Mus

24 godziny temu

golesz@wp.pl

Mus

 

          ¯a³owa³, ¿e da³ siê namówiæ Malickiej na badania w mie¶cie. I tak przecie¿ wiedzia³, ¿e to ju¿ czas. A tam k³uli go, wpychali do gêby jakie¶ rury, kazali sikaæ do butelek, macali, truli odra¿aj±cymi ¶wiñstwami, g³odzili, wozili wózkami po ogromnych korytarzach i kiwali nad nim m±drymi g³owami. Okropne. Poza tym przez te kilka dni Zo¶ka têskni³a – by³a dojona przez m³od± Malick±, ale têskni³a. Nie - nie da siê ju¿ namówiæ. A zreszt±, to i tak nied³ugo.



          W zasadzie to nic Józka nie bola³o – by³ tylko coraz s³abszy i coraz bardziej ogarnia³ go dziwny smutek. Nie przygnêbienie, czy depresja, ale, spokojny, jaki¶ taki filozoficzny smutek. I dystans do ca³ego, Bo¿ego ¶wiata. Nie martwi³ siê o nic – Zo¶ka, choæ te¿ niem³oda, zadomowi siê w koñcu u Malickiej, a Kulas i tak by³ samotnikiem z natury. Wraca³ do domu na wieczorny spodek mleka, po czym mrucz±c z zadowolenia, zwija³ siê cichutko w k³êbek, by natychmiast zasn±æ. Przy³azi³ czasem do obory na dojenie, ale ani razu nie próbowa³ uszczkn±æ choæ kropelki. Mia³ pewno¶æ swojej pó¼niejszej porcji.



          Z Zo¶k± te¿ nie by³o k³opotu. Po porannym udoju wychodzi³a sobie dostojnie na ³±kê za domem, i monotonnie, systematycznie ¿ar³a. Gdy ju¿ mia³a do¶æ, wraca³a sama do obory i czeka³a spokojnie. Nie dawa³a mleka du¿o, ale i tak zostawa³ znaczny nadmiar, który Józek zanosi³ wnukom Malickiej. Nie mieli przecie¿ ¿adnego bydl±tka, a codziennie musieli biegaæ trzy kilometry do szko³y. Malicka robi³a te¿ niekiedy z tego darowanego mleka ¶wietny, nie za mocno posolony twaróg, z mas± drobno pokrojonej cebuli. Pycha.

 

          Tak wiêc zobaczy³ go po raz pierwszy w pi±tek wieczorem, tu¿ po zachodzie s³oñca. Sta³  pod Józkow± lip± - wyprostowany, wysoki, w d³ugim czarnym p³aszczu siêgaj±cym do kostek, z g³ow± zakryt± kapturem. I oczywi¶cie trzyma³ w prawym rêku kosê. Józek posadzi³ tê lipê jakie¶ czterdzie¶ci lat temu i latem czêsto pod ni± przysypia³, wiêc to miejsce by³o dla niego szczególne. Dla Niego wiêc zapewne tak¿e. Nie widzia³ z daleka Jego twarzy, przes³oniêtej zreszt± w du¿ej mierze obszernym kapturem, ale sk±d¶ mia³ pewno¶æ, ¿e to nie Ona, jak wszyscy od zawsze s±dzili, ale w³a¶nie On, patrz±cy teraz Józkowi poprzez szybê okna prosto w oczy. Zwiastun, Pos³aniec. Go¶æ.



          Józek nie wystraszy³ siê specjalnie, ale wstrz±sn±³ nim jaki¶ zimny dreszcz nieuchronno¶ci, której zreszt± i pragn±³. Od dawna ju¿ by³ przygotowany, jednak nie spodziewa³ siê czego¶ tak… namacalnego w pewnym sensie. Stali chwilê patrz±c na siebie w szarzej±cym ¶wietle wieczora, po czym Go¶æ skin±³ lekko g³ow±, odwróci³ siê i odszed³ powoli w kierunku lasu. Wszystko trwa³o mo¿e piêæ minut, ale pó¼niej, po wydojeniu Zo¶ki, Józek uspokoi³ siê ostatecznie i uzna³, i¿ w gruncie rzeczy by³a to obecno¶æ buduj±ca. Potwierdzaj±ca jego s±d o ¿yciu i ¶wiecie. Tym, czy innym.



