24 godziny temu
Czy Kowalskiemu eksploduje krew, a z ni± on sam
przytrzymaj j± za rêkê, za rêkaw, je¶li krwawi we¼ winê na siebie: setki tysiêcy obcych sobie ludzi trzymaj±cych siê za rêce w miejscach publicznych, w miejscach do tego przeznaczonych, setki tysiêcy nieznajomych ¶piewaj±cych be³kotliwe mod³y, szantuj±cych mantry, wielu bli¿ej cz³owieka ni¿ kiedykolwiek: dzielenie ³o¿a w syberyjskim ³agrze nie spaja tak mocno jak gro¼ba wspólnej ¶mierci.
Ludzie z odmiennych sobie ¶rodowisk wspólnie ¶ledz±cy rozwój wydarzeñ, spo³eczno¶æ krajów rozwiniêtych ¶ledz±ca rozwój za po¶rednictwem ogólno¶wiatowych serwisów; ludno¶æ krajów rozwijajacych siê zgromadzona w b³otnistych miejscach gdzie spêd ¶ledzi³ kaskaduj±ce wydarzenia za po¶rednictwem jasnowidz±cych szamanów, przemawiaj±cych z wzniesieñ lub t³ustych mu³ów. nienawidz±ce siê wioski zjednoczone przed jedynym radioodbiornikiem w okrêgu. Reprezentanci lower middle class pogryzaj±cy pop corn i snaki podczas nieustaj±cej relacji na ¿ywo z koñca ¶wiata. bogate dziwaki popadaj±ce w stupor na haszu. festyn lêku, trwoga oczekiwania. Trwoga lêku, ¶wietê sygnety na palcach. wiersze fizyków.
Ostatni± szans± na przetrwanie by³ eksperyment, eksperyment nad którym od sze¶ciu miesiêcy pracowa³y najwiêksze umys³y ¶wiata; ich intensywne prace przynios³y niespotykan± ilo¶æ odkryæ naukowych, które w innych warunkach, w spokojniejszych czasach, poprowadzi³yby cywilizacjê ku nowej erze. ku powszechnemu szczê¶ciu, dobrobytowi i pokojowi. ku popularno¶ci sztuki wysokiej, ku gwiazdom.
Jednak w obecnej sytuacji wiêkszo¶æ z tych odkryæ okaza³o siê zbêdnych, liczy³y siê tylko te nieliczne, które w realny sposób mog³y zwiêkszyæ szanse powodzenia eksperymentu: dwie kilkukilometrowej wysoko¶ci turbiny, zajmuj±ce przestrzeñ ma³ego miasta i ich bezpieczne rozpêdzenie do nad¶wietlnej prêdko¶ci by³o teraz jedynym, co wa¿ne. Jedynym o czym dyskutowano, jedynym co ob¶miewano, jedynym co wystawiano w teatrach.
W dniu eksperymentu pu³kownik emilian kowalski zbudzi³ siê o szóstej rano, jego twarz o¶wietla³o s³oñce, w sposób, który poganie uznaliby za ¶wiêty, za interwencjê si³ nadprzyrodzony, za nanizanie pierwiastkiem boskim. Kowalski czu³ siê dobrze, by³ spokojny i wypoczêty. pogodzony z ewentualn± pora¿k± eksperymentu, któremu dowodzi³. zjad³ bigos na ¶niadanie, trochê postrzela³, wyk±pa³ siê ze s³u¿±c±. Jad±c do instytutu s³ucha³ w radiu wywiadu z sob±, audycja dotyczy³a g³ownie nocnej wymiany skrzyd³a akomodacyjnego, któr± to wczoraj zaordynowa³.
Dzieñ spêdzi³ na dogrywaniu szczegó³ów wieczornej ceremonii, dysputach ze wspó³pracownikami na temat realnych szans powodzenia projektu (g³osy zgromadzonych tam geniuszy by³y raczej sceptyczne, ale najwiêkszy z nich, wizjoner noriega gomez, twierdzi³, ¿e zadanie ma pod³o¿e równie fundamentalne co 2+2=4 i nie ma mowy o pora¿ce; jego wyt³umaczeñ sposobu rozumowania nikt jednak nie ogarnia³) oraz grze w pasjansa-paj±ka z norieg± gomezem, wizjonerem, fizykiem kwantowym, jego najlepszym przyjacielem. osobi¶cie skontrolowa³ te¿ dzia³anie wymienionego skrzyd³a akomodacyjnego.
Ceremoniê organizowano wieczorem, aby ludzko¶æ w razie niepowodzenia mog³a nacieszyæ siê kilkoma dodatkowymi godzinami kontaktu z bliskimi, kilkoma spontanicznymi orgiami wiecej, kolejnymi bezsensownymi kradzie¿ami i kilkoma dodatkowymi publicznymi orgiami. Ceremoniê organizowano na rozleg³ej równinie, gdzie od tygodni ju¿ gromadzili siê ludzie; rozbijano biwaki, namioty, ¶piewano szanty, w, zawi±zywano orgie, wymieniano p³yny, trzymano siê za rêce. budowano gigantyczn± scenê, przygotowywano program.
kowalski ogl±da³ ceremoniê wraz z gomezem: kiedy przypominano najwiêksze wydarzenia w historii ludzko¶ci, dyskutowali nad ich rzeczywist± wag± i tym, co przed ¶wiatow± opini± przemilczano nawet teraz. Gdy przedstawiano powody które sprawi³y ¿e ludzko¶æ znalaz³a siê nad przepa¶ci±, rozprawiali o egoizmie poprzednich pokoleñ, czy te¿ o zmierzchu wojen, który to w rezultacie pogr±¿y³ przecie¿ dopiero raczkuj±c± cywilizacjê. Gdy grali najwybitniejsi ¿yj±cy gomez niedbale jad³ herbatniki i nie odzywa³ siê, nie zna³ siê na muzyce. Jedyne epizody muzyczne w ¿yciu noriegi to wywrócenie siê o tubê na festiwalu dudziarskim i s³uch absolutny.
