24 godziny temu
Wszystko jest tutaj dziewicze i tylkojednorazowe. A jak nie jest dziewicze, to nie jest w ogóle. Dziewicze chusteczki, dziewicze ig³y, dziewicze plastry i dziewicze foliowe kapcie. Dziewicze my¶li, nadzieje i z³o¶liwo¶ci. Tylko wielorazowe p³ótna nigdy nie dziewicze. Z ka¿dym dniem bledsze i cieñsze, ale nigdy nie bielsze, ani czystsze.
Nikt z nas nie wiedzia³ do koñca, czego spodziewamy siê na koñcu naszego skrupulatnego badania. Byli¶my celem samym w sobie. Przemierzali¶my ¶wiat, biblioteki i laboratoria w poszukiwaniu czego¶ Nowego, co nasyci zmys³y i dusze, zamiast wype³niaæ kieszenie i ¿o³±dki. Ka¿dy z nas by³ bezu¿yteczny dla spo³eczeñstwa w ten czy inny sposób. W¶ród nas byli teologowie, filolodzy, archeolodzy, a nawet matematycy. W pojedynkê mogli¶my zostaæ najwy¿ej lwami salonowymi swoich ciasnych gabinetów. Za to razem! O tak, stanowili¶my si³ê nieobliczaln±, z któr±, notabene, mali i wielcy zaczêli siê liczyæ.
Zaczêli¶my coraz czê¶ciej wystêpowaæ na ok³adkach czasopism popularnonaukowych. Solo albo ca³± grup±. Razem z naszymi, w±tpliwej jako¶ci, wizerunkami, pod strzechy gawiedzi trafia³y doniesienia o najnowszych odkryciach grupy. „Znamy miejsce pochówku Trzech Króli!”, „Proca Dawida odnaleziona!”, „Kolumb by³ polskiego pochodzenia!”- wrzeszcza³y ko¶lawo z³o¿one nag³ówki. W dobie wszechobecnej politechnizacji, informacje z naukowych brukowców rozesz³y siê po ¶wiecie szybciej, ni¿ alkohol bez akcyzy w krajach skandynawskich. Sieæ kipia³a i ocieka³a od wstrz±saj±cych odkryæ, a my¶my liczyli zyski. Liczyli¶my zyski udzielonych wywiadów, porad, rekomendacji, akredytacji czy praw autorskich.
Zaczê³o siê jak w bajce. Na pocz±tku by³ proppowski „brak”. Wszyscy mieli¶my do¶æ pracy za stawki oscyluj±ce w zakresie zasi³ku dla bezrobotnych. ¯aden z nas nie otrzyma³ grantu ani zlecenia na badania. Dawni koledzy, którzy nie zostali na doktoratach, wytykali nas na ulicach palcami i mówili dzieciom: „Ach jak¿e nisko mo¿e upa¶æ cz³owiek!”. Stoj±c u podstawy ³añcucha pokarmowego lokalnej spo³eczno¶ci, musieli¶my przedsiêwzi±æ ¶rodki zaradcze. Przyszed³ czas na podró¿.
Rozwozili¶my pizzê, przycinali¶my trawniki, uczyli¶my dzieci, myli¶my starców, pilnowali¶my owiec, pracowali¶my na platformach, sprzedawali¶my kebab, zmywali¶my, strzygli¶my, sprz±tali¶my. Stop. Wybitny polski filozof zmar³ na zawa³ serca w londyñskiej restauracji. Stop. Wszyscy wracamy. Stop. We¼cie ze sob± kwiaty i ksi±¿ki. Stop. Tak siê nie da ¿yæ. Stop.
Ka¿dy z nas wiedzia³, ¿e nasze cia³a, wysuszone w bibliotekach i zakonserwowane w ciasnych audytoriach, nie mia³y szans w starciu z 12-godzinnym dniem pracy. Strach by³ naszym pracodawc±, brygadzist±, podw³adnym i klientem. Przynajmniej utrzymywali¶my pogardê i szyderstwo poza rynkiem pracy. Wiedzieli¶my, ¿e wkrótce musi doj¶æ do spotkania i zmiany losu.
