24 godziny temu

Dwa s³owa tytu³em wstêpu:
Opowiadanie to napisa³em i opublikowa³em na Fabryce kilka lat temu, a mia³o ono na celu opisanie eskalacji nieuzasadnionej nienawi¶ci do kogo¶, kto jest inny, ni¿ masa, ni¿ t³um. Nie my¶la³em wówczas, ¿e stanie siê ono kiedy¶ a¿ tak aktualne.
Dlatego pozwalam sobie raz jeszcze je tu umie¶ciæ (w wersji skróconej i trochê zredagowanej), aby nowi fabrykanci, ale tak¿e weterani, którzy opowiadania nie pamiêtaj± lub nie znaj±, mogli siê raz jeszcze z nim zapoznaæ.
Nie twierdzê, ¿e jest to dzie³o, które nale¿y przeczytaæ, ale uwa¿am, ¿e w tych niespokojnych czasach od 11. listopada b.r. (a mo¿e nawet od 10. kwietnia 2010 roku) ma³a refleksja na temat naszego (sic!) zachowania nikomu nie zaszkodzi.


"Pogardzam nacjonalizmem, bo wydaje mi siê jedn± z ludzkich aberracji, które przyczynia³y siê do wielkich rozlewów krwi, i tak¿e wiem, ¿e patriotyzm, jak napisa³ doktor Johnson, mo¿e byæ „ostatnim schronieniem dla kanalii”.
Mario Vargas Llosa



