24 godziny temu

golesz@wp.pl

MIECIO

Rozdzia³ 1

 

             - Panowie! Spokój do cholery! - Oty³y nadinspektor Dusza, chwilowy p.o. komendanta rejonowego przebywaj±cego na przed³u¿aj±cej siê nieco rekonwalescencji pozawa³owej, waln±³ potê¿n±, spocon± piê¶ci± w kruchy stolik, a¿ podskoczy³y oba stoj±ce na nim brudno kremowe, porysowane aparaty telefoniczne.

             - Je¿eli nawet s± to wierutne pierdo³y to i tak musimy je sprawdziæ, nie ma rady. Komisarz e... Mo...rris jest cz³owiekiem powa¿nym i nie fatygowa³by siê do nas bez powodu.

             W ponurym, obskurnym pokoju na drugim piêtrze Komendy Rejonowej Policji, siedzia³o czterech cywilnych wywiadowców w nieokre¶lonym wieku, o steranych, pooranych s³u¿b±, czerwonych twarzach. Rozwalili siê na ko¶lawych krzes³ach, bez³adnie rozstawionych wokó³ jedynego tutaj mebla, wspomnianego stolika z telefonami. Wszyscy, jak jeden m±¿, palili jakie¶ straszliwe papierosy, wydmuchuj±c co i rusz kunsztownie ró¿norodne, bezkszta³tne k³êby sinego, gryz±cego dymu. Stê¿enie substancji kancerogennych dawno ju¿ przekroczy³o wszelkie normy, i teraz, stoj±cy naprzeciw szpakowaty komisarz Morris, przytyka³ sobie do nosa nieskazitelnie bia³± chusteczkê, wodz±c wokó³ b³êdnie wytrzeszczonymi, piek±cymi go oczyma

             Morris przyjecha³ tutaj z Warszawy, poprzedzony d³ugim szyfrogramem, zawieraj±cym skrótowy opis sprawy, oraz wszelkie niezbêdne wskazówki dla miejscowych oficerów. Przydzielony mu w Warszawie t³umacz, rozchorowa³ siê nagle przed chwil±, do¶æ, ¿e zd±¿y³ jeszcze przekazaæ sedno ca³ego problemu. Morris sta³ wiêc jak sierota, patrz±c na nieznanych sobie, dziwnych ludzi, zdumiony ich ¿ywio³ow± wrêcz reakcj± na co drugie s³owo t³umacza. Sam, co prawda, te¿ mia³ ambiwalentny stosunek do sprawy, ale ¿eby a¿ tak? Wywiadowcy mianowicie zarykiwali siê ze ¶miechu, ma³o nie pospadali z tych pokracznych, trzeszcz±cych krzese³. Opas³y komendant zreszt± te¿ ledwie siê powstrzymywa³.

             A sprawa by³a do¶æ prosta. Aspirant Figura, ad hoc t³umacz komisarza Morrisa, pó³roczny stypendysta londyñskiego kursu antynarkotykowego, oddelegowany tam w nagrodê za zdobycie IV miejsca w Ogólnopolskich Zawodach Policji Drogowej, uwa¿any by³ odt±d za wybitnego. je¿eli nie poliglotê, to przynajmniej skoñczonego znawcê jêzyka Shakespeare’a. Do tego dzisiaj by³ poniedzia³ek, a jeszcze wczoraj oblewali ze szwagrem jego przedterminowe, na w³asne ¿yczenie, wyj¶cie ze szpitala po operacji nerki. W zwi±zku z tym tekst jaki us³yszeli zgromadzeni w pokoju wywiadowcy brzmia³ mniej wiêcej tak:

 

             - Panowie, w³adco! Moja imiê Moris, a to jest figura policjanta translacji. Jestem z wami dlatego, ¿e co¶ siê porozumia³o w narodach i jutro bêdziemy wszyscy w Europie konektion, tfu! Przychodzê do was i serdecznie w³adcy ministra spraw wewnêtrznych waszego. Wczoraj lub wczoraj spotkali¶my sprawê do deszyfracji. W³adca Langer, wielki stary uczony, przepraszam, archeolog, dwa roki znalaz³ pod Egiptem odkrycie. Taki stary, buk, no... ksi±¿ka. Tam napisa³ odczyt ten buk i zaskoczy³ siê. On pisa³ o przysz³o¶ci wczoraj i to by³ wery prawda. O Jezu, moja g³owa. On sprawdzi³ i do premiera majora zjad³ obiad. Major i pu³kownik to kolaboranci. Byli i ju¿ nie s± na szkocki w±wóz. A wiêc temat jest hard i Waszyngton komputer zbada³ Jejl. Ksi±¿ka prawdziwa prawda i wszystko okej. Nazwiska wszystkie tam s± i to jest prawdziwa prawda. Jak ma wery zdrowie to dobry ¶wiat. Jak jest chory to z³y ¶wiat. Jak syn to ¶wiat, jak dziewczyna to koniec. Potomek, ¿eby ¶wiat by³. Komputery Waszyngton jeszcze raz i jeszcze raz. O’kej. Wysokie tajne. Last nazwisko szukali i znale¼li w Polsce ewidencja ludno¶ci Mieczys³aw Bruzda w £odzi, rok czterdzie¶ci dwa, kawaler, nie karany. Ja samolotem wszed³em w Nowym Jorku i przylecia³ wasz serdeczny minister spraw wewnêtrznych na pomoc. Wysoki czas, wysoki czas robiæ. Dyskretnie obserwowaæ, oszukaæ i sprawdziæ. Na pewno wery prawda. Dziêkujê. Przepraszam, muszê natychmiast wyj¶æ.

 

             W tym miejscu siny na twarzy Figura wyskoczy³ zza stolika jak b³yskawica i znikn±³ w policyjnej toalecie.

             Gdy siê ju¿ jako tako uspokoili i poocierali ³zy, zrobi³o im siê ¿al patrz±cego na nich ze zdziwieniem Morrisa. Na szczê¶cie Dusza rozda³ im wcze¶niej, przygotowany przez Warszawê konspekt z opisem problemu. Po wys³uchaniu wiêc tego dodatkowego, b³yskotliwego t³umaczenia, mieli do¶æ jasny obraz sprawy.

             Chodzi³o o to, i¿ dwa lata temu profesor Langer, niemiecki etnograf i archeolog o ¶wiatowej s³awie, prowadz±c swoje d³ugoletnie badania ¶rodowiskowe w zapyzia³ej wsi egipskiej, natkn±³ siê na przedziwny dokument. Dokument, a raczej niezmiernie stara ksiêga, przechowywana i uzupe³niana od niepamiêtnych czasów przez lokaln±, fanatycznie religijn± starszyznê, okaza³ siê niezmiernie interesuj±cym.

             Po uzyskaniu zgody na zrobienie kopii fotograficznej i odczytaniu tekstu sta³o siê jasne, ¿e jest to precyzyjny, z datami, opis historii ludzko¶ci, oczywi¶cie tylko rzeczy najwa¿niejsze. Ostatnia data to rok 1999, dwudziesty drugi lipca. Ale to nie wszystko. Tekst zawiera bardzo rozbudowane drzewo genealogiczne pewnej rodziny Syryjskiej sprzed tysiêcy lat, jednej, jedynej ga³êzi, rozrastaj±cej siê a¿ do naszych czasów - z imionami, nazwiskami, cechami fizycznymi, umys³owymi, datami urodzin, itd., mê¿czyzn, tworz±cych tê ga³±¼. Ten niesamowity wykaz zamyka wspomniany Mieczys³aw Bruzda lat 42, kawaler, nie karany, zameldowany na sta³e w £odzi.