Pos³añcem okaza³ siê jeden z dziennikarzy polonijnych gazet. Widocznie zabrak³o mu materia³u do nastêpnego wydania, a losy wszystkich ambitnych budowlañców zosta³y opisane ju¿ miesi±c temu. Zapyta³ mnie o to, dyskretnie przemilcza³ tamto. Gdzie jest lepiej? Czy nie marzy Pan o powrocie na ojczyzny ³ono? Lubi Pan tutejsz± kuchniê? Czy rozwija Pan swoje zainteresowania naukowe równie¿ za granic±? Odpowiedzia³em ironicznie:
„Jestem bardzo zadowolony z mojego obecnego stanu. Pracujê niewiele, a zdobyte ¶rodki pozwalaj± mi na prowadzenie w³asnych, niezale¿nych badañ. Jak do tej pory uda³o mi siê odnale¼æ prawdopodobne miejsce przechowywania ¦wiêtego Graala. Obecnie zajmuje siê poszukiwaniem grobowca Trzech Króli.”
Dziennikarz podziêkowa³ za wywiad. Chyba tylko dlatego, ¿e by³ dobrze wychowany.
Nazajutrz porzuci³em moj± pracê w sma¿alni frytek i zaj±³em siê udzielaniem wywiadów. Przed moim kawa³kiem sutereny, zamiast bezdomnych i bezpañskich psów, k³êbili siê reporta¿y¶ci, pseudojady i zmiennokroki. Ka¿dy chcia³ uszczkn±æ kawa³ek mojej osobowo¶ci, ¿eby j± prze¿uæ, przetrawiæ i z niej zbudowaæ nowe spo³eczeñstwo. Ka¿dy z nieudaczników, który nie zdoby³ praktycznego zawodu, chcia³ mnie najpierw zasypaæ gradem pytañ, by móc spokojnie konsumowaæ moje my¶li i cia³o.
Jak to siê sta³o, ¿e ambasada nie wspar³a tak wybitnego naukowca? Czy mo¿e pan zdradziæ s³uchaczom, gdzie znajduj± siê cenne relikwie? Czy nasz kraj bêdzie mia³ pierwszeñstwo w pozyskaniu artefaktów? Czy by³by Pan w stanie przedstawiæ wyniki swoich badañ na nadchodz±cej konferencji? - Powietrze sycza³o i pulsowa³o od z³amanych niegdy¶ ambicji i dziecinnych marzeñ o karierze.
Pomys³ by³ genialny w swojej prostocie. Wstrzyma³em siê od komentarzy. Zadzwoni³em do rozproszonych po ¶wiecie kolegów i zapyta³em o ich najbardziej oderwane od rzeczywisto¶ci publikacje. Tak powsta³ nasz pierwszy raport o zaginionych artefaktach. W nied³ugim czasie do ¦wiêtego Graala, procy Dawida i grobowca Trzech Króli do³±czy³y: pióra ze skrzyde³ Ikara, szczebel z drabiny Jakubowej, mata modlitewna Mahometa, trap z Arki Noego czy miecz u¿ywany przez Barabasza. Nasz± prac± kierowa³y dwie ¶redniowieczne zasady:
1. Ka¿de miasto musi posiadaæ ¶wiête relikwie.
2. Kara spadnie na nas dopiero po szalonym czasie karnawa³u.
Wraz z odczytami, wyk³adami i publikacjami, na naszych kontach przybywa³o zer. Razem z kolejnymi zerami, w „prawdziwych” czasopismach bran¿owych, pojawia³a siê masa artyku³ów krytycznie nastawionych do naszych odkryæ. Nie szczêdzono lito¶ci dla metodologii, ¼róde³ i b³êdów logicznych. Udowadniano k³amstwa i manipulacjê danymi. Gro¿ono s±dami, nawo³ywano do moralno¶ci i kodeksu etycznego.
Nasze szczê¶cie, ¿e nak³ad czasopism tego rodzaju ogranicza³ siê do kilku tysiêcy niekolorowych egzemplarzy. Suczki jednodniowe omija³y te pozycje szerokim ³ukiem, a ich prorocy, pseudojady i zmiennokroki, zajêci byli powielaniem informacji o odkryciach naszego zespo³u.
