24 godziny temu
Przysiêgn±æ siê na mamê
- Jak ci siê dzisiaj spa³o Boleczku – zapyta³a Ciotka, kiedy Bolo wszed³ rano do kuchni, w swojej przyciasnej pi¿amie w zielone ma³pki i ró¿owe s³onie, rozczochrany, ziewaj±c szeroko.
- Sk±d mam wiedzieæ? – odpowiedzia³ zdziwiony – Nic nie pamiêtam, bo spa³em.
- Pomy¶l tylko Ciotka logicznie, zanim siê o co¶ spytasz – doda³ siadaj±c do czekaj±cego ju¿, na stole pod oknem, ¶niadania. – Sk±d mam wiedzieæ jak spa³em, kiedy spa³em?
- Pytam Bolu¶, bo ja przez pó³ nocy nie spa³am. Obudzi³y mnie ko³o drugiej godziny jakie¶ pijaczyska wydzieraj±ce siê na naszej ulicy, a potem, to ju¿ prawie do rana nie mog³am zasn±æ. Zupe³nie siê wybi³am ze snu. Trochê siê modli³am, trochê sobie wspomina³am. Ja, jak siê obudzê w tak± jasn± noc, to ju¿ dla mnie, Boleczku, po spaniu.
- Jak kto¶ ma czyste sumienie, to zawsze mocno ¶pi. Sama, Ciotka, tak mi kiedy¶ mówi³a¶.
- To prawda Boleczku, szczera prawda, ju¿ prawie tydzieñ bêdzie, jak nie by³am u spowiedzi. Jeszcze dzisiaj pójdê do ko¶ció³ka.
- No i pewnie – wybe³kota³ Bolo z ustami pe³nymi chleba z pasztetem.
- A tobie Boleczku, te¿ by siê spowied¼ przyda³a. Chyba od Wielkanocy nie by³e¶.
- Ja, Ciotka, ¿adnych grzechów nie mam - skrzywi³ siê Bolo – to i po co mam ksiêdzom g³owê zawracaæ. Wystarczy, ¿e ty dwa razy w tygodniu do spowiedzi latasz. Ciekawe, co tam masz na sumieniu.
- Cz³owiek s³aby jest i grzeszny – usprawiedliwi³a siê wstydliwie Ciotka – Ró¿ne my¶li czasem mi do g³owy przychodz±.
- Ciekawe jakie – zainteresowa³ siê Bolo.
- Nie twoja sprawa ! Zostañ ksiêdzem, to siê bêdziesz dowiadywa³.
- To ju¿ wolê nie wiedzieæ. Chocia¿ to ciekawe jest, z czego siê na przyk³ad ta ¼dzira Zo¶ka spowiada.
- Ty siê lepiej zajmij swoimi grzechami.
- Ju¿ ci przed chwil± mówi³em, ¿e nie grzeszê – stwierdzi³, nie bez smutku Bolo – z babami nie obcujê, nie kradnê, nikogo nie obra¿am, ani nie bijê bez powodu.
- A niedawno goni³e¶ po ulicy Himilsbacha tego biednego, ma³ego Myszewskiego i wrzeszcza³e¶ na ca³± Dzielnicê, ¿e go zabijesz......
- Ale go nie dogoni³em – przerwa³ Ciotce Bolo – Jak go w koñcu dorwê, to mu porz±dnie wpieprzê i dopiero wtedy pójdê siê wyspowiadaæ. Bêdê przynajmniej mia³ z czym pój¶æ.
- Tylko ¿eby¶ wtedy, znowu nie odk³ada³ spowiedzi na pó¼niej, bo ¼le jest z nie odpuszczonym grzechem chodziæ – ostrzeg³a Ciotka.
- Nie martw siê, tak mu wpieprzê, ¿e bêdê musia³ biegiem do konfesjona³u lecieæ.
- Nie mo¿na Boleczku biæ mniejszych i s³abszych.
- To kogo mam biæ ? Wiêkszych i silniejszych ? Lepiej ty siê Ciotka nie wtr±caj do mêskich spraw.
- Nie mo¿na biæ ma³ych i s³abych – upiera³a siê Ciotka – to wielki grzech.
- To kogo mam biæ? Mo¿e Dzielnicowego? Najsilniejszego w Dzielnicy. Ale wymy¶li³a¶ Ciotka – oburzy³ siê Bolo - Id¼ go sama bij. On na pewno nie jest ani mniejszy, ani s³abszy od ciebie.
- Ja niewiasta jestem. I religijna – wyja¶ni³a dumnie Ciotka.