Odezwa³ siê Fryderyk, ch³opak w±t³y, ska¿ony najprawdopodobniej aryjsk± krwi±, blondyn w okularach, który jako jedyny nie chcia³ siê zgodziæ z dogmatem przyjêtym przez resztê. Wsta³ nawet z krzes³a i macha³ swoimi ko¶lawymi faszystowskimi ³apami, jak Hitler, i szczekaj±cym g³osem mówi³, ¿e to nieprawda, ¿e Niemcy to ateistyczni nazi¶ci, krzycza³, ¿e to tacy sami ludzie jak my, ¿e to ludzie! ¯e byli bardzo sympatyczni i przyjêli nas jak swoich, kiedy pojechali¶my na szkoln± wymianê do tego pogañskiego kraju, gdzie Boga nie ma.
Ka¿dy jednak doskonale pamiêta³ ów pierwszy dzieñ w Niemczech, kiedy po drodze do celu zatrzymali¶my siê w Berlinie, ¿eby rozprostowaæ ko¶ci i zrealizowaæ najwa¿niejsze fizjologiczne potrzeby (dziewczynki biegaj± szukaæ Mc Donald’s, a ch³opcy kulturalnie staj± murem pod p³otem i za³atwiaj± to po normalnemu). I wtedy, kiedy¶my wychodzili z autobusu, z zaskoczenia, napad³o na nas ciê¿kie, gêste i siwe powietrze, ¶mierdz±ce spalinami i ciep³ym amoniakiem. Z³apa³o nas za szyje i zaczê³o dusiæ. A przygl±da³y siê temu brudne i szare budynki, pomalowane sprayami: JUDE RAUS! (a mo¿e by³o to: SVEN ICH LIEBE DICH), zdewastowane budynki, bo ci poganie nie maj± szacunku dla wspólnego mienia. Nie to, co w naszej Ojczy¼nie.
Ani skrawka zieleni w tym mie¶cie, niebo jakby deszczowe, choæ s³oñce ¶wieci³o i nie by³o chmur, smog. Stali¶my niedaleko dworca kolejowego, gdzie siedzia³o mnóstwo ¿ebraków i narkomanów, jakie¶ prostytutki, dziwki, kurwy bez Boga w sercu! Macha³y do nas, chc±c zdeprawowaæ nasz czysty Naród. Kloszardzi le¿eli pod ¶cian± dworca przykryci strzêpami gazet i tekturowymi pud³ami. Jaki¶ m³ody ch³opak podpiera³ siê o barierkê schodów, wstrz±sa³y nim konwulsje, a oczy mia³ zamkniête, pamiêtam tê krew, ciekn±c± mu z nosa, ciemn±, brunatn±, prawie czarn± strugê krwi i wbit± w wewnêtrzn± czê¶æ przedramienia strzykawkê.
Ju¿ chcieli¶my uciekaæ z tego piek³a, z tej Sodomy i Gomory, ale podszed³ do nas jaki¶ podpity facet. Stan±³ i patrzy³ na nas. Podci±gn±³ d¿insy, spod których wyskoczy³y czarne mokasyny i chude nogi opatulone ¿ó³tymi skarpetkami. Za pasek wsadzi³ swój czerwony golf, poprawi³ czarn± skórzan± kurtkê. W³osy mia³ ulizane czym¶ ¶liskim i t³ustym, fryzura typu Vokuhila, krótko z przodu, d³ugo z ty³u, a pod nosem lekki w±sik. Wreszcie splun±³ na ziemiê i krzykn±³: „Rodacy?”, a kaleczy³ przy tym nasz jêzyk Ojczysty i ka¿demu a¿ Krew w ¿y³ach siê wzburzy³a. Nikt mu nie odpowiedzia³ tej mendzie, która uciek³a do Niemiec! Zdrajcy, który nasz Naród dla nazistów opu¶ci³. „Mówcie kurwa! – krzycza³ zfaszy¼nia³ymi ustami w naszym jêzyku Ojczystym. – Ja te¿ jestem od was, dorabiam tutaj… Czemu nic nie mówicie? Co jest? Nie przyznajecie siê do waszego Brata, do Rodaka? Id¼cie w cholerê! Razem z tymi pieprzonymi Niemcami! Na cholerê tu przyjechali¶cie, wracajcie do kraju. Pieniêdzy wam siê zachciewa, kurwa, co?” Poszed³ dalej co¶ wykrzykuj±c i machaj±c rêkoma, a my milczeli¶my, byli¶my w szoku, ¿e tak bardzo mog± Niemcy naszych Rodaków skurwiæ.
Jeden wielki syf! To pierwsza my¶l o tym kraju, jaka przysz³a nam do g³owy. Burdel, melina, mieszanka meneli z ca³ej europy i ze ¶wiata, bo i czarnych, i ¿ydów mo¿na tu spotkaæ! Brudny, bez Boga kraj!
– Fryderyk – rzek³em na tej pamiêtnej lekcji w Narodowym Liceum Humanistycznym. – Niemcy rozpêtali drug± wojnê na ¶wiecie, zak³adali obozy koncentracyjne, mordowali ¯ydów, palili wsie, gwa³cili kobiety. – A on mi na to, ¿e to dawno temu by³o, i ¿e to hitlerowcy, a nie dzisiejsi Niemcy robili, je¶li w ogóle o ca³ym narodzie mo¿na mówiæ (sic!), bo niby byli Niemcy, którzy pomagali ¯ydom i podobno byli tak¿e nasi Rodacy, którzy mordowali ¯ydów, a teraz nale¿y budowaæ now± Europê, w³a¶nie (zaakcentowa³ to): budowaæ, a nie niszczyæ. By³o wiele z³a, teraz trzeba je naprawiaæ.
– Fryderyk – kontynuowa³em – ale zauwa¿, ¿e to Niemcy!
– Ale my – mówi³ do mnie tonem mentorskim, jakby chcia³ mnie pouczaæ. – My te¿ wypêdzili¶my Niemców z ich ziem: Razem z Armi± Czerwon± przepêdzali¶my ich jak byd³o. Ile rodzin niemieckich zosta³o wygnanych z Mazur, ze ¦l±ska, z Pomorza Zachodniego! Ile tysiêcy cywilów zginê³o na Wilhelmie Gustlofie! Rodziny, które by³y wyganiane tylko dlatego, ¿e mia³y niemieckie paszporty. S±siad strzela³ do s±siada, przyjaciel do przyjaciela; wojna dowódców. Tylko ci, którzy znajdowali siê na szczycie wiedzieli, o co w tej wojnie chodzi, tylko oni czerpali z tego jakie¶ zyski, a co robi± dzisiaj nasi Rodacy? Nienawidz± Niemców, nie Hitlera, nie SS, tylko Niemców, ka¿dego, kto ma obywatelstwo niemieckie.