             Ksiêga opatrzona jest komentarzem - takim mianowicie, ¿e ka¿dy z tej listy jest bezpo¶rednio, choæ zupe³nie nie¶wiadomie, odpowiedzialnym za istnienie i kondycjê ¶wiata. Polega to na tym, ¿e niejako jako¶æ ¶wiata, jego historia, losy, maj± bezpo¶redni, natychmiastowy zwi±zek z konstytucj± psychofizyczn± aktualnego odpowiedzialnego. Ów niesamowity, nie u¶wiadamiany ciê¿ar, jest nastêpnie przenoszony, cedowany, na mêskiego potomka aktualnego odpowiedzialnego. Gdyby dany delikwent nie posiada³ syna, to ¶wiat przestanie istnieæ w momencie jego ¶mierci, gnij±c po trochu coraz bardziej, zgodnie z pogarszaj±cym siê stanem zdrowia bezpotomnego, starzej±cego siê odpowiedzialnego.

             Ca³e sztaby naukowców niemieckich, angielskich i amerykañskich bada³y tê bzdurê przez dwa lata, po czym ustalono, i¿ sprawa mo¿e byæ na tyle powa¿na, ¿e nale¿y to sprawdziæ ostatecznie i... radykalnie. W tym celu amerykañskie CIA, po porozumieniu siê z Warszaw±, oddelegowa³o do Polski uprawomocnionego komisarza Morrisa, wyposa¿aj±c go na wszelki wypadek w ksi±¿eczkê czekow± z limitem 750.000 dolarów. Amerykañskich.

             Tak wiêc siedzia³ teraz sko³owany Morris w jakim¶ obskurnym, zadymionym pokoju i skonfundowany do cna, patrzy³ na skrêcaj±cych siê ze ¶miechu tajniaków.

             Inicjatywê ponownie przej±³ Dusza.

             - No ju¿, wystarczy. I tak dobrze wiecie, o co chodzi, a tego Figurê ode¶lemy w diab³y. Ty Szymek - tu zwróci³ siê do jednego z mniej odra¿aj±co wygl±daj±cego wywiadowców - obracasz siê od lat w¶ród co lepszych panienek hotelowych i znasz trochê angielski. Bêdziesz podrêcznym komisarza Morrisa, który zatrzyma³ siê w Savoyu. Wszyscy jeste¶my od tej chwili na jego rozkazy, zdajecie swoje bie¿±ce sprawy i zachowywaæ siê. No.

---------------------------------------------------------------

             Miecio Bruzda by³ ¶redniego wzrostu, ³ysiej±cym, ¶wiñskim blondynem, o zastanawiaj±co okr±g³ej czaszce i wiecznie melancholijnym wyrazie twarzy. Urodzi³ siê w £odzi i nigdy nie by³ za granic±. Gdy mia³ piêæ lat straci³ ojca - z pochodzenia chyba Irañczyka, który po pijanemu da³ siê przejechaæ przez tramwaj nocny. Miecio, jedynak, wychowywany odt±d wy³±cznie przez nadopiekuñcz± matkê, ksiêgow± w ma³ej spó³dzielni us³ugowej, przebrn±³ jako¶ przez okres edukacji ¶redniej i o dziwo, zdoby³ nastêpnie wieczorowo tytu³ in¿yniera instalacji sanitarnych. Dziêki matczynej protekcji trafi³ do Miejskiego Biura Projektów, gdzie pocz±tkowo próbowano powierzaæ mu projekty instalacji kanalizacyjnych kilku budynków biurowych, jednak szybko okaza³o siê, ¿e jego misterne, dziwnie skomplikowane po³±czenia rurowe, by³y zdolne do wszystkiego, tylko nie do odprowadzania ¶cieków.

             Przesuniêto go wiêc do prac wy³±cznie kre¶larskich i ju¿ tak zosta³o. Przepracowa³ w tej firmie 25 lat bez jednego spó¼nienia, bez jednego dnia nieusprawiedliwionej nieobecno¶ci. By³ pracownikiem spokojnym, uczynnym koleg±, zawsze w razie jakich¶ biurowych imienin czy uroczysto¶ci biega³ po mie¶cie i chêtnie dostarcza³ rozochoconym biesiadnikom wódki oraz zak±sek. Sam nie pi³ broñ Bo¿e, mia³ widocznie na trwa³e wpojon± przez matkê awersjê do alkoholu. Kole¿anki biurowe, a nawet goñcówny, traktowa³y go protekcjonalnie, choæ trzeba przyznaæ nie ob¶miewa³y go wprost, w oczy - na tyle delikatne by nie peszyæ j±kaj±cego siê lekko Miecia. ¯y³o mu siê dobrze, spokojnie, zw³aszcza, ¿e nigdy jak dot±d nie o¶mieli³ siê na jaki¶ przelotny choæby flirt, czy przygodê mêsko - damsk±. W ka¿dym razie z ¿adn± z biurowych dziewcz±t. By³ nie¶mia³y w ca³ej swojej skromnej istocie, czu³ siê te¿ odpowiedzialny za matkê. Mama gotowa³a mu posi³ki - mieszkaj± razem do dzisiaj i jest im nienajgorzej.

             Na skutek zmian politycznych lat dziewiêædziesi±tych, oraz z braku zamówieñ, biuro zlikwidowano i Miecio znalaz³ siê na bruku. Przez rok pobiera³ ¿a³osne bezrobotne i kombinowa³ trochê na bazarach handluj±c d³ugopisami, jednak praktycznie bez ¿adnych efektów. Matka, ju¿ na cienkiej emeryturze, ponownie znalaz³a mu posadê w prywatnej hurtowni osprzêtu instalacyjnego o przedziwnie brzmi±cej nazwie „PIPE-HURT”, której w³a¶cicielk± jest kole¿anka Miecia z nieistniej±cego teraz Biura. Miecio zajmuje siê tam wszystkim. Pilnuje trzech pracowników, prowadzi dokumentacjê finansow± i magazynow±, zamawia towar, sprz±ta maleñkie biuro, robi szefowej kawê. Nie narzeka mimo ¿a³osnej p³acy, w dalszym ci±gu jest solidnym, uczynnym i skromnym cz³owiekiem po czterdziestce. W³a¶nie siedzi przy mikroskopijnym, wyko¶lawionym biurku i mozolnie wklepuje do komputera kwoty ZUS-owskie trzech zatrudnionych tutaj obiboków. Szefowa Hela, trzydziestopiêcioletnia szatynka z pretensjami, wredna jêdza o niewyparzonym pysku, przymierza kupione gdzie¶ okazyjnie seksowne szpilki.

             - No i jak, Mieciu? - Szefowa demonstruje siê ha³a¶liwie z wdziêkiem jucznego wielb³±da, w nowych, koszmarnie czerwonych bucikach. Miecio odrywa przekrwione oczka od zu¿ytego ju¿ do cna monitora i patrzy na s³upkowate odnó¿a Heli.

             - Nn… no ekstra szefowo. Wspaniale.

             - Naprawdê?

             - A j... jjak¿e.

             - To ja idê. Bêdê przed piêtnast± - Hela zbiera siê powoli, pakuj±c do jaskrawej, pretensjonalnej torby stare, pokrzywione buty. W tym momencie zza przepierzenia rozlega siê basowy ryk pana Stasia, pracownika i g³ównej podpory czê¶ci sklepowej.

             - Panie Mieciu! Klient podjecha³!

             - No to obs³u¿ go baranie - wydziera siê przera¼liwie Hela, pilnuj±ca jednak jakiego¶ porz±dku w firmie i racjonalnego wed³ug jej wyobra¿eñ, podzia³u pracy.

             - Ale¿ szefowo - oponuje nie¶mia³o Miecio - J...jja to za³atwiê.

             - Ani siê wa¿! Ten nygus jest od tego, a jak nie to do ³opaty.

             Hela wychyla siê ostro¿nie z boku krzywego przepierzenia i obserwuje wchodz±cego cz³owieka. Klient, niewyra¼ny mê¿czyzna po piêædziesi±tce, rozgl±da siê niepewnie w ciemnej czê¶ci sklepowej, wype³nionej ró¿nym dobrem instalacyjnym, maj±cym symbolizowaæ szeroki i nowoczesny asortyment zainteresowañ handlowych firmy.