Nasz proces badawczy nabiera³ tempa. Jedna po drugiej, pada³y u naszych stóp antyczne tajemnice i mityczne historie. Rozwik³ali¶my zagadkê Atlantydy, mogli¶my pokazaæ ¶wiatu fragment grzywy konia trojañskiego, a puszka Pandory czeka³a na swoje miejsce w muzeum. Czytelnicy na ca³ym ¶wiecie oczekiwali nowo¶ci. Palet informacji, które wype³ni³yby sensem magazyny ich dusz. Suczki jednodniowe oczekiwa³y pasji, którym mog³yby siê oddawaæ d³u¿ej, ni¿ dwadzie¶cia i cztery godziny. Zmiennokroki czeka³y na impuls, który nada ich pracy nowy wymiar. Co¶, co wype³ni ich pust± skorupê. która utrzymuj±c wewn±trz niezliczone fakty, sama nie mog³a nimi przesi±kn±æ. Znudzeni religiami i sektami, niezaspokojeni uczuciowo, odrzuceni przez kulturê filmow± i muzykê popularn±. Ka¿dy mia³ swoj± galaktykê frustracji w mikrokosmosie mia³ko¶ci. Wszyscy pytali, a nasza praca mia³a byæ odpowiedzi±.
Niestety, jedyne, co mogli¶my ofiarowaæ wyg³odnia³emu t³umowi, to chleb k³amstwa i igrzyska pró¿no¶ci. Podejmowali¶my wyprawy, spêdzali¶my czas w bibliotekach (do których dostêpu nie zabronili nam zajadli recenzenci), a mimo to nasza rola ogranicza³a siê do roli zepsutej kserokopiarki. Przedstawiali¶my morze faktów w z³ym kolorze, z których ka¿dy móg³ wybraæ co¶ dla siebie. Do czasu.
Zaczê³o siê od rzeczy ma³ej. Rzeczy ma³e, takie jak grupa osi³ków w ciemnej ulicy, roz³adowany akumulator, czy awaria pr±du, w momencie, gdy nie zrobi³e¶ kopii zapasowej, nale¿± do Boga. Szatan zajmuje siê du¿ymi ¶wiñstwami. Mo¿e w³a¶nie dlatego ¶wiat zmierza do piek³a. W ka¿dym razie, zostali¶my poproszeni o zbadanie systemu jaskiñ na dalekim wchodzie. Ka¿demu, kto do nich wchodzi³, pisane by³o nie zobaczyæ s³oñca. Ludzie, wiedzeni ciekawo¶ci±, wchodzili w miejsca ciemne i niedostêpne od zarania dziejów. Z regu³y wej¶cie do systemu korytarzy by³o du¿o ³atwiejsze, ni¿ ich opuszczenie. Ot, ca³a tajemnica! Gdyby nie brak pomys³ów, prawdopodobnie zostawili¶my tê sprawê domoros³ym alpinistom czy nieudanym kaznodziejom. Spakowali¶my siebie, wyæwiczon± grupê speleologów i po paru godzinach lotu naszym oczom ukaza³a siê wymieniona w podaniach ludowych jama.
Ca³a ekipa by³a podekscytowana i nazajutrz zabrali¶my siê do pracy. Przemierzali¶my zab³ocone groty i w±ski szczeliny, schodz±c g³êbiej i g³êbiej w ciemno¶æ. Ku naszemu zdziwieniu, w pierwszych komnatach nie uda³o nam siê znale¼æ ¿adnych ludzkich szcz±tków. Najwidoczniej zwierzêta zawlek³y je gdzie¶ dalej, jako smako³yk zachowany na czas suszy lub g³odu. Posuwaj±c siê wzd³u¿ ¶cian, trafiali¶my na ryty naskalne, a nawet prymitywne malowid³a. Mijali¶my podziemne jeziora pe³ne ¶lepych stworzeñ, olbrzymie hale naje¿one stalagmitami, bry³y lodu sprzed tysiêcy lat.
Poniek±d mieli¶my wracaæ. Poniek±d nic nie mog³o zaj¶æ a¿ tak nisko. Poniek±d nasze zmys³y powinny nas ok³amywaæ. To na pewno ¿ywno¶æ liofilizowana i s³abo filtrowana woda przywodzi³y na my¶l pieczonego kurczaka. Poniek±d mog³o nam siê wszystkim wydawaæ, ¿e czujemy i widzimy to samo. Poniek±d pisali¶my o tym artyku³y. Mo¿na oszukiwaæ bezimienny papier, ale ciê¿ko sprzedaæ kilogram k³amstwa w³asnej g³owie. Ruszyli¶my przed siebie, w kierunku zapachu pieczonego miêsa.
