24 godziny temu

O 8.30 – jak zwykle – wychodzê do pracy. Idê Grunwaldzk± w kierunku Kaponiery. Poznañ o tej porze roku nawet ³adny jest – my¶lê. Skrêcam w Gajow± i zamiast zobaczyæ standardowo znajduj±ce siê tam Stare Zoo, widzê ...budynek mojej szko³y podstawowej, która – je¶li w ogóle jeszcze istnieje – to znajduje siê jakie¶ 230 kilometrów od Poznania.
Przed szko³± jakby nigdy nic stoi pani wychowawczyni. Macha do mnie. Co jest? Nic nie rozumiem. W jaki sposób do cholery siê tutaj znalaz³em?
Co gorsza mam przeczucie, ¿e ta stara gminna podstawówka, to moje nowe miejsce pracy. Jak to mo¿liwe? Wieki temu z premedytacj± opu¶ci³em rodzinne miasteczko, a teraz tu wracam i mam uczyæ w podstawówce? Przecie¿ ja nawet nie jestem nauczycielem.
- Pochwalony Jezus Chrystus, witamy naszego nowego katechetê – mówi wychowawczyni.
- ¯e co proszê – odpowiadam zaskoczony – katechetê? ...to jaka¶ pomy³ka...
W tym samym momencie dostrzegam w oknie postaæ w sutannie i ju¿ chcê j± zawo³aæ, ¿eby wyt³umaczyæ to ¿enuj±ce nieporozumienie, kiedy orientujê siê, ¿e to moje w³asne odbicie. O Bo¿e... umar³em i trafi³em do piek³a.
Nie wiedzieæ dlaczego – zaczynam siê modliæ. Zdrowa¶ki, gorzkie ¿ale, ojczenasze, wszystko co mi przyjdzie do g³owy. Stacja po stacji. Matko Boska Licheñska, Jagodna...
- Ale¿ ksi±dz ma w sobie zapa³ – mówi wychowawczyni – zapraszam do pokoju nauczycielskiego, poznam ksiêdza z pozosta³ymi nauczycielami.
Jestem tak zaskoczony tym wszystkim, ¿e idê za ni± potulnie jak baranek... bo¿y. Wchodzimy po schodach. Ju¿ z daleka widzê, który pokój jest nauczycielski – spod drzwi s±czy siê dym papierosowy generowany przez pedagogiczne cia³o.
Wychowawczyni otwiera drzwi. Czujê siê jakbym wchodzi³ do komory gazowej. We mgle widaæ jakie¶ sylwetki, robi mi siê duszno. Wybiegam. Biegnê korytarzem. Wbiegam do jakiego¶ pomieszczenia. Zw³oki zwierz±t w formalinie, ko¶ciotrup w rogu i ten dziwny s³odko-kwa¶ny zapach. Tak. To klasa biologii. Nic siê nie zmieni³o.
- A tu ksi±dz jest – s³yszê za plecami g³os wychowawczyni – proszê poznaæ pani± dyrektor.
Odwracam siê. O nie! To ona – diabe³ kobieta. Metr dwadzie¶cia na obcasach, wrzeszcz±cy g³os, ró¿owo-fioletowy w³os ondulowany na afro.
- Niech bêdzie pochwalony... – mówi i wyci±ga rêkê w moim kierunku.
- Niech bêdzie... – zacinam siê.
- Bardzo siê cieszê, ¿e ksi±dz do nas do³±czy³, chocia¿ wci±¿ nie mogê uwierzyæ, ¿e zrezygnowa³ ksi±dz z pracy w Watykanie, ¿eby tu przyjechaæ. Papie¿ z pewno¶ci± by³ rozczarowany?
Papie¿... Watykan....tego ju¿ za wiele. Mówiê, ¿e muszê siê napiæ, bo zasch³o mi w gardle i wybiegam z klasy.
Na korytarzu wpadam na pana od muzyki. Sumiasty w±s, zaawansowane zakola, zêby i palce po¿ó³k³e od palenia, mocno dekatyzowana katana.
- Do, re, mi, fa, sol, la, si, do... po-chwa-lo-ny niech bê-dzie po... – zagaja do mnie ¶piewan± czêstochowszczyzn±.
- Pauza!! – krzyczê – nie jestem ¿adnym ksiêdzem, nie wiem jak siê tutaj znalaz³em, to jakie¶ nieporozumienie!
- Nie jest ksi±dz ksiêdzem? – pyta zaskoczony pan od muzyki – dlaczego w takim razie paraduje ksi±dz... to znaczy pan po szkole w sutannie?
Jego spojrzenie przewierca³o mnie na wylot. Poczu³em jak kropelki zimnego potu ¶ciekaj± po moich skroniach. Twarz pana od muzyki stawa³a siê coraz bardziej pokrzywiona. Nagle ze skórzanej torby, któr± mia³ na ramieniu, gwa³townym ruchem wyci±gn±³ plastikowy flet i zacz±³ mnie nim ok³adaæ. Rzuci³em siê do ucieczki. Dó³ sutanny pl±ta³ mi siê miêdzy nogami. Z trudem zbiega³em po schodach. Dotar³em do dziwnego skrzy¿owania korytarzy, którego za moich szkolnych lat tutaj nie by³o. Na koñcu jednego z nich dojrza³em ¶wiat³o i pobieg³em w jego stronê. Rozleg³ siê d¼wiêk dzwonka.