Wspomniano najwybitniejszych zmar³ych, ¿yj±cych, osobny dzia³ programu po¶wiêcono noriedze gomezowi, nastêpny kowalskiemu, do zebranych przemawiali papie¿e, arcypopi, swój program artystyczny zaprezentowali najpopularniejsi mud¿ahedini. Jednak czasu nie by³o wiele i w koñcu wtoczono na scenê platformê z czerwonym przyciskiem, przyciskiem w³±czajacym system turbin, przyciskiem ZAG£ADY b±d¼ przetrwania. Chwilê potem na scenê wszed³ kowalski.
T³um wiwatowa³, unoszono transparenty, zza kulis gomez u¶miechem dodawa³ przyjacielowi otuchy. kowalski poczek³l a¿ wrzawa wybrzmieje i uk³oni³ siê.
Co powie emilian? - zastanawia³ siê Noriega, zastanawiali siê wspó³pracownicy, t³um siê zastanawia³ a nawet jasnowidze siê zastanawiali. Kowalski milcza³. Co w takiej chwili w ogóle mo¿na powiedzieæ? czy cokolwiek da siê? czy cokolwiek jest na miejscu? nie czy o wiele bardziej na miejscu jest to pu³kownikowe milczenie, w symboliczny sposób podsumowuj±ce sytuacjê, wymownie i niemal zgrabnie. Pu³kownik milcza³.
Ale potem przemówi³ zachwycaj±c wszystkich; mówi±c o rzeczach najwa¿niejszych: t³umacz±c sens ¿ycia, sens egzystencji w ogóle, wszech¶wiata. U¿ywa³ karko³omnych, ale zawsze spektakularnych porównañ, metonimii, gdy trzeba by³o ¶piewa³ basem, uk³ada³ na bie¿±co abecedariusze, wplót³ los ludzki w metaforê ba¶ni. Przemawia³ do milionów, przemawia³ do kazdego z osobna. Przemawia³ jakby trzyma³ ciê za rekê i szantowa³ z tob± mantrê, jakby by³ zabawnie skomentowa³ t³usto¶æ mu³a. jak gdyby to on a nie nieposiadaj±cy telewizora s±siad siedzia³ z tob± przed telewizorem. Jakby by³ jedynym lubianym przez ciebie cz³owiekiem z wioski, której z zasady nienawidzisz, ale z której mieszkañcami s³uchasz wie¶ci z jedynego radioodbiornika w okrêgu.
Popada³ z tob± w stupor na haszu.
Wielki cz³owiek, znany wszystkim z telewizji i serwisów plotkarskich, dzi¶ tak bliski, jak tylko ¶mieræ lub mi³o¶æ potrafi zbli¿yæ.
Gdy koñczy³ mówiæ by³o tu¿ przed pó³noc±; wci±¿ zupe³nie jasno, widno, od dawna by³o zupe³nie widno zawsze. "Kowalski wchodzi na platformê! wchodzi jakby ju¿ wszystko wiedzia³, jakby on jeden wiedzia³ ju¿ jak to wszystko siê skoñczy, kowalski wchodzi na platformê ma zamiar wcisn±æ przycisk!" - krzyczeli sprawozdawcy do mikrofonów, krzyczeli chorzy psychicznie do siebie, lub do kieszeni, by zachowaæ tê chwilê na nieokre¶lone potem, "kowalski wznosi rêke nad przycisk! waha siê! cofa d³oñ! znów siê waha! wznosi rêkê nad przycisk, tak, ma zamiar go wcisnac, t³um, proszê pañstwa, t³um zamar³!". t³um ci±gn±cy siê po horyzont. t³um gêsty jak febra. "Ile tu mo¿e byæ ludzi?" - zastanawia³ siê Emilian. "milion? dwa miliony?" liczy³ ludzi/rozgl±da³ siê z zatroskan± min± kogo¶, kto ma nadziejê, ale nie ma wiary. "a mo¿e s± tu wszyscy?" i Kowalski wcisn±³ przycisk.
Podczas gdy gdzie¶ daleko eksplodowa³a gwiazda, a z ni± ca³y uk³ad planetarny szed³ w drobny mak, gdzie indziej eksplodowa³a planeta na której z pozoru podobna do ziemskiej cywilizacja, wskutek b³êdnych, decyzji ra¿±cych zaniedbañ, oraz wymiany skrzyd³a akomodacyjnego nie zdo³a³a uratowaæ siê przed zag³ad±. Wraz z planet± eksplodowa³ t³um, eksplodowali jasnowidze i wspó³pracownicy, Noriega Gomez eksplodowa³ i Emilian Kowalski Tak¿e. Wraz z Kowalskim jego serce, aorta i zastawka, w sercu krew. podczas gdy gdzie indziej dzia³o sie to wszytko, gdzie indziej twardym, sprawiedliwym snem spa³ Maciej Deszcz.
A potem zbudzi³ siê, bola³ go z±b, na zewn±trz ¶wieci³o s³oñce. ¶wieci³o mu w oczy. k³u³o. w ruskim radiu na ruskiej stacji lecia³a samba sikoreczka.
