24 godziny temu

Oto jestem, opity s³owotokiem niczym ¿yciodajnymi wodami w ³onie matki, podczepiony sznurem w³asnych my¶li do ³o¿yska dudni±cej bole¶nie codzienno¶ci. Ja, samozwañczy, nierozumiany literat. Podejmujê kolejn± próbê, by mo¿liwie ³agodnie przyj¶æ na ¶wiat. Jeszcze chwila, nim zacznê przeciskaæ siê przez w±ski korytarz znawców, krytyków i korektorów w³asnego jestestwa, by zaczerpn±æ w spragnione p³uca, g³êbokiego oddechu. Gdzie¶ tam by³em zawsze w planach, oczekiwany jak najdro¿szy skarb przez rodziców.
Przychodzê na ¶wiat wydany przez matkê i wcale nadzieja nie dali jej na imiê. Sp³odzony bez namys³u z dumnej, wynios³ej epopei i patetycznego dramatu, szukam swego miejsca miêdzy kolejnymi wersami, lepi±cymi epick± opowie¶æ. Czy przebrnê przez wrogie odruchy, broni±cego siê przede mn± cia³a?
Przeci±¿one p³uca wydaj± pierwszy krzyk. Wypluwam przera¿enie brutalno¶ci± nowego ¶wiata, który wyla³ siê przede mn± w chwili narodzin. Wcale nie tak ³atwo wyj¶æ z szuflady, ciemnej, bezpiecznej, przyjmuj±cej ca³y wypocony dot±d, punkt widzenia. Na zewn±trz jest zimno i tyle par oczu, zawistnych, kpi±cych, zwróconych tylko na mnie. Ja im poka¿ê, udowodniê wszystkim, narodzi³o mnie pragnienie pisania. Pierwsza linijka otacza mnie niczym pielucha noworodka. Kolejny etap dopiero przede mn±.
Raczkujê, wiekowy niemowlak ze mnie. „Nawet dobrze ci idzie” – wtóruj± obserwatorzy, a na ich twarzach wci±¿ widzê ironiê. Ja zaczynam chodziæ, oni ju¿ dawno potrafi± biegaæ. Krótka wprawka, na tematy nieistotne i ju¿ nie bêdzie im do ¶miechu.
Kilka pierwszych stron, wêdrówka kilkulatka na szczyt stromych schodów. Potrafiê ju¿ utrzymaæ równowagê. Postêpy obserwuj± nie tylko krewni, jak mnie przywitaj± tam na górze? Oni, od dawna pokonuj±cy rozmaite stopnie i niewa¿ne, ¿e potrafi± siê zachwiaæ. Oni, nie potrzebuj± ju¿ porêczy, ja jeszcze chwytam od czasu do czasu, jednak zaczynam dotrzymywaæ im kroku. Wprawdzie wci±¿ s± przede mn± i prze¶miewczo zakrzykuj±, ¿e spadnê, ale jestem coraz bli¿ej. Ci, wcze¶niej zrodzeni ju¿ u szczytu, ja ledwie na drugim piêtrze. Oczekiwanie têtni niczym najdro¿sza ciecz w ruroci±gu pisarskiego organizmu, kiedy wreszcie skrêcê kark? Wci±¿ pociesza mnie my¶l, ¿e mój upadek zaboli mniej ni¿ ich toczenie z wysoko¶ci.
Kolejna ¶wieczka na urodzinowych s³odko¶ciach i pierwszy artyku³ opublikowany w gazecie. Wreszcie kto¶ uzna³ zapomnian± szufladê, która mnie wyda³a. Bez trudu zdmuchn±³em kolejne migaj±ce p³omienie i wtedy ¶miech za plecami. Ich zdanie ci±gle jest najwa¿niejsze. Tort niezmiennie ma³y, a publikacja w zasadzie nieistotna. Co innego, gdyby tak piêtrowca ustawili, a jako prezent, otrzyma³bym umowê na wy³±czno¶æ stawiania kolejnych ¶wieczek, ale nie, to tylko epizod, którym nawet nie zarobi³em na cukierki.
A jednak skrobnê, ku uciesze naiwnej matki, banaln± opowie¶æ o zdradzieckiej potrzebie dotrzymania kroku. Niczym zapomniany bajarz przy nieistniej±cym ognisku przemówiê do ¶pi±cych. Prze³knê wszêdobylskie dowody obcego sukcesu, jestem wszak sêdziwym starcem. Uczy³em siê pilnie, wed³ug ich wskazówek. Moja dieta obfita by³a w przecinki, kropki a i pytajniki nierzadko, zamiast sa³aty, l±dowa³y na talerzu. Mnie nie przyj±³ ten ¶wiat. Lepiej, przytulniej. na dnie zapomnianej szuflady. Wiem, ja dok³adnie wiem, moja twórczo¶æ przygasa wraz z ostatnimi urodzinami, od lat ju¿ jestem sierot±. Ci, których goni³em wydali nastêpne pokolenia kwiecistych pisarzy, ja pozosta³em przy pierwszej randce.
Doczeka³em pierwszej propozycji, czy kto¶ wie jak smakuje ³yk dumy? Mam siê sprzedaæ, dzie³o mojego marnego ¿ycia stanie na pó³kach razem z niewysuszonymi jeszcze ³zami, tylko kilka poprawek i szczegó³owych opisów, a pozwolê siê czytaæ. Dosta³em nawet w³asnego cenzora, podszeptuje uparcie jak doj¶æ na szczyt. Coraz bardziej kulejê i to w³a¶nie mój ból ma byæ przedmiotem aukcji, wystarczy opisaæ jak go u¶mierzam. Tak niewiele dzieli mnie od siêgniêcia szarfy, tylko jak dowie¶æ, ¿e cierpienie nie sprawia przyjemno¶ci – nie jestem masochist±.
Mój upór koñczy siê wraz z w³asn± g³upot±. Trzy stopnie przed najwy¿sz± pó³k± spadam z wielkim hukiem. Wy¶cig szczurów przy mojej wêdrówce to tylko ma³y prolog, a drabina, któr± podstawili mi troskliwi koledzy, by³a ze spróchnia³ych desek.
Dzie³o mojej egzystencji sta³o siê srebrzystym epitafium na pomniku postawionym na raty.

źródło:

http://www.portalliteracki.pl

Oceń informacje:

Aktualna ocena::

3

Wyślij odnośnik znajomym::

Tags:

Oto ¿yciodajnymi ³onie ³o¿yska Ja, Podejmujê ³agodnie ¶wiat. Jeszcze Gdzie¶ />Przychodzê ¶wiat Sp³odzony Czy />Przeci±¿one Wypluwam ¶wiata, Wcale ³atwo Pierwsza Kolejny />Raczkujê, „Nawet Krótka ¶miechu. />Kilka Potrafiê Postêpy Oni, ¿e Oni, Wprawdzie ¿e Ci, Oczekiwanie Wci±¿ ¿e />Kolejna ¶wieczka Wreszcie Bez ¶miech Ich Tort ¶wieczek, />A Niczym ¶pi±cych. Prze³knê Uczy³em Moja Mnie ¶wiat. Lepiej, Wiem, Ci, />Doczeka³em ³yk Mam ¿ycia ³zami, Dosta³em Coraz Tak ¿e />Mój Trzy Wy¶cig />Dzie³o />

Komentarze::


Dodaj komentarz

Twój podpis:
Twój komentarz
adres WWW:
Aby dodać komentarz należy wypełnić pola komentarz i podpis.
Twój komentarz zostanie wyemitowany po zatwierdzeniu jego treści przez moderatora.


Powiązane wiadomosci