             - Czego szuka? - ryczy do niego kostropaty Stasio.

             - Wie pan, st³uk³a mi siê umywalka i biegam teraz po sklepach, szukaj±c chocia¿ podobnej - sumituje siê nie¶mia³o starszy jegomo¶æ.

             - A ile tego potrzebuje? - Stasio jest dociekliwy.

             - Có¿, chyba tylko jedn±.

             - Panie! - znowu ryczy Stasio - Tu nie apteka. Tu jest firma!

             - No to do widzenia - mówi cicho wystraszony klient i wychodzi szybko.

             - Kup sobie tr±bkê do pierdzenia - wrzeszczy za nim Stasio i siada ciê¿ko na swoim dy¿urnym zydlu.

             Hela chichoce w ku³ak, ale dla zasady ochrzania Stasia za brak kultury, po czym zadowolona wychodzi z hurtowni. Wsiada do swojego przechodzonego Escorta i z piskiem zdartych opon znika miêdzy betonowymi, parterowymi barakami, mieszcz±cymi podobne, kilkuosobowe firmy.

             Miecio, najwa¿niejsza teraz persona, zostaje na gospodarstwie sam, wydany na pastwê tego trepa Stasia i jego dwóch nie lepszych kolesi. Koñczy sk³adki ZUS-u i rozpakowuje przyniesione z domu, przygotowane mu przez matkê kanapki z mortadel±. W trakcie jedzenia wype³nia wolno, pedantycznie, niedokoñczon± krzy¿ówkê kolorowego magazynu, który obiecuje za jej rozwi±zanie góry z³ota, a tak¿e najlepsze samochody ¶wiata. Krzy¿ówki, ich rozwi±zywanie i wysy³anie wype³nionych, idiotycznych kratek do redakcji przeró¿nych pism, to jedna z niewielu pasji Miecia. Nie, ¿eby spodziewa³ siê jakich¶ wielkich wygranych, ale tak po prostu, dla w³asnej, cichej satysfakcji. Chocia¿ kilka razy wygra³ ju¿ - a to, ¿elazko, uszkodzone zreszt±, a to komplet tandetnych kieliszków - ró¿ne takie. Zarazi³ tym te¿ matkê, która cz³apie pewnie teraz w¶ród okolicznych kiosków Ruchu, w poszukiwaniu nieznanych jeszcze periodyków dla naiwnych.

             Hela oczywi¶cie do piêtnastej nie wraca, a na pó³ godziny przed formaln± godzin± zamkniêcia interesu Miecio s³yszy pijackie wrzaski szykuj±cej siê do wyj¶cia za³ogi. Oni cholery maj± jakiego¶ nieomylnego nosa, co do powrotów szefowej i wykorzystuj± to bez skrupu³ów. Ur¿nêli siê ju¿ w po³udnie. Dobrze, ¿e ruch w firmie jest dzisiaj ¿aden - oprócz porannego detalisty nikt siê do hurtowni nie pofatygowa³. No có¿, te¿ trzeba siê powoli zbieraæ.

             Za przepierzenie zajrza³ siny ju¿ na ospowatej gêbie Stasio i chc±c zaskoczyæ Miecia, weso³o hukn±³ z ca³ej si³y swoich potê¿nych p³uc:

             - A hoj na mostku!

             Miecio, og³uszony, podskoczy³ na krze¶le jak na sprê¿ynie.

             - Dd...dobrze, dd...dobrze panie Stasiu, d...do widzenia - wykrztusi³ i poda³ mu ostro¿nie rêkê. Stasio, obj±wszy swoich dwóch, pow³ócz±cych ledwie nogami kolesiów, wytoczy³ siê z nimi na podwórko i wszyscy trzej poczêli oddalaæ siê mozolnie w kierunku mniej wiêcej po³udniowym. Do najbli¿szej knajpy.

             Mietek Bruzda nie by³ or³em intelektu, jednak nie mog³o mu siê pomie¶ciæ w g³owie, jakim cudem firma Heli jeszcze prosperuje. W koñcu prowadzi³ jej finanse i bardzo dobrze orientowa³ siê, ¿e dochody z handlu rurami, sedesami i zaworami mog³yby wystarczyæ ewentualnie na jego pensjê i ZUS. A tych trzech osi³ków? Po co Hela ich trzyma, bydlaków? Chyba, ¿e jest co¶ z prawdy w tym, o czym czasem przeb±kuj± miêdzy sob± - o jakich¶ szwaczkach, kurtkach, jakim¶ magazynie, ruskich?. Có¿, nie jego interes.

             Ogarn±³ nieco pomieszczonko biurowe, wy³±czy³ o¶wietlenie, pozamyka³ wszystko i poszed³ wolno na przystanek tramwajowy, lawiruj±c dyskretnie pomiêdzy grupkami zapitych, krzykliwych wyrostków, pêtaj±cych siê po okolicy bez ³adu i sk³adu we wszystkie mo¿liwe, poziome i pionowe strony.

---------------------------------------------------------------

             Plan Morrisa by³ prosty. Poniewa¿ wspomniany, niewiarygodny tekst niedwuznacznie sugerowa³ ¶cis³± zale¿no¶æ pomiêdzy zdrowiem fizycznym i psychicznym Mieczys³awa Bruzdy, a synchroniczn± niejako kondycj± ¶wiata i przeró¿nymi, dobrymi czy z³ymi wydarzeniami, nale¿a³o sprawdziæ w materia³ach zdrowotnych, w kartotece medycznej Bruzdy - o ile oczywi¶cie taka istnieje - wszelkie mo¿liwe korelacje i zwi±zki. Dlatego te¿ czterech wywiadowców, uzbrojonych w prokuratorskie nakazy, uda³o siê do w³a¶ciwych Przychodni Rejonowych i okolicznych szpitali, zakopuj±c siê na kilka dni w nieogarnionym, wzburzonym morzu pseudo dokumentacji osobistej i kart chorobowych ludno¶ci. Znaleziono oczywi¶cie niewiele, chocia¿...

             Mieczys³aw Bruzda, syn emigranta z Turcji i polki spod Siêradza, urodzi³ siê w marcu piêædziesi±tego trzeciego ze znaczn± niedowag± i natychmiast z³apa³ gronkowca z powodu nie wygotowanego smoczka, jako, ¿e nie by³ karmiony piersi±. W tym czasie umar³ Stalin, podobno otruty przez swojego lekarza. W piêædziesi±tym szóstym, gdy mia³ trzy latka, Miecio zwichn±³ sobie na podwórku i okaleczy³ lew± d³oñ. Wda³o siê zaka¿enie i grozi³a amputacja. W³a¶nie wtedy nast±pi³y Wydarzenia Poznañskie, a ówczesny premier Cyrankiewicz mówi³ o ucinaniu wra¿ych r±k. Gdy Miecio mia³ dziewiêæ lat, w sze¶ædziesi±tym drugim, przechodzi³ ostre zapalenie opon mózgowych, z jak najgorszymi rokowaniami. Jak wiadomo by³ to rok kryzysu kubañskiego i ¶wiatu grozi³a zag³ada nuklearna.

             Dwa lata pó¼niej musia³ mieæ usuniêty z±b, nadkruszony w jakiej¶ bójce szkolnej. Wtedy te¿ zgin±³ w zamachu prezydent Kennedy. W osiemdziesi±tym dziewi±tym Miecia potr±ci³ samochód, na jednoznacznie wydzielonym przej¶ciu dla pieszych. Miecio by³ hospitalizowany przez pó³ roku. Obalono krwawego Caucescu i run±³ mur berliñski. Nie do koñca zrehabilitowany Bruzda wraca do pracy, jeszcze w Biurze Projektów, w którym ju¿ siê dzieje niedobrze. Imperium Radzieckie chyli siê ku upadkowi i wreszcie rozpada. Miecio zostaje bez pracy. ¦wiat wokó³ zmienia siê radykalnie.