Ku mojemu zdziwieniu z klas nie wysz³y dzieci, ale... starcy – jedni z balkonikami, inni na wózkach inwalidzkich, jeszcze inni o kulach. Niektórzy ci±gnêli za sob± wózki z butlami tlenowymi.
Stan±³em jak wryty. Ze zdziwieniem stwierdzi³em, ¿e pan od muzyki gdzie¶ znikn±³.
Starcy podchodzili do mnie. U¶miechali siê i prosili o b³ogos³awieñstwo. Nie mia³em serca powiedzieæ im, ¿e to jakie¶ nieporozumienie, ¿e nie jestem ¿adnym ksiêdzem. Zacz±³em wiêc b³ogos³awiæ. Rysowa³em znak krzy¿a na ich czo³ach i mamrota³em co¶ pod nosem, udaj±c, ¿e wypowiadam jak±¶ pobo¿n± frazê. Przypomnia³em sobie, ¿e jako dziecko czêsto bawi³em siê w mszê. Bra³em cukierniczkê, która mia³a kszta³t kielicha mszalnego i udawa³em, ¿e udzielam komunii. Przyjmowa³y j± misie, ¿o³nierzyki, kilku fikcyjnych wiernych z mojej wyobra¼ni i ...prababcia – nieod¿a³owana towarzyszka mojego dzieciñstwa. Pamiêtam jak cieszy³a siê, ¿e fascynuje mnie pos³uga kap³añska.
I proszê – jestem ksiêdzem. Nie wiem jak do tego dosz³o, ale nim jestem. Nie czujê siê katolikiem, nie chodzê do ko¶cio³a, ale jestem katolickim ksiêdzem. I jakby nigdy nic w³a¶nie udzielam b³ogos³awieñstwa.
Wykonuj±c znak krzy¿a na czo³ach starców, wyobra¿a³em sobie moje dalsze ¿ycie. Jednoosobowa cela. Nudne msze. ¯adnych kobiet. Piek³o...piek³o, piek³o – odpowiedzia³o echo w mojej g³owie.
Kiedy pob³ogos³awi³em ostatniego starca, zrezygnowany usiad³em na ³awce stoj±cej przy ¶cianie, wyci±gn±³em nogi i w³o¿y³em rêce do kieszeni. Ze zdziwieniem stwierdzi³em, ¿e w jednej z nich mam telefon komórkowy. Podekscytowany zacz±³em wyszukiwaæ ostatnie po³±czenia i ...o zgrozo... Benedykt, Ojciec Dyrektor, Siostra Klementyna, Kardyna³ Gl.....zamurowa³o mnie. Kim ja jestem do cholery?
Jak to mo¿liwe, ¿e nagle znalaz³em siê tutaj jako ksi±dz?
Szko³a opustosza³a.
Na koñcu korytarza dostrzeg³em niemrawe ¶wiat³o. Poszed³em w jego kierunku. Okaza³o siê, ¿e ¶wiat³o s±czy siê przez lekko uchylone drzwi. Otworzy³em je. O¶lepi³y mnie jaskrawe promienie s³oñca. W nogach poczu³em dziwne mrowienie. Zrobi³o mi siê duszno. Kiedy oczy przyzwyczai³y siê do blasku, okaza³o siê, ¿e stojê po¶rodku wielkiego placu. Wokó³ mnie by³o mnóstwo ludzi. U¶miechali siê. Robili zdjêcia. Niektórzy szli uformowani w grupy, na szyjach mieli jednokolorowe chusty. Inni trzymali jakie¶ transparenty.
Plac wydawa³ mi siê dziwnie znajomy. Ale za nic nie mog³em sobie przypomnieæ sk±d znam to miejsce. Nie wiem dlaczego, ale ogarnê³a mnie przemo¿na potrzeba ¿arliwej modlitwy. Upad³em na kolana i pogr±¿y³em siê w religijnej medytacji.
Musia³em tak klêczeæ kilka godzin, poniewa¿ w miêdzyczasie zrobi³o siê ciemno. Na placu by³o ju¿ zupe³nie pusto. Nagle us³ysza³em kroki. Kto¶ szed³ w moim kierunku.
- Postrafiam cie i sapraszam do mnje – powiedzia³ przybysz. Odwróci³em siê. To by³ on – gronostajowy papa we w³asnej osobie. Zdrêtwia³em. Jednocze¶nie u¶wiadomi³em sobie, gdzie jestem. Watykan. Apostolska stolica. Mekka katolików.
- Habemus papa... – wyduka³em po chwili pierwszy lepszy tekst, który skojarzy³ mi siê z papieskim urzêdem.
Spojrza³ na mnie podejrzliwie, ale nic nie powiedzia³. Zapraszaj±cym gestem rêki wskaza³ drogê. Ruszyli¶my w kierunku bazyliki.
Bazylika wygl±da³a na pust±. Gdzieniegdzie tli³y siê delikatne czerwone, bia³e i fioletowe ¶wiate³ka. Atmosfera panuj±ca w królestwie gronostajowego papy by³a zdecydowanie demoniczna. Minêli¶my wysepkê o³tarza z wielkim baldachimem.
Papa spojrza³ na mnie z u¶miechem i wskaza³ konfesjona³ stoj±cy w bocznej nawie.
- Ale, ¿e niby co? Ja... do spowiedzi? – ¿achn±³em siê – papa chyba ¿artuje!?