– Przecie¿ Niemcy s± ¼li! Oni rozpêtali Drug± Wojnê ¦wiatow±! – krzycza³em na niego, chc±c przekrzyczeæ jego argumenty, z braku w³asnych, bo przecie¿ na moje i klasowe pogl±dy argumentów nie ma, ale Ojczyzny trzeba broniæ, bo tak nale¿y, bo to Ojczyzna, Matka nasza. Musia³em wiêc rzucaæ przeciwko Fryderykowi puste has³a, które z nim wygrywa³y, zdania zak³amane, które kocha Naród i je podtrzymuje, bo kocha wszystko, co prowadzi do zrywów, do buntu, a przy tym nie ka¿e my¶leæ. Jednak ja, w g³êbi duszy, chcia³em przy³±czyæ siê do Fryderyka, stan±æ po jego stronie, razem z nim broniæ prawdy, ale to by³oby przeciwko temu, czego uczono mnie ca³e ¿ycie, by³oby to nie-Patriotyczne, by³oby przeciwko Ojczy¼nie, a ja nie mog³em nie byæ Patriot±. Od maleñkiego uczono mnie, ¿e mam ¶wieciæ przyk³adem, ¿e mam kochaæ Naród, ¿e Prawda jest Cnot±, ale tylko to, co broni naszego Narodu jest Prawd±, wiêc wszystko inne, jak najlepiej uargumentowane, Prawd± byæ nie mo¿e, je¶li tylko wystêpuje przeciwko Prawdzie jedynej, jak± jest Bóg, a Bóg, jak wiadomo, jest opiekunem naszego Narodu, wybranego Narodu, bo nad naszym Narodem króluje Matka Boska i nasz Naród jest najbardziej cnotliwym i najwiêcej siê w historii nacierpia³. (Podobno ¯ydzi te¿ siê nacierpieli, ale, jak powiadaj± Ksiê¿a oraz Nauczyciele, którzy mnie prowadzili, sami sobie na to zas³u¿yli, bo to sk±pcy i z³odzieje). Kontynuowa³em wiêc mój atak na Fryderyka, choæ w g³êbi duszy siê z nim nie zgadza³em, ale Cnot± jest broniæ Narodu, a wiêc i atak obronny musia³ byæ s³uszny.
– To jest tak samo, jakby¶my pos±dzali i nienawidzili Rosjan, za to, ¿e by³ u nas komunizm – ci±gn±³ on, a ja w g³êbi duszy przyznawa³em mu racjê – Rosjan, nie Stalina, nie Wielk± Trójcê, która handlowa³a duszami ludzkimi w Ja³cie.
– Rosjanie to mordercy – mówi³em, bo klasa ¿±da³a krwi, krwi wszystkich, tylko nie Rodaków naszych, nie naszego Narodu. – Rosjanie te¿ zak³adali obozy, te¿ nas mordowali, przez piêædziesi±t lat wiêzili nas w Zwi±zku Radzieckim, dzisiaj zak³adaj± mafie na terenie naszej Ojczyzny, ¿o³nierze Armii Czerwonej te¿ gwa³cili nasze kobiety! – I klasa wiwatowa³a, krzycza³a, ¿±daj±c krwi Fryderyka! A on dalej, z³y, samotny, m±dry, ale s³aby, mówi³, ¿e w Niemczech i w Rosji ¿yj± LUDZIE (krzycza³ to, choæ opada³ z si³, krzycza³ ju¿ p³aczliwym g³osem, bo wokó³ te¿ krzyczeli, darli siê, walili w ³awki, starali siê go przekrzyczeæ). – Ludzie, wo³a³, ludzie, którzy maj± rodziny, którzy boj± siê o nastêpny dzieñ, boj± siê, ¿e mog± straciæ pracê, ¿e kto¶ mo¿e ich napa¶æ, ¿e ich dziecko mo¿e staæ siê ofiar± przemocy, ¿e mo¿e zetkn±æ siê z narkotykami, z sektami, ¿e mog± zachorowaæ. A nie cz³onkowie mafii… – s³owa jednak jego opada³y w pustkê, odbija³y siê od klasy jak ziarna rzucone na bit± i ja³ow± ziemiê, bez szans na wykie³kowanie. Nikt nie kwapi³ siê nawet, by zastanowiæ siê nad jego s³owami – nie by³ po stronie Patriotów, wiêc gada³ od rzeczy, be³kota³.
– Niech zdychaj±! Kiedy nas mordowali, nikt to siê nami nie przejmowa³! – rzuca³em przeciwko niemu nadal puste has³a, w które wierzy³em, choæ siê z nimi nie zgadza³em, bo nad wiar± siê nie zastanawia, nieprzemy¶lane has³a, które trafiaj± doskonale w gust t³umu, has³a g³upie, ale potrzebne masie, a oni mi wiwatowali.
(Ju¿ kto¶ pisa³, ¿e psychika mas nie jest podatna na nic, co po³owiczne i s³abe. ¯e masy czuj± siê bardziej wyzwolone, je¶li nauka, któr± im siê g³osi, nie dopuszcza innych, a je¶li zezwoliæ im na liberaln± wolno¶æ – nie wiedz±, co pocz±æ, czuj± siê porzucone. – Nie pamiêtam, kto to g³osi³, ale mia³ racjê i wydaje mi siê, ¿e ten pogl±d siê mu sprawdzi³.)
– Czym ró¿nimy siê od innych narodów? – kontynuowa³ Fryderyk swój rozpaczliwy monolog, bo choæ sta³em naprzeciwko i tak¿e mówi³em, to jego s³owa by³y od niego i dla niego, nie s³yszane przez nikogo. – Czym siê ró¿nimy, pyta³, flag±? kawa³kiem kolorowego materia³u? Czy mo¿e tradycj±? Który zatem nasz Rodak kultywuje tradycje? Kultur±? Ju¿ dawno sprzedali¶my siê zachodowi, sprzedali¶my nasz± kulturê w zamian za dobra konsumpcyjne, za colê i fastfoody. Krew? W nas p³ynie Narodu krew? A czym ró¿ni siê ona od innej? – Nasi dziadkowie wybaczyli swoim oprawcom, a my, m³ode pokolenie, które nie mia³o ¿adnego udzia³u w wojnie, które nie widzia³o nigdy morduj±cego Niemca, czy gwa³c±cego Rosjanina, nie potrafimy wybaczyæ b³êdów sprzed lat. A nawet nie wybaczyæ, wystarczy nie pos±dzaæ o nie nowego pokolenia…
- G³upi jeste¶, bronisz morderców! Hañbisz nasz± Flagê, nasz± Ojczyznê i Naród, Tradycjê wiekow±, Historiê! – I musia³em wynosiæ ten kawa³ek materia³u i puste s³owa na wy¿yny! Musia³em chwaliæ to, co tylko jest has³em, bo przecie¿ ojczyzn± powinni byæ ludzie z krwi i ko¶ci, a nie trzepocz±ce flagi, orze³ki na herbie, hymny, od lat ju¿ nieaktualne, patetyczne, nie pasuj±ce ni w cholerê do naszych czasów, ko¶cio³y wznoszone coraz to nowsze i wiêksze, jakby to mia³o komukolwiek pomóc, i has³a, wci±¿ has³a, jakby one mia³y daæ komu¶ chleba albo szczê¶cie, has³a, które brzmi± ³adnie, has³a, które pielêgnuj± nasz± dumê, Bóg, Honor, Ojczyzna! I przez moje krzyki, ataki na Fryderyka, zdobywa³em respekt u klasy, stawa³em siê autorytetem. A oni, zapatrzeni we mnie, czekali tylko na znak, aby móc rzuciæ siê na niego i go rozszarpaæ, którego ju¿ morderc± i neonazist± nazwali, skandowali: „Precz z neonazistami!” A Nauczyciel przygl±da³ siê temu spod Or³a w koronie, wisz±cego na ¶cianie. Patrzy³ dumnie na klasê i pogardliwie na tego bêkarta, który chce chroniæ nazistów i komunistów! A ja czu³em, ¿e zaraz co¶ we mnie wybuchnie, ¿e stanê przy nim, ¿e siê rozp³aczê i nazwê ich band± przyg³upów, skretynia³± mas±! Ale trzyma³em siê, my¶la³em o Ojcu, o Rodzinie. Co oni by pomy¶leli, gdybym straci³ autorytet, gdybym okaza³ siê niepatriot±, gdybym okaza³ sw± s³abo¶æ? Nie mog³em ich zawie¶æ. Kontynuowa³em, a Fryderyk robi³ siê coraz mniejszy, coraz bardziej zhañbiony, i Szatan wodzi³ mnie na pokuszenie, aby mu pomóc. Szatan w postaci Fryderyka, to by³oby ca³kiem logiczne – my¶la³em.
Ale czy Szatan da³by sobie podstawiæ nogê, tak jak pozwoli³ na to Fryderyk? Czy pozwoli³by, ¿eby Krzysztofo Prawy go tak uderzy³ w nerki, ¿e a¿ siê skrzywi³? Czy pozwala³by na tak celne i silne ciosy? Nie mogê w to uwierzyæ, ¿e Szatan pada zrozpaczony na kolana, za okularami, które mu spad³y. ¯e wystawia ty³ek na kopniêcia „kolegów” z klasy, ¿e maca pod³ogê rêkoma, by tylko znale¼æ okulary – jego najcenniejszy skarb.
Wszyscy wybuchli ¶miechem, bez wyj±tków, najwzorowsza ze wzorowych uczennic, Agatka, te¿ trzyma siê za brzuch i ze ¶miechu ³zy jej z oczu p³yn±, wszyscy siê ze ¶miechu zwijaj±, Fryderyk te¿ siê zwija, te¿ za brzuch siê trzyma i te¿ ³zy mu lec±. Ja te¿ siê ¶miejê, a te¿ chcê p³akaæ, bo nie wiem, czy to Fryderyk czy Szatan.
Krzycz±, ¿ebym kopa³, ale mogê odmówiæ. Nie wy¶miej± mnie, bo mam autorytet i jestem Patriot± – teraz mogê z tego skorzystaæ. Mówiê: Nie bawi± mnie takie zabawy, za stary na nie jestem, to ju¿ w podstawówce praktykowa³em. – W rzeczywisto¶ci ledwo trzymam siê na nogach, bo znêcanie siê nad nim mnie os³abia, choæ wiem, ¿e to mo¿e byæ Szatan. Blednê na twarzy, a to widoczna oznaka s³abo¶ci, wiêc ¿eby nie zauwa¿yli jak mi s³abo mówiê g³osem mentorskim, ¿e s± bardzo dziecinni, ¿e idê do kibla, nie chce mi siê na takie g³upoty, jak bicie jakiego¶ dzieciaka, czasu marnowaæ.
Krzysztof Prawy siê u¶miecha, ale nie komentuje, uwa¿a mnie za dziwnego kolesia, jak ca³a klasa, bo nie trzymam z nikim. Klasa dzieli siê na kilka czê¶ci: Krzysztof Prawy i ch³opaki biegaj±ce za nim, podziwiaj±ce jego mêstwo, jego si³ê i pewno¶æ siebie. Potem dziewczyny biegaj±ce za Krzysztofem, podziwiaj±ce to samo, nastêpnie Agatka i dziewczêta nim gardz±ce, jego „p³ytkim umys³em”, jak to nazywa³y, które chichotaj±, kiedy mija je przystojny ch³opak, albo kiedy us³ysz± s³owo „penis”. Dziewczêta, które po powrocie do domu, a¿ do pój¶cia spaæ, siedz± z nosami wlepionymi w zeszyt, które biegaj± za Nauczycielkami, wchodz± im w ty³ek i tam uwijaj± sobie gniazdka, aby bezpiecznie dotrwaæ do koñca Szko³y, które, kiedy tylko co¶ siê wydarzy, biegn± pierwsze do dyrektora. Potem grupka ch³opców, którzy uwielbiaj± gry rpg, fantazy i komputery, no i Fryderyk, który ³±czy wszystkich, bo jest ca³kiem inny, nie bawi± go rozrywki Krzysztofa Prawya, nie chichota z Agatk± i nie czyta fantazy. No i jeszcze ja. Ja te¿, tak jak Fryderyk, nie nale¿ê do ¿adnego z kó³, ale i z nim siê nie trzymam. Ró¿nimy siê g³ównie tym, ¿e ja rozmawiam ze wszystkimi, a on z nikim, ¿e ja mam autorytet, a on jest popychad³em, wszyscy darz± mnie szacunkiem, a jego nie – poza tym jeste¶my tacy sami.
Idê wolno do ubikacji, zamykam siê i prawie mdlejê. Siadam os³abiony na klozecie, g³owê opieram o ¶cianê, p³aczê, oddycham g³êboko, zaci±gaj±c siê powietrzem przesyconym tanimi ¶rodkami czyszcz±cymi i nienawidzê siebie.
Siedz±c na kiblu czujê siê trochê lepiej, nikt mnie nie ocenia i nic mi nie nakazuje. Nie muszê decydowaæ, czy racje ma sumienie, czy Naród. Nie muszê o niczym my¶leæ, mogê p³akaæ – nikt nie powie, ¿e mê¿czyzna nie p³acze. Nikt mi nie zarzuci, ¿e jestem s³aby, ¿e muszê byæ rekinem, silnym psychicznie cz³owiekiem, który nie mo¿e daæ siê z³amaæ!
Ale to siê szybko koñczy, bo kiedy dzwonek na lekcje zadzwoni muszê wstaæ, umyæ twarz, ¿eby nikt nie zauwa¿y³, ¿e p³aka³em – mê¿czyzna nie p³acze, a zw³aszcza ja! – Fryderyk p³acze, ale on nie jest mê¿czyzn±. Przez ca³± przerwê szuka na pod³odze po omacku swoich okularów, zachowuje siê jak tresowane zwierze: biega, dopingowany g³o¶nym ¶miechem, za okularami, które kopane s± od jednego do drugiego. Jakie to zabawne! Jak ta niezdara chodzi! Jak trzyma rêce wyci±gniête przed sob±! Jak szuka ¶ciany, czego¶, o co mog³aby siê podeprzeæ. Jak komicznie upada, kiedy kto¶ podstawia jej nogê. I p³acze! Ch³opak ma przecie¿ osiemna¶cie lat, a ryczy jak niemowlê. Tak siê rozrycza³, ¿e mu z nosa cieknie – to ¿enuj±ce. Mo¿e mu oddaæ okulary? Nie, jeszcze trochê niech pobiega, mo¿e siê nauczy ¿ycia, mo¿e przestanie byæ ciot±. Niech siê potyka, niech siê kilka razy przewróci – w wojsku bêdzie mia³ jeszcze gorzej, oni go do tego przygotuj±.
Przecie¿ to nie mo¿e byæ Szatan, Fryderyk nie mo¿e byæ z³y.