Na miejscu zapach by³ znacznie silniejszy. Mo¿e s±czy³ siê ze spalonego cia³a, które nie zd±¿y³o jeszcze na dobre zgniæ. Mo¿e to ko¶ci, z których p³atami odchodzi³o zwêglone miêso. Mo¿e to ziemia przesi±kniêta litrami ciep³ego t³uszczu nie by³a ju¿ w stanie wch³aniaæ szcz±tków. Tu i ówdzie wala³y siê buty nale¿±ce do przedstawicieli ró¿nych klas spo³ecznych. Wiotkie sanda³y, profesjonalne buty turystyczne, a nawet para szpilek. Wszêdzie le¿a³y spalone szcz±tki tych, którzy kiedy¶ nazywali siebie lud¼mi. Dzisiaj nie byli nawet w stanie wzbudziæ apetytu padlino¿erców.
Ugiê³y siê pode mn± nogi, a tre¶æ ¿o³±dka, nie mog±c uwierzyæ moim oczom, zapragnê³a te¿ ogl±daæ horror. Poprosi³em towarzyszy, ¿eby dali mi chwilê, a sami badali tê parszyw± jamê. W ¶wiat³ach ich latarek uda³o mi siê zobaczyæ wyryte niewprawn± rêk± symbole. Czê¶æ uda³o mi siê rozszyfrowaæ. Przedstawia³y p³on±cy krzew, têczê, królewski tron, lecz inne pozostawa³y dla mnie tajemnic±. £ami±c sobie g³owê nad piktogramami, kln±c i szukaj±c chusteczek higienicznych straci³em z oczu pó³downiebowziêtych. Chyba teraz wolno mi tak mówiæ o moich kolegach. Skrêcili do nastêpnej komory albo wyczerpa³y im siê baterie. Przepadli w ciemno¶ciach.
Nie na d³ugo. Nie zd±¿y³em nawet spanikowaæ, kiedy zobaczy³em promieñ jasnego ¶wiat³a. Na pocz±tku my¶la³em, ¿e to latarki, ale jaskinia rozja¶nia³a siê coraz bardziej. Zanim zosta³em kompletnie o¶lepiony, na ¶cianach groty widzia³em cienie biegn±cych kolegów. Potem by³a ju¿ tylko ciemno¶æ. I s³odki zapach kwiatów. Wydawa³o mi siê, ¿e s³yszê ¶piew ptaków, p³yn±c± wodê i bzyczenie pszczó³. Na twarzy czu³em najpierw ciep³o letniego s³oñca, a potem niezno¶ny skwar.
Pierwszym, co zobaczy³em po odzyskaniu wzroku by³y nadpalone cia³a pó³wniebowziêtych. Zapach kwiatów stopniowo ustêpowa³ miejsca woni przypalonego befsztyku. T³usty teolog i m³ody student geografii nie ró¿nili siê od siebie teraz zbytnio. Ka¿de z cia³ skwiercza³o jeszcze kilka minut, a usta wykrzywia³ nieludzki grymas.
Zrezygnowa³em z szukania ¿ywych. Sam by³em dotkliwie poparzony, a droga w górê nie nale¿a³a do naj³atwiejszych. Ograbi³em dogasaj±ce szcz±tki z pozosta³ego, nie stopionego sprzêtu i ruszy³em w drogê powrotn±. Jak dotar³em do miejsca, z którego mog³em wezwaæ pomoc, do dzisiaj pozostaje dla mnie tajemnic±.
Pierwszym, co zobaczy³em po wydostaniu siê z trzewi ziemi by³o siedem krêgów mikrofonów, kamer, dyktafonów, pseudojadów, zmiennokroków, suczek i tubylców. Nosze i karetka czeka³y w oddali, w bezpiecznym miejscu.
Spêdzi³em d³ugie miesi±ce w osamotnieniu. Wszêdzie wita³y mnie rzêdy bia³ych ³ó¿ek, otwarte ramiona i nieszczere u¶miechy. Wszyscy chcieli wiedzieæ. Wêszyli, pytali, zagadywali, g³askali przys³ugami. Ka¿dy chcia³ byæ wybrañcem moich s³ów. Ja jednak nie u¿yczy³em m±dro¶ci pó³wniebowziêtego ¿adnemu z ckliwych defetystów. Ani na chwile nie w±tpi³em, ¿e s± w zmowie i funkcjonuj± tylko po to, ¿eby nasyciæ siê moim k³amstwem. Podskórnie wiedzia³em, ¿e potrzebuj± moich s³ów, niezale¿nie od ich natury. Mog³em powiedzieæ prawdê lub nie. Nie odchodzi³a ich forma. Potrzebowali bezkszta³tnej masy, która nasyci³aby ich mózgi. Zupe³nie tak samo jak supermarkety wype³nia³y ich wnêtrzno¶ci najgorszej jako¶ci jedzeniem, tak ja mia³em utuczyæ ich skarla³e dusze.
