24 godziny temu
Gdy tylko ma³a Lidia dostrzeg³a Witolda w tym t³umie polskich wagabundów, którzy przyjechali za prac±, wystrzeli³a jak z procy. Jej mokre blond w³osy powiewa³y wraz z po³ami jej czerwonego p³aszczyka. Ma³e nó¿ki przebiera³y w ciê¿kich kaloszach w kwiatki, grzêzn±c w gêstej masie migrantów. Przez te gêstwiny ludzkich nóg i ³okci przeciska³a siê jednak z promienistym u¶miechem, w którym brakowa³o obydwóch górnych jedynek. Witold wyci±gn±³ rêce i ma³y wampirek w czerwonej pelerynie wskoczy³ na niego, o ma³o go nie przewracaj±c.
By³a tak samo przemoczona, jak cztery miesi±ce temu, w ten deszczowy, listopadowy wieczór, kiedy przysz³y do niego z Aureli±. Zdawa³o mu siê, ¿e ledwo przymkn±³ oczy, zaledwie je zmru¿y³, kiedy us³ysza³ dzwonek do drzwi. Ale za oknem by³o ju¿ ciemno, a wiatr ucich³. Krople deszczu wci±¿ stuka³y o dr¿±c± szybê, ale przypomina³o to bardziej dzwonienie, ni¿ wcze¶niejszy ³omot. S±siedzi te¿ przestali siê k³óciæ. Za ¶cian± panowa³a cisza, a znad sufitu umilk³y pie¶ni zagrzewaj±ce ¿u¿lowców do boju.
Zniecierpliwiony i natrêtny Dzwonek znowu siê odezwa³. Witold niechêtnie ze¶lizn±³ siê z ³ó¿ka i po ciemku wymaca³ stary wy¶wiechtany szlafrok. Potykaj±c siê w ciemno¶ciach o czê¶ci swojej mokrej garderoby zarzuca³ go na siebie, a¿ wreszcie dotar³ do drzwi.
Spodziewa³ siê akwizytora albo ¶wiadków Jehowy, a tu Aurelia; przemoczona do suchej nitki. Za rêkê trzyma³a swoj± m³odsz± siostrzyczkê, podobn± do niej jak krople wody i o tych samych niebieskich oczach – w ka¿dej innej sytuacji czaruj±cych, tamtego wieczora posmutnia³ych i wystraszonych.
Dwie przemoczone sierotki, szare i przemarzniête, minê³y Witolda w drzwiach. Stru¿ki wody sp³ywa³y z ich sklejonych, pociemnia³ych od wilgoci w³osów, potoki sp³ywa³y z ich szarych kurtek, przylegaj±cych do ich dr¿±cych cia³, a z butów, przy ka¿dym ich kroku, wytryskiwa³y strumienie.
Witold zamkn±³ drzwi za dziewczynami i zapali³ ¶wiat³o. Bia³y blask halogenów roz¶wietli³ ciasny przedpokój, w którym pod wieszakiem sta³a para mokrych butów.
- Zrobiê wam herbaty, co? – zaproponowa³.
Maleñka Lidia, ¶ci±gaj±c przemoczony bucik, zapyta³a, czy mog³aby gor±cej czekolady.
- Obieca³am jej czekoladê – powiedzia³a Aurelia. – W zasadzie ja te¿ bym siê czekolady napi³a. Przyda mi siê stymulator dobrego nastroju.
Witold poszed³ do kuchni robiæ czekoladê, a dziewczyny wesz³y do jego pokoju. Panowa³ tam chaos rozrzuconych papierów i mokrych ubrañ. Czteroletnia Lidia zdawa³a siê byæ tym zachwycona: rozdziawi³a usta i rozgl±da³a siê po pokoju, zadzieraj±c wysoko g³owê, ¿eby obejrzeæ wisz±ce nad ³ó¿kiem rega³y pe³ne ksi±¿ek. Biurko zawalone by³o papierami i wycinkami z gazet, w których topi³ siê otwarty laptop. Na pod³odze tak¿e piêtrzy³y siê tomy ksi±¿ek.
- £adne – powiedzia³a Lidia, wskazuj±c dwie reprodukcje van Gogha, które Aurelia zrobi³a Witoldowi dwa lata temu na dwudzieste pierwsze urodziny: Ulicê w Saintes-Maries i Nocn± kawiarniê. Te same, których kilka tygodni wcze¶niej Laura zakaza³a mu ze sob± zabraæ, gdy siê do niej wprowadza³. ¯adnych rzeczy od Aurelii, powiedzia³a.
On natychmiast siê zgodzi³, zwiesiwszy g³owê i podkuliwszy ogon. Kafkowskie poczucie winy. Przeprasza³ Laurê za ten pomys³. Wybaczy³a mu ³askawie.
Ale jej wolno by³o mieæ rzeczy od tego ca³ego Eugieniusza – nie Eugeniusza, lecz Eugieniusza; ze zmiêkczaj±cym „i”, jak zwyk³ mawiaæ, kiedy siê przedstawia³ i podawa³ swoj± delikatn± d³oñ, ¶lisk± jak szminka, wiotk± i pachn±c± kobieco. Kolejny wielki Artysta toruñskiej sceny. Fotografik, broñ bo¿e fotograf – na to siê obra¿a³. Biega³ po Toruniu ze swym aparatem, przekonany o swej wielko¶ci i geniuszu, w kolorowych w³oskach, jak jaki¶ pieprzony Dennis Rodman z czasów jego ¶wietno¶ci, w oryginalnie oprawionych okularach, ze swym bia³ym u¶miechem i ró¿ow± apaszk±.
Laura mia³a mnóstwo jego zdjêæ. Na wiêkszo¶ci by³a ona sama, akty lub portrety,
i obiektywnie trzeba przyznaæ, ¿e zdjêcia by³y niczego sobie. Mo¿e nie powala³y i nie razi³y swoim geniuszem, ale, jak w takich sytuacjach zwyk³ mawiaæ Eugieniusz, nie by³y to zdjêcia dla zwyk³ych ludzi, nie ka¿dy potrafi poznaæ geniusz.
Tego jednak wieczoru, gdy przysz³a do Witolda Aurelia ze swoj± m³odsz± siostrzyczk± Lidi±, nie chcia³ przejmowaæ siê podobnymi kwestiami i z u¶miechem dobrego gospodarza, odziany wci±¿ w swój wy¶wiechtany, ró¿owy szlafrok, wniós³ do pokoju dwa kolorowe kubki, z których unosi³ siê zapach czekolady. Gdy postawi³ je na stole, zebra³ z pod³ogi swoje mokre ubrania i zaniós³ do ³azienki.