- Albo, mo¿e pójdê biæ Szefa – doda³ Bolo ze z³o¶ci± – te¿ wiêkszy jest ode mnie i silniejszy.
- A temu heretykowi, to by siê nawet przyda³o – zastanowi³a siê przez moment Ciotka – Ca³± Dzielnicê rozpija, ale w ko¶ciele to go jeszcze nigdy w ¿yciu, nie widzia³am.
Bolo dopi³ kawê zbo¿ow± Anatol, otar³ usta ¶cierk± do talerzy i wsta³ od sto³u. Przeci±gn±³ siê patrz±c przez okno na zielon± panoramê Dzielnicy. Niebo ponad drzewkami i dachami domków by³o soczy¶cie niebieskie, bezchmurne; zapowiada³ siê kolejny upalny dzieñ.
- Da³aby¶ mi Ciotka parê z³otych na Sonatê – poprosi³ – Umówi³em siê z kolegami posiedzieæ na Warszawskim Placu, a potem wpadniemy na oren¿adê do Sonaty. £ykent jest. Pogadaæ chcemy, a g³upio tak siedzieæ i gadaæ o suchym pysku. Znowu dzi¶ bêdzie upa³. Piæ siê chce. Przynajmniej oren¿adê muszê zamówiæ. Inaczej zaraz mnie Szefo przepêdzi z lokalu.
- Oren¿adê, oren¿adê. My¶lisz ¿e nie wiem, ¿e ci±gle tam piwo ¿³opiecie. Nie dostaniesz ani grosza.
- No, daj Ciotka, z dychê.
- Z³om przecie¿ wczoraj sprzeda³e¶, to masz swoje parê z³otych.
- Ju¿ wyda³em na czipsy.
- Nie k³am!
- Nie k³amiê. Na bekonowo-cebulowe. Naprawdê. Grosza ju¿ nie mam. Wszystko na te g³upie czipsy wyda³em.
- To trzeba by³o sobie zaoszczêdziæ.
- No, daj Ciotka, z dychê.
- Mowy nie ma.
- U kolegów mam ¿ebraæ? Rodziców nie mam to ciebie proszê. Nie mam nikogo innego na ¶wiecie.
- Dobrze – zmiêk³a Ciotka – dam Ci dziesiêæ z³otych, jak zaraz mi siê tu przysiêgniesz, ¿e temu Myszewskiemu po chrze¶cijañsku winê darujesz i ju¿ go nie bêdziesz bi³.
- Przysiêgam, przysiêgam – ucieszy³ siê Bolo.
- Ale mi siê na swoj± ¶wiêtej pamiêci mamê, a moj± siostrê, przysiêgnij.
- Dlaczego od razu na mamê. Doros³y jestem.
- Bo jak siê na mamê przysiêgasz to przewa¿nie dotrzymujesz. Inaczej grosza ci nie dam.
- Oj Ciotka, daj spokój !
- Przysiêgnij siê !
- No przecie¿ ju¿ siê przysiêgn±³em!
- Na mamê siê przysiêgaj! Albo grosza nie dostaniesz!
- No dobra, ju¿ dobra, przysiêgam siê na mamê.
Czekaj±c na Szajsebryka
(opowie¶æ Zdzicha Wabigona)
Siedzieli¶my na s³onku, na Warszawskim Placu.
Legutki wiaterek powiewa³ sobie, i powiewa³, porusza³ li¶æmi na jab³onkach, szele¶ci³ brudnymi papierami wystaj±cymi spod kupy gruzu.
Na niebie puch³a bia³a smuga po odrzutowcu, który ju¿ dawno przelecia³.
Rzeczk± Kurzejk± zdech³y prosiak sobie p³yn±³. ¦mierdzia³ ju¿ z daleka.
- Popatrz ¯dzichu – powiedzia³ do mnie Szczurek. – Jak ¿y³, to p³ywaæ nie umia³ i przez to siê g³upi utopi³. A po ¶mierci p³ywa lepiej ni¿ kaczka. Od razu widaæ, ¿e po ¶mierci, to wszystko bêdzie inaczej. Nikt z nas nie wie, jakie otrzyma umiejêtno¶ci. Ale to ciekawe jest, ten ca³y drugi ¶wiat. No nie ?
- Na tym ¶wiecie dla mnie wszystko ciekawe bardzo jest – odpowiedzia³em – Na tamtym drugim owszem te¿, ale siê nie ¶pieszê.
- Eeee, mi to ca³o¶ci± wisi – ustosunkowa³ siê do tematu Nieoczym.