Pseudojady i zmiennokroki wêszy³y w nadziei na cienki strzêpek informacji, który mog³yby wydaliæ do ogólno¶wiatowej sieci liter i zdjêæ. Poszukiwa³y z zaciek³o¶ci± m³odych wojskowych, ledwocowypuszczonych na jednodniow± przepustkê do burdelu. Próbowali gwa³ciæ mój spokój swoim sprzêtem nagrywaj±cym i powielaj±cym. Ja, znaj±c jednak umiar i przyzwoito¶æ, zdradza³em swoje sekrety tylko i wy³±cznie dziewiczym prze¶cierad³om i bia³ym rzêdom ³ó¿ek. Nic to, ¿e suczki jednodniowe szala³y w ekstazie innego. Tematu, pasji, czy zainteresowania. Mog³y teraz do woli obdarzaæ mi³o¶ci± gitarzystów rokokowych albo inne projektantki zbrodni. Nic to, ¿e zmiennokroki traci³y zainteresowanie i zmienia³y pracê na tak±, w której "bylibydoceniani i moglirealizowaæsiêtwórczo". Ja i biel trwali¶my.
Medytacjê trójcy, bieli, wielorazowo¶ci i czysto¶ci, przerwa³ jeden cz³owiek. Zamiast fa³szywych s³ów i silnego u¶cisku d³oni mia³ dla mnie aparat. Urz±dzenie pod³±czano mi do skroni, wy³±czono bezpieczniki w budynku, zwo³ywano najsilniejszych pielêgniarzy i ³adowano baterie. Kazano mi siê zrelaksowaæ i zapewniono o delikatno¶ci procesu. Po czym przenios³em siê do krainy, w której ¶wiadomie gotowanie swoich piszczeli w sosie z w³asnych jelit by³oby tylko czu³± pieszczot±. Zabieg powtarzano do czasu, a¿ skóra na skroniach odmówi³a pos³uszeñstwa i nie chcia³a lepiæ siê do elektrod. Trudno. Zaczyna³em siê ju¿ nawet przyzwyczajaæ do tej rutyny. Dawa³a poczucie stabilizacji i porz±dkowa³a dzieñ. Smuci³o mnie tylko, ¿e oprawcy bez udzia³u moich m±drych s³ów mogli dowiedzieæ siê o losach pó³wniebowziêtych. Gdyby cz³owiek, który skonstruowa³ tê piekieln± machinê, zwróci³by siê do mnie z osobist± pro¶b±, wyja¶ni³bym mu bez zbêdnych ceregieli, co zasz³o tam na dole. Je¿eli potrafi³ wymy¶liæ maszynê, która tak sprawnie zadawa³a ból, to z pewno¶ci± by³ cz³owiekiem m±drym. Jemu móg³bym wyznaæ prawdê. Przecie¿ tylko cz³owiekowi m±dremu mo¿na wyjawiæ po³o¿enie bramy wiod±cej do Nieba.
Po serii zabiegów podupad³em znacznie na zdrowiu i przesta³em interesowaæ siê polityk±. Gazety, teologowie, nowe pokolenia suczek czy zmiennokroków nie zajmowa³y mnie zupe³nie. Czeka³em na pocz±tek skoro koniec ju¿ nast±pi³. Modli³em siê do pocz±tku o tê b³ogos³awion± jednorazowo¶æ. Dziewicz± tylkojednozadaniowo¶æ. Biel i kawa³ki miêsa na obiad, które nie przypomina³y ¿eber moich kolegów na obiad. W odrêtwieniu jak mantra powtarza³em sobie historie odnalezienia miecza ¶w. Micha³a i jab³ka Parysa. ¯erowa³em na ¶cierwie w³asnej ¶wietno¶ci. Zupe³nie nie¶wiadomy otaczaj±cego mnie rozszala³ej rzeczywisto¶ci. Ominê³a mnie druga wyprawa do Nieba. Nie zauwa¿y³em eksperymentu z bogatymi i biednymi. Nie dotar³y do mnie te¿ wiadomo¶ci o dwóch nieudanych próbach wys³ania robotów przed oblicze Najwy¿szego. Tu, w spokojnym otoczeniu, mia³em wreszcie czas na rozwój duchowy.