- No widzisz – rzek³a Aurelia do Lidii – mówi³am, ¿e dostaniesz czekoladê.
Witold wróci³ z ³azienki po chwili, ubrany ju¿, w spodnie i flanelow± koszulê. Poda³ dziewczynom rêczniki i opar³ siê o biurko. W milczeniu przygl±da³ siê ma³ej Lidii, która siedzia³a na jego ³ó¿ku i z zadowoleniem popija³a z kubka czekoladê. Zastanawia³ siê, dlaczego przysz³y do niego? Dlaczego w tak± pogodê? Przecie¿ nie w odwiedziny.
Mia³y wiele szczê¶cia; od trzech miesiêcy, od kwietnia, mieszka u Laury i gdyby nie to, ¿e akurat dzisiaj siê na niego obrazi³a, nie by³oby go w domu.
- Szczerze mówi±c, by³am przekonana, ¿e ciebie nie zastaniemy – powiedzia³a Aurelia. – Ale nie wiedzia³am, do kogo pój¶æ. Dlaczego nie jeste¶ u Laury?
Witold wyja¶ni³ krótko, ¿e zosta³ dzisiaj poinformowany, ¿e skre¶lono go z listy studentów i Laura nie mog³a tego znie¶æ.
- Focha strzeli³a, wywali³a mnie z domu i nie chce ze mn± gadaæ, ale przejdzie jej…
- Wyrzucili ciê ze studiów?
- I tak chcia³em zrezygnowaæ, nudzi³y mnie… - odpar³ Witold odwracaj±c wzrok,
a Aurelia z niedowierzaniem pokrêci³a g³ow±. Ale nie zada³a ¿adnego pytania. Chwilê panowa³o milczenie; Lidia siorbi±c cicho czekoladê rozgl±da³a siê po pokoju, ju¿ spokojna; strach na jej twarzy ust±pi³ miejsca zaciekawieniu. Aurelia te¿ zdawa³a siê byæ spokojniejsza i próbowa³a ma³ej osuszyæ rêcznikiem w³osy, co tamtej siê najwyra¼niej nie podoba³o, bo za ka¿dym razem odpycha³a rêkê siostry z zabawnym grymasem na twarzy. Tylko Witold by³ niespokojny. Co sprowadza je po dziesi±tej wieczór do niego?
- Czy mo¿emy dzisiaj u ciebie przenocowaæ? – zapyta³a Aurelia. – Tylko dzisiaj, jutro z rana siê wyniesiemy.
Lidia zasnê³a prawie natychmiast po wypiciu czekolady. Wierci³a siê jeszcze chwilê, ziewa³a i tar³a oczy. A¿ wreszcie jej g³ówka opad³a spokojnie na poduszkê. Aurelia przebra³a j± delikatnie w such± koszulê, przykry³a i da³a znak, ¿eby¶my wyszli. Wy³±czy³em lampê i po cichu wymknêli¶my siê do pokoju go¶cinnego. Z meblo¶cianki, która doskonale pamiêta³a stan wojenny, wype³nionej po brzegi nikomu nieprzydatn± kryszta³o- i porcelanopodobn± zastaw±, wyci±gn±³em dwa kieliszki. Nape³ni³em je czerwonym winem i w³±czy³em Bluesbreakout. Cicho rozleg³ siê d¼wiêk gitary, potem harmonijka ustna i Tadeusz Nalepa za¶piewa³: Zdarzy³o mi siê to dzisiejszej nocy…, a ja usiad³em obok Aurelii, wznosz±c toast za spotkanie.
Dziewczyny mia³y szczê¶cie, ¿e przysz³y dzisiaj. Nie tylko ze wzglêdu na moj± k³ótniê z Laur±, ale te¿ dlatego, ¿e rodzice wyjechali do dziadków i mieli wróciæ dopiero nazajutrz. Gdyby byli w domu, zadawaliby z pewno¶ci± wiele niezrêcznych pytañ, a my nie mogliby¶my usi±¶æ sobie w akompaniamencie bluesa, piæ wina i rozmawiaæ jak za dawnych czasów.
Siedzieli¶my naprzeciw siebie, pili¶my jakie¶ hiszpañskie wytrawne wino, rozmawiali¶my o rzeczach zupe³nie niewa¿nych i przegryzali¶my koreczki z holenderskiego sera.
Kicz. Luksus i egzotyka, jak ananas na kotlecie – móg³by kto¶ powiedzieæ. Ale przecie¿ nikt z nas nie jest nadcz³owiekiem i nie mo¿e w pe³ni ustrzec siê kiczu. Choæby¶my nim nie wiem jak pogardzali, kicz nale¿y do ludzkiego losu.
Dla Witolda wino i serowe koreczki nie kojarz± siê z egzotyk±, ale z normalno¶ci±. Pragnie, aby normaln± by³a mo¿liwo¶æ kupienia dobrego sera i niekwaskowatego wina. Chcia³by, ¿eby nie by³o to luksusem. Gdyby fragment o serze i winie napisany by³ we Francji, Holandii, Hiszpanii, czy nawet w Niemczech, zosta³by uznany za oczywisty.
W polskim za¶cianku brzmi jednak tak egzotycznie, ¿e a¿ kiczowato.
Witoldowi nie pozostaje nic innego, jak marzyæ o winie i robiæ z niego sacrum,
a spo¿ywaæ je tylko przy wyj±tkowych okazjach.
Piciu wina, podobnie jak piciu yerba mate, nadajê mistycznego znaczenia, staje siê ono dla mnie rodzajem rytua³u, czujê siê wówczas artyst±. Przy yerba mate jestem Horaciem Olivier±, przy winie Anatolem Stillerem, jego wyobra¿eniem siebie samego w Glionie, w jego ferme vaudoise, do którego i¶æ nale¿y star± dró¿k±, dosyæ strom±, kamienist±, otoczon± murami winnic, rozpalon± w lecie jak piec, jesieni± przewiewn±. Wyobra¿am sobie tê idyllê i wierzê, ¿e ona mnie te¿ czeka, ¿e i ja bêdê kiedy¶ siedzia³ przed swoim domkiem w szwajcarskich górach, kiedy znowu dojrzej± winne grona, kiedy nad jeziorem zawisn± metaliczne opary i popijaæ bêdê wino wraz z moj± ukochan±,z Aureli±.