             Korelacja jest wyra¼na, chocia¿ jaka¶ taka nielogiczna. Przypad³o¶ci Miecia, niew±tpliwie szkodliwe, wywo³uj± ró¿ne skutki dla ¶wiata - raz negatywne, raz pozytywne. Chyba, ¿e Miecio, w swojej indywidualnej przecie¿ psychice, mo¿e nawet pod¶wiadomie, odbiera chorobê, ból, cierpienie, inaczej ni¿ wszyscy pozostali. A mo¿e, gdy ju¿ minie pierwszy szok, pierwszy b³ysk bólu, przychodzi czas relaksu, spokoju, zadowolenia? Inna sprawa, ¿e ubogie polskie kartoteki chorobowe nie rejestruj± obojêtnych z punktu widzenia medycyny oficjalnej, pozytywnych przypad³o¶ci pacjentów, zw³aszcza maj±cych miejsce poza wspania³ymi obiektami pañstwowej s³u¿by zdrowia. Po co lekarz ma odnotowywaæ zadowolenie potencjalnego klienta po zjedzeniu smacznej kolacji w towarzystwie chêtnej, przymilnej panienki i ewentualnie w jaki¶ czas potem, czy te¿ po przeprowadzeniu udanej transakcji? Nikt przecie¿ takich statystyk nie prowadzi, zreszt± jak?

             Poza tym pozostaje do wyja¶nienia i zweryfikowania, podawana przez tekst, dok³adna mapa, rozk³ad cielesny poszczególnych hm... kontynentów, krajów, i przyporz±dkowanych im rodzajów faktów spo³ecznych, politycznych czy geologicznych.

             Tekst podaje, ¿e na przyk³ad za stan atmosfery ziemskiej odpowiedzialna jest u Miecia skóra na jego plecach, za trzêsienia w rejonie wysp japoñskich stan prawej rzepki kolanowej, za epidemie grypy jego katar, a za rozruchy na tle rasowym, jego pogl±d na te sprawy.

             Ogólnie bior±c, jego fizys i cielesno¶æ, jego soma, to fakty i wydarzenia geologiczne, oceaniczne, i tak dalej. Natomiast psyche, to zachowania ludzkie, wojny, konflikty, zamachy. Podzia³ sk±din±d logiczny i do pewnego stopnia naturalny. Pozostaje oczywi¶cie kwestia bezspornego, ostatecznego sprawdzenia wiarygodno¶ci przekazu w tym zakresie. Do tego miêdzy innymi s³u¿y wspomniana ksi±¿eczka czekowa Morrisa oraz przeprowadzone wcze¶niej ustalenia miêdzyrz±dowe, prowadzone na szczeblu s³u¿b specjalnych w duchu ca³kowitego zrozumienia

             Tak wiêc Morris, wyposa¿ony w naukowo opracowany plan akcji i we wszelkie pe³nomocnictwa, by³ w istocie jedynym koordynatorem i zarz±dzaj±cym ca³ej akcji, ca³ego tego ¶miesznego testu, z Bruzd±, jako nie¶wiadomym niczego królikiem do¶wiadczalnym w roli g³ównej. Na pocz±tek, zdecydowa³ siê komisarz na prost±, ma³o kosztown± akcjê, wymagaj±c± jednak czê¶ciowego wprowadzenia w meritum ordynatora oddzia³u wewnêtrznego, rejonowego szpitala, administracyjnie w³a¶ciwego dla miejsca zamieszkania Miecia.

---------------------------------------------------------------

             Miecio wydosta³ siê z ulg± z przepe³nionego, rozklekotanego tramwaju. Motorniczy, m³ody ch³opak w kraciastej marynarce, przygrywaj±cy sobie bez skrêpowania tranzystorowym radiem z którego wydobywa³a siê na ca³y regulator, straszliwa, zupe³nie nieokre¶lona harmonicznie muzyka, a raczej przera¼liwe wycie katowanych hien, prowadzi³ ów tramwaj w szczególnie weso³y sposób. Rozpêdza³ go mianowicie do maksimum po poskrêcanym, wyko¶lawionym fiku¶nie torowisku i nastêpnie hamowa³ fantazyjnie przed poprzedzaj±cym go, mniej szalonym koleg± z bran¿y. Wype³niaj±cym wagon t³umem rzuca³o we wszystkie strony jak dorodnym ³anem zbo¿a podczas wichury - za oknami, o milimetry, miga³y w szalonym pêdzie stalowe, pordzewia³e s³upy trakcyjne. Kilka, nieopatrznie podró¿uj±cych tym potwornym, blaszanym rumakiem panienek, chichota³o nerwowo. Na szczê¶cie oby³o siê bez katastrofy.

             Miecio mieszka³ z matk± na szóstym piêtrze w typowym, jak to siê mówi, wie¿owcu. No có¿, wszystko jest wzglêdne i w rzeczywisto¶ci polskiej, krystalizuj±cej siê planowo w oparciu o ¶wietlane wzorce najlepszego z ustrojów, betonowy bunkier maj±cy wiêcej ni¿ piêæ kondygnacji móg³ uchodziæ za strzelisty drapacz chmur oraz szczyt marzeñ lokatorskich. Oczywi¶cie nie chodzi³o tylko o wysoko¶æ, chocia¿ i to mia³o swoje znaczenie. Wa¿niejsza by³a, a jak¿e, dyskretnie, bezawaryjnie funkcjonuj±ca winda, wspania³y zsyp na ¶mieci - ta z naukow± precyzj± obliczona i wykonana akustyczna tuba rezonansowa, pionowy gigantofon, wesolutko mrucz±ca i popiskuj±ca instalacja wodoci±gowa, oraz zw³aszcza tak nieodzowny zim±, ekstra wydajny system centralnego ogrzewania. Wszystko razem, z dr±¿±cymi rury mediami, ró¿norodnymi p³ynami, w koj±cym zapachu moczu, metanu, iskrz±cych tu i ówdzie przewodów elektrycznych, w oparach gotowanych wokó³ kapu¶niaków, zup pomidorowych, uroczym wrzasku lokalnych ma³olatów, jazgocie masowo trzymanych psów, tworzy³o niepowtarzaln±, swojsk±, przytuln± atmosferê rodzinnego bunkra, na moment przed zmasowanym atakiem atomowym.

             Wraca³ teraz do tego szczê¶cia, omijaj±c znajome ka³u¿e i zdradliwie wystaj±ce po ciemku p³yty chodnikowe. Ju¿ namaca³ w kieszeni w³a¶ciwy klucz do zabezpieczonej chrobocz±cym domofonem i przemy¶lnymi, ¿elaznymi drzwiami fortecy, gdy ni st±d ni zow±d stanê³o przed nim dwóch ponurych osi³ków.

             - Kopsnij na flaszkê! - us³ysza³ wyrazisty charkot z g³êbi trawionych denaturatem trzewi.

             - Ss...³ucham? - wydusi³ z siebie zaskoczony Miecio.

             - Puknij go lekko - zasekundowa³ drugi z napastników i zrêcznym chwytem wykrêci³ Mieciowi rêce na plecy.

             - Pp...anowie, o co chodzi? – Miecio, nie wiedzieæ czemu, zacz±³ mówiæ szeptem.

             - O ten tramwaj co nie chodzi. Dawaj na butelkê!

             - A... le dlaczego?

             - Bo nam siê chce piæ t³umoku! - wyja¶ni³ rzeczowo ni¿szy bandzior.