Pocz±tek przyszed³. Przyszed³ w ubraniu cz³owieka od maszyny zadaj±cej ból. Pocz±tek zapyta³: "Czy znane Ci s± s³owa Pisma ¦wiêtego: «Pozwólcie dzieciom przychodziæ do Mnie, nie przeszkadzajcie im; do takich bowiem nale¿y królestwo Bo¿e. Zaprawdê, powiadam wam: Kto nie przyjmie królestwa Bo¿ego jak dziecko, ten nie wejdzie do niego»." Odpowiedzia³em, ¿e wielokrotnie mnie ju¿ tak oszukiwano. Pocz±tek odpar³, ¿e to na razie wystarczy i je¿eli chce jeszcze w swoim ¿yciu przeczytaæ jakie¶ ksi±¿ki i odzyskaæ stanowisko to muszê podpisaæ dokumenty. Podpisa³em. Pocz±tek powiedzia³, ¿e od tej pory bêdzie kontaktowa³ siê ze mn± tylko i wy³±cznie za pomoc± korespondencji. Stara³em siê rzuciæ jeszcze jaki¶ ¿art, ale Pocz±tek zd±¿y³ opu¶ciæ budynek.
Tak sta³em w rzeczywisto¶ci, bez Pocz±tku i z koñcem, którego nie chcia³em pamiêtaæ. W ¶rodku znajdowa³y siê tylko i wy³±cznie informacje wy³uskane z bia³ych kopert. Wyja¶ni³o siê, ¿e odpisuj±c, zgodzi³em siê na bezbolesn± ekstrakcjê komórek. Listy wspomina³y te¿ o trzeciej wyprawie do Nieba. Ja, pó³wniebowziêty, mog³em wreszcie spe³niæ swoje przeznaczenie. Na koñcu, wype³niæ siê ¶rodkiem, tak jak moja ¶wiadomo¶æ wype³nia³a siê groz± po otwarciu kolejnych kopert. Komórki pobierane by³y z mózgów. Mózgów ¿ywych dzieci. O tyle bezbole¶nie, o ile mog³y na to pozwoliæ szpitalne warunki. O tyle bezbole¶nie, o ile mog³y o tym ¶wiadczyæ odbieraj±ce rozum krzyki podczas moich wizyt u pacjentów. O tyle bezbole¶nie, o ile nikt siê nie dowiedzia³.
Po co mia³by siê dowiedzieæ, je¶li pacjenci stanowili grupê starannie wyselekcjonowanych ochotników. Na pocz±tku wybierano dzieci z rodzin, które jako pierwsze chcia³y znale¼æ siê na lub ko³o ³ona Abrahama. Potem siêgano po ministrantów, ale i Ci w koñcu musieli siê zu¿yæ. Pozosta³a grupa ochotników, do której nale¿a³em ja. Spo³eczne kasyno. Frustracja, niezbyt wiele do stracenia i nieodparta chêæ zysku. Nieodparta chêæ zysku rodziców. Dzieciom przecie¿ nigdy nie pozwala siê decydowaæ.
Znowu schodzi³em w ciemno¶æ. Razem ze starannie wyselekcjonowan± grup± ochotników kroczyli¶my przez wilgotne korytarze gdzie¶ na Bliskim Wschodzie. Znowu by³em wielorazowy, a tym razem byæ mo¿e ca³kiemwniebowziêty. O uczestnikach tej wyprawy wiedzia³em niewiele. Razem z ka¿dym z nich ³±czy³o mnie urz±dzenie podobne do pilota. W odpowiedniej chwili mia³o zresetowaæ ich mózgi i doprowadziæ do gaworzenia, p³aczu i srania w pieluchy. Wiedzia³em dok³adnie, co mam zrobiæ w otaczaj±cej mnie brudnej ciemno¶ci. Wiedzia³em dok³adnie, co mam zrobiæ jako wielorazowy aposto³ czysto¶ci. Ja wiedzia³em, a my schodzili¶my g³êbiej i g³êbiej.