Wino ³agodzi najstraszniejsze demony duszy. Wino rozwi±zuje jêzyk i pozwala stawiæ im czo³a.
Co siê sta³o? Czemu przysz³y do mnie w tak± pogodê? Czemu do mnie, a nie do Stana? Czemu Lidia mia³a tak± smutn± minê?
Mog³em siê domy¶laæ i domy¶la³em siê. Nie wypytywa³em o nic. Stara³em siê nie poruszaæ tego tematu: kiedy bêdzie ju¿ gotowa, sama rozpocznie. Kiedy ju¿ wino rozwi±¿e jêzyk, kiedy Aurelia bêdzie potrafi³a przeciwstawiæ siê swoim demonom. Odnajdzie odpowiednie s³owa, by nazwaæ to, co j± t³amsi od wewn±trz, odnajdzie odwagê, by to wypowiedzieæ. Rzeczy nazwanych mniej siê boimy, rzeczy wypowiedziane nie s± ju¿ takie gro¼ne.
Gdy Aurelia wróci³a z pracy, po ca³ym dniu obs³ugiwania w drogiej restauracji wymagaj±cych klientów, którzy zostawiaj± ma³e napiwki, zasta³a Lidiê w przedpokoju. Skulon± miêdzy szafk± na buty a wieszakiem z kurtkami. Siedzia³a z wytrzeszczonymi, wystraszonymi oczami skierowanymi w stronê kuchni, w której „podniesionym g³osem” „rozmawiali” rodzice.
Matka by³a znów pijana.
Krzycza³a i uderza³a w piê¶ciami w ojca, który sta³ z rêkoma w kieszeniach, z cynicznym u¶miechem na twarzy, spokojny, opanowany. By³ bez marynarki, ale wci±¿ w chabrowej koszuli i miodowym krawacie.
Patrzy³ na ni± w ten bezczelny, wyzywaj±cy sposób, jak tylko prawdziwi dranie mog± patrzeæ. Ona skaka³a przed nim, rwa³a swoje w³osy i zachrypniêtym g³osem wyzywa³a od dziwkarzy. Jej poplamiony fartuch kontrastowa³ z jego ubiorem, jej rozczochrane w³osy z jego u³o¿on± fryzur± i zalotnym w±sem, jej zniszczona twarz, pe³na zmarszczek i bólu z jego twarz± – ogolon± i ¶wie¿±. Swoje s³abe, zniszczone praniem i zmywaniem d³onie zacisnê³a w piê¶ci i w desperacji uderza³a go na o¶lep, a on u¶miecha³ siê drwi±co. Obydwoje nie zauwa¿aj±c Lidii, która siedzia³a skulona w przedpokoju. Nie rozumia³a, co siê dzieje, nie zna³a znaczenia tych s³ów, które matka wykrzykiwa³a z tak± pasj± i nienawi¶ci±.
Nie wiedzia³a jeszcze, co to szyderstwo, ale czu³a, ¿e w spojrzeniu ojca tkwi co¶ z³owrogiego.
Aurelia pojawi³a siê jak wybawienie.
Otworzy³a drzwi, spojrza³a do kuchni, na rodziców, stoj±cych w ¶wietle zimnej jarzeniówki. Na zap³akan± matkê i u¶miechniêtego ojca, który obdarzy³ córkê krótkim, nic nieznacz±cym spojrzeniem, wreszcie na przera¿on± Lidiê.
Natychmiast uklêk³a obok siostry i zaczê³a wsuwaæ na jej nó¿ki buciki, zak³adaæ kurkê, szalik, czapkê. Lidia, wpatrzona zlêknionymi oczyma w ¶wiat³o dochodz±ce z kuchni, mimowolnie poddawa³a siê czynno¶ciom Aurelii. Pozwoli³a chwyciæ siê za rêkê i wyprowadziæ z mieszkania.
Biegn±c z Lidi± przez strugi deszczu Aurelia wyra¼nie czu³a dr¿enie jej maleñkiej r±czki. Mokre baty, smagane lodowatym wiatrem, przecina³y czarne niebo, a Aurelia powtarza³a wci±¿, ¿e zaraz bêdzie dobrze, ¿e zaraz bêd± u Stana, ¿e Lidia zaraz siê po³o¿y, ¿e Stan poczyta jej bajkê, tê, któr± ona tak lubi, i da gor±cej czekolady.
Dolewa³em Aurelii wina, a ona mówi³a coraz odwa¿niej. W oczach zal¶ni³y p³omyki nadziei. Zmieni ¿ycie, zabierze Lidiê ze sob± i rozpoczn± wszystko od pocz±tku! Nie da siê zapijaczonej matce i ojcu, który niczym siê nie przejmuje.
Supe³ na moim jêzyku równie¿ popu¶ci³. Ja równie¿ mam tego do¶æ! Swojego ¿ycia mam do¶æ. Tej farsy, ¿artu. I dlatego cieszê siê, ¿e chc± mnie ze studiów wyrzuciæ, bo mam ich do¶æ, jak wszystkiego!
A Aurelia zaczê³a ¿a³owaæ, ¿e zrezygnowa³a ze sztuk piêknych, mo¿e da³aby radê ukoñczyæ…
A ja napisa³em powie¶æ – mówi³em – której nikt by nie wyda³, gdyby wydzia³ kultury toruñskiego urzêdu miasta nie sfinansowa³ jej druku. Wydrukowano sze¶æset egzemplarzy, z czego sprzedano trzysta siedemdziesi±t cztery – liczba, która chodzi mi ci±gle po g³owie.
…Kiedy by³em, kiedy by³em ma³ym ch³opcem…
Polewa³em kolejny kieliszek wina, a Aurelia, nagle jakby trze¼wiej±c, bez radosnego b³ysku w oczach, powa¿n± min±: Gdybym potrafi³a wzi±æ Lidiê, wyrwaæ j± stamt±d i gdzie¶ uciec. Gdybym zostawi³a matkê sam± z jej chorym problemem. Ale ja tego nie zrobiê, nie potrafiê! Jutro rano pójdê do domu, zgarnê j± pijan±, zarzygan±, obmyjê j±, po³o¿ê do ³ó¿ka. Ona mnie przeprosi i tak w nieskoñczono¶æ…
…wicher wieje, wicher silne drzewa g³aszcze, hej…
A ja nadal my¶la³em o mojej ksi±¿ce. Chcia³em byæ przecie¿ Artyst±. Co to jest sze¶æset egzemplarzy? Co to jest trzysta siedemdziesi±t cztery sprzedanych? By³em nikim i tylko dziêki „wieczorkom autorskim” mia³em prawo sobie wmawiaæ, ¿e jestem Artyst±.