Bóg ma twarz Luisa de Funesa
deszcz nie mia³ czasu zajmowaæ my¶li implozjami obcych uk³adów planetarnych gdyz mia³ w³asny uk³ad planetarny i ze swojej strony stara³ siê robiæ wszystko, by i ten nie implodowa³;, swój uk³ad ze swoj± planet±-planetoid± na której dawno temu wyginê³y dinozaury a homosapiens wynalaz³o amerykañsk± telewizjê i czu³o siê przez ni± zbawione, swój starzej±cy siê kontynent i ¶rodkowschodni kraj: w³asny, zupe³nie prywatny kraj drugiej kategorii, s³yn±cy z eksportu wêgla ziemniaków i si³y roboczej, kraj gdzie mieszka sie i korzysta z poczty. Maciej deszcz budzi³ siê we wspó³czesnym trzystutysiêcznym polskim miescie; nie budzi³ siê na ulicy zdobywców monte cassino, nie budzi³ siê na boruty ani na moniuszki, deszcz mieszka³ przy jasnej i w±skiej ulicy wêgla ziemniaków i si³y roboczej, w o¶miopiêtrowym bloku, w mieszkaniu 37a, i tam, na swoim materacu, ³ó¿ku, sam, budzi³ siê deszcz.
Zak³ada³ spodnie, tiszert z tedem bundym, ubiera³ szeroko pojêt± odzie¿. Radiowa samba sikoreczka okaza³a siê byc wersj± ze zmienionym przez wis³awê szymborsk± refrenem; prowadz±cy przestrzega³, ¿e dzieñ mo¿e siê nie skoñczyæ; Deszcz zdejmowa³ t-szirt z tedem bundym. Zdejmowa³ go gdy¿ ten okaza³ siê brudny, w dodatku na przedzie, a tak¿e na obu rêkawach.
"po raz ostatni" pomy¶la³ nie bez przekonania próbuj±c zdrapaæ grub± warstwê brudu z lewego rêkawa. "po raz ostatni tak lekkomy¶lnie po¿yczam tiszert. To, ¿e kogo¶ zaprosi³em a ten kto¶ siê stawi³ i jest tu u mnie,¿e jest wiêc w konsekwencji czym¶ w rodzaju mojego go¶cia; to, ¿e ten kto¶ obrzyga³ sobie bluzkê bo jest kobiet± i nie powinien tyle piæ, a przy okazji nie nosi stanika i powo³uj±c siê na nasz± znajomo¶æ jeszcze z lat szkolnych próbuje wy³udziæ ode mnie tiszert, ¿e po¿ycz mi, ¿e daj no, ¿e najlepiej ten z tedem bundym, bo co bêdê tak z go³ymi cyckami siedziec, to to nic nie znaczy.
roztrz±sa³ wydarzenia dnia wczorajszego Deszcz, w tym roztrz±saniu dopiero siê rozpêdza³
"to nic nie znaczy bo mo¿e ja w³a¶nie od czasów szkolnych chcia³em popatrzec na te cycki, nawet, je¶li ju¿ je widzia³em nie raz to mo¿e chcia³bym mieæ wiêcej czasu by zwyczajnie sobie a nie popatrzec, bez szarpania sie, bez pospiechu, jak w teatrze, w galerii sztuki wiêziennej, w teatrze wieziennym. mo¿e nawet chcia³bym je zapamietac, bo s± ³adne, tak, s± ³adne a¿ ¿al, ¿e taka nie w formie dzi¶ ich posiadaczka"
- deszcz my¶la³ o niej, o jej walorach, jej zaletach i wadach, deszcz rozwa¿a³ za i przeciw:
po raz ostatni po¿yczam tiszert komu¶ kto nawet bezglutenowymi herbatnikami potrafi zaszlamiæ ca³y przód i oba rêkawy. dot±d nawet nie s±dzi³em, ¿e jest to mo¿liwe. ¿e owszem, mo¿na nakruszyæ, tudzie¿ daæ ciasteczku namokn±æ i gdy go zostawiæ na pewien czas ten wywo³a pewne szkody, ale w tak± grub± niezdrapywaln± nawet ¶rubokrêtem warstwê brudu nie wierzy³em."
- deszcz analizowa³ sytuacjê, spiera³ siê z sob±, zastanawia³, zmienia³ pogl±dy:
- " a mo¿e ta dziewczyna któr± znam od czasów szkolnych i od czasów szkolnych nie znamy swoich imion jest w³a¶nie przez to genialna, tym genialna, a ja jej po prostu nie doceniam? mo¿liwe, ze najlepsze co móg³bym teraz zrobiæ to i¶æ do sklepu po krakersy, potem w biegu zedrzeæ z kogo¶ ³acha, bo nie ma czasu, nie ma czasu panowie i panie, ona jest genialna wiec ja naprawdê nie mam czasu. i¶æ do niej z tym majdanem, wrêczyæ jej ten zdobyczny materia³, te kupne krakersy,i obserwowaæ:dowiedzieæ siê jak ona to robi, w czym tkwi tajemnica, w czym tkwi klucz tej nieznanej ludzko¶ci sztuki. a potem bezdusznie ukra¶æ jej te umiejêtno¶æ i zarabiaæ na tym ciê¿kie pieni±dze w telewizji, w cyrku, w radiu. bowiem trzymaj±c siê faktów: szert u¶winiony jak gdyby jad³ z niego pu³k, a mówimy przecie¿ o paczce tanich, antyalgericznych, solonych krakersów, i jednej, co prawda genialnej, ale pijanej lasce.
Deszcz odrzuci³ wiêc szirt z tedem bundym i za³o¿y³ szert z alem bundym.