W okolicach koñcowej, "miêsnej" stacji oddzia³ ochotników siê przegrupowa³ i zapyta³ o stan moich nerwów. Mia³em w koñcu po raz kolejny ogl±daæ zw³oki w³asnych przyjació³. Odpowiedzia³em, ¿e jestem spokojny i tym razem mam ze sob± wystarczaj±cy zapas chusteczek higienicznych.
Po sprawdzeniu ¼róde³ ¶wiat³a i ¼róde³ pr±du, rozpoczêli¶my operacjê. Ochotnicy zajêli pozycje, lokuj±c siê jak najbli¿ej urz±dzenia, a ja wiedzia³em. W³±czy³em aparat, s³ucha³em jak wyj± i poddaj± siê najprostszym instynktom. Wiedzia³em, gdy zaczynali baæ siê ciemno¶ci. Wiedzia³em jak zmia¿d¿yæ ich bezbronne karki tak, ¿eby nie stawiali oporu. Wiedzia³em, ¿e Niebo nie mog³o nale¿eæ do nikogo, kiedy dusi³em najbardziej t³ustego z ochotników. Wiedzia³em, ¿e muszê zniszczyæ jedyny prototyp urz±dzenia, wrzucaj±c je w skalne szczeliny. Wiedzia³em, ¿e nie bêdê ju¿ wiêcej wielorazowy.
Tylko biel. Teraz ju¿ tylko biel. Bia³e dziewicze kartki po¿±daj±ce mojego czarnego atramentu. Zapisaæ bia³y, czysty i niewinny papier, tak jak zapisuje siê bia³± rzeczywisto¶æ. Zapisaæ bia³e wieszaki, ramy ³ó¿ek i ramy okien. Zapisaæ bia³ego Anubisa i ¦wiêtego Piotra. Zatkaæ jednorazowe gêby.
-Ty, Nowy, a s³ysza³e¶ o tym ¶mieciu, co le¿y na sali ogólnej? O tym z ksi±¿k±, okularkami i notesem. Kojarzysz? - Odezwa³ siê Janusz, starszy salowy.
-Jeszcze nie. - Odpowiedzia³ niewyra¼nie nadliczbowy praktykant.
-Dla takich powinno siê przywracaæ karê ¶mierci. Brutaln±. Tak, ¿eby by³ przyk³adem. No, gdybym go tak spotka³ na ulicy, to by mu nie darowa³. Wiesz, o czym mówiê, na Legionów nie ¶wiec± latarnie, a rêce ¶wierzbi±.
-W czym rzecz?
-Mój ch³opcze. Ten cz³owiek podczas wycieczki do jednej z naszych piêknych polskich jaskiñ zamordowa³ pi±tkê swoich dzieci. Czworgu z nich skrêci³ kark, a ostatnie udusi³.
źródło:
http://www.portalliteracki.pl
Aktualna ocena::
3
Wyślij odnośnik znajomym::
Tags:
Wszystko Dziewicze Dziewicze Tylko /> Nikt Byli¶my Przemierzali¶my ¶wiat, Nowego, ¿o³±dki. Ka¿dy W¶ród/> Zaczêli¶my Solo Razem „Znamy Trzech Króli!”, „Proca Dawida „Kolumb ¶wiecie Sieæ Liczyli¶my
/>Zaczê³o „brak”. Wszyscy ¯aden Dawni „Ach Stoj±c ³añcucha ¶rodki Przyszed³ />Rozwozili¶my Stop. Wybitny Stop. Wszyscy Stop. We¼cie Stop. Tak ¿yæ. Stop.
/>Ka¿dy ¿e 12-godzinnym Strach Przynajmniej Wiedzieli¶my, ¿e />Pos³añcem Widocznie Zapyta³ Gdzie Czy Pan ³ono? Lubi Pan Czy Pan Odpowiedzia³em />„Jestem Pracujê ¶rodki Jak ¦wiêtego Graala. Obecnie Trzech Króli.”