Czy¿ nie jest tak, ¿e ka¿dy jest po trosze artyst±? Nie jest¿e prawd±, ¿e ludzko¶æ tworzy sztukê nie tylko na papierze lub na p³ótnie, ale w ka¿dym momencie ¿ycia codziennego – i gdy dziewczê wpina kwiat we w³osy, gdy w rozmowie wypsnie siê wam ¿arcik, gdy roztapiamy siê w zmierzchowej gamie ¶wiat³ocienia, czym¿e to wszystko jest, je¶li nie praktykowaniem sztuki? Po có¿ wiêc ten podzia³ dziwaczny i bzdurny na „artystów” i resztê ludzko¶ci?
Nie, nie ka¿dy! Artysta to kto¶, na kim spocz±³ Duch ¦wiêty, do którego przyby³ Apollo z orszakiem swoich muz. Artysta tworzy w boskim natchnieniu!
I wtedy pojawi³a siê Laura. Bogata, m±dra i wierz±ca w mój sukces literacki.
Ma znajomo¶ci, pracuje w wydawnictwie. Bêdê móg³ byæ Artyst±! Tylko muszê j± kochaæ, przekonywaæ j± o tym, o¿eniæ siê z ni±…
- G³upi jeste¶, a nie artyst±. – Aurelia krêci³a g³ow±, nadstawiaj±c swój kieliszek, bym go nape³ni³. – Móg³by¶ pisaæ samodzielnie, bez ¿enienia siê z t± Laur±. Wystarczy byæ asertywnym. To ostatnio cholernie modne s³owo.
(Czy ona ma do mnie pretensje?)
- W dupie z nim, dawno go pogrzeba³am, ale ona wierzy w poprawê ludzi – mówi³a Aurelia przez ³zy, które same sp³ywa³y po jej twarzy. – On wróci, mówi matka, wróci do mnie, jak syn marnotrawny. (Aurelia mówi³a o swoim ojcu.) On ma taki charakter, ale zawsze wraca, powtarza w kó³ko. A on rzeczywi¶cie wraca, przysiêga jej mi³o¶æ i mówi, ¿e ¿a³uje. I tak w kó³ko. A ona wierzy, ¿e go kocha… - Smutny u¶miech przemkn±³ jej po twarzy. – Wierzy, ¿e tworz± rodzinê… Ale czemu Lidia jest winna?
Dochodzi³a pó³noc, a za oknem siê wycisza³o. Wino by³o na ukoñczeniu, by³em pijany, Aurelia by³a pijana.
- No i wtedy posz³y¶my z Lidi± do Stana – rzek³a. – Jaka matka, taka córka: mam tak± sam± sk³onno¶æ do drani. Kiedy przysz³y¶my do niego, mia³ u siebie jak±¶ panienkê.
…Gdzie twa woda czysta, która koi ból?…
Aurelia zamilk³a na chwilê. Pokrêci³a g³ow± i u¶miechnê³a siê smutno. – Jaki on by³ ¿a³osny! Nie wyobra¿asz sobie: Sta³ w swoich bokserkach, topless, wyba³uszy³ oczy i nie wiedzia³, co powiedzieæ. Dr¿a³, jak na egzaminie i j±ka³ siê: Cze¶æ, Aurelia, co tu robisz, jest pó¼no, nie spodziewa³em siê ciebie... ¯a³osny… Panienka niczego sobie, ale z jej twarzy bi³a nieoszlifowana g³upota, têpy blask w oczach i jej idiotyczny u¶miech: Oh, cze¶æ, przepraszam, jestem...
Przesta³em chyba w pewnym momencie s³uchaæ. Patrzy³em na ni± i widzia³em najpiêkniejsz± kobietê na ¶wiecie. Marzy³em, ¿eby co¶ zrobi³a, zadzia³a³a. ¯eby powiedzia³a: Witold, nie musisz ¿eniæ siê z Laur±, uciekniemy gdzie¶ wspólnie. Zabierzemy Lidiê i wyjedziemy. Zaczniemy wszystko od pocz±tku.
Ale nie powiedzia³a tego, tylko podnios³a siê nagle.
- Jestem zmêczona – rzek³a. – Idê spaæ.
Widzia³em jak wychodzi z pokoju i poczu³em pragnienie. Ale nie takie zwyk³e. Czu³em, ¿e j± kocham, ¿e z ni± chcia³bym spêdziæ ¿ycie. Wsta³em nawet i ruszy³em za ni±, ale zatrzyma³em siê w po³owie drogi. To przecie¿ g³upie.
Witold odstawi³ wczepion± w niego Lidiê na ziemiê i pog³aska³ j± po g³owie. Przez t³um przedziera³ siê ju¿ Tonio, a za nim Aurelia. Tonio chwyci³ Witolda w objêcia i wyca³owa³ w oba policzki i w usta. Witold poczu³ jego silne ramiona, delikatny zapach jego perfum i ogolon±, miêkk± skórê twarzy. Nawet we³niany p³aszcz, który Tonio mia³ na sobie, by³ miêkki jak puch.
- Widzê, ¿e polscy emigranci radz± sobie nienajgorzej – rzek³ Witold, gdy Tonio ju¿ go pu¶ci³.
Tonio za¶mia³ siê.
- Tak maj± robole na obczy¼nie – odpar³. – Popatrz na Aureliê, czy ten kwiat tak¿e siê nie rozwin±³?
Rzeczywi¶cie. Choæ Aurelia nigdy nie ubiera³a siê ¼le (zawsze potrafi³a dobraæ ubrania i mia³a swój styl), to, kiedy mieszka³a jeszcze w Polsce, mo¿na by³o doszukaæ siê w jej ubraniach uk±szeñ czasu i tego, ¿e by³y z drugiej rêki. Tego wieczoru wzrost standardu jej ¿ycia widaæ by³o go³ym okiem: Zielone, skórzane, wysokie do kolan buty na obcasach l¶ni³y nowo¶ci±, skrywaj±c siê pod kwiecistym r±bkiem d³ugiej do kostek spódnicy, a uwieñcza³ to klasycznie skrojony bordowy p³aszcz trzy-czwarte, podkre¶laj±cy jej kobiec± figurê.