             Bruzda, z ³askawym przyzwoleniem przytrzymuj±cego go zbira siêgn±³ pod kurtkê i wydoby³ portfel z jego mizern± zawarto¶ci±. Wyj±³ kilka banknotów i poda³ je drugiemu napastnikowi. Ten przyj±³ delikatnie zwitek, przeliczy³ powoli i krzywi±c siê powiedzia³:

             - Dorzuæ jeszcze!

             Miecio rad nie rad, wyj±³ jeszcze jeden banknot i wrêczy³ dr±galowi.

             - W porz±dku - stwierdzi³ wy¿szy - Jeste¶ dobry cz³owiek. Kajtek, daj siê panu napiæ.

             Ni¿szy bandzior pu¶ci³ ju¿ rêce Miecia i wyci±gn±³ zza paska spodni jak±¶ ciemn± butelkê. Odkrêci³ kapsel, po czym przystawi³ Mieciowi do ust.

             - A... ale ja nie pii...jê - wystêka³ Miecio.

             - Nie napijesz siê z nami? - w charcz±cym g³osie wy¿szego da³o siê wyczuæ niedowierzanie.

             Miecio desperacko przyj±³ ofiarowan± mu butelkê i poci±gn±³ z niej dwa solidne ³yki. Poczu³ w prze³yku pieczenie, oraz niezno¶ny odór denaturatu. Do jego ¿o³±dka trafi³a potê¿na porcja gor±ca i rozlewa³a siê teraz po ca³ym, nie hartowanym alkoholowo wnêtrzu. O dziwo, nie do¶wiadczy³, jak siê spodziewa³, torsji. Odda³ butelkê dwóm drabom, którzy wprawnie opró¿nili j± do cna. Poklepali go kordialnie po plecach i zabierali siê powoli do odej¶cia. W tej w³a¶nie chwili ca³± trójkê o¶lepi³o ¶wiat³o z silnych latarek.

             - Co siê tu dzieje? - us³yszeli surowy baryton.

             - Panie w³adzo, generale, rozmawiamy sobie tylko z kolegami - ni¿szy z napastników wykazywa³ siê nienagannym refleksem, jak te¿ s³u¿alcz±, wiernopoddañcz± dykcj±.

             - Zamknij dziób lumpie - dobry wieczór panu - Dzielnicowy, sier¿ant Kulawik, s±siad i znajomy Miecia, ubezpieczany przez czterech umundurowanych policjantów, pozna³ go bez problemu. - Co te ³achy panu zrobi³y panie Bruzda?

             - Nn...ic takiego - Miecio dopiero teraz zacz±³ siê trz±¶æ na ca³ym ciele jak w ataku febry - Zz...abrali mi tylko pp...arê groszy i muu...usia³em siê napiæ tego ¶¶...wiñstwa.

             - Do radiowozu ich, nygusów! - zarz±dzi³ Kulawik - A my musimy opisaæ ca³± sprawê panie Miecio.

             - Kk...oniecznie? - Miecio nie by³ m¶ciwy.

             - Oczywi¶cie. Poniewa¿ jednak jeste¶my prawie pod domem, czy mo¿emy to zrobiæ u pana? - Sier¿ant Kulawik przygl±da³ siê uwa¿nie Mieciowi.

             - Ale¿ tt...ak, proszê.

             Po dwóch minutach, rozlu¼niony i porozpinany Kulawik, siedzia³ w mikroskopijnym, betonowym pokoiku i mozolnie tworzy³ opis wydarzenia. Roztrzêsiony Miecio, z coraz bardziej mêtnym wzrokiem, narastaj±cym skutkiem wypitego pod przymusem spirytusu, relacjonowa³ niesk³adnie ca³e zaj¶cie sier¿antowi i matce, drobnej, siwiutkiej staruszce w bia³ym staromodnym fartuszku. Matka co i rusz za³amywa³a rêce i cieniutkim g³osem wykrzykiwa³a:

             - A to ¶¶...winie, a tt...o ¶¶...winie!

             W pewnej chwili Miecio otworzy³ usta jak ryba, spojrza³ b³êdnie na popêkany malowniczo sufit i po¶piesznie wybieg³ do ³azienki, sk±d da³y siê nastêpnie s³yszeæ ¿a³osne stêkania nieprzyzwyczajonego do takich alkoholowych wybryków organizmu.

             - A tt...o ¶¶...winie! - rozpacza³a Bruzdowa.

             Kulawik oceni³ rzeczowo sytuacjê i przerwawszy pisanie odezwa³ siê do starszej pani:

             - Szanowna pani Bruzdowa. Poniewa¿ Miecio najwyra¼niej cierpi, a tak na dobr± sprawê nie wiemy co te... ¶winie da³y mu do wypicia, proponujê sprowadziæ pogotowie. Przewieziemy syna na badania, mo¿e rzeczywi¶cie france czym¶ go stru³y?

             - Mm...a pan rr...acjê. Mm...a pan rr...acjê. Zaraz idê za...adzwoniæ. - Bruzdowa zabiera³a siê do ubierania i wêdrówki po cementowym osiedlu, w poszukiwaniu sprawnego, nie zdewastowanego automatu telefonicznego.

             - Nie, nie. Niech pani zostanie z synem. Pod blokiem stoi radiowóz. Po³±czymy siê z pogotowiem radiowo i bêd± tu za chwilkê. Wrócê razem z nimi.

             I rzeczywi¶cie. Po kilku minutach wyprowadzano wymêczonego Miecia do karetki, w której po chwili usn±³ jak dziecko. Pomstuj±ca ca³y czas Bruzdowa, zosta³a w domu pod opiek± Kulawika. Tym oto prostym sposobem, Mieczys³aw Bruzda, intryguj±cy coraz wiêkszy kr±g ludzi osobnik, trafi³ do rejonowego szpitala na ¶wie¿o, na gwa³t, wymyt± i odka¿on±, pojedyncz± salkê Oddzia³u Wewnêtrznego. Go¶æ i pacjent specjalny.

---------------------------------------------------------------

             Obudzi³ siê przed dziewi±t±. Otworzy³ z trudem zaropia³e oczy i zdziwiony stwierdzi³, ¿e znajduje siê w jakim¶ maleñkim, bia³ym pokoiku, z obt³uczonym zlewem w k±cie, wisz±cym nad nim kawa³kiem lustra, blaszanym stolikiem przy ³ó¿ku oraz mleczn± kiedy¶ kul±, zwisaj±c± smêtnie z porysowanego sufitu. Niew±tpliwie by³ w szpitalu. Przypomnia³ sobie natychmiast wydarzenia wczorajszego wieczoru i jêkn±³ ciê¿ko. Jednak bandziory musia³y go struæ tym p³ynnym drañstwem. Poczu³ w ustach gorzki, nieznany niesmak. Chcia³ gdzie¶ splun±æ, wsta³ wiêc, i usi³owa³ podej¶æ do zlewu w k±cie, ale spodnie pid¿amy w któr± wyposa¿ono go w izbie przyjêæ zsunê³y mu siê z bioder i opad³y swobodnie na brudnozielon± wyk³adzinê pod³ogow±. Ma³o siê nie przewróci³. Kto¶ zapomnia³ wci±gn±æ gumê.

             W tym momencie us³ysza³ pukanie do drzwi, które natychmiast te¿ otworzy³y siê, a do maleñkiego pokoiku wesz³o chyba z piêtna¶cie ubranych na bia³o osób. Miecio sta³ przy ³ó¿ku z opuszczonymi spodniami i otworzywszy z zaskoczenia usta, patrzy³ zdrêtwia³y na to ca³e, tak niespodziewane towarzystwo medyczne.

             - No proszê - odezwa³ siê z³o¶liwym, nieprzyjemnym g³osem, stoj±cy na czele wycieczki niski, krêpy mê¿czyzna w ciê¿kich okularach, wyposa¿ony w krzywo dyndaj±cy identyfikator z kolorowym zdjêciem i maj±cy w kieszonce bia³ego fartucha powtykanych chyba z osiem ró¿nych d³ugopisów - Wybieramy siê do domciu, panie Bruzda, kochany pacjencie?