Z niepokojem zauwa¿y³, ¿e melodia samby sikoreczki zdawa³a siê ju¿ dobrze zagnie¿d¿aæ w jego uchu. rozgaszczaæ. zadomawiaæ. Wywowy³owaæ pierwsze z nieodwracalnych szkód. Z niepokojem zauwa¿y³, ¿e jego ucho zdawa³o siê ju¿ dobrze eksplodowaæ od tej weso³ej porannej piosenki turystycznej któr± z ca³± pewno¶ci± zachwyca siê teraz jaka¶ równie weso³a poranna i roz¶piewana rodzina w bia³ymstoku, lub w innym równie radosnym mie¶cie; s³ucha³ tej radosnej piosenki biesiadniej która z ca³± pewno¶ci± w³a¶nie wyplenia my¶li samobójcze z setek samotnych i brzydkich mê¿czyzn rozsianych po ca³ej polsce, ale która z równie wielk± pewno¶ci± nie trafia³a do Deszcza, deszcz nigdy nie by³ w bia³ymstoku.
jako prawdziwy cz³owiek wola³by aby budzi³ go jaki¶ surrealistyczny Pink Olifants, trashowy KokosowyJoe and Napalm Sisters ewentualnie legendarny ¶l±ski punkowy sk³ad Kurz&Brud albo fortepianowy Big Black Tit Licker z nowego orleanu, z Wisconsin. Chcia³by aby budzi³ go jaki¶ ca³kiem realny ryk helikopterów, bomby w s±siednim budynku, subtelny syk ulatniaj±cego siê czadu albo Ewa, ale jej tu nie ma, jej by siê spodoba³a samba sikoreczka, ona w perwersyjny jeszcze nie osi±galny dla niego sposób potrafi³aby czerpaæ z niej przyjemno¶æ. powiedzia³aby, ¿e to kamp, ¿e to jest Deszczu kamp i jêcza³aby ze szczê¶cia.
Stara³ siê docenic kampowy urok frazy "zagrojcie zagrojcie,jaworowe skrzypce" ale facet podaj±cy siê za górala, a z takim g³osem i z tak± samb± by³ góralem ruskim, góralem nieumiejacym p³ywac, góralem z przedmie¶æ Sieradza. Góralem z gór sto³owych o sercu z kamienia mózgu z kamienia kamieniach nerkowych jak pi±stki ma³pich noworodków i nieweso³ej historii. Deszcz próbowa³ sobie nie wyobra¿aæ niezmierzonego oceanu z³a jakie mog³aby wyrz±dziæ osoba obdarzona perwersj± sk³onn± do ³±czenia muzyki góralskiej z dworcow± samb± i refrenem osobi¶cie napisanym przez noblistkê. Próbowa³ sobie nie wyobra¿aæ, ale z³o kusi i mysl wraca³a jak rozpêdzony pies, bizon, przywo³uj±c z³e skojarzenia, wyci±gaj±c z deszcza z³o, o jakie siebie nie podejrzewa³, rozwalaj±c siê w podswiadomo¶ci. Ale sikoreczka nie by³a wieczna i w koñcu wybrzmia³a, umar³a, utonê³a. W radiu lecia³o Pet Shop Boys.
Deszcz zwin±³ ¿aluzje by do pokoju wpu¶ciæ trochê s³oñca.
S³oñce o¶wietli³o surowe betonowe ¶ciany i tak±¿ pod³ogê jego du¿ego, kwadratowego pokoju, w którym poza materacem skrzyni± na ubrania i stosami p³yt winylowych by³o te¿ kilka ksi±¿ek, odtwarzacz marki Sanyo. równe stosy p³yt wynilowych wygl±da³y jak czarne, okr±g³e wie¿e; ró¿nej wysokosci wie¿e,porozmieszczane przypadkowo, dlatego tworz±ce niezbyt skomplikowany, ale ¿ywy, wci±¿ zmieniaj±cy siê labirynt.
deszcz wzi±³ p³ytê ze stosu piêtrz±cego siê tu¿ przy odtwarzaczu, wy³±czy³ radio i w³±czy³ odtwarzacz. D¼wiêki speed elektro wype³ni³y mieszkanie, d¼wiêki "four millions red aplles fall into the river without a sound" z p³yty "I SAW GOD, HE HAS LOUIS DE FUNES FACE" wype³nia³y mieszkanie, p³aty czo³owe i hipokamp deszcza. Tewje Jankow, pó³ wêgier, pó³ bu³gar, ¿yd i kosmopolita dopiero po ¶mierci zyska³ uznanie; w latach osiemdziesi±tych próbowa³ zaszczepiæ wspó³bratymcom idee muzyki elektro, zdobywaj±cego ju¿ wtedy popularno¶æ na zachodzie, jednak na tamtejsze starocerkiewne czasy "Ptaszyna" Jankow by³ zbyt nowatorski, zbyt wizjonerski. Dodatkowo spo³eczeñstwu przeszkadza³o to ¿e tewje by³ zagorza³ym æpunem, ale ju¿ zachodnia prasa bran¿owa wykorzystywa³a ten w±tek jego biografii nazywaj±c go geniuszem, heroinowym faustem muzyki elektro. pisa³a o "narodzinach ostatniego s³owiañskiego bóstwa", o " niekwestionowanym twórcy raczkuj±cego dopiero speed elektro". Zachód lansowa³ go na ¿yw± legendê.
Tewje zmar³ z przeæpania, Tewje wyprzedzi³ epokê, Tewje umar³ w nêdzy. dzi¶ wraca³ do ³ask, dzi¶ trafia³ w potrzeby spo³eczeñstwa, jego wci±¿ na nowo odkrywana twórczo¶æ mia³a niepowtarzalny, syntetyczny, industrialny urok. ten urok wype³nia³ teraz mieszkanie deszcza, wype³nia³ kuchniê z lodówk±, zlew i kuchenka na kradziony pr±d wype³nia³, blaszany stó³ i dwa krzes³a. nie wype³nia³ blatu, bo blatu deszcz w kuchni nie posiada³, tak jak nie posiada³ piekarnika, szafek na m±kê i dro¿d¿e, na herbaciane przybory, na cytryny, deszcz ¿y³ bez cytryny w kuchni i bez piekarnika. bez ro¶lin i stojaków na no¿e.