          Podczas kolejnych dni, a raczej wieczorów, Go¶æ pojawia³ siê punktualnie w tym samym miejscu, by po chwili wzajemnej obserwacji, odej¶æ spokojnie do lasu. Jednak mimo ca³ej ponurej cudowno¶ci zjawiska i jego wymowy ostatecznej, z powodu sztampowej ju¿ powtarzalno¶ci, stawa³o siê ono irytuj±ce. Poczu³ w koñcu, uzna³, ¿e Go¶æ, z jakiej¶ wa¿nej zapewne przyczyny, czeka na jego ruch.



          Mimo to Józek nie wiedzia³, co ma robiæ. By³ zmêczony. Tyle lat twardego, pe³nego cierpienia, upokorzeñ i ciê¿kiej pracy, uczciwego ¿ycia, tylu ludzi, których zna³, lubi³, czy kocha³, odesz³o, tyle mo¿liwo¶ci, szans, minê³o na zawsze. Od dawna sam jak palec – ¿ona utopi³a siê pod za³amanym lodem, a teraz, ciê¿ko chory, umieraj±cy, pogodzony z ca³ym tym zak³amanym, nieprzyjaznym ¶wiatem, spe³niony, cichy i spokojny, nie chce, nie umie i nie ma si³ znosiæ kolejnej zagadki, podejmowaæ nastêpnego, wi±¿±cego postanowienia. Niemniej musi przecie¿ zdobyæ siê na ten ostatni raz, musi siê ruszyæ.



          W niedzielê, po zachodzie, sta³ przed oknem i czeka³. Go¶æ spó¼nia³ siê z jakiego¶ powodu, i w koñcu zrobi³o siê prawie ciemno. Z nagromadzonych w ci±gu dnia ciê¿kich chmur zacz±³ si±piæ drobny deszczyk, i pewnie z tego powodu Kulas pojawi³ siê w domu nieco wcze¶niej. Ociera³ siê teraz o Józkowe nogi i cicho mrucza³. Zniecierpliwiona ju¿ nieco Zo¶ka zarycza³a z obory, nie mog±c doczekaæ siê na udój. I wtedy Go zobaczy³. Sta³ pod lip± i jak zwykle patrzy³. Józek nie zastanawia³ siê d³u¿ej. Wyszed³ na dwór i zacz±³ powoli i¶æ w Jego kierunku. Pocz±tkowo wyda³o mu siê, ¿e mimo, i¿ zrobi³ ju¿ kilkana¶cie kroków, to odleg³o¶æ miêdzy nimi nie zmniejsza³a siê – jakby Go¶æ i lipa odsuwali siê, proporcjonalnie do przebytej przez Józka drogi. W koñcu jednak zbli¿y³ siê na oko³o dwa metry.



          Go¶æ by³ wysokim, starszym mê¿czyzn± o bladej, uduchowionej twarzy i jasnych, uwa¿nych oczach. Patrzy³ na Józka spod okalaj±cego g³owê kaptura smutnym spojrzeniem, jednak z wyra¼n±, czyteln± sympati±.



          - Mus? – zapyta³ Józek.

          - Przykro mi – g³êbokim barytonem potwierdzi³ Go¶æ. – Masz jak±¶ pro¶bê na… teraz, Józefie?



          Józek zastanowi³ siê. Wszystko ju¿ by³o pouk³adane, za³atwione, przygotowane. Jednak…



          -Tak. Chcia³bym jeszcze wydoiæ Zo¶kê. I… przebraæ siê – doda³.

          - Nie ¶piesz siê – zgodzi³ siê Go¶æ. – Ja poczekam.



          Józek jednak nie odchodzi³. Postanowi³ zaryzykowaæ. Ten ostatni raz.



          - Czy… ta kosa…?

          - Tak – u¶miechn±³ siê ³agodnie Go¶æ. – To tylko symbol.

          - A wiêc… nie… boli? – Józek chcia³ mieæ pewno¶æ.