Milczeli¶my przez chwilê wszyscy, my¶l±c o ¿yciu pozagrobowym, a potem odezwa³ siê Bolo:
- Chodzi³ stary Blicharz w zesz³ym roku po Dzielnicy, ledwo, ledwo, i o kulach. A przed ¶mierci± to ju¿ wcale nie chodzi³, tylko le¿a³. I Babka Blicharzowa tak mu dokucza³a, ¿e a¿ umar³. A teraz lata sobie, gdzie¶ tam w za¶wiatach, jak skowronek i babkê ma w dupie. Tylko czasem po pó³nocy przylatuje jako bia³e prze¶cierad³o z oczami, ¿eby babkê za swoje krzywdy straszyæ. Podobno jêczy pod jej oknami, jak te duchy na filmach zgrozy.
- Nie chrzañ Bolu – powiedzia³ Tycar – Ju¿ ca³a Dzielnica wie, ¿e to ty jêcza³e¶, ¿eby potem od starej kasê wyci±gn±æ za wyp³aszanie ducha.
- G³upi Szczur – westchn±³ Bolo – on zawsze wszystko wypapla.
- Ja tam przed kumplami tajemnic nie trzymam – wzruszy³ ramionami Szczurek – A poza tym, musia³em mojej starej, ¿eby j± szlag trafi³, wyt³umaczyæ, dlaczego mnie, od Sonaty, przez ca³± Himilsbacha goni³e¶, a¿ do jej sklepiku.
Czekali¶my na Szajsebryka, który poszed³ do pawilonu, ko³o bloków na Bacha, ¿eby kupiæ dwie sk³adkowe butelki Sto³owej. Trochê to ma³o, litr wódki na sze¶ciu ch³opa, ale na wywo³ywacz mo¿e byæ. Pójdziemy potem utrwalaæ siê piwkiem w Sonacie i jako¶ siê ten durny ³ykent przewali.
D³ugo co¶ ten Szajsebryk nie przychodzi³.
Szczurek nazrywa³ ju¿ jab³ek na zak±skê i poci±³ je kawa³kiem jakiej¶ blachy na æwiartki. Ca³kiem jeszcze zielone by³y. Le¿a³y na przetartym rêkawem kawa³ku tektury, któr± Bolo znalaz³ gdzie¶ pod jab³onkami. Le¿a³y sobie, i te¿ czeka³y na Szajsebryka.
- Jak Szczur wszystko wypapla³, i na Dzielnicy ju¿ ludzie wiedz±, to pewno i babka Blicharzowa siê te¿ dowiedzia³a, bo ona po ca³ej Dzielnicy na plotki chodzi. - przerwa³ milczenie Bolo.
- Ona wszystko, o wszystkich wie, – powiedzia³em – stara poesbecka b¼dzi±gwa.
- Nie mówi siê ¼le o zmar³ym – zwróci³ mi uwagê Szczurek.
- Mi to ca³o¶ci± wisi – wyja¶ni³ nam Nieoczym.
- Wszystkiego o Dzielnicy, to nawet babka Blicharzowa nie wie – powiedzia³ tajemniczo Tycar.
- S± na tej Dzielnicy rzeczy, o których siê babce Blicharzowej nie ¶ni³o – doda³ filozoficznie.
Gdzie¶ ju¿ chyba co¶ podobnego s³ysza³em, albo czyta³em, ale nie zd±¿y³em siê zastanowiæ gdzie, bo Tycar mówi³ dalej.
- Opowiada³ mi mój ojciec, jak jeszcze by³em ma³ym gnojem, ¿e mieszka³ kiedy¶, zaraz po hitlerowskiej wojnie ¶wiatowej, na ulicy Krzywej, wiecie, bocznej Bacha, taki bardzo m±dry facet, co w Mie¶cie, w teatrze pracowa³. Szatniarzem by³, ale poza tym, ci±gle w tej szatni, jak sztuka lecia³a, ró¿ne komedie i tragedie pisa³. Po angielskiemu te¿ trochê umia³ mówiæ. Trzêsidzida siê nazywa³. Imienia nie pamiêtam, ale zaczyna³o siê chyba na wu.
- Mo¿e Wacek – podpowiedzia³ Szczurek.
- Nieee, – skrzywi³ siê Tycar – to by³o zagraniczne imiê.
- W³adimirilicz, W³adimirputin – b³ysn±³ wiedz± Bolo.
- Nie, nie ruskie, takie zachodnie jakie¶ ono by³o, to imiê.
- Wszystko jedno. Mnie to imiê wisi – powiedzia³ Nieoczym.