Technicznie rzecz bior±c nie znêcam siê nad Fryderykiem. Jednak sumienie mi mówi: Pasywno¶æ jest zgod±, zezwoleniem, wiêc jednak bi³e¶ go z innymi. Mog³em stan±æ w jego obronie, powiedzieæ: Do¶æ, zostawcie go! Ale przecie¿ nie wolno siê mieszaæ do cudzych spraw, bo surowy rozs±dek ka¿e mi trzymaæ jêzyk za zêbami. Od kiedy pamiêtam, Rodzina wci±¿ mi wmawia³a, ¿e nie mam siê mieszaæ do spraw, które bezpo¶rednio mnie nie dotycz±. Mówi³a, ¿e nie mam siê wychylaæ, w sensie – nie byæ inny ni¿ grupa. Wszyscy tak zreszt± mi mówili, nie tylko Rodzina; Nauczyciele, Ksiê¿a – tak samo.
A mnie wci±¿ kusi Szatan. I kiedy Fryderyk, kopany przez innych p³acze, jest mi go ¿al. Chcê mu pomóc, podbiec, ale wtedy w³±cza mi siê alarm, intensywne wo³anie, które s³yszê w g³owie: Nie wychylaj siê, on siê wychyla³ i zobacz co siê z nim dzieje. B±d¼ jak inni, oni go kopi±, ty te¿ go kop. Jeste¶ czê¶ci± spo³eczeñstwa, wiêc musisz podporz±dkowaæ siê jego zasadom.
Zadzwoni³ dzwonek na lekcjê i zostawili Fryderyka w spokoju, oddali mu okulary, jakby nic siê nie sta³o i poszli do sali. Fryderyk podniós³ siê zap³akany, z nosa zwisa³ mu glut. Ale poza ty nie mia³ ¿adnych oznak pobicia, bo i nikt nie chcia³ go pobiæ. Chcieli mu tylko sprawiæ ból, daæ nauczkê, zabawiæ siê trochê. Nie mieli w ogóle na celu robienie mu krzywdy; ³amanie nosa, wybijanie zêbów – to by³aby napa¶æ – oni siê tylko bawili.
Pan Belfer sta³ ju¿ z kluczem przy drzwiach i wpuszcza³ klasê na lekcjê. Przyspieszy³em kroku, ¿eby siê nie spó¼niæ, ale pan Belfer poczeka³ na mnie cierpliwie z u¶miechem – lubi³ mnie, by³em jego najlepszym uczniem. Uczy³ mnie wiedzy o spo³eczeñstwie, która by³a mi niezbêdna, je¶li mia³em i¶æ na studia prawnicze.
Pan Belfer, by³ zawsze moim wzorem, bo i patriotyczny Patriota i m±dry Nauczyciel, jednak tego dnia Szatan zacz±³ mnie kusiæ i kaza³ zw±tpiæ.
Zaraz po sprawdzeniu obecno¶ci, oddawa³ pan Belfer klasówki. Kiedy doszed³ do klasówki Fryderyka, spojrza³ na ni± uwa¿nie i podszed³ do jej autora. Stan±³ nad nim z jego prac±, spojrza³ na ni± raz jeszcze i rzek³: – Fryderyk – powiedzia³ to przesadnie wyra¼nie i zrobi³ przerwê – Fryderyk – powtórzy³ – to takie ma³o Narodowe imiê.
Pan Belfer puszy³ siê nad nim dumnie, stoj±c prosto siê garbi³, wypina³ wklês³± pier¶, ³ypa³ z³ym okiem. Spostrzec mo¿na by³o, ¿e Fryderyk dr¿a³. A pan Belfer nadal nad nim sta³, bez s³owa, wodzi³ wzrokiem po jego kartce i kiwa³ g³ow±. – Trudne to by³o, co? – rzek³ wreszcie, machaj±c klasówk± przed jego oczyma. – Cholernie trudne, nie prawda¿, Fryderyku?… Wstañ, panie wszystkowiedz±cy – wsta³ pos³usznie, ale mia³ z tym problemy, dr¿a³ i pochyli³ przed panem Belfrem g³owê. – Tak, panie Fryderyku, pewnie nie masz nawet pojêcia, kto nosi³ takie imiê, co? – Fryderyk milcza³. – Tak te¿ sobie my¶la³em… Najgorsze pruskie ¶winie… Wszyscy Prusacy, a potem Niemcy, mieli na imiê Fryderyk, poczynaj±c od Wielkiego Elektora Wilhelma Fryderyka, który podstêpami zagarn±³ Pomorze Zachodnie i uniezale¿ni³ Prusy od naszej Ojczyzny! Potem Fryderyk Drugi Wielki, który od samego pocz±tku istnienia nienawidzi³ naszego Narodu! Wszyscy niemieccy poeci romantyzmu byli Fryderykami: Schelling, Schlegel, Schiller…, a i Bismarck, gdyby nie nazywa³ siê Otto, by³by Fryderykiem! A nawet pierwszy prezydent Weimarskiej Republiki by³ Fryderykiem! – A ja zastanawia³em siê, co to ma do rzeczy, ale skoro pan Belfer to mówi³, to musia³o co¶ znaczyæ. – A mo¿e, bo s³ysza³em có¿ ¿e¶ wyprawia³ na poprzedniej lekcji, jest to symboliczne imiê, co? mo¿e masz odbudowaæ Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego? Trzeci± Rzeszê! – Zamilk³ z szyderczym u¶miechem i wpatrywa³ siê w kurcz±cego siê na naszych oczach ch³opca, palonego ¿arem wstydu, hañby i nienawi¶ci, który jednak nie móg³ nic zrobiæ, nic! – Czwart± Rzeszê, mo¿e? Jak, my¶lisz, Fryderyku, czy klasa chcia³aby us³yszeæ twoje odpowiedzi? – rzek³ wreszcie Belfer. Fryderyk co¶ jêkn±³, ale nie by³o to ani zdanie, ani s³owo, jaki¶ nieartyku³owany d¼wiêk. Pan Belfer ju¿ czyta³ jego pracê.
Bzdury pisa³, brednie nie do przyjêcia, a jednak, kiedy klasa wybucha³a ¶miechem, by³o mi go ¿al. Klasa znów ¿±da³a krwi. Po ka¿dym zdaniu, kiedy pan Belfer umiejêtnie zawiesza³ g³os, przez salê przebiega³a salwa g³o¶nego niepohamowanego ¶miechu – ¶miechu szaleñców. Twarze „kolegów” z klasy by³y wykrzywione od r¿enia, czerwone od ³ez. Trzymali siê za brzuchy, wytykali Fryderyka palcami, k³adli siê na ³awkach. – I wiedzia³em, ¿e wiêkszo¶æ pope³ni³a te same b³êdy, co on, tak samo g³upie albo i g³upsze, i ¿e ¶miechem próbowali ratowaæ siê przed samymi sob±, starali siê zag³uszyæ swoj± g³upotê.
Zwierzêce krzyki opanowa³y salê. Z ust klasowych „kolegów” toczy³a siê piana, ich oczy zasz³y krwi±, z palców wyros³y pazury, w ich ustach b³yszcza³y tylko k³y. Skakali na ³awkach, uderzali krzes³ami o pod³ogê, wyli, huczeli, buczeli, a pan Belfer, ich pasterz duchowy, kontynuowa³ litaniê.
Ja siedzia³em rozdarty, bo nie wiedzia³em, czy, jako Obywatel i Patriota, stan±æ po stronie Narodu, czy s³uchaæ sumienia, które mówi³o mi, ¿e niedobrze siê tu dzieje. Ale czy to nie podszepty Lucyfera, które odczytywa³em jako sumienie? Nie mog³em przecie¿ broniæ Fryderyka, bo Nauczyciel ma zawsze racjê, bo on jest starszy i jemu nale¿y siê szacunek. Ponadto to on nas uczy, a nie odwrotnie i nie mogê go pouczaæ. Zreszt±, co by ludzie sobie o mnie pomy¶leli, co o moich biednych Rodzicach, gdybym wyszed³ poza schemat i szablon, gdybym by³ odmieñcem. Ale w t³um te¿ nie chcia³em wchodziæ. Zamienia³ siê on w jednolit±, g³o¶n± masê, w pi±ty ¿ywio³, silniejszy od ognia, wody, powietrza i ziemi. Klasa sta³a siê cielesn± agresj± i nienawi¶ci±, armi±, która nie da siê nigdy powstrzymaæ, która zniszczy³a mury Jerycha, która przeprowadzi³a rewolucjê pa¼dziernikow±, która popchnê³a hitlerowców do wojny i która jeszcze nie umar³a, i pewnie nigdy nie umrze. Si³a, której motorem jest fanatyzm, która wygasa jedynie, gdy przestaje byæ podsycana, ale wygasa, aby odrodziæ siê w innym miejscu, silniejsza i bardziej wyrafinowana.