Aurelia ze skrêpowaniem w oczach i u¶miechem zak³opotania wyci±gnê³a do Witolda rêkê, kiedy on, pod wp³ywem pragnienia i wspomnieñ, roz³o¿y³ ramiona, by pochwyciæ j±, podnie¶æ i wyca³owaæ. Gdy jednak uderzy³ bole¶nie o jej wyci±gniêt± rêkê i zwin±³ szybko rozpostarte ramiona, ona wyci±ga³a swoje ramiona do niego, a on sta³ z rêk±. W rezultacie ich d³onie spotka³y siê po¶rodku, miêdzy podaniem rêki a gor±cym u¶ciskiem, oby dwie pary d³oni chwyci³y siê na wysoko¶ci ramion i zadr¿a³y w tej komicznej i milcz±cej pozycji.
Witold, za mg³±, któr± zachodzi³y jego oczy, widzia³ tylko dr¿±ce ¼renice Aurelii
i pó³otwarte usta, na których zastyg³y s³owa przywitania. Ale i on nie móg³ wykrztusiæ z siebie ani s³owa, choæ przez te cztery miesi±ce, kiedy siê nie widzieli, zaleg³o ich w jego ustach tysi±ce.
Zniecierpliwiona Lidia pojawi³a siê jak wybawienie. Poci±gnê³a Witolda za kurtkê.
- Chod¼! – zawo³a³a – Musimy jechaæ do domu, muszê pokazaæ ci mój pokój!
Kubek herbaty przed wschodem s³oñca, kiedy ludzie ¶pi± jeszcze, wtuleni w swoje po¶ciele, a Zielona Wyspa ukrywa siê w mroku. Przez gêst±, mglist± szaro¶æ poranka s±czy siê zawiesina ¶wiat³a latarni. W kuchni, na parterze gregoriañskiej kamienicy przy Eccles Street 7 w Dublinie, pali siê jasne, zimne ¶wiat³o, które razi oczy o tak wczesnej porze, bezdusznej i nik³ej, kiedy w³a¶ciwie noc siê ju¿ skoñczy³a, a ¶wit nie zd±¿y³ jeszcze zacz±æ siê na dobre.
Przy ciemnym, dêbowym stole, który pamiêta jeszcze poprzedniego lokatora, starszego ¯yda, który jad³ z upodobaniem wewnêtrzne organy byd³a i drobiu, siedzi Aurelia i pije kawê, która ma j± nie tylko ogrzaæ, ale daæ te¿ z³udzenie przebudzenia. Zmêczenie po nieprzespanej nocy, bo Witold przylecia³ z Polski, zaleg³o na powiekach, ci±gn±c je bezlito¶nie w dó³. Powietrze o tej porze zdaje siê byæ lodowate, i nawet ¿arz±ce siê w piecyku kafelkowym wêgielki nie rozgrzewaj±.
Mo¿e to te¿ wina mundurka, który Aurelia ma na sobie. Ciemnofioletowa koszula
w ró¿owe ³atki; z najtañszego sztucznego materia³u, i spodnie tego samego w¶ciekle fioletowego koloru i z tego¿ samego tworzywa, wyprasowane obowi±zkowo w kant. Zim± ten materia³ ch³odzi, latem parzy niemi³osiernie. Na lewej piersi b³yszczy z³oty namebadge z nazw± firmy, Donnes Stores; na nim doklejony plaster z imieniem Aurelii.
Kubek (dosta³a go na które¶ urodziny od Witolda) trzyma w obu d³oniach, grzej±c siê jego ciep³em i pije wolno, cicho siorbi±c. Od niechcenia rozgl±da siê po kuchni, w której roznosi³ siê ciep³y zapach ¶wie¿o parzonej kawy, nie mog±c wci±¿ jeszcze, po czterech miesi±cach spêdzonych w tym mieszkaniu, nadziwiæ siê jej chaotyczn± niekonsekwencj±.
Jak gdyby kuchnia zbiera³a trofea ca³e swoje ¿ycie. Na stuletnich, ciê¿kich meblach, z których stary ¯yd przepêdza³ swoj± kotkê, stoi nowiutki toster i mikrofalówka, na wytartych i nagich deskach pod³ogi metaliczna lodówka i wspomniany stó³, obstawiony skrzypi±cymi krzes³ami. Star± p³ytê kuchenn±, podgrzewan± niegdy¶ wêglem, wymieniono na gazowo-elektryczn± z inteligentnym piekarnikiem. Gwiazdê Dawida i menorê, je¶li kiedykolwiek tu by³y, zamieniono na krzy¿ celtycki i ma³y o³tarzyk ze ¶wiêt± Panienk±. Najnowsz± zdobycz± kuchni jest wazon ze ¶wie¿ymi ¿onkilami, które ma³a Lidia zerwa³a wczoraj, specjalnie na przyjazd Witolda.
Aurelia dopi³a kawê i spojrza³a na zegarek. Czas wychodziæ. Odstawi³a swój kubek
do zlewu i wysz³a, zamykaj±c za sob± cicho drzwi. Daleko na wschodzie, przy uj¶ciu rzeki Liffey, mo¿na by³o dostrzec subteln± ³unê unosz±c± siê nad Morzem Irlandzkim. W Polsce z pewno¶ci± widaæ ju¿ czerwon± tarczê s³oñca, pomy¶la³a Aurelia, skrêcaj±c w Dorset Street. Za jej plecami zegar na wie¿y ko¶cio³a ¦wiêtego Jerzego wybija³ w³a¶nie wpó³ do siódm±. Ponure uliczki, o¶wietlane s³abymi latarniami, by³y puste i ciche, gdzieniegdzie tylko szed³ jaki¶ pan z pieskiem, a Hindusi otwierali swoje sklepy warzywne. Mijane co kilka kroków puby milcza³y zamkniête na cztery spusty. Przed reklam±, której has³o g³osi³o Guinness Time, czas na Guinnessa, na której facet ze ¶miesznym w±sem, stoj±c na guinnessowskich foce i strusiu, zawiesza zegar, Aurelia odbija³a w kierunku O’Connell Street.