- Id¼ tam i poczekaj na mnie, przek±szê co¶ w zakrystii, twoja spowied¼ mo¿e trochê potrwaæ, a ja nie jad³em dzisiaj kolacji – tym razem jego polszczyzna by³a bezb³êdna – przygotuj siê, zrób rachunek sumienia, zaraz bêdê z powrotem.
Papa poszed³ w kierunku zakrystii, a ja sta³em i zastanawia³em siê, co zrobiæ. Pomy¶la³em, ¿e musia³em strasznie nagrzeszyæ, skoro sam namiestnik Stolicy Piotrowej postanowi³ mnie wyspowiadaæ. Có¿, anio³kiem nigdy nie by³em, ale ¿eby a¿ tak?
Nagle zza o³tarza, wystrzelony jak z procy, wylecia³ bia³y go³±b. Przestraszy³em siê nie na ¿arty. Go³±b zbli¿y³ siê do mnie i zawis³ w powietrzu jakie¶ dwa metry nad moj± g³ow±. Ewidentnie patrzy³ na mnie. Serce wali³o mi jak subwoofer na technoparty.
- Jeste¶ wreszcie – odezwa³ siê go³±b.
- Ty mówisz... – wyduka³em przera¿ony.
- Mówiê, mówiê, go³êbie nie gêsi... – odpar³ lekko zbulwersowany.
- Kim jeste¶?
- Jestem, kim jestem! Nie wnikajmy w szczegó³y.
- Czego ode mnie chcesz?
- Chcê ciê ostrzec.
- Jak to, ale przed czym?
- Przed tob± samym.
- Nic nie rozumiem.
- Popatrz na siebie, na swoje ¿ycie, jeste¶ zagro¿eniem dla samego siebie.
- Bzdura!
- Niestety nie. Ale jeszcze masz szansê to zmieniæ. W przeciwnym wypadku przepadniesz, skoñczysz siê.
Gronostajowy papa nie wraca³. Moje przera¿enie trochê zel¿a³o, kiedy poczu³em zapach kadzid³a. Gdy jako dziecko chodzi³em do ko¶cio³a, kadzenie by³o jedynym lubianym przeze mnie momentem mszy.
- Nie bêdê ci prawi³ mora³ów, moje zadanie polega tylko na tym, ¿eby ciê ostrzec. Twoje zadanie polega na tym, ¿eby odszukaæ w sobie ¼ród³o zagro¿enia – powiedzia³ go³±b.
Zorientowa³em siê, ¿e g³os go³êbia przypomina mi g³os kota Rademenesa z „Siedmiu ¿yczeñ”.
- Mogê mieæ jedno ¿yczenie? – zapyta³em.
- Nie spe³niam ¿yczeñ, nie jestem kotem Rademenesem, ani z³ot± rybk± – spokojnie odpowiedzia³ go³±b – i uwa¿aj, mogê czytaæ w twoich my¶lach.
Po wszystkim czego ostatnio do¶wiadczy³em fakt, ¿e gadaj±cy go³±b czyta w moich my¶lach, niespecjalnie mnie zaskoczy³.
- Dam ci jedn± wskazówkê – rzek³ go³±b.
- Zamieniam siê w s³uch – odpar³em zafrapowany.
- Choæbym mówi³ jêzykami ludzi i anio³ów, a mi³o¶ci bym nie mia³, sta³bym siê jak mied¼ brzêcz±ca albo cymba³ brzmi±cy...
- Ju¿ to kiedy¶ s³ysza³em – pomy¶la³em.
- S³ysza³e¶, ale nie przemy¶la³e¶, nie wyci±gn±³e¶ ¿adnych wniosków, a czas p³ynie tylko w jednym kierunku i masz go coraz mniej – powiedzia³ go³±b i znikn±³.
W bazylice by³o przera¿aj±co cicho. Gronostajowy papa chyba zrezygnowa³ ze spowiedzi. Poczu³em znu¿enie i przycupn±³em na d³ugiej ³awce. Zorientowa³em siê, ¿e na jej drugim koñcu kto¶ siedzi. Przesun±³em siê w kierunku nieruchomej postaci. Zagai³em raz, drugi. Zero reakcji. Nagle wielkie wrota bazyliki otworzy³y siê i do ¶rodka wesz³o dwóch sanitariuszy. Byli w bia³ych kitlach z krzy¿ykami na rêkawach, dlatego zorientowa³em siê, ¿e to sanitariusze. Podeszli do mojego ¶wie¿o nabytego niemego kompana, chwycili go jak wielkie krzes³o i wynie¶li z bazyliki. Postaæ nawet nie drgnê³a i przez ca³y czas znajdowa³a siê w pozycji siedz±cej. Ciarki przebieg³y mi po plecach. Trup. To by³ trup! Musia³ siedzieæ na tej ³awce od dawna, bo ca³kiem zdrêtwia³. Wygl±da³o na to, ¿e ten biedny cz³owiek przyszed³ tu i czeka³ na ¶mieræ. Patrzy³ przed siebie i czeka³. Spokojnie i cierpliwie. Niewiarygodne. I przera¿aj±ce.
Raptem w bazylice rozleg³ siê d¼wiêk dzwonu. By³ g³o¶ny i natrêtny. Przestrzeñ dooko³a sta³a siê dziwnie rozmyta. Wydawa³o mi siê, ¿e patrzê na ¶wiat spod powierzchni wody. D¼wiêk dzwonu zbli¿a³ siê do mnie. Próbowa³em uciekaæ, ale nogi odmówi³y mi pos³uszeñstwa. Utkn±³em w gêstym kisielu. Dzwon mnie dopad³.