- Cu¶ jakby Welkam – zastanawia³ siê jeszcze Tycar.
- No i co takiego ten Trzêsidzida zrobi³ – nie móg³ siê doczekaæ Szczurek.
- Parê lat po wojnie utopi³ siê w Zgni³ym Stawie, jak wraca³ pijany z Sonaty. Nigdy go nie wy³owili, bo tam na dnie straszne zielska rosn±. Musia³ siê w nich na fest zapl±taæ. Teraz podobno mo¿na us³yszeæ o pó³nocy, jak mu siê beka na dnie stawu. Wiecie, tego stawu za posesj± Jarka Kolasiewicza na koñcu Krzywej.
- Ten Kolasiewicz, to taki ma³y, grubszy z grzywk±? – zapyta³ Bolo.
- Nie, - powiedzia³ Tycar – taki szczup³y, wysoki, z fal± na g³owie.
- I nikt tego Trzêsidzidy nie ratowa³, jak siê topi³? – zapyta³ Szczurek.
- Nikt nie wiedzia³, ¿e on siê topi. Sam by³ nad stawem i do tego w nocy. Dopiero po paru dniach, jak do domu nie wraca³, ani nawet do Sonaty nie przychodzi³, ludzie siê zorientowali, ¿e musi on ju¿ nie ¿yje. Przypomnieli sobie dwaj kumple, co z nim pili tamtego wieczora, ¿e jak wychodzi³ z Sonaty, kompletnie zalany, to w kuchni wymusi³, ¿eby mu durszlak po¿yczyli, bo siê upar³, ¿e musi sobie w Zgni³ym Stawie ryb na ¶niadanie na³apaæ. Dali mu ma³odziurawy durszlak dopiero jak pod zastaw zegarek zostawi³. No i poszed³ swoje ostatnie ryby ³owiæ. A napity by³ jak motopompa.
- Tam nigdy ¿adnej ryby nie by³o, nawet zdech³ej – powiedzia³ Bolo – najwy¿ej potopione koty, co im g³upie dzieciaki robi± konkursy p³ywania z obci±¿eniem.
- G³upie ? – oburzy³ siê dotkniêty do ¿ywego Nieoczym - Z takich dzieciaków to czasem bardzo porz±dni ludzie wyrastaj±. Nawet funkcjonariusze pañstwowi.
Bardzo siê wtedy Nieoczym na Bola obrazi³.
- Bolo „g³upie dzieciaki” mówi, a sam, jeszcze parê lat temu koty uczy³ p³ywaæ – popar³em Nieoczyma – a Ciotki ulubionego kota, to chyba w zesz³ym roku z ceg³± u szyi wrzuci³.
- Stary ju¿ by³ i bardzo wredny – mrukn±³, czerwieni±c siê trochê Bolo.
- Ciotka do tej pory my¶li, ¿e Ma¶luch go ukrad³ – powiedzia³em.
- Mo¿e by jej wyja¶niæ – zaproponowa³ m¶ciwie Nieoczym.
- Dajcie spokój, ch³opaki – poprosi³ Bolo mocno przestraszony.
- No i co dalej z tym Trzêsidzid± – niecierpliwi³ siê Szczurek.
- Nic – odpowiedzia³ Tycar - bêdzie tak beka³ i jêcza³ a¿ do s±dnego dnia. Chyba, ¿e znajdzie siê w Dzielnicy odwa¿ny, który pójdzie o pó³nocy nad Zgni³y Staw i biedakowi setê na klina do stawu wleje. Ale jeszcze nikomu siê to nie uda³o.
- Bali siê i¶æ? - zapyta³ Bolo.
- By³o podobno kilku odwa¿nych, co poszli z pó³litrówk±, albo i z „zerosiódemk±” ale im siê nie uda³o.
- Bo co? Bo co? – gor±czkowa³ siê Szczurek.
- No, po prostu, ¿aden z nich nie da³ rady wódki do stawu donie¶æ; nawet ma³ego ³yczka. Wiecie to siê po lekarsku nazywa sztres.
Da³a nam do my¶lenia ta Tycara opowie¶æ. I to bardzo da³a. Milczeli¶my wszyscy d³ugo, m±drze i g³êboko. O ¿yciu po ¿yciu ¶my milczeli, oczywi¶cie. I nawet ten klawisz Nieoczym nie powiedzia³, ¿e mu to ca³o¶ci± wisi, tylko te¿ o ¿yciu pozagrobowym milcza³.