Przed mijanymi ko¶cio³ami nie by³o ju¿ tak pusto. Mimo tak wczesnej pory pielgrzymowa³y do nich starsze panie i panowie, ma³¿eñstwa i grupki dzieci, które zaraz po mszy pobiegn± pewnie wraz z kijami od hurlinga, które nios± pod pachami, na boisko, rozegraæ niedzielny mecz. Rodzice wróc± na ¶niadanie, panie pójd± do swoich kuchni, mê¿czy¼ni poczekaj± na po³udnie, aby móc i¶æ do pubu, obejrzeæ mecz z kolegami, postawiæ na swoj± dru¿ynê rugby, hurlingu, czy futbolu gaelickiego. Panie bêd± wtedy obstawiaæ gonitwy psów w swoich pubach, mo¿e zagraj± w totolotka albo zdrapi± kupon. A dzieci bêd± dalej gra³y, biega³y po zielonej trawie, a¿ nie dorosn± i te¿ zaczn± siedzieæ w pubach
i obstawiaæ swoje dru¿yny.
Ale to wszystko po mszy ¶wiêtej, po przyjêciu komunii na czczo. Wszystko usprawiedliwione i z góry przebaczone.
Aurelia, przedzieraj±c siê przez dubliñsk± mg³ê i klang ko¶cielnych dzwonów, mija³a szyldy ze znanymi na ca³ym ¶wiecie nazwiskami, z³udnie – ci istnieli jako buchalterzy, szynkarze i handlarze owocami: Joyce i Yeats, McCarthy i Mollowy, O’Neill i O’Connor, jak gdyby w tym maleñkim kraju istnia³o zaledwie kilka rodzin, kilka nazwisk. Mija³a pomniki irlandzkich bohaterów, o których nigdy nie zd±¿y³a siê niczego dowiedzieæ. Wiedzia³a, ¿e Garden of Remembrance upamiêtnia wszystkich, którzy polegli w walkach o wolno¶æ Irlandii. Kim by³ natomiast Charles Stewart Parnell albo Daniel O’Connell, którego nazwisko dumnie nosi³a ulica, któr± Aurelia sz³a, tego nie wiedzia³a. Pewnie te¿ walczyli o wolno¶æ Irlandii, jak ka¿dy Irlandczyk.
Jeden pomnik zdaje siê nie mieæ konotacji historycznych; wysoka na sto dwadzie¶cia metrów iglica, The Spire, stoj±ca dumnie jak fallus po ¶rodku O’Connell Street, wybudowana z okazji milenium. Ale i ona przypomina Dubliñczykom o historii:
Przegl±daj±c gazetê, trafi³em przede wszystkim na list czytelnika, który ¿±da³, aby stoj±cego na kolumnie Nelsona zwaliæ i na jego miejscu ustawiæ figurkê Matki Boskiej. Jeszcze jeden list domagaj±cy siê zwalenia Nelsona i jeszcze jeden… Pisa³ to Böll w 1957 roku, w 1966 IRA wysadzi³a pomnik Nelsona i na jego miejscu stoi teraz The Spire, Iglica, wizytówka Dublina…
Na O’Connell Street, o tej wczesnej, bezdusznej porze s³ychaæ polskie akcenty, od czasu do czasu rzuci kto¶ jak±¶ kurw± – Polscy robotnicy sprz±taj± po sobotniej imprezie deptak. Przera¼liwie pusty i cichy o tej porze. Znaj± Aureliê i pozdrawiaj± ¿yczliwie, unosz±c daszki czapek, u¶miechaj± siê i ¿ycz± mi³ego dnia, zgarniaj±c pude³ka po pizzy, hamburgerach, kebabach, puste flaszki i puszki, zgubione buty i kurtki, czasem uda siê znale¼æ telefon komórkowy.
Aurelia mija³a to wszystko bez zwracania wiêkszej uwagi, przywyk³a do pomników,
do robotników, obojêtna na historiê, zamy¶lona i pogr±¿ona w swoim ¶wiecie. My¶lami by³a w Toruniu przed czterema miesi±cami, w mieszkaniu Witolda. Tego listopadowego wieczora zesz³ego roku, kiedy przysz³y do niego wraz z Lidi±. Witold otworzy³ wino. Po³o¿yli spaæ Lidiê i usiedli w pokoju go¶cinnym jego rodziców i rozmawiali. W tle ¶piewa³ chyba Tadeusz Nalepa.
Tylko w tobie mogê, rzeko dawnych dni, tylko w twojej wodzie mogê ból zmyæ z moich r±k, rzeko dzieciñstwa. Gdzie twa woda czysta, która koi ból? Tylko twoj± wod± z r±k zmyæ mogê ból, rzeko dzieciñstwa…
Aurelia opowiada³a Witoldowi, co wydarzy³o siê u niej w domu. O tym, jak znalaz³a przera¿on± Lidiê, która nie wiedzia³a, co siê dzieje, o cynicznym u¶miechu ojca
i beznadziejnej frustracji matki.
- A ona wci±¿, ¿e ciê nie opuszczê a¿ do ¶mierci? – zapyta³ Witold z mêtnym ju¿ wzrokiem.
Przez zap³akan± twarz Aurelii przemkn±³ smutny u¶miech i pokiwa³a g³ow±.
- Ju¿ brak mi si³ - rzek³a. – Mówi, ¿e jak bêdê w jej wieku, to zrozumiem, ¿e nie znam ¿ycia.
Witold pokrêci³ g³ow±.
- Ona wierzy w poprawê ludzi – ci±gnê³a przez ³zy Aurelia. – On wróci, mówi matka, wróci do mnie, jak syn marnotrawny. On ma taki charakter, ale zawsze wraca, powtarza w kó³ko. A on rzeczywi¶cie wraca, przysiêga jej mi³o¶æ i mówi, ¿e ¿a³uje. I tak w kó³ko.
A ona wierzy, ¿e go kocha… - Znów przemkn±³ jej smutny u¶miech po twarzy. – Wierzy, ¿e tworz± rodzinê… Ale czemu Lidia jest winna?
Dochodzi³a pó³noc, a za oknem siê wycisza³o. Wiatr ustawa³, deszcz przycich³.
- Gdybym potrafi³a zostawiæ j± z jej destruktywnym problemem – rzek³a. – Gdybym potrafi³a zabraæ Lidiê i zacz±æ z ni± nowe ¿ycie… - potem westchnê³a i z u¶miechem doda³a: - Mówi³am, ¿e bêdê p³akaæ. Nie powinnam piæ alkoholu.
Nagle roze¶mia³a siê w g³os.
- No i wtedy posz³y¶my z Lidi± do Stana – powiedzia³a przebijaj±c ¶miech i ³zy. – Jaka matka, taka córka: mam tak± sam± sk³onno¶æ do drani.