Trudno opisaæ ulgê, jak± poczu³em po przebudzeniu. Usiad³em na ³ó¿ku rozkoszuj±c siê powrotem do rzeczywisto¶ci. Pomy¶la³em, ¿e Morfeusz to niez³y pojeb.
Zapowiada³ siê kolejny s³oneczny dzieñ. Postanowi³em wyj¶æ na balkon i rozkoszowaæ siê pachn±cym, majowym powietrzem. Podszed³em do drzwi balkonowych. Kiedy chcia³em je otworzyæ, zamar³em z przera¿enia – na balustradzie siedzia³ bia³y go³±b. £ypn±³ na mnie, gruchn±³ i odlecia³.
Nie wiem jak d³ugo znajdowa³em siê w stanie bezmy¶lnej inercji. Z letargu wyrwa³o mnie intensywne pukanie do drzwi. Poszed³em otworzyæ. Dwóch rozanielonych i szczerz±cych zêby ¶wiadków Jehowy wrêczy³o mi ziny z md³ymi rysunkami szczê¶liwych rodzin, pl±saj±cych beztrosko po¶ród dzikiego zwierza. Asertywnie przerwa³em wywód jednego ze ¶wiadków, podziêkowa³em i zamkn±³em drzwi.
Poczu³em g³ód. Zajrza³em do lodówki. Pustki. By³em zmuszony i¶æ do sklepu i kupiæ co¶ do jedzenia, chocia¿ wcale nie mia³em ochoty wychodziæ z domu.
Otworzy³em szafê, ¿eby wyci±gn±æ moj± ulubion± czarn± bluzê z kapturem. To co zobaczy³em, wywo³a³o we mnie potê¿n± eksplozjê adrenalinowego trotylu.
Wewn±trz szafy znajdowa³y siê tylko dwie sutanny, kom¿a i ma³y modlitewnik...