A¿ w koñcu z wylotu ulicy Himilsbacha wytoczy³ siê na Warszawski Plac Czesiek Szajsebryk. Nawalony by³ jak bombowiec. Dobrn±³ do nas w koñcu, wielkimi zakosami i rozwali³ siê na trawie ko³o Nieoczyma.
- Gdzie wódka – zapyta³ go zmartwiony Tycar.
- Nie ma. – zabe³kota³ ¿a³o¶nie Czesiek – Nie mia³em z czego kupiæ, bo zgubi³em, kurwa, pieni±dze. Nie mia³em z czego.
- To z czego siê nachla³e¶? – zapyta³em.
- Z ¿alu, ch³opaki, – zap³aka³ Czesiek – bo strasznie mi siê was, ch³opaki szkoda zrobi³o.
Zauwa¿y³em, ¿e Bolowi te¿ ³zy nap³ynê³y do oczu.
- Niós³ jak klina dla Trzêsidzidy – stwierdzi³ ze z³o¶ci± Nieoczym. I teraz ju¿ nie powiedzia³, ¿e mu to wszystko wisi. Ca³o¶ci±!.
- Pieprzone to ¿ycie jest – powiedzia³ Tycar – Pieeee...przone!
S³uchali¶my wkurwieni pijackich szlochów Szajsebryka, a on ci±gle p³acz±c zacz±³ grzebaæ po kieszeniach, a¿ znalaz³ z³otówkê i parê dziesiêciogroszówek. Celowa³ rozko³ysan± rêk±, celowa³, a¿ w koñcu uda³o mu siê po³o¿yæ monety na tekturce ko³o zak±ski.
- Co to jest ? – wrzasn±³em na niego.
- To reszta – jêkn±³ Czesiek – co do grosza. Uczciwie ch³opaki! Reszta!
- Reszta jest wkurwieniem – powiedzia³ ponurym g³osem Tycar.
*
(Zdzicha Wabigona refleksja uzupe³niaj±ca)
„Reszta jest wkurwieniem.”
I znowu mi siê wyda³o, ¿e gdzie¶ ju¿ te s³owa, albo podobne, s³ysza³em, czy mo¿e raczej czyta³em. Ca³kiem pewny, kurde, jestem, ¿e to by³o, w jakiej¶ nieweso³ej sytuacji. Mo¿e nie w a¿ takiej dramaturgicznej jak ta nasza na Warszawskim Placu, ale te¿ w bardzo smutnej. Tylko nie mogê sobie przypomn±æ gdzie.
Bo ja, odk±d, po bardzo ciê¿kim, wymy¶lonym wypadku, jestem ju¿ sobie spokojnie i szczê¶liwie, na tej mojej lewej rencie inwalidzkiej, to bardzo du¿o ró¿nych ksi±¿ek, z biblioteki zza tunela czytam. Znajoma z Dzielnicy tam pracuje, nasza dzielnicowa poetka Zgreda.
Niez³a laska!
No to czytam.
Co siê dziwiæ ? Takie choby.
Wszystko czytam, jak leci, grube, cienkie, powie¶ci, poradniki, krymina³y, sajensfikszyn, dramaty, poezjê, s³owniki, katalogi ró¿ne. Dla mnie to ¿adna ró¿nica, po prostu lubiê czytaæ. Ostatnio katalog wydawnictw ci±g³ych przeczyta³em.
Te¿ ciekawe.
I jak czytam, to jaki¶ taki lepszy siê czujê. Przynajmniej od tej wiêkszo¶ci ludzi w kraju, co wcale ksi±¿ek nie czytaj±. Nie mówi±c ju¿ o ludziach z Dzielnicy. Bo poza Zgred± i Apokalips±, to u nas nikt ksi±¿ek nie czyta. Dlatego Zgreda mówi, ¿e ona i Apokalipsa to s± „arystokracja ducha”.
No to ja, chyba trochê te¿ arystokrata? No nie ?
Jako pierwsz±, to sobie wypo¿yczy³em tak± jedn± ksi±¿kê, co ma tytu³ Ulisses, autora Jojsa.
- I po co po¿yczaæ – powiedzia³a mi Zgreda – jak siê i tak nie przeczyta, bo to za trudne dla nieprzygotowanych.?
No, a ja przeczyta³em! W³a¶nie, ¿e przeczyta³em!
Z pocz±tku trochê sobie pod nosem sylabizowa³em, bo d³ug± mia³em przerwê w czytaniu, ale potem, stopniowo, to ju¿ mi coraz lepiej sz³o.
Siê mówi przecie¿ „Praktyka czyni mistrza