- Lej na niego – odpar³ Witold. - Mówi³em ci zawsze, ¿e to kawa³ gnoja. Mówi³em ci, ¿e najlepszy by³by dla ciebie Tonio.
- Przecie¿ to gej - za¶mia³a siê Aurelia.
- Otó¿ to - powiedzia³ Witold. - Nie traktowa³by ciê jak przedmiot seksualny, ale jak cz³owieka. Kocha³by ciê… platonicznie.
- Dziêkujê, ¿e tak siê o mnie troszczysz – odpar³a Aurelia coraz bardziej rozbawiona i zaczê³a opowiadaæ.
Witold milcza³ i s³ucha³, nalewaj±c wino. Aurelia trzyma³a swój kieliszek i krêci³a g³ow±, a Nalepa ¶piewa³: Wicher wieje, wicher s³abe drzewa ³amie, hej. Wicher wieje, wicher silne drzewa g³aszcze, hej…
- Wiedzia³am, ¿e kiedy¶ bêdzie mnie zdradza³; faceci tacy s±, ale czemu tak wcze¶nie?
Za rzadko mu dawa³am, ¼le ci±gnê³am?… A jutro bêdzie dzwoni³ i przeprasza³! – Wypi³a znowu kilka ³yków wina. – Móg³by przynajmniej pój¶æ do niej, a nie r¿nie j± w po¶cieli, któr± ja mu kupi³am na urodziny…
Witold patrzy³ na Aureliê i milcza³, nie wiedz±c, jak j± pocieszyæ. Gdy Aurelia
to zauwa¿y³a, pokiwa³a palcem:
- O nie – rzek³a pretensjonalnie. – Ja nie bêdê Madame de Tourvel, nic z tych rzeczy.
Nie bêdê powiela³a romantycznych portretów kobiety. Zrobi³am mu tak± awanturê, ¿e do koñca ¿ycia popamiêta! A sprz±taæ w swoim mieszkaniu bêdzie do gwiazdki. I Lidia nauczy³a siê przy okazji, jak siê drani traktuje.
Siedzieli chwilê w milczeniu. Aurelia czu³a na sobie pragn±ce spojrzenie Witolda. Ale tylko spojrzenie. Nie ma odwagi? – pomy¶la³a. Poczu³a, ¿e jej powieki zaczynaj± ci±¿yæ, a Witold nie dzia³a³.
Wsta³a.
- Jestem zmêczona – rzek³a. – Idê spaæ.
Sz³a wolno do pokoju, maj±c nadziejê, ¿e zatrzyma j±, ¿e chwyci silnie i przyci±gnie do siebie. Powiedzia³aby: Nie, Witold, nie, a potem odda³aby mu siê…
Bzdura! Czego ona chce?
Czego on chce?
Czu³a jego wzrok, który odprowadza³ j± do przedpokoju, i który, choæ ju¿ mentalnie, doprowadzi³ j± do ³ó¿ka. Rozebra³ j±, pieszcz±c delikatnie.
Jaki¶ czas le¿a³a w ³ó¿ku nas³uchuj±c, ale Witold nie przyszed³, nie w¶lizn±³ siê i nie porwa³ jej. Potem zasnê³a.
źródło:
http://www.portalliteracki.pl
Aktualna ocena::
3
Wyślij odnośnik znajomym::
Tags:
Gdy Lidia Witolda Jej Ma³e Przez ³okci Witold />By³a Aureli±. Zdawa³o ¿e Ale Krople ³omot. S±siedzi ¶cian± ¿u¿lowców />Zniecierpliwiony Dzwonek Witold ³ó¿ka Potykaj±c />Spodziewa³ ¶wiadków Jehowy, Aurelia; – />Dwie Witolda Stru¿ki />Witold ¶wiat³o. Bia³y />- Zrobiê – />Maleñka Lidia, ¶ci±gaj±c />- Obieca³am – Aurelia. – Przyda />Witold Panowa³ Czteroletnia Lidia ¿eby ³ó¿kiem Biurko />- £adne – Lidia, Gogha, Aurelia Witoldowi Ulicê Saintes-Maries Nocn± Laura ¯adnych Aurelii,/>On Kafkowskie Przeprasza³ Laurê Wybaczy³a ³askawie.
/>Ale Eugieniusza – Eugeniusza, Eugieniusza; „i”, ¶lisk± Kolejny Artysta Fotografik, – Biega³ Toruniu Dennis Rodman ¶wietno¶ci, />Laura
/>i ¿e Mo¿e Eugieniusz,
/>Tego Witolda Aurelia Lidi±, Gdy ³azienki.
/>- – Aurelia Lidii – ¿e />Witold ³azienki Poda³ Lidii, ³ó¿ku Zastanawia³ Dlaczego Przecie¿ />Mia³y Laury ¿e />- Szczerze ¿e – Aurelia. – Ale Dlaczego Laury?
/>Witold ¿e ¿e Laura />- Focha />- Wyrzucili />- Witold
/>a Aurelia Ale ¿adnego Chwilê Lidia Aurelia Tylko Witold />- Czy – Aurelia. – Tylko />
/>Lidia Wierci³a A¿ Aurelia ¿eby¶my Wy³±czy³em Nape³ni³em Bluesbreakout. Cicho Tadeusz Nalepa Zdarzy³o Aurelii, />Dziewczyny ¿e Nie Laur±, ¿e Gdyby />Siedzieli¶my />
/>Kicz. Luksus – Ale Choæby¶my />Dla Witolda Pragnie, Chcia³by, ¿eby Gdyby Francji, Holandii, Hiszpanii, Niemczech,
/>W ¿e />Witoldowi
/>a />
/>Piciu Przy Horaciem Olivier±, Anatolem Stillerem, Glionie, Wyobra¿am ¿e ¿e Aureli±.
/>Wino ³agodzi Wino />Co Czemu Czemu Stana? Czemu Lidia />Mog³em Nie Stara³em Kiedy Aurelia Odnajdzie Rzeczy />Gdy Aurelia Lidiê Skulon± Siedzia³a „podniesionym „rozmawiali” />Matka />Krzycza³a By³ />Patrzy³ Ona Jej – ¶wie¿±. Swoje Obydwoje Lidii, Nie
/>Nie ¿e />Aurelia />Otworzy³a ¶wietle Lidiê.