/>Dziennikarz Chyba ¿e
/>Nazajutrz Przed Ka¿dy ¿eby Ka¿dy />Jak ¿e Czy Czy Czy Pan Powietrze />Pomys³ Wstrzyma³em Zadzwoni³em ¶wiecie Tak ¦wiêtego Graala, Dawida Trzech Króli Ikara, Jakubowej, Mahometa, Arki Noego Barabasza. Nasz± ¶redniowieczne
/>1. Ka¿de ¶wiête />2. Kara /> Wraz Razem „prawdziwych” Nie ¼róde³ Udowadniano Gro¿ono /> Nasze ¿e Suczki ³ukiem,
/> Nasz Jedna Rozwik³ali¶my Atlantydy, ¶wiatu Pandory Czytelnicy ¶wiecie Palet Suczki Zmiennokroki Co¶, Znudzeni Ka¿dy Wszyscy /> Niestety, Podejmowali¶my (do Przedstawiali¶my /> Zaczê³o Rzeczy Boga. Szatan ¶wiñstwami. Mo¿e ¶wiat Ka¿demu, Ludzie, ³atwiejsze, Ot, Gdyby Spakowali¶my /> Ca³a Przemierzali¶my ¿adnych Najwidoczniej Posuwaj±c ¶cian, Mijali¶my ¶lepych /> Poniek±d Poniek±d Poniek±d ¿ywno¶æ Poniek±d ¿e Poniek±d Mo¿na Ruszyli¶my /> Na Mo¿e Mo¿e Mo¿e ówdzie Wiotkie Wszêdzie Dzisiaj
/> Ugiê³y ¿o³±dka, Poprosi³em ¿eby ¶wiat³ach Czê¶æ Przedstawia³y £ami±c Chyba Skrêcili Przepadli /> Nie Nie ¶wiat³a. ¿e Zanim ¶cianach Potem Wydawa³o ¿e ¶piew /> Pierwszym, Zapach T³usty Ka¿de /> Zrezygnowa³em ¿ywych. Sam Ograbi³em Jak /> Pierwszym, Nosze /> Spêdzi³em Wszêdzie ³ó¿ek, Wszyscy Wêszyli, Ka¿dy ¿adnemu Ani ¿e ¿eby Podskórnie ¿e Mog³em Nie Potrzebowali Zupe³nie /> Pseudojady Poszukiwa³y Próbowali Ja, ³ó¿ek. Nic ¿e Tematu, Mog³y Nic ¿e "bylibydoceniani /> Medytacjê Zamiast Urz±dzenie ³adowano Kazano ¶wiadomie Zabieg Trudno. Zaczyna³em Dawa³a Smuci³o ¿e Gdyby Je¿eli Jemu Przecie¿ Nieba.
/> Po Gazety, Czeka³em Modli³em Dziewicz± Biel ¿eber ¶w. Micha³a Parysa. ¯erowa³em ¶cierwie ¶wietno¶ci. Zupe³nie Ominê³a Nieba. Nie Nie Najwy¿szego. Tu, /> Pocz±tek Przyszed³ Pocz±tek "Czy Pisma ¦wiêtego: «Pozwólcie Mnie, Bo¿e. Zaprawdê, Kto Bo¿ego Odpowiedzia³em, ¿e Pocz±tek ¿e ¿yciu Podpisa³em. Pocz±tek ¿e Stara³em ¿art, Pocz±tek
/> Tak Pocz±tku ¶rodku Wyja¶ni³o ¿e Listy Nieba. Ja, ¶rodkiem, ¶wiadomo¶æ Komórki Mózgów ¿ywych ¶wiadczyæ /> Po ³ona Abrahama. Potem Pozosta³a Spo³eczne Frustracja, Nieodparta Dzieciom /> Znowu Razem Bliskim Wschodzie. Znowu Razem ³±czy³o Wiedzia³em Wiedzia³em /> W "miêsnej" Mia³em Odpowiedzia³em, ¿e /> Po ¼róde³ ¶wiat³a ¼róde³ Ochotnicy W³±czy³em Wiedzia³em, Wiedzia³em ¿eby Wiedzia³em, ¿e Niebo Wiedzia³em, ¿e Wiedzia³em, ¿e /> Tylko Teraz Bia³e Zapisaæ Zapisaæ ³ó¿ek Zapisaæ Anubisa ¦wiêtego Piotra. Zatkaæ />
/>-Ty, Nowy, ¶mieciu, Kojarzysz? Odezwa³ Janusz, />-Jeszcze Odpowiedzia³ />-Dla ¶mierci. Brutaln±. Tak, ¿eby No, Wiesz, Legionów ¶wiec± ¶wierzbi±.
/>-W />-Mój Ten Czworgu
Komentarze::