Znów ¿±dali krwi Fryderyka. A mnie przejmowa³ strach, ba³em siê ich. Po prostu ba³em!
I nagle przesta³ pan Belfer czytaæ, a wtedy zapanowa³a grobowa cisza; wszyscy siedzieli na swoich miejscach ze wzrokiem wlepionym w zeszyty. By³o tak cicho, ¿e s³ychaæ by³o lekki szum li¶ci za oknem. A ja, rozdarty miêdzy obowi±zkiem, a g³osem sumienia, albo Lucyfera, bledn±³em, a kolana moje zamienia³y siê w g±bki, gdybym mia³ siê podnie¶, nie utrzyma³bym siê na nogach. Przed oczyma mia³em mg³ê i by³o mi s³abo.
A pan Belfer prowadzi³ normalnie lekcjê, jak gdyby ten incydent nie mia³ miejsca, jakby od pocz±tku lekcja by³a ca³kiem normalna. Temat jego lekcji, a w zasadzie wyk³adu, brzmia³: „Rodzina, jej funkcje, rodzaje i patologie”. Dyktowa³ zwi±zane z tym tematem s³ownictwo, które, ku jego rozpaczy, zostaje zapominane i coraz rzadziej siê go u¿ywa: dziewior, dziewiesz, synowiec, jontrew, ¶wiekr, ¶wiekra, wnêk, wnêka. Potem funkcje Rodziny: prokreacyjna, wychowawcza, kulturalna, materialna… Ws³uchiwa³em siê w jego monotonny, nudny g³os, który by³ ciekawy – jak to mi Ojciec powtarza³, kiedy twierdzi³em, ¿e nie przepadam za tym przedmiotem, ¿e pan mnie nudzi (mówi³em to, kiedy pierwszy raz zw±tpi³em). Ojciec powiedzia³ mi wtedy, ¿e g³os pana Belfra wcale nie mo¿e byæ nudny, bo kiedy wiedzy o spo³eczeñstwie siê nauczê, to bêdê prawnikiem i bêdê du¿o zarabia³, a zreszt± Nauczyciele nie s± nudni! A skoro Ojciec mój rodzony tak powiedzia³, g³owa Rodziny, osoba dojrza³a z baga¿em do¶wiadczeñ, nie taki m³okos jak ja, to musia³o byæ to Prawd±, tak¿e by³ g³os pana Belfra ciekawy.
I ws³uchiwa³em siê w jego g³os, który zlewa³ siê w rytmiczny be³kot, usypiaj±c± mantrê, choæ wci±¿ ciekaw±. Bicie serca siê uspakaja³o, nie trz±s³em siê ju¿, nie czu³em tak wielkiego strachu. Powieki moje stawa³y siê ciê¿kie, wygl±da³em od czasu do czasu przez okno, by nie zasn±æ. Nie notowa³em. Wodzi³em wzrokiem po sali: ¶ciany wirowa³y i zamienia³y siê w wiêzienne mury; kremowa farba emulsyjna zamieni³a siê w zielon±, szary tynk w jeszcze bardziej szary i jeszcze bardziej odpadaj±cy. Sufit przecieka³, klej±ce siê pod³ogi pozosta³y bez zmian. Wokó³ mnie wszyscy ziewali, ciekawy g³os pana Belfra wydawa³ mi siê coraz bardziej monotonny, senna atmosfera, spowodowana przez jakiego¶ Szatana, te¿ mnie usypia³a…
Le¿a³em na niewygodnej pryczy. Przez okno widzia³em tylko kawa³ek korony drzewa i b³êkitne, prawie bezchmurne niebo. ¦wie¿e powietrze na zewn±trz pewnie pachnia³o kwiatami; tutaj, w ¶rodku, ¶mierdzia³o zgnilizn±, brudem, potem. Chcia³em wyj¶æ wydostaæ siê na zewn±trz, rozebraæ siê do naga i biegaæ po zroszonej trawie, s³uchaæ ¶wiergotu ptaków. Czas jak gdyby siê zatrzyma³, spojrza³em na wskazówki zegara; sta³y nieruchomo, tylko ta od sekund porusza³a siê, ale wolniej ni¿ zwykle – ociê¿ale i bez chêci, te¿ by³a znu¿ona. Dzieñ trwa³ miesi±cami, a miesi±ce latami.
Od rana do po³udnia le¿ê na pryczy i patrzê na niebo albo w sufit, na ¶ciany, brudny zlew, na kapi±c± z zepsutego kranu wodê. Czasami, za oknem, pada i s± b³yskawice. Wtedy nie jest tak nudno, mo¿na wyobraziæ sobie, ¿e na morzu jest sztorm, ¿e dzieci biegaj± po ka³u¿ach, albo ¿e ma³e dziewczynki chowaj± siê pod pierzyn± ze strachu. Zazwyczaj jednak mam ochotê strzeliæ sobie w ³eb.
Le¿ê i le¿ê, czas leci wolniej, smród jest intensywniejszy, le¿ê, czekam na wyj¶cie, czas siê zatrzymuje, le¿ê, chodzê po celi – piêæ kroków w stronê drzwi, piêæ do okna, trzy od ¶ciany do ¶ciany, le¿ê. Nie jest ani ch³odno, ani ciep³o, ani duszno, ani wilgotno, ani przyjemnie, ani okropnie. Jest nijak, jest nudno, jest monotonnie. Gdyby przynajmniej kazali nam pracowaæ; mogliby¶my od¶nie¿aæ drogi, malowaæ ulice, myæ latarnie, sygnalizacje, kopaæ rowy, sprz±taæ, robiæ co¶ zwi±zanego z naszym zawodem – obojêtnie. Gdyby¶my przynajmniej mogli zarabiaæ na nasze utrzymanie, ¿eby mieæ ¶wiadomo¶æ, ¿e sami mo¿emy na siebie zapracowaæ, ¿e potrafimy sami sobie poradziæ i nie obarczamy podatników swoim jestestwem. Woleliby¶my, ¿eby pieni±dze z bud¿etu sz³y na sierociñce, na szpitale, turystykê, na szko³y, a nie na nas! By³oby nam ³atwiej trwaæ tutaj te kilka lat. Mieliby¶my ¶wiadomo¶æ, ¿e nie jeste¶my paso¿ytami, nie gniliby¶my tak jak teraz z nudów i z bezwarto¶ciowo¶ci. Rozk³adamy siê. Mam coraz wiêksze problemy z podniesieniem siê, z chodzeniem; nasze miê¶nie zastygaj±, obumieraj±. Nasze oczy nas bol±. Gnijemy. Widzimy nasz rozpad, jak ka¿dego dnia jeste¶my mniejsi, bardziej sflaczali, zgnici. Poza siedzeniem na pryczy ka¿± nam ogl±daæ telewizjê. Ju¿ nie mogê! Wci±¿ g³upie filmy o mordobiciu, wiadomo¶ci, transmisje z sejmu. ¬le mi siê robi od patrzenia na tych polityków-idiotów! Nic nie robi±, ³aduj± nam coraz wiêcej, mêcz± nas nud± i telewizj±, nie pozwalaj± pracowaæ…
To straszne!
Przyznajê! Ca³e ¿ycie by³em kryminalist±! Ale to za sroga kara, zlitujcie siê, dajcie mi popracowaæ, nie mêczcie mnie idiotycznymi serialami w telewizji, meczami pi³karskimi, konkursami tele-audio… Ka¿dy film pornograficzny znam na pamiêæ… Ju¿ nie mogê! Nie mam si³, to jest gorsze od ¶redniowiecznych metod; gorsze od ³amania ko³em, od zamykania w naszpikowanym kolcami sarkofagu, od kapania wody na g³owê… Nuda jest nie do wytrzymania, dajcie mi popracowaæ! Nie mogê ju¿ nawet spaæ, mój organizm potrzebuje zmêczenia. Chcia³bym biegaæ, zajmowaæ siê czym¶, pragnê siê mêczyæ – fizycznie! Nie mam ju¿ snów, tylko marzenie: podnie¶æ siê z pryczy i wyj¶æ na zewn±trz, opu¶ciæ tê celê, popracowaæ – – –