          - Ciebie nie zaboli. Ani trochê.

          - Dziêkujê – ucieszy³ siê Józek, i odszed³ do obory. Po pó³ godzinie, ubrany w ¶wi±teczne ubranie, powróci³ spokojnie pod lipê.

----------------------------------------------------------

          W poniedzia³ek, bladym, deszczowym ¶witem, rodzinê Malickiej obudzi³a Zo¶ka, która jakim¶ cudem pokona³a ¿ywop³ot i sta³a teraz pod ich oknami rycz±c zawziêcie. Obok niej siedzia³ Kulas i miaucza³ w niebo jak potêpiony. Przeczuwaj±c co¶ okropnego, wybiegli wszyscy, przedostali siê na Józkowe podwórko, by po chwili odkryæ powód alarmu. Pod lip±, w ka³u¿y krwi, le¿a³ martwy Józek, z w³asnorêcznie poder¿niêtym gard³em, trzymaj±c w zesztywnia³ej d³oni ostrze zakrwawionej kosy, której od lat u¿ywa³ do koszenia swojej ³±ki. Obok le¿a³a zaklejona, wypchana koperta, owiniêta przeciwdeszczowo nieprzemakaln± foli±. Wszyscy, jak jeden, pochylili siê nad nim i zmówili modlitwê za dusze umar³ych.

 

         Z drugiej strony lasu wychodzi³ na lokaln± drogê starszy, wysoki mê¿czyzna, w d³ugim, czarnym, przemokniêtym do cna, p³aszczu z kapturem. Obie rêce trzyma³ w przepastnych zapewne kieszeniach p³aszcza.



Koniec

źródło:

http://www.portalliteracki.pl

Oceń informacje:

Aktualna ocena::

3

Wyślij odnośnik znajomym::

Tags:

/> /> ¯a³owa³, ¿e Malickiej ¿e ¶wiñstwami, Okropne. Poza Zo¶ka Malick±, Nie /> />
/> Józka Nie Bo¿ego ¶wiata. Nie Zo¶ka, Malickiej, Kulas Wraca³ Przy³azi³ Mia³ /> />
/> Zo¶k± ³±kê ¿ar³a. Gdy Nie Józek Malickiej. Nie ¿adnego Malicka ¶wietny, Pycha.
/> Tak Sta³  Józkow± Józek Dla Niego Nie Jego ¿e Ona, On, Józkowi Zwiastun, Pos³aniec. Go¶æ.
/> /> /> Józek Stali ¶wietle Go¶æ Wszystko Zo¶ki, Józek Potwierdzaj±ca ¿yciu ¶wiecie. Tym, /> /> /> Podczas Go¶æ Jednak Poczu³ ¿e Go¶æ, /> /> /> Mimo Józek By³ Tyle ¿ycia, ¿ona ¶wiatem, Niemniej /> /> /> Go¶æ Kulas Ociera³ Józkowe Zniecierpliwiona Zo¶ka Sta³ Józek Wyszed³ Jego Pocz±tkowo ¿e Go¶æ Józka /> /> /> Go¶æ Patrzy³ Józka /> /> /> Mus? Józek. /> Przykro Go¶æ. Masz Józefie? /> /> /> Józek Wszystko Jednak… /> /> /> -Tak. Chcia³bym Zo¶kê. I… /> Nie ¶piesz Go¶æ. /> /> /> Józek Postanowi³ Ten /> /> /> Czy… /> Tak ³agodnie Go¶æ. /> Józek /> Ciebie Ani /> Dziêkujê Józek, ¶wi±teczne /> /> ¶witem, Malickiej Zo¶ka, ¿ywop³ot Obok Kulas Przeczuwaj±c Józkowe Pod Józek, ³±ki. Obok Wszyscy, />        Z Obie />
/>
/>
Koniec

Komentarze::


Dodaj komentarz

Twój podpis:
Twój komentarz
adres WWW:
Aby dodać komentarz należy wypełnić pola komentarz i podpis.
Twój komentarz zostanie wyemitowany po zatwierdzeniu jego treści przez moderatora.


Powiązane wiadomosci