/>Natychmiast Lidia, ¶wiat³o Aurelii. Pozwoli³a />Biegn±c Lidi± Aurelia Mokre Aurelia ¿e ¿e Stana, ¿e Lidia ¿e Stan />
/>Dolewa³em Aurelii Zmieni ¿ycie, Lidiê Nie />Supe³ Swojego ¿ycia Tej ¿artu. ¿e />A Aurelia ¿a³owaæ, ¿e />A – – Wydrukowano – />…Kiedy
/>Polewa³em Aurelia, Gdybym Lidiê, Gdybym Ale Jutro ³ó¿ka. Ona />…wicher />A Chcia³em Artyst±. By³em „wieczorkom ¿e Artyst±.
/>Czy¿ ¿e Nie ¿e ¿ycia – ¿arcik, ¶wiat³ocienia, „artystów” />Nie, Artysta Duch ¦wiêty, Apollo Artysta />I Laura. Bogata,
/>Ma Bêdê Artyst±! Tylko />- G³upi – Aurelia – Móg³by¶ ¿enienia Laur±. Wystarczy />(Czy />- – Aurelia ³zy, – (Aurelia ¿e ¿a³uje. ¿e Smutny – Wierzy, ¿e Ale Lidia />Dochodzi³a Wino Aurelia />- Lidi± Stana – – Jaka Kiedy />…Gdzie />Aurelia Pokrêci³a – Jaki ¿a³osny! Nie Sta³ Dr¿a³, Cze¶æ, Aurelia, ¯a³osny… Panienka Oh, />Przesta³em Patrzy³em ¶wiecie. Marzy³em, ¿eby ¯eby Witold, ¿eniæ Laur±, Zabierzemy Lidiê Zaczniemy />Ale />- Jestem – – Idê />Widzia³em Ale Czu³em, ¿e ¿e ¿ycie. Wsta³em />
/>Witold Lidiê Przez Tonio, Aurelia. Tonio Witolda Witold Nawet Tonio />- Widzê, ¿e – Witold, Tonio />Tonio />- Tak – – Popatrz Aureliê, />Rzeczywi¶cie. Choæ Aurelia ¼le (zawsze Polsce, ¿e Tego ¿ycia Zielone, />Aurelia Witolda Gdy />Witold, ¼renice Aurelii
/>i Ale />Zniecierpliwiona Lidia Poci±gnê³a Witolda />- Chod¼! – – Musimy />
/>Kubek ¶pi± Zielona Wyspa Przez ¶wiat³a Eccles Street Dublinie, ¶wiat³o, ¶wit />Przy ¯yda, Aurelia Zmêczenie Witold Polski, Powietrze ¿arz±ce />Mo¿e Aurelia Ciemnofioletowa
/>w ³atki; Zim± Donnes Stores; Aurelii.
/>Kubek (dosta³a Witolda) ¶wie¿o
/>Jak ¿ycie. ¯yd Star± Gwiazdê Dawida ¶wiêt± Panienk±. Najnowsz± ¶wie¿ymi ¿onkilami, Lidia Witolda.
/>Aurelia Czas Odstawi³a
/>do Daleko Liffey, ³unê Morzem Irlandzkim. Polsce Aurelia, Dorset Street. ¦wiêtego Jerzego Ponure Hindusi Mijane Przed Guinness Time, Guinnessa, ¶miesznym Aurelia O’Connell Street.
/>Przed Mimo Rodzice ¶niadanie, Panie
/>i />Ale ¶wiêtej, Wszystko />Aurelia, ¶wiecie – Joyce Yeats, McCarthy Mollowy, O’Neill O’Connor, Mija³a Wiedzia³a, ¿e Garden Remembrance Irlandii. Kim Charles Stewart Parnell Daniel O’Connell, Aurelia Pewnie Irlandii, Irlandczyk.
/>Jeden The Spire, ¶rodku O’Connell Street, Ale Dubliñczykom />Przegl±daj±c ¿±da³, Nelsona Matki Boskiej. Jeszcze Nelsona Pisa³ Böll IRA Nelsona The Spire, Iglica, Dublina…
/>Na O’Connell Street, – Polscy Przera¼liwie Znaj± Aureliê ¿yczliwie, ¿ycz± />Aurelia
/>do ¶wiecie. My¶lami Toruniu Witolda. Tego Lidi±. Witold Po³o¿yli Lidiê ¶piewa³ Tadeusz Nalepa.
/>Tylko Gdzie Tylko />Aurelia Witoldowi, Lidiê,
/>i />- ¿e ¶mierci? – Witold />Przez Aurelii />- Ju¿ – Mówi, ¿e ¿e ¿ycia.
/>Witold />- Ona – ³zy Aurelia. – ¿e ¿a³uje.
/>A ¿e Znów – Wierzy, ¿e Ale Lidia />Dochodzi³a Wiatr />- Gdybym – – Gdybym Lidiê ¿ycie… Mówi³am, ¿e Nie />Nagle />- Lidi± Stana – ¶miech ³zy. – Jaka />- Lej – Witold. Mówi³em ¿e Mówi³em ¿e Tonio.
/>- Przecie¿ Aurelia.
/>- Otó¿ Witold. Nie Kocha³by />- Dziêkujê, ¿e – Aurelia />Witold Aurelia Nalepa ¶piewa³: Wicher ³amie, Wicher />- Wiedzia³am, ¿e
/>Za ¼le – Wypi³a ³yków – Móg³by />Witold Aureliê Gdy Aurelia
/>to />- – – Madame Tourvel,
/>Nie Zrobi³am ¿e ¿ycia Lidia />Siedzieli Aurelia Witolda. Ale Nie – Poczu³a, ¿e Witold />Wsta³a.
/>- Jestem – – Idê />Sz³a ¿e ¿e Powiedzia³aby: Nie, Witold, />Bzdura! Czego />Czego />Czu³a ³ó¿ka. Rozebra³ />Jaki¶ ³ó¿ku Witold Potem
Komentarze::
Dodaj komentarz
Powiązane wiadomosci
- LIMERYKI
- Psalm empiryczny
- OBIEKTY BANALNE Tomasza Sobieraja na FOTOSEPTIEMBRE- USA
- Laurka na 10-lecie Zarz±du Dróg (R)
- Wybuch odc.2
- ropuszê siê
- mamie /wiersz/ ?
- ¯uki gnojowe z ulicy Czapli /opowiadanie/
- marno¶æ nad marno¶ciami i wszystko marno¶æ /wiersz/
- Przekrêt historii /felieton kontrowersyjny/ (O!)
- Architekt /wiersz/
- Stan pierwotny /erotyk z dedykacj± dla Tsole :) /miniatura/ ?