. Przedsiêbiorstwo ¶wiadczy³o Dyrektor Zazwyczaj „£ada” (który Ferrari) – Ferrari! – – Tym Sebastian
/>Nigdy Zacisza Przyjecha³a Helena, Matki Boskiej Pielgrzymkowej, Sebastiana, Sebastiana. Jedna Mia³a ¶wietne By³a Gminie. Przez
/>
/>
/>
/>Do Zacisze Sebastiana Sztamê Agat±. Wszêdzie Wszystko Kiedy Sebastian Agatka ³apa³a Oto „trzepotki” – – Ch³opiec Rodzeñstwo ¿e ¶rodku ¿yczenie: „Aby Sebastiana”.
/>Kiedy Jednak ¿yczeniem Sebastiana, ¿eby
/>I Ojciec Stan±³
/>– Ko³obrzegu, ¿e Piêtaszek – Robinsona Crusoe –
/>– Tataaa! –
/>– Poka¿ – Sebastiana – Hmm –
/>– Boli
/>– Nie – Sebastian.
/>–
/>– Nie.
/>–
/>– Nie,
/>– –
/>– –
/>– Dobrze. Dzi¶
/>– Tak – Sebastian
/>– Dobrze.
/>
/>Ojciec Sebastiana ¶redniego W³osy – – Postura Du¿o „Mocne” „Lwa”. Osobowo¶æ Umys³ Zdolno¶ci – Mo¿e
/>
/>
/>
/>Nie Politechniki Konstantego. Kiedy – Kto ¿e Oto Dyrektorem. Wszyscy ³±czy ¿ycia. Stres
/>
/>¦redniej ³ódka „Agata” (imiê „Sebastian” –
/>posiada³ Konstanty £owi³ Oczywi¶cie Sebastiana ³owienia. Krzycza³ – Dlatego Ch³opak – MAM RYBÊ! MAM RYBÊ! Ludzie
/>
/>Ojciec ¿e ³ód¼ ¶rodku ³owiæ
/>
/>Jezioro Odbijaj±ce Europie ¯elazne
/>– Tomek Sawyer, – Sebastian Tomkiem Sawyerem, – Kapitanem Nemo.
/>– Tak – Zwin±³ ³ódki Sebastian (wiadomo ¿e
/>– Oto – Konstanty „Torpeda”. Ruszyli. Kad³ub Agatki Kiedy £ódka Jak ³ajbê, Konstanty Wios³a ³y¿kach Lubi³
/>
/>
/>
/>W Wraz Konstanty, Sebastian Chmury Kiedy ¶ci¶niête ¿e
/>– Cholera! Jak Dzisiaj. – Konstanty –
/>Ale – –
/>Zacz±³ Fale Agatka
/>– Ale – Zbli¿yli Kapitan Nemo
/>– Kotwica!
/>– Tak
/>Faktycznie, Konstanty,
/>– –
/>– –
/>– – – – –
/>– Bierz – Konstanty,
/>
/>Wysepka – ¿e Niewielki
/>Zarzucili Przynêta Konstantego Krêci³
/>– JEST! – Konstanty – Ale Mamy Walczy³ Ch³opiec ¿e Tata Przyci±gn±³ ³ódkê Chwyci³ ³eb PACH! PACH! – By³ ¶redni Sebastianowi ¿e
/>– Walczymy – Szczupaki Konstantego ¶wicie. Ma³y Siódmy PRAWDZIWE BYDLE – Konstanty. Nakaza³ Mêczy³ Szczupak Sebastian ¿e
/>
/>
/>
/>I Kolos By³ Rybacy –
/>Szczupak ¿y³kê – Konstanty. Deszcz Du¿e Ch³opiec
/>
/>Nagle Rób – Syn ¿y³ce Spojrza³ Ojciec Usiad³ Ryba Sebastian Spojrza³ ¿e
/>
/>Malec – Wêdkê ³aweczkami. Ojciec ³ódki, Ma³y ¿y³kê, ³ód¼, Spokojnie… –
/>Deszcz Chmury Ch³opiec ¶wiat³a ³odzi, Sebastian Jakby Smuga
/>Ojciec Sebastiana Odpocznij – –
/>S± ¿yciu Supermenów, – Zacumowa³ ³ód¼ Kiedy Hel± – Sebastiana Widaæ ¿e
/>
/>– Konstanty!
/>
/>Zarycza³a Dopiero Sebastiana ³zy.
/>– –
/>– Sebastian, Niech –
/>– Nie! – – Wystarczy, ¿e Cudt.
/>
/>
/>
/>Doktor Cudt ¿e Pan Dyrektor Kiedy Sebastian Dlaczego Mo¿e ¿e Pomy¶la³ – Pomy¶la³ ³unê ¶wiat³a. Drugi Sebastian
/>
/>Do Rozejrza³ ¶wiadectwo Jego ¶wiadczy³a, ¿e Matki GRATULUJÊ! Kocham Mama. Otworzy³ ¶rodku
/>
/>Przez Sebastiana Kilka ¶mierci± Warszawie. Rodzina Niespotykana Dyrektor – Agatkê Sebastiana. ¦ciska³ Matka Sebastiana Warszawie Serce Organizm Wskazane Piêædziesiêciolatek ¿e –
/>
/>Je¿eli – Jak Umar³ ¶nie, Warszawie, Sebastian ¶rodku Spacerowali
/>
/>Na – ¶wiadectwo Zaciszu, ¿ycie –
/>
/>„Niestety
/>
/>
Komentarze::
Dodaj komentarz
Powiązane wiadomosci
- Reset Selektywny - rozdzia³ 1
- ¦RODOWISKA II /wiersz/
- £ono (R)
- Minotaur
- Luneta
- Wieczna cisza /wiersz/ x
- Walka kogutów /wiersz/ x
- asymptota /wiersz/
- Wrzesieñ w ogrodzie /wiersz/
- wstyd, studium turpistyczne z alegori± w tle /opowiadanie/
- Perspektywa /wiersz/ -> x
- KAMIEÑ /o trochê innym dzieciñstwie/ ->x