             - Nn...ie, ss...k±d - zaprzeczy³ ¿arliwie Miecio zgiêty wpó³ z powodu podci±gania spodni - Ch...cia³em siê tt...ylko napiæ.

             Mê¿czyzna w okularach, najwyra¼niej przywódca tej grupy, pstrykn±³ grubymi paluchami w t³um. Dwie m³ode, wiotkie panienki, chyba studentki, rzuci³y siê b³yskawicznie za drzwi, by po kilku sekundach pojawiæ siê z powrotem z pust± szklank±. Odkrêci³y z trudem kran przy zlewie i nape³ni³y j± do pe³na. Miecio przyj±³ ofiarowan± mu pomoc, po czym uszczkn±³ kilka kropli ohydnej zawarto¶ci. Zrobi³o mu siê niedobrze. Kran w k±cie nie by³ pewnie u¿ywany od wielu miesiêcy, a biedne studentki nie mog³y przecie¿ o tym wiedzieæ. Wpu¶ci³y wiêc do szklanki to, co z niego wylecia³o, czyli brudn±, stêch³±, stoj±c± nieruchomo w rurze wodê.

             - Ju¿ lepiej? - zagadn±³ ponownie krêpy dowódca plutonu egzekucyjnego.

             - Tt...ak - wystêka³ Miecio, i b³yskawicznie wskoczy³ do ³ó¿ka. Jako¶ musi to wszystko wytrzymaæ.

             - A wiêc panie Bruzda - mê¿czyzna w okularach przysiad³ przy nim na podsuniêtym mu us³u¿nie bia³ym kiedy¶ krze¶le - Nazywam siê Kalisz i jestem tu ordynatorem. Panu, jak s±dzê, nic nie jest, ale musimy to dok³adnie sprawdziæ. Zostanie pan u nas na oko³o dwa tygodnie, dobrze kochany?

             - Jj...ak trzeba?

             - Trzeba panie Bruzda. Wykonamy ró¿ne badania, pok³ujemy trochê i zobaczymy, co te bandziory kaza³y panu wypiæ. Pan oczywi¶cie mo¿e chodziæ, przyjmowaæ go¶ci i tak dalej. No. A teraz muszê i¶æ do innych chorych, niech pan siê jeszcze prze¶pi kochany pacjencie. Powodzenia.

             Miecio pocz±tkowo zdezorientowany i wystraszony sytuacj±, oraz t³umem bia³ych postaci, uspokoi³ siê nieco i rozlu¼ni³. Nieprzyjemny wydawa³oby siê ordynator, to jak siê okazuje rzeczowy, rozs±dny cz³owiek, maj±cy na g³owie ca³y ten du¿y oddzia³ szpitalny, tabuny studentów, pielêgniarek, krn±brnych salowych. Zna³ te sprawy do¶æ dobrze ze swojego niedawnego pobytu w tej samej klinice, po nieszczê¶liwym, sprzed dwóch lat, potr±ceniu. Martwi³ siê tylko trochê o matkê, ale w koñcu nic jej nie bêdzie, Kulawik jako s±siad zawsze siê w podobnych sytuacjach sprawdza³ bez zarzutu.

---------------------------------------------------------------

             Od rana Miecio czu³ siê jak król. Dostarczono mu nowiutk±, bawe³nian± pid¿amê, zmieniono po¶ciel na ¶wie¿±, przyniesiono smaczne, po¿ywne ¶niadanie. Na razie pozostawa³ w tym samym pojedynczym pokoiku, lecz z rozmów obs³uguj±cych go pielêgniarek domy¶li³ siê, i¿ remontowano w³a¶nie szybko jakie¶ inne, bardziej strawne pomieszczenie. Dziwi³ siê trochê tej ekstra obs³udze, jednak nie protestowa³. Bo niby dlaczego? W koñcu czasy siê podobno zmieni³y, a nachalne bandziory rzeczywi¶cie mog³y go potraktowaæ czym¶ zupe³nie nieznanym i... gro¼nym. Nie martwi³ siê o siebie, lecz o matkê, która siedzi pewnie teraz sama w domu i p³acze. A gdyby tak nie daj Bo¿e... . Ech, lepiej nie my¶leæ o takich rzeczach. Zreszt± mama przyjdzie dzi¶ wieczorem do szpitala.

             Po ósmej, do sali ponownie wszed³ Kalisz, tym razem w towarzystwie kilku powa¿niejszych, na bia³o ubranych kobiet. W wiêkszo¶ci tak¿e wyposa¿onych w du¿e, plastikowe plakietki.

             - Dzieñ dobry panie Bruzda, kochany pacjencie - przywita³ siê kordialnie - Jak zdrówko?

             - Dziê...êkujê - u¶miechn±³ siê Miecio - Jaak na wcza... asaach.

             - To ¶wietnie! - ucieszy³ siê ordynator. - Przedstawiam panu zespó³ ¶licznych e... kobitek, które bêd± siê panem zajmowa³y w laboratorium i w pracowni testowej. Madames, to jest nasz kochany pacjent.

             Miecio uk³oni³ siê powa¿nie, na co wszystkie panie dygnê³y równiutko, jak na komendê. Podchodzi³y kolejno do niego, i podaj±c rêkê, przedstawia³y siê z nazwiska, tytu³u i funkcji. O dziwo, ¿adna z nich nie legitymowa³a siê tytu³em ni¿szym ni¿ magister, a dwie rzuci³y nawet uroczym s³ówkiem profesor. Miecio ca³owa³ je w podawane d³onie, uwa¿aj±c by nie ¶ciskaæ za mocno, nie ¶liniæ siê, nie stukaæ nosem.

             - To ja ju¿ pójdê - poinformowa³ Kalisz - A panie poprosz± pana ze sob±, kochany pacjencie.

             Przepchn±³ siê ostro¿nie przez utytu³owan± grupê i znikn±³ za drzwiami.

             Miecio zosta³ sam z przystojnymi, m³odymi kobietami i natychmiast poczu³ siê bardzo g³upio. Nie wiedzia³ czy ma staæ, czy te¿ usi±¶æ. Jeszcze bêd±c projektantem, pracowa³ co prawda w mieszanym zespole, jednak nigdy nie by³ w takiej sytuacji. Nigdy nie by³ zamkniêty w ciasnym pokoiku z samymi, w dodatku atrakcyjnymi mimo bia³ych uniformów, kobietami. One za¶ przygl±da³y mu siê uwa¿nie i milcz±co, patrz±c nañ jak na jaki¶ eksponat czy obiekt do¶wiadczalny.

             - Dzii...i¶ je...est tro...oochê cie... eplej - b±kn±³ zmieszany przed³u¿aj±cym siê milczeniem i za¿enowany swoim wynikaj±cym ze zdenerwowania, silniejszym ni¿ zwykle j±kaniem, spu¶ci³ g³owê.

             - Tak panie Bruzda, zanosi siê na piêkny dzieñ - Stresuj±c± sytuacjê roz³adowa³a pani profesor psychologii, najstarsza z nich - Choæ maj w tym roku ca³kiem mokry i deszczowy.

             - Tak - przyzna³ Miecio i uspokoi³ siê troszkê. – Ozimina dobrze ro¶nie – dorzuci³ bez zwi±zku.

             - Naprawdê? W takim razie prosimy z nami - ci±gnê³a pani profesor. - Zaczniemy chyba od hematologii, co drogie panie?

             - Tak, tak - zgodzi³y siê pozosta³e, i otoczywszy Miecia jak eskortowanego wiê¼nia, wyprowadzi³y na korytarz, a nastêpnie poprzez zakamarki szpitalne na parter, do laboratorium.