Krzych Michaluk

źródło:

http://www.portalliteracki.pl

Oceń informacje:

Aktualna ocena::

3

Wyślij odnośnik znajomym::

Tags:

Idê Grunwaldzk± Kaponiery. Poznañ ³adny Skrêcam Gajow± Stare Zoo, ...budynek Poznania. />Przed Macha Nic />Co ¿e Jak Wieki Przecie¿ />- Pochwalony Jezus Chrystus, />- ¯e ...to />W ¿eby ¿enuj±ce ¿e Bo¿e... />Nie Zdrowa¶ki, ¿ale, Stacja Matko Boska Licheñska, Jagodna... />- Ale¿ />Jestem ¿e Wchodzimy Ju¿ />Wychowawczyni Czujê Wybiegam. Biegnê Wbiegam Zw³oki Tak. Nic />- />Odwracam Metr />- Niech />- Niech />- Bardzo ¿e ¿e Watykanie, ¿eby Papie¿ />Papie¿... Watykan....tego Mówiê, ¿e />Na Sumiasty />- Do, ¶piewan± />- Pauza!! ¿adnym />- Nie />Jego Poczu³em ¶ciekaj± Twarz Nagle Rzuci³em Dó³ Dotar³em ¶wiat³o Rozleg³ />Ku Niektórzy />Stan±³em ¿e />Starcy U¶miechali Nie ¿e ¿e ¿adnym Zacz±³em Rysowa³em ¿e Przypomnia³em ¿e Bra³em ¿e Przyjmowa³y ¿o³nierzyki, ...prababcia Pamiêtam ¿e />I Nie Nie />Wykonuj±c ¿ycie. Jednoosobowa Nudne ¯adnych Piek³o...piek³o, />Kiedy ³awce ¶cianie, ¿e Podekscytowany ...o Benedykt, Ojciec Dyrektor, Siostra Klementyna, Kardyna³ Gl.....zamurowa³o Kim />Jak ¿e />Szko³a />Na ¶wiat³o. Poszed³em Okaza³o ¿e ¶wiat³o Otworzy³em O¶lepi³y Zrobi³o Kiedy ¿e Wokó³ U¶miechali Robili Niektórzy Inni />Plac Ale Nie ¿arliwej Upad³em />Musia³em Nagle Kto¶ />- Postrafiam Odwróci³em Zdrêtwia³em. Jednocze¶nie Watykan. Apostolska Mekka />- Habemus />Spojrza³ Zapraszaj±cym Ruszyli¶my />Bazylika Gdzieniegdzie ¶wiate³ka. Atmosfera Minêli¶my />Papa />- Ale, ¿e Ja... ¿achn±³em ¿artuje!? />- Id¼ />Papa Pomy¶la³em, ¿e Stolicy Piotrowej Có¿, ¿eby />Nagle Przestraszy³em ¿arty. Go³±b Ewidentnie Serce />- Jeste¶ />- />- Mówiê, />- Kim />- Jestem, Nie />- Czego />- Chcê />- Jak />- Przed />- Nic />- Popatrz ¿ycie, />- Bzdura! />- Niestety Ale />Gronostajowy Moje Gdy />- Nie ¿eby Twoje ¿eby ¼ród³o />Zorientowa³em ¿e Rademenesa „Siedmiu ¿yczeñ”. />- Mogê ¿yczenie? />- Nie ¿yczeñ, Rademenesem, />Po ¿e />- Dam />- Zamieniam />- Choæbym />- Ju¿ />- S³ysza³e¶, ¿adnych />W Gronostajowy Poczu³em ³awce. Zorientowa³em ¿e Przesun±³em Zagai³em Zero Nagle ¶rodka Byli ¿e Podeszli ¶wie¿o Postaæ Ciarki Trup. Musia³ ³awce Wygl±da³o ¿e ¶mieræ. Patrzy³ Spokojnie Niewiarygodne. />Raptem By³ Przestrzeñ Wydawa³o ¿e ¶wiat D¼wiêk Próbowa³em Utkn±³em Dzwon /> />Trudno Usiad³em ³ó¿ku Pomy¶la³em, ¿e Morfeusz />Zapowiada³ Postanowi³em Podszed³em Kiedy £ypn±³ />Nie Poszed³em Dwóch ¶wiadków Jehowy Asertywnie ¶wiadków, />Poczu³em Zajrza³em Pustki. By³em />Otworzy³em ¿eby />Wewn±trz /> />Krzych Michaluk

Komentarze::


Dodaj komentarz

Twój podpis:
Twój komentarz
adres WWW:
Aby dodać komentarz należy wypełnić pola komentarz i podpis.
Twój komentarz zostanie wyemitowany po zatwierdzeniu jego treści przez moderatora.


Powiązane wiadomosci