I nagle oprzytomnia³em! Och! Jak mog³em? Co za Szatan pokusi³ mnie do tego grzechu, do zdrady? Ojca swego zdradzi³em, Boga i pana Belfra, Szko³ê zdradzi³em! Jak mog³em zasn±æ na lekcji, na niezwykle ciekawym wyk³adzie pana Belfra? Jak ja mog³em o czym innym my¶leæ?
Wzbiera³o siê co¶ we mnie, zaraz wybuchnê, my¶la³em, zaraz siê znów rozp³aczê! Wiêc gdy dzwonek zadzwoni³ wsta³em, szybko, ale spokojnie, jakby nigdy nic nie zasz³o, jakbym s³ucha³ ca³± lekcjê, ¿eby nikt siê nie dowiedzia³, co z³ego zrobi³em, bo autorytet i zaufanie…
Uk³oni³em siê serdecznie panu Belfrowi, on odwzajemni³ uk³on, u¶miechn±³ siê u¶miechem dobrym, pe³nym szacunku, i jeszcze gorzej siê poczu³em, bo przecie¿ zdradzi³em go przed momentem – jego najlepszy uczeñ go zdradzi³. By³em Judaszem, Krzysztofo Prawyem Cezara! Chcia³em wzrokiem uciekaæ, bo nie mog³em dobrego spojrzenia pana Belfra wytrzymaæ, ale co Ojciec by powiedzia³? Jak ludzie by na mnie patrzyli! Tak¿e wiêc siê u¶miechn±³em, choæ serce mi siê kraja³o, raz jeszcze kiwn±³em g³ow± i dopiero wyszed³em z sali.
G³owê moj± zaprz±ta³y niedobre my¶li: pozwoli³em sobie na nies³uchanie pana Belfra. Mój ¶wiatopogl±d zaczyna³ sw± agoniê. Warto¶ci, dla których ¿y³em zaczê³y walczyæ z moim sumieniem, zacz±³em w±tpiæ, czy one rzeczywi¶cie s± warto¶ciami. Dlatego od wyj¶cia ze Szko³y mia³em jeden cel: Spowied¼ ¦wiêta. Musia³em oczy¶ciæ swoj± grzeszn± Duszê!
Pchn±³em mocne, wielkie ¿elazne drzwi ¶wi±tyni i wszed³em do ¶rodka, do wielkiej, ch³odnej i mrocznej sali, gdzie panowa³a prawie idealna cisza, niezwykle przyjemna, dzia³aj±ca jak balsam po kilku godzinach spêdzonych w Szkole i drodze przez zat³oczone miasto, w którym zgie³k nigdy nie milknie. Stwierdzi³em, ¿e uwielbiam ko¶cio³y, ale puste i ciche, choæ zat³oczone, ma Mszy ¦wiêtej, te¿ muszê kochaæ, bo taki mam obowi±zek jako Katolik, jak mi Rodzice powtarzaj±. Jednak te puste kocham w inny sposób, taki szczery, choæ tamta mi³o¶æ te¿ jest szczera, bo mam taki obowi±zek, ale ta jest szczerze szczera, z serca, nie szczera z obowi±zku. Uwielbiam siedzieæ w cichym ko¶ciele, wyrzuciæ wszystkie my¶li z g³owy i byæ chwile poza ¶wiatem, sam ze sob±, jak w kiblu, gdzie serce moje bije spokojnie, gdzie mój p³acz zostaje niezauwa¿ony.
Pokropi³em czo³o Wod± ¦wiêcon± i zrobi³em znak Krzy¿a. Krople Wody zaczê³y syczeæ i gotowaæ siê na mym ciele – to mój grzech, to Szatan siê parzy³, ten który mnie usypia³, który kaza³ siê buntowaæ przeciwko panu Belfrowi i stawaæ po stronie faszysty! – my¶la³em. Ze ¶cian spogl±da³y na mnie ponure twarze ¶wiêtych, z³ote pos±gi, srebrny Jezus z Krzy¿a, a ja posuwa³em siê do konfesjona³u, krokiem skazañca, gdzie siedzia³ Ksi±dz Spowiednik.
Pad³em na klêczki, Ksi±dz zrobi³ znak Krzy¿a. Zacz±³em Spowied¼ ¦wiêt±: powiedzia³em, ¿e jestem grzesznikiem, ¿e nie spowiada³em siê od dwóch tygodni. Ksi±dz Spowiednik – Ojciec Tadeusz Borowyk – to m±dry i dobry Ksi±dz, tak¿e Patriota. Te¿ kocha Ojczyznê, prawie jak samego Boga. Zapyta³ mnie ciep³ym g³osem, z jakimi grzechami przyszed³em, có¿ takiego uczyni³em.
Z pokor± i z skruch± wyzna³em moje grzechy: Zw±tpi³em Ojcze Duchowy w Ojczyznê i w Boga, mojego Ojca zdradzi³em, podwa¿y³em ¦wiêt± Prawdê, ¿e Szko³a uczy, ¿e w Szkole jest ¯ycie i ¯yciem jest Szko³a, na lekcji uwa¿aæ przesta³em, my¶lami wybieg³em z sali i blu¼ni³em na nasze nieskazitelne Prawo, zmian w my¶lach chcia³em i poprawek, twierdziæ ¶mia³em, ¿e Prawo nie jest idealne, ¿e jakie¶ uchybienia ma… Nie wszystko to jednak: nie wiedzia³em czy pomagaæ koledze, czy pozwoliæ, ¿eby Nauczyciel szydzi³ z niego.
Ojciec Tadeusz uspokoi³ mnie: Nie tak szybko, zaczekaj. ¬le, ¿e Ojca swego zdradzi³e¶ i Ojczyznê, ¿e na lekcji nie uwa¿a³e¶, bo Nauka dla Narodu i Boga jest. Nie mo¿e byæ ¯ycia innego jak Szko³a uczy, bo przecie¿ Szko³a nie mo¿e k³amaæ, a skoro Szko³a nie k³amie, to i Nauczyciel nie k³amie. A jak Nauczyciel beszta ucznia, to w dobrej intencji to robi, wiêc po jego stronie byæ trzeba.
I znów mnie w±tpliwo¶æ dopad³a, bo czy Nauczyciel, cz³owiek, cz³owieka ma prawo besztaæ? Ale Ojciec Tadeusz podchwyci³ zrazu moje zw±tpienie i rzek³: Nie mo¿esz znów w±tpiæ, masz wierzyæ: Ojcu swemu, Nauczycielowi, Ksiêdzu. Ka¿dy, kto starszy, ma racjê, chyba, ¿e ¯yd to albo Niemiec, albo inni ateista czy peda³. Ale je¶li Nauczycielem jest, Katolikiem rzecz jasna, Ojcem albo Ksiêdzem, ma racjê, bo to ludzie m±drzy, i im siê nale¿y szacunek. A kim jest Fryderyk? To nic niewarte stworzenie, m³okos, nikt, nic, ¶cierwo, ma³e ogniwo, nieistotne. S³uchaj tych, którzy maj± wiedzê, a nie cherlawych ch³opców.
Raz jeszcze pewno¶ci nie mia³em, ale przecie¿ to Ksi±dz, to duchowny, on nie móg³by siê pomyliæ. Jestem grzesznikiem i z³ym cz³owiekiem, niesprawiedliwym dla Ojczyzny, która mnie ubiera, karmi i kszta³ci. Do¶æ zdrady, do¶æ pow±tpiewania!
Ojciec Tadeusz u¶miechn±³ siê: A widzisz? Dobrze teraz prawisz, teraz m±dro¶æ, a nie bunt, okazujesz. Ojczyznê kochaj, nie pozwól, aby poganie siê tu osiedlali, peda³y zawszone i inne robactwo! Rzesza dla Narodu! ¦wiat dla Katolików! Bo tylko jeden jest Bóg, którego kochaæ ca³ym sercem warto, za którego umrzeæ to przywilej, który siedzi wysoko na Niebiosach i raduje siê, ¿e s± ludzie, którzy go kochaj±. Bóg, którego ³echc± modlitwy i ¶piewy ludzi, który w³a¶nie ludzi, a konkretniej Katolików wybra³, aby ich pokochaæ i zbawiæ. Bóg Dobry i Mi³osierny, Bóg Katolik!