             - A wiêc zaczê³o siê - pomy¶la³ zdezorientowany zupe³nie Miecio, zdziwiony kompletnie tak znakomit±, na tak wysokim poziomie obs³ug±. Jednak rzeczywi¶cie co¶ siê w kraju zmieni³o na lepsze. Powinien by³ siê martwiæ takim, nie wró¿±cym nic dlañ dobrego nadskakiwaniem, powinien siê choæby wewnêtrznie przygotowaæ na zwalaj±ce z nóg, straszliwe wyniki maj±cych siê za chwilê rozpocz±æ badañ. Ale przecie¿ czu³ siê znakomicie, dopisywa³ mu apetyt, cieszy³ go zielony, wiosenny ¶wiat za oknami. Oni jak zwykle przesadzaj± - doszed³ wreszcie do wniosku i z niejak± przyjemno¶ci±, podda³ siê laboratoryjnej obróbce wstêpnej. Inaczej ni¿ wszyscy inni, lubi³ zapach odczynników, nie ba³ siê zastrzyków ani te¿ pobierania krwi. Nawet do dentysty chodzi³ bez strachu i zupe³nie nie przymuszany straszliwym bólem rozsypuj±cego siê w³a¶nie zêba. Ca³kowicie profilaktycznie.

---------------------------------------------------------------

             Porucznik Szymek nie mia³ naukowego podej¶cia do ¿ycia, ani do ¿adnego z jego aspektów. Nie znosi³ rozwa¿añ teoretycznych, wydziwiania, kombinowania. Wszystko widzia³ takim, jakim by³o, a w ka¿dym razie wygl±da³o. Podziwia³ wiêc Morrisa i jednocze¶nie wspó³czu³ mu tego wielogodzinnego ¶lêczenia nad raportami, wynikami testów, opiniami. To wprawdzie nie jego sprawa - wszystkie kopie i tak wêdrowa³y do Waszyngtonu - lecz najwyra¼niej facet polubi³ tê robotê. A poniewa¿ nie wprawiony w analizach, w roztrz±saniu ka¿dego szczególiku, studiowaniu setek wska¼ników - zgrzyta przy tym zêbami i dziwnie wykrzywia gêbê..

             Siedzi teraz w pokoju hotelowym - lampa a¿ paruje z gor±ca od wielogodzinnego u¿ywania, a on, Szymek, szuka po obszernych teczkach ¿±danych dokumentów, potwierdzeñ. Donosi te¿ inspektorowi piwo i kanapki. Morris, trzeba to przyznaæ, do¶æ szybko siê uczy, zw³aszcza jêzyka. Ma co prawda polsko¶æ w genach - jego babka by³a polsk± emigrantk± - jednak mimo to, jest zdaje siê facetem nadzwyczaj zdolnym. To on zaproponowa³ zespo³owi badawczemu, by przeprowadziæ z Bruzd± kilka testów ksenofobicznych, z u¿yciem innych ras i nacji.

             Przedstawiono wiêc pacjentowi - ma siê rozumieæ ca³kowicie oglêdnie, podstêpnie i z pozorami uzasadnienia - murzyna, studenta medycyny. I nic. Nic siê na ¶wiecie nie wydarzy³o, ¿adnych incydentów rasowych, w ka¿dym razie godnych zauwa¿enia przez media. Zrobiono to samo z cyganem - te¿ nic, chocia¿ tutaj mo¿na by na upartego domy¶laæ siê jakich¶ zale¿no¶ci, gdy¿ w M³awie, tego samego dnia, o tej samej godzinie, pobito do nieprzytomno¶ci jakiego¶ pijanego cz³owieka narodowo¶ci cygañskiej. Co prawda nie bez powodu, ale jednak.

             Natomiast z ¿ydem, sprawa by³a ewidentna. W momencie pierwszego kontaktu, dokonano w Jerozolimie, na targu, zamachu bombowego. Zginê³y trzy osoby, piêtna¶cie by³o rannych. Przy drugim spotkaniu, po dwóch dniach, tak¿e nast±pi³ zamach palestyñski, jednak tym razem zginê³o czternastu ¿o³nierzy izraelskich. Eksperyment natychmiast przerwano, boj±c siê eskalacji terroryzmu i dalszych ofiar. Ale izraelsko - palestyñskie rokowania pokojowe i tak utknê³y w martwym punkcie, choæ sytuacja uspokoi³a siê chwilowo.

             - Zymek - mówi Morris i podnosi opuchniête powieki znad dokumentów. - Co na to pan?

             Porucznik Szymek ¶cisza telewizor i próbuje nawi±zaæ inteligentn± rozmowê.

             - Nie wiem komisarzu. Mo¿e pacjent nie lubi ¿ydów?

             - No, no! - protestuje ¿ywo komisarz. - Po test seria psychologiczna i bezpo¶rednio pytana, wynik negatywna. On wszystko lubi. Mówi tak i czuje tak.

             - A pod¶wiadomo¶æ ta, no,... genetyczna?

             - To mo¿liwa - zastanawia siê Morris.

             - A pan lubi ¿ydów? - pyta ostro¿nie Szymek

             - A kto ich lubi? - odpowiada pytaniem komisarz i rozmowa na chwilê ustaje.

             Jutro maj± zakoñczyæ tê seriê badañ na Rosjaninie. Specjalni obserwatorzy zbieraj± ju¿ aktualne dane o sytuacji wewnêtrznej by³ego mocarstwa, o ruchach spo³ecznych, nastrojach, popularno¶ci w³adzy. Zwyk³y materia³ porównawczy. Szymek jednak obawia siê, by akurat z tymi testami nie przeholowano. Pacjent to w koñcu Polak. Porucznik ju¿ od dawna jest przekonany o szczególnych w³a¶ciwo¶ciach Bruzdy, i ca³y ten profesorski cyrk uwa¿a za stratê czasu - rzecz przy tym bardzo niebezpieczn±. Takich spraw siê nie bada, takie rzeczy siê po prostu wie.

             Morris znowu patrzy na niego znad papierów.

             - Zymek - mówi. - Co my¶li o tym?

             Podaje mu kolejny raport, w którym mowa o pobieraniu do badañ maleñkich ilo¶ci krwi pacjenta. Poniewa¿ ka¿da czynno¶æ testowa jest dok³adnie odnotowywana, filmowana z ukrycia i pó¼niej opisywana, to natychmiast widaæ prost± zale¿no¶æ. W tym samym momencie, gdy Bru¼dzie pobrano do probówki kropelkê krwi obwodowej, na Wyspach Dziewiczych nieoczekiwanie wytrysn±³ gejzer. Niewielka wprawdzie erupcja i krótkotrwa³a, ale za to zupe³nie niespodziewana. Poparzony zosta³ miejscowy robotnik

- Przecie¿ to jasne - odpowiada porucznik. - Musimy o niego dbaæ jak... jak o w³asne jaja. Albo jeszcze lepiej.

             - Yes - pociera czo³o zamy¶lony Morris - Tak wygl±daæ.

---------------------------------------------------------------

Koniec rozdzia³u 1

cdn.

źródło:

http://www.portalliteracki.pl

Oceń informacje:

Aktualna ocena::

3

Wyślij odnośnik znajomym::

Tags:

Panowie! Spokój - Oty³y Dusza,

Je¿eli Komisarz Mo...rris jest

Komendy Rejonowej Policji, Rozwalili Wszyscy, Stê¿enie Morris, Morris Warszawy, poprzedzony Przydzielony ¿e Morris ¿ywio³ow± Sam, ¿eby Wywiadowcy ¶miechu, Opas³y Aspirant Figura, Morrisa, Zawodach Policji Drogowej, Shakespeare’a. Do ¿yczenie, W zwi±zku

- Panowie, Moja Moris, ¿e Europie Przychodzê Wczoraj W³adca Langer, Egiptem Taki Tam Jezu, Major Byli Waszyngton Jejl. Ksi±¿ka Nazwiska Jak ¶wiat. Jak ¶wiat. Jak ¶wiat, Potomek, ¿eby ¶wiat Komputery Waszyngton O’kej. Wysokie Last Polsce Mieczys³aw Bruzda £odzi, Nowym Jorku Wysoki Dyskretnie Dziêkujê. Przepraszam, Figura wyskoczy³

Gdy ³zy, ¿al Morrisa. Na Dusza Warszawê

Chodzi³o Langer, ¶wiatowej ¶rodowiskowe Dokument, ¿e Ostatnia 1999, Ale Tekst Ten Mieczys³aw Bruzda 42, £odzi.