bez ro¶lin bo wszystkie ro¶liny deszcz trzyma³ w ³azience, przytulnie parnej i dusznej ³azience, z PRL-owsk± wann±, zupe³nie nowoczesn± pralk±. podarowanym mu artystycznie po³amanym lustrem, niektórym przypominajace kszta³tem Johannesburg, innym twarz deszcza, piorun o poranku. trzyma³ tam te rosliny bo nie lubi³ roslin, wiec wybra³ im miejsce w którym generalnie spêdza siê najmniej czasu; to matka przysy³a³a mu co roku jakis kwiat paproci, jaki¶ kaktus;zawsze parna i duszna ³azienka nie by³a najlepszym miejscem do urz±dzania ogrodu botanicznego wiec deszcz musia³ podlewa³ je trzy razy dziennie by nie pad³y, zawsze ¿ycz±c im w duchu, by zgni³y i pad³y, by usch³y, by wybrzmia³y, by utonê³y, ale dba³ o nie bardzo bo deszcz by³ rodzinny, deszcz by³ sentymentalny, deszcz dba³ o prezenty od swojej matki.
Deszcz przeszed³ do kuchni: w lodówce nie by³o w nic, na co mia³ ochotê, bo nie mial ochotê na robienie sobie jaj, na smalec z cebul±, nie dzi¶ rano. zastanawiajac sie na co ma ochotê, rozwa¿aj±c opcjê oszczêdno¶ciow± - kabanosy sieradzkie,a szarpniêciem siê - na co¶ innego, us³ysza³ dzwonek do drzwi.
- pawe³ abramowicz
powiedzia³ deszcz do lodówki, bo to rzeczywi¶cie by³ pawe³ abramowicz.
I gwa³townie otworzy³ abramowiczowi drzwi, bo te rzeczywiscie znajdowa³y siê tu¿ obok lodówki.
Pawe³ Abramowicz zostaje
- Deszcz, ty stary chuju! wszystkiego najlepszego! - wszed³ abramowicz, wrêczaj±c maciejowi s³ój z czerwonym, mazistym p³ynem.
- z czym ty znowu przychodzisz abramowicz, co to za breja - lustrowa³ brejê deszcz
-jak to z czym. z urodzinowym prezentem deszcz, nie mów ze zapomnia³es o w³asnych urodzinach, to do ciebie niepodobne, dobrze sie czujesz: nic nie mów, widze ze dobrze.
abramowicz zna³ siê na medycynie. Abramowicz by³ cenionym chirurgiem.
- a to jest litr krwi w s³oju, o którym kiedys za¿artowa³e¶, ¿e chcia³by¶ go dostaæ, niepamietajac ze ja nie mam poczucia humoru i jesli powiedzia³es ze chcialbys go dostac na urodziny to ja, twój nadworny medyk, ja ci go dostarczê - abramowicz jak mówi³ ze swad± przemawiaj±cego do milionów, przemawiaj±cego do ka¿dego z osobna - choæ krew tow sumie nie moja bran¿a, gdyby¶ zamówi³, nie wiem: serce. to mo¿e by³oby mi ³atwiej, bo czego siê nie robi dla przyjació³, czego nie zrobi± podw³adni dla cenionego chirurga, ale wybra³e¶ krew, wiec jest krew. jak ci sie podoba
Deszcz przegl±da³ siê w krwi: odbija³ siê w niej inaczej, ni¿ to sobie wyobra¿a³.
- to wyj±tkowo rzadki szczep krwi, kto jak kto, ale mam nadzieje, ze ty to docenisz - mówi³ z nut± niepewno¶ci pawe³, zaczyna³ w±tpiæ czy wstrzeli³ siê z prezentem
- podoba mi siê, pawle. jest nie¼le. - bo deszcz lubi³ rzeczy z intryguj±c± histori±, s³ój ukontentowa³ jego gust.
- no! my¶la³em jeszcze o czekoladkach, i kupi³em je nawet, nawet opakowa³em i podpisa³em, ale nic d³ugo nie przyje¿d¿a³o i rozpakowa³em i zjad³em je na przystanku, nie by³y nawet dobre, ani trochê. zjad³em bo wiedzia³em ze srasz na czekoladki, to mia³ byc taki inside joke, ale by³em g³odny wiec darowa³em go sobie - deszcz faktycznie sra³ na czekoladki, abramowicz wszed³ do jeszcze bardziej, mê³³ gazetê wyborcz± pod pach±, sadowi³ siê w kuchni, rozk³ada³ dodatek budownictwo, dodatek turystyka, dodatek o smieciach. wszystkie równo pok³adane, pawe³ by³ pedantem na pokaz.
- rozgo¶æ sie abramowicz, ja idê do sklepu po - , deszcz mia³ swoje sprawy.
- alez nie przeszkadzaj sobie deszcz, id¼ mój ch³opcze, ja zostanê w kuchni, postaram siê zachowywaæ naturalnie. i kup mi mo¿liwie kabanosy sieradzkie - nie ¿artowa³ pawe³, pogr±¿ony w lekturze dodatku o klawikordach-samograjach, o chiñczykach, festiwalach dudziarskich.
W KLATCE, czyli byæ jak Przemek Saleta
Deszcz przed drzwiami wyjsciowymi zastanowi³ siê jeszcze kogo nie chcia³by spotkaæ na zewn±trz, w windzie, na klatce: jan to³di, stary komunista, by³ pierwszym kto przyszed³ m una my¶l. Marzena Bochniak, stara kurwa, która stara³aby siê wy³udzic od niego ca³± z³otówke za symbolicznê laskê w windzie, zajê³a zaszczytne, drugie miejsce. Trzeci na podium usadowi³ Marcin Daniec, upad³a gwiazda polsatowskich kabaretonów i dwójkowych benefisów, mieszkajacy pod 37 estradowiec, satyryk, upad³y brutal i elegant.