źródło:

http://www.portalliteracki.pl

Oceń informacje:

Aktualna ocena::

3

Wyślij odnośnik znajomym::

Tags:

Dwa />Opowiadanie Fabryce Nie ¿e />Dlatego />Nie ¿e ¿e (sic!) /> /> />"Pogardzam ¿e Johnson, „ostatnim />Mario Vargas Llosa /> /> /> />Odezwa³ Fryderyk, Wsta³ ³apami, Hitler, ¿e ¿e Niemcy ¿e ¿e ¯e Boga />Ka¿dy ów Niemczech, Berlinie, ¿eby (dziewczynki Donald’s, ¶mierdz±ce Z³apa³o JUDE RAUS! SVEN ICH LIEBE DICH), Nie Ojczy¼nie. />Ani ¶wieci³o Stali¶my ¿ebraków Boga Macha³y Naród. Kloszardzi ¶cian± Jaki¶ />Ju¿ Sodomy Gomory, Stan±³ Podci±gn±³ ¿ó³tymi W³osy ¶liskim Vokuhila, Wreszcie „Rodacy?”, Ojczysty Krew ¿y³ach Nikt Niemiec! Zdrajcy, Naród „Mówcie Ojczystym. Czemu Nie Brata, Rodaka? Id¼cie Razem Niemcami! Pieniêdzy Poszed³ ¿e Niemcy Rodaków />Jeden Burdel, ¶wiata, ¿ydów Brudny, Boga />– Fryderyk Narodowym Liceum Humanistycznym. Niemcy ¶wiecie, ¯ydów, ¿e ¿e Niemcy (sic!), Niemcy, ¯ydom Rodacy, ¯ydów, Europê, (zaakcentowa³ By³o />– Fryderyk ¿e Niemcy! />– Ale Niemców Razem Armi± Czerwon± Ile Mazur, ¦l±ska, Pomorza Zachodniego! Ile Wilhelmie Gustlofie! Rodziny, ¿e S±siad Tylko Rodacy? Nienawidz± Niemców, Hitlera, SS, Niemców, />– Przecie¿ Niemcy ¼li! Oni Drug± Wojnê ¦wiatow±! Ojczyzny Ojczyzna, Matka Musia³em Fryderykowi Naród Jednak Fryderyka, ¿ycie, Ojczy¼nie, Patriot±. ¿e ¶wieciæ ¿e Naród, ¿e Prawda Cnot±, Narodu Prawd±, Prawd± Prawdzie Bóg, Bóg, Narodu, Narodu, Narodem Matka Boska Naród (Podobno ¯ydzi Ksiê¿a Nauczyciele, Kontynuowa³em Fryderyka, Cnot± Narodu, />– Rosjan, ¿e Rosjan, Stalina, Wielk± Trójcê, Ja³cie. />– Rosjanie ¿±da³a Rodaków Narodu. Rosjanie Zwi±zku Radzieckim, Ojczyzny, ¿o³nierze Armii Czerwonej ¿±daj±c Fryderyka! ¿e Niemczech Rosji ¿yj± LUDZIE (krzycza³ ³awki, Ludzie, ¿e ¿e ¿e ¿e ¿e Nikt Patriotów, />– Niech Kiedy />(Ju¿ ¿e ¯e Nie ¿e />– Czym Fryderyk Czym Czy Który Rodak Kultur±? Ju¿ Krew? Narodu Nasi ¿adnego Niemca, Rosjanina, />- G³upi Hañbisz Flagê, Ojczyznê Naród, Tradycjê Historiê! Musia³em ³adnie, Bóg, Honor, Ojczyzna! Fryderyka, „Precz Nauczyciel Or³a ¶cianie. Patrzy³ ¿e ¿e ¿e Ale Ojcu, Rodzinie. Nie Kontynuowa³em, Fryderyk Szatan Szatan Fryderyka, />Ale Szatan Fryderyk? Czy ¿eby Krzysztofo Prawy ¿e Czy Nie ¿e Szatan ¯e „kolegów” ¿e />Wszyscy ¶miechem, Agatka, ¶miechu ³zy ¶miechu Fryderyk ³zy ¶miejê, Fryderyk Szatan. />Krzycz±, ¿ebym Nie Patriot± Mówiê: Nie ¿e Szatan. Blednê ¿eby ¿e ¿e />Krzysztof Prawy Klasa Krzysztof Prawy Potem Krzysztofem, Agatka „p³ytkim „penis”. Dziewczêta, Nauczycielkami, Szko³y, Potem Fryderyk, ³±czy Krzysztofa Prawya, Agatk± Fryderyk, ¿adnego Ró¿nimy ¿e ¿e />Idê Siadam ¶cianê, ¶rodkami />Siedz±c Nie Naród. Nie ¿e Nikt ¿e ¿e />Ale ¿eby ¿e Fryderyk Przez ¶miechem, Jakie Jak Jak Jak ¶ciany, Jak Ch³opak Tak ¿e ¿enuj±ce. Mo¿e Nie, ¿ycia, Niech />Przecie¿ Szatan, Fryderyk /> />Technicznie Fryderykiem. Jednak Pasywno¶æ Mog³em Do¶æ, Ale Rodzina ¿e Mówi³a, ¿e Wszyscy Rodzina; Nauczyciele, Ksiê¿a />A Szatan. Fryderyk, ¿al. Chcê Nie B±d¼ Jeste¶ />Zadzwoni³ Fryderyka Fryderyk Ale ¿adnych Chcieli Nie ³amanie />Pan Belfer Przyspieszy³em ¿eby Belfer Uczy³ />Pan Belfer, Patriota Nauczyciel, Szatan />Zaraz Belfer Kiedy Fryderyka, Stan±³ Fryderyk Fryderyk Narodowe />Pan Belfer ³ypa³ Spostrzec ¿e Fryderyk Belfer Trudne Cholernie Fryderyku?… Wstañ, Belfrem Tak, Fryderyku, Fryderyk Tak Najgorsze ¶winie… Wszyscy Prusacy, Niemcy, Fryderyk, Wielkiego Elektora Wilhelma Fryderyka, Pomorze Zachodnie Prusy Ojczyzny! Potem Fryderyk Drugi Wielki, Narodu! Wszyscy Fryderykami: Schelling, Schlegel, Schiller…, Bismarck, Otto, Fryderykiem! Weimarskiej Republiki Fryderykiem! Belfer ¿e¶ Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego? Trzeci± Rzeszê! Zamilk³ ¿arem Czwart± Rzeszê, Jak, Fryderyku, Belfer. Fryderyk Pan Belfer />Bzdury ¶miechem, ¿al. Klasa ¿±da³a Belfer ¶miechu ¶miechu Twarze „kolegów” ³ez. Trzymali Fryderyka ³awkach. ¿e ¿e ¶miechem />Zwierzêce „kolegów” Skakali ³awkach, Belfer, />Ja Obywatel Patriota, Narodu, ¿e Ale Lucyfera, Nie Fryderyka, Nauczyciel Ponadto Zreszt±, Rodzicach, Ale Zamienia³ ¿ywio³, Klasa Jerycha, Si³a, />Znów ¿±dali Fryderyka. />I Belfer By³o ¿e Lucyfera, Przed />A Belfer Temat „Rodzina, Dyktowa³ ¶wiekr, ¶wiekra, Potem Rodziny: Ws³uchiwa³em Ojciec ¿e ¿e (mówi³em Ojciec ¿e Belfra Nauczyciele Ojciec Rodziny, Prawd±, Belfra />I Bicie Powieki Nie Wodzi³em ¶ciany Sufit Wokó³ Belfra Szatana, />Le¿a³em Przez ¦wie¿e ¶rodku, ¶mierdzia³o Chcia³em ¶wiergotu Czas Dzieñ />Od ¶ciany, Czasami, Wtedy ¿e ¿e ¿e Zazwyczaj ³eb. />Le¿ê ¶ciany ¶ciany, Nie Jest Gdyby Gdyby¶my ¿eby ¶wiadomo¶æ, ¿e ¿e Woleliby¶my, ¿eby By³oby ³atwiej Mieliby¶my ¶wiadomo¶æ, ¿e Rozk³adamy Mam Nasze Gnijemy. Widzimy Poza Ju¿ Wci±¿ ¬le Nic ³aduj± />To />Przyznajê! Ca³e ¿ycie Ale Ka¿dy Ju¿ Nie ¶redniowiecznych ³amania Nuda Nie Chcia³bym Nie />I Och! Jak Szatan Ojca Boga Belfra, Szko³ê Jak Belfra? Jak />Wzbiera³o Wiêc ¿eby />Uk³oni³em Belfrowi, By³em Judaszem, Krzysztofo Prawyem Cezara! Chcia³em Belfra Ojciec Jak Tak¿e />G³owê Belfra. Mój ¶wiatopogl±d Warto¶ci, ¿y³em Dlatego Szko³y Spowied¼ ¦wiêta. Musia³em Duszê! />Pchn±³em ¿elazne ¶wi±tyni ¶rodka, Szkole Stwierdzi³em, ¿e Mszy ¦wiêtej, Katolik, Rodzice Jednak Uwielbiam ¶wiatem, />Pokropi³em Wod± ¦wiêcon± Krzy¿a. Krople Wody Szatan Belfrowi ¶cian ¶wiêtych, Jezus Krzy¿a, Ksi±dz Spowiednik. />Pad³em Ksi±dz Krzy¿a. Zacz±³em Spowied¼ ¦wiêt±: ¿e ¿e Ksi±dz Spowiednik Ojciec Tadeusz Borowyk Ksi±dz, Patriota. Te¿ Ojczyznê, Boga. Zapyta³ />Z Zw±tpi³em Ojcze Duchowy Ojczyznê Boga, Ojca ¦wiêt± Prawdê, ¿e Szko³a ¿e Szkole ¯ycie ¯yciem Szko³a, Prawo, ¶mia³em, ¿e Prawo ¿e Nie ¿eby Nauczyciel />Ojciec Tadeusz Nie ¬le, ¿e Ojca Ojczyznê, ¿e Nauka Narodu Boga Nie ¯ycia Szko³a Szko³a Szko³a Nauczyciel Nauczyciel />I Nauczyciel, Ale Ojciec Tadeusz Nie Ojcu Nauczycielowi, Ksiêdzu. Ka¿dy, ¿e ¯yd Niemiec, Ale Nauczycielem Katolikiem Ojcem Ksiêdzem, Fryderyk? ¶cierwo, S³uchaj />Raz Ksi±dz, Jestem Ojczyzny, Do¶æ />Ojciec Tadeusz Dobrze Ojczyznê Rzesza Narodu! ¦wiat Katolików! Bóg, Niebiosach ¿e Bóg, ³echc± ¶piewy Katolików Bóg Dobry Mi³osierny, Bóg Katolik!

Komentarze::


Dodaj komentarz

Twój podpis:
Twój komentarz
adres WWW:
Aby dodać komentarz należy wypełnić pola komentarz i podpis.
Twój komentarz zostanie wyemitowany po zatwierdzeniu jego treści przez moderatora.


Powiązane wiadomosci