Ksiêga - takim ¿e ¶wiata. Polega ¶wiata, Ów niesamowity, Gdyby ¶wiat ¶mierci,

Ca³e ¿e CIA, Warszaw±, Polski Morrisa, Amerykañskich.

Tak ¶miechu

Inicjatywê Dusza.

Figurê Szymek Bêdziesz podrêcznym Morrisa, Savoyu. Wszyscy No.

Miecio Bruzda ¶redniego wzrostu, ³ysiej±cym, ¶wiñskim Urodzi³ £odzi Gdy Irañczyka, Miecio, ¶redniej Dziêki matczynej Miejskiego Biura Projektów, ¿e

Przesuniêto Przepracowa³ By³ pracownikiem Sam Bo¿e, Kole¿anki Miecia. ¯y³o ¿e By³ Mama

Miecio Przez ¿a³osne ¿adnych Matka, ju¿ „PIPE-HURT”, Miecia Biura. Miecio zajmuje Pilnuje Nie ¿a³osnej W³a¶nie ZUS-owskie Szefowa Hela,

Mieciu? Szefowa demonstruje Miecio Heli.

Nn… Wspaniale.

Naprawdê?

Bêdê - Hela

Panie Mieciu! Klient

- wydziera Hela,

Ale¿ J...jja

Ani Ten ³opaty.

Hela Klient, Czego Stasio.

Wie

Stasio jest

Có¿,

Panie! Stasio Tu nie

Kup - wrzeszczy Stasio

Hela Stasia Wsiada Escorta

Miecio, Stasia Koñczy ZUS-u Krzy¿ówki, Miecia. Nie, ¿eby Chocia¿ ¿elazko, Zarazi³ Ruchu,

Hela Miecio Oni Dobrze, ¿e ¿aden - oprócz

Stasio Miecia,

Miecio,

Dd...dobrze, Stasio, obj±wszy

Mietek Bruzda Heli jeszcze ¿e ZUS. Hela Chyba, ¿e Có¿,

Ogarn±³ ³adu

Plan Morrisa Poniewa¿ wspomniany, ¶cis³± Mieczys³awa Bruzdy, ¶wiata Bruzdy Dlatego Przychodni Rejonowych Znaleziono

Mieczys³aw Bruzda, Siêradza, ¿e Stalin, Wda³o W³a¶nie Wydarzenia Poznañskie, ówczesny premier Cyrankiewicz Gdy Miecio Jak

Dwa Wtedy Kennedy. Miecia Miecio Obalono Caucescu Nie Bruzda Biurze Projektów, Imperium Radzieckie Miecio ¦wiat Korelacja Przypad³o¶ci Miecia, ¶wiata Chyba, ¿e Miecio, Inna sprawa, ¿e

Poza

Tekst ¿e Miecia

Ogólnie Natomiast Pozostaje Morrisa oraz Tak Morris, ¶miesznego testu, Bruzd±, Miecia.

Miecio Motorniczy, ów Rozpêdza³ Wype³niaj±cym ³anem Kilka,

Miecio ¶wietlane wzorce Oczywi¶cie Wa¿niejsza ¶mieci Wszystko

Wraca³ Ju¿ namaca³ ¿elaznymi

Kopsnij

Ss...³ucham? Miecio.

Puknij Mieciowi

Pp...anowie, – Miecio,

A...

- wyja¶ni³

Bruzda, ³askawym Wyj±³ Ten przyj±³

Dorzuæ

Miecio

- Jeste¶ Kajtek,

Ni¿szy Odkrêci³ Mieciowi

A... - wystêka³ Miecio.

Nie

Miecio ³yki. Poczu³ ¿o³±dka Odda³ Poklepali ¶wiat³o

Panie

Zamknij Dzielnicowy, Kulawik, Miecia, ubezpieczany ³achy Bruzda?

Nn...ic Miecio Zz...abrali ¶¶...wiñstwa.

- zarz±dzi³ Kulawik Miecio.

Kk...oniecznie? Miecio

Oczywi¶cie. Poniewa¿ Sier¿ant Kulawik przygl±da³ Mieciowi.

Ale¿

Kulawik, Roztrzêsiony Miecio, Matka

¶¶...winie,

Miecio ³azienki, ¿a³osne

¶¶...winie!

Kulawik

Szanowna Bruzdowa. Poniewa¿ Miecio ¶winie da³y Przewieziemy

Mm...a Mm...a Zaraz Bruzdowa

Nie, Niech Pod Po³±czymy Wrócê

Miecia Pomstuj±ca Bruzdowa, Kulawika. Tym oto Mieczys³aw Bruzda, ¶wie¿o, Oddzia³u Wewnêtrznego. Go¶æ

Obudzi³ ¿e ³ó¿ku Niew±tpliwie Poczu³ Chcia³ Ma³o Kto¶

Miecio ³ó¿ku Wybieramy Bruzda,

Nn...ie, Miecio Ch...cia³em

Mê¿czyzna Dwie Odkrêci³y Miecio Zrobi³o Kran Wpu¶ci³y

Ju¿

Tt...ak Miecio, ³ó¿ka. Jako¶

Bruzda - Nazywam Kalisz Panu, Zostanie

Jj...ak

Trzeba Bruzda. Wykonamy ró¿ne No. Powodzenia.

Miecio Nieprzyjemny Zna³ Martwi³ Kulawik

Miecio ¶wie¿±, przyniesiono ¶niadanie. Nie Bo¿e... Ech, Zreszt± ósmej, Dzieñ Bruzda, Jak Dziê...êkujê Jaak ¶wietnie! Przedstawiam ¶licznych Madames, Miecio Podchodzi³y Miecio ¶ciskaæ ¶liniæ Przepchn±³ Miecio Nie Jeszcze Nigdy One Dzii...i¶ Tak Bruzda, Stresuj±c± Choæ Tak Miecio Ozimina Naprawdê? Zaczniemy Tak, Miecia Miecio, Jednak Powinien Ale ¶wiat Inaczej Ca³kowicie Porucznik Szymek ¿ycia, ¿adnego Nie Wszystko Podziwia³ Morrisa ¶lêczenia To wprawdzie Waszyngtonu - lecz Siedzi - lampa Szymek, ¿±danych Donosi Morris, Bruzd± Przedstawiono - murzyna, Nic ¶wiecie ¿adnych incydentów Zrobiono M³awie, Natomiast ¿ydem, Jerozolimie, Zginê³y Przy ¿o³nierzy Eksperyment Ale Zymek Morris Porucznik Szymek ¶cisza Nie Mo¿e ¿ydów?

No, ¿ywo komisarz. Mówi ¿ydów? Szymek

Jutro Rosjaninie. Specjalni Zwyk³y Szymek Pacjent Polak. Porucznik Bruzdy, Takich Morris Zymek Podaje Poniewa¿ Bru¼dzie pobrano Wyspach Dziewiczych nieoczekiwanie Niewielka Poparzony Musimy Albo Yes Tak 1

cdn.

Komentarze::


Dodaj komentarz

Twój podpis:
Twój komentarz
adres WWW:
Aby dodać komentarz należy wypełnić pola komentarz i podpis.
Twój komentarz zostanie wyemitowany po zatwierdzeniu jego treści przez moderatora.


Powiązane wiadomosci