Prywatnie uczciwy cz³owiek, wielki zwolennik mycia nóg w zlewie, znany te¿ ze znajomo¶ci z Krzysztofem Daukszewiczem i Paw³em Nastul±, jeszcze wiêkszymi zwolennikami mycia nóg w zlewie. Je¶li on by³ zwolennikiem "na sto dwa" to oni na wiecej. Byli spokojnym towarzystwem i nie ha³asowali deszczowi za ¶cian±, chyba, ¿e k³ócili siê o najefektywniejsz± metodê mycia nóg w zlewie (odwieczne dylematy: stopy do ¶rodka? na zewn±trz? kolana razem?) ka¿dy bowiem by³ zwolennikiem innej metody, metody te wyklucza³y siê wzajemnie, pochodzi³y z opozycyjnych szkó³, tak zgodne zawsze panowie tu k³ocili siê gesto, zgodnie z zasad± "wspólna pasja dzieli", ³ubin. Marcin nieraz zaprasza³ Deszcza do domu, by zaznajomiæ go z pozytkami sztuki mycia nóg w baterii, "ludzie po prostu nic nie wiedz± o myciu nóg w zlewie, st±d tyle krzywdz±cych, nieprzychylnych stereotypów, a jest to zdrowe, modne na zachodzie i ze wszech miar zabawniejsze"t³umaczy³ ze swad± Marcin, ale deszcz zawsze wymijajaco wymawia³ siê zmêczeniem, chamstwem, brakiem wiary w Chrystusa lub nag³± potrzeba ³uskania fasoli, któr± sk±din±d wymy¶li³.
Deszcz wyjrza³ przez judasza i sprawdzi³ teren, teren by³ czysty, deszcz wyszed³ na korytarz.
- niech bêdzie pochwalony jezus chrystus.
zza pleców deszcza zagrzmia³ ciê¿ki wysokohercowy g³os, deszcz rozpozna³ go: tylko struny g³osowe Józefa Wêgrzyna wydawa³y taki od
- na wieki wieków amen.
odpowiedzia³ z powag± deszcz. Józef Wêgrzyn nie u¶miechn±³ siê:
-daj ci bo¿e zdrowie. sasiad nie w kosciele
-nie, ja chodze na osiemnasta. - sk³ama³ deszcz. - albo wcale - poprawi³ siê
- no i dobrze, nie wszyscy musz± chodzic. ¶wi±tyñ by brak³o, if you know what i mean - i Józef Wêgrzyn tr±ci³ go ³okciem. Interesowa³ go ko¶ció³, filmy gangsterskie: prawdziwy znawca twórczosci tarantino. zawsze nosi³ broñ, bo ba³ siê diab³a, przedwojenny niemiecki rewolwer noszony w wewn±trz kieszeni marynarki wyra¼nie obrysowa³ siê na jej kszta³cie. Wêgrzyn kontynouwa³: - niech naj¶wiêtsza panienka ma ciê w swojej opiece. Niech masz dobry dzieñ. - mówi³ z wyra¼nym, przedwojennym, podkarpackim akcentem - czy nie czasem jutro s± twoje urodziny? - spyta³ czysto retorycznie, broñ bo¿e nie czeka³ na odpowied¼ deszcza, wêgrzyn monologizowa³ - na za¶ z³o¿ê ¿yczenia, bo jutro mo¿emy sie nie spotkaæ: na jezusowe serce które ma nas zawsze w opiece, ¿yczê ci szczê¶cia. Deszcz nie mia³ serca wytr±caæ z równowagi Wêgrzyna bo szanowa³ go i ceni³ jego wk³ad w wygranie przez aliantów drugiej wojny ¶wiatowej (Wêgrzyn walczy³ pod Tobrukiem, pod Topolino, by³ partyzantem na rodzimy podkarpaciu), nie mia³ serca mówiæ mu ¿e nie ma obchodzi urodzin, ¿e pierdoli ca³y ten narzucony przez niewiadomo kogo przymus ¶wiêtowania czegokolwiek, tego kurczowego trzymania siê przesz³o¶ci która jest domen± wszelkich ¶wi±t, nie mia³ serca bo kto jak kto wêgrzyn przesz³o¶ci trzyma³ siê bardzo kurczowo, by³ w niej zawieszony.
- dziêkujê panie Józefie - odrzek³ z estym± deszcz, - Jezusowe Serce bêdzie mnie prowadziæ przez ciemne pastwiska jak drugie w³asne. - deszcz porusza³ siê po nomenklaturze religijnej nad wyraz zwinnie.
- o! to dobrze powiedziane! niech tak bêdzie! - i wêgrzyn wystrzeli³ przez okno ze swojego rewolweru, a wêgrzyn lubi³ strzeliæ na wiwat, gdy co¶ mu siê wyj±tkowo spodoba³o - niech tak bêdzie! dobra, ja spadam - rzek³ ma³o przedwojennie Wêgrzyn i odszed³, nie czekaj±c na odpowied¼ deszcza, choæ i deszcz mia³ w zanadrzu ciep³e s³owo. Józef znikn±³ za drzwiami swego Castel Gandofo, swego dead niggas storage, deszcz patrzy³ jak odchodzi.
Potem wszed³ do windy, nie nagabywany przez nikogo z wymienionej wczesniej trójki, by³o dobrze. nim zamknê³y siê drzwi wszed³ jeszcze ambitny ch³opiec i nic nie powiedzia³, za nim zamknê³y siê drzwi windy. jechali na dó³, ch³opiec milcza³, deszcz patrzy³.
Ch³opiec by³ tak ambitny, ¿e chcia³ byæ jak przemek saleta, conajmniej. Jego dziadek s³ysz±c te ¿yczenia mawia³ "ho! ho, ho! ho! hohohoho! wnusiu! jeste¶ mizerny kwa¶ny i t³u¶ciutki, nie bêdzie z ciebie przemka salety, gdybym ja sobie za³o¿y³ w m³odo¶ci takie postanowienie: byæ jak przemek saleta, to tak, to by mi siê uda³o, jednak ty wnusiu, ty jestes przeciêtny brzydki i t³u¶ciutki, ty nie masz szans, nie bêdzie z ciebie salety, nie bêdzie z ciebie cz³owieka" ale ch³opiec nie s³ucha³ dziadka, bo by³ g³uchy. By³ g³uchy z wyboru i chcia³ byæ jak przemek saleta, mieæ umieraj±c± córeczkê której móg³by oddaæ nerkê, zostaæ w ten sposób bohaterem mediów, starych panien, córeczek. Staæ siê s³awnym. Ch³opiec by³ g³uchy z wyboru i nie patrzy³ na deszcza, patrzy³ niewidz±cymi oczami w nic i przera¿a³ deszcza. Przera¿a³ go ten ch³opiec bo deszcz nie potrafi³ ogarn±æ jego perspektywy.
Ró¿nie mo¿na podchodziæ do rzeczy, dajmy na to: jab³ek. Widz±c jab³ko pani z bramki nr jeden pomy¶li "jakie ³adne jab³ko, wszama³abym je, o tak" pani starsza z bramki nr 2 pomy¶li "co to za jab³ka teraz, takie jab³ka to nie jab³ka, to gruszki" kto¶ z widowni pomy¶li, ze moznaby je z zyskiem sprzedaæ, a zygmunt chajzer zje to jab³ko, ¿eby siê nie zmarnowa³o. Ró¿nie mo¿na podchodziæ do rzeczy, dajmy na to: ludzi. To nawet stukrotnie szerszy problem, problem który dotyczy³ deszcza, bo deszcz ch³opca podej¶cia do ludzi nie ogarnia³, ba³ siê, ze ten ludzi ju¿ nie zauwa¿a, ze ich nie s³ucha, ze g³uchy z wyboru, a przecie¿ my¶li o byciu jak przemek saleta, a wiec o uznaniu ludzi, których przecie¿ ju¿ nie zauwa¿a, których przecie¿ ju¿ nie s³ucha. Ba³ siê ¿e ch³opiec ma ludzi za landszaft, za element krajobrazu, wystrój wnêtrza. Tym nie zauwa¿aniem deszcza absorbowa³, bo deszcz siê lud¼mi przejmowa³, bardziej ni¿ powinien, bardziej ni¿ by chcia³, deszcz wpada³ przez to przejmowanie sie w k³opoty, takie jak teraz, bo ¶wiat ch³opca zacz±³ mu siê udzielaæ, zacz±³ go czule obejmowaæ, zacz±³ go wiêziæ i uwalniaæ, wiêziæ i uwalniaæ, deszcz czu³ siê jak gdyby czyta³ Kafkê, noc± i na ch³odno, na bezdomno i samotno, przejmowa³ siê deszcz ch³opcem i do czego to dosz³o: czu³ siê jakgdyby spada³, i obaj spadali, bo to by³a winda, a oni chcieli na parter.
Wysiedli, pu¶ci³ ch³opca przodem, ch³opiec chyba nawet siê u¶miechn±³, w ka¿dym razie zrobi³ jaki¶ grymas, ¶wiadcz±cy o tym ¿e zauwa¿y³, nie s³ucha³ mo¿e, ale jak widaæ zauwa¿a³ jeszcze, deszcz poczu³ ¿e jako¶ l¿ej mu z t± my¶l±, deszcz poczu³ siê jakgdyby czyta³ happy end w Procesie Kafki. Przemianie Kafki. ch³opiec wychodzi³ z bloku na tle wschodz±cego s³oñca, niejasno i chaotycznie my¶l±c, ze jak± ³adn± i przyjemn± perspektywê ma ten pan deszcz, ludzie i w ogóle, a potem wróci³ do zastanawiania siê komu oddac drug± nerkê by umrzeæ w niegasn±cej, bezsenswonej i bezproduktywnej chwale. Maciej wyszed³ z windy, wyszed³ z bloku, s³oñce zd±¿y³o w ten li czas ca³kiem wzej¶æ.
na zewn±trz by³a piêkna pogoda, b³êkitne bezchmurne niebo, gor±co, dwadzie¶cia kilka stopni w cieniu. gor±co, zaduch i spiekota, trawniki wysuszone na wiór, spêkane jak wyschniete rzeki. trawniki wygladajace jak pustynie widziane z góry, ze swoimi ruchomymi wydmami, piaskowymi burzami, brakowa³o tym pustyniom tylko odpowiednio maleñkich beduinów i miniaturowych szybów naftowych, miniaturowego konfliktu irackiego, ma³ych gestapowców, wróæ: aliantów, ma³ych terrorystów wybuchaj±cych siê przed synagogami, cerkwiami, przypadkowymi lepiankami, miniaturowego Obamy wizytuj±cego jesienny kontyngent; brakowa³o tych drobnych szczegó³ów by te wysuszone trawniki by³y ¿ywymi pustyniami, tak by³y tylko bez³adnymi ha³dami piachu.
Pogoda by³a doprawdy piêkna, ale zbyt d³ugo by³a piekna i zdarzy³a zbrzydn±æ, zd±¿y³a staæ siê upiorna. W oknie Józef Wêgrzyn modli³ siê o deszcz; od kilku miesiêcy nie spad³a ani jedna kropla deszczu.
Deszcz spojrza³ w s³oñce jak gdyby rzuca³ mu wyzwanie, jak gdyby toczyli rewolwerowy pojedynek w samo po³udnie i to on z nich dwóch mia³ na³adowan± broñ, deszcz spojrza³ w s³oñce ale niemal straci³ wzrok bo nie patrzy siê w s³oñce wiec wzrok odwróci³ i ruszy³ wydeptan± w pustynnym trawniku scie¿k± ku wielobran¿owemu sklepikowi "zadowolony z zakupów" który prowadzi³a kobieta po mediach i reklamie. Wyobra¿a³ sobie, ze depcze te szyby naftowe.
źródło:
http://www.portalliteracki.pl
Aktualna ocena::
3
Wyślij odnośnik znajomym::
Tags:
Czy Kowalskiemu />¶piewaj±cych ³o¿a ³agrze ¶mierci.
/>
Ludzie ¶rodowisk ¶ledz±cy ¶ledz±ca ¶ledzi³ Reprezentanci ¿ywo ¶wiata. Trwoga ¶wietê
/>
/> Ostatni± ¶wiata;
/>
/> Jednak Jedynym />
/> W ¶wiêty, Kowalski ¶niadanie, Jad±c />
/> Dzieñ (g³osy ¿e 2+2=4 />
/> Ceremoniê Ceremoniê ¶piewano />
/> kowalski ¶wiatow± Gdy ¿e Gdy ¿yj±cy Jedyne ¿yciu
/>
/> Wspomniano ¿yj±cych, Jednak ZAG£ADY Chwilê
/>
/> T³um
/>Co Noriega, Kowalski Pu³kownik />
/> Ale ¿ycia, U¿ywa³ ¶piewa³ Przemawia³ Przemawia³ Jakby />Popada³ />Wielki ¶mieræ />
/> Gdy "Kowalski "kowalski "Ile Emilian. "milion? Kowalski />
/> Podczas Wraz Noriega Gomez Emilian Kowalski Tak¿e. Wraz Kowalskim Maciej Deszcz.
/>
/> A ¶wieci³o ¶wieci³o />
/>Bóg Luisa Funesa
/>
/> ¶rodkowschodni Maciej 37a, ³ó¿ku,
/>
/> Zak³ada³ Radiowa ¿e Deszcz Zdejmowa³ />
po">"po "po To, ¿e ¿e ¿e ¿e ¿e />
Deszcz, />
/> "to ³adne, ³adne ¿al, ¿e
/>
/>- />
/>po ¿e ¿e ¶rubokrêtem
/>
/>-
/>
³acha, />Deszcz
/>
¿e Wywowy³owaæ ¿e Deszcza, />
Pink Olifants, KokosowyJoe Napalm Sisters ¶l±ski Kurz&Brud Big Black Tit Licker Wisconsin. Chcia³by Ewa, ¿e ¿e Deszczu />
/> Stara³ "zagrojcie Sieradza. Góralem Deszcz ³±czenia Próbowa³ Ale Pet Shop Boys.
/>
/> Deszcz ¿aluzje
/>
/> S³oñce ¶ciany Sanyo. ¿ywy,
/>
/> deszcz D¼wiêki "four SAW GOD, HAS LOUIS FUNES FACE" Tewje Jankow, ¿yd ¶mierci "Ptaszyna" Jankow Dodatkowo ¿e æpunem, "narodzinach Zachód ¿yw± />
/> Tewje Tewje Tewje ³ask, ¿y³ />
/> bez ³azience, ³azience, PRL-owsk± Johannesburg, ³azienka ¿ycz±c />
/> Deszcz
/>- />powiedzia³ />I />
/>Pawe³ Abramowicz />
/>- Deszcz, />- />-jak
/>
/>abramowicz Abramowicz />
¿e ³atwiej, />Deszcz />- />- />- />- />- ¿artowa³ />
/>W KLATCE, Przemek Saleta
/>
/>Deszcz Marzena Bochniak, Trzeci Marcin Daniec,
/>
/>Prywatnie Krzysztofem Daukszewiczem Paw³em Nastul±, Je¶li "na Byli ¶cian±, ¿e (odwieczne ¶rodka? "wspólna ³ubin. Marcin Deszcza "ludzie Marcin, Chrystusa ³uskania
/>
/>Deszcz />
/>-
/>zza Józefa Wêgrzyna />- />odpowiedzia³ Józef Wêgrzyn />-daj />-nie, />- ¶wi±tyñ Józef Wêgrzyn ³okciem. Interesowa³ Wêgrzyn Niech ¿yczenia, ¿yczê Deszcz Wêgrzyna ¶wiatowej (Wêgrzyn Tobrukiem, Topolino, ¿e ¿e ¶wiêtowania ¶wi±t, />- Józefie Jezusowe Serce />- Wêgrzyn Józef Castel Gandofo, />
/>Potem />
/>Ch³opiec ¿e Jego ¿yczenia "ho! By³ Staæ Ch³opiec Przera¿a³
/>
/>Ró¿nie Widz±c "jakie ³adne "co ¿eby Ró¿nie Ba³ ¿e Tym ¶wiat Kafkê,
/>
/>Wysiedli, ¶wiadcz±cy ¿e ¿e Procesie Kafki. Przemianie Kafki. ³adn± Maciej />
/>na Obamy ¿ywymi />
/>Pogoda Józef Wêgrzyn />
/>Deszcz "zadowolony Wyobra¿a³ />
/>
Komentarze::
Dodaj komentarz
Powiązane wiadomosci
- Limeryki
- MIECIA
- Skarb entomologa /11 ciêæ
- ¦wiat ducha i materii (esej)
- Dziecko szczê¶ciem... /wiersz/
- Kolejka /wiersz/
- MORFINIUSZ REM
- HISTORIA PEWNEJ ZNAJOMO¦CI Z GLASTONBURY /wiersz/
- ciastko umoczone... /wiersz/
- Niegrzeczny wierszyk eschatologiczny /wiersz/
- Jak podbija³em dziki Kraków /appendyks do niektórych prowadzonych tu dyskusji/
- dla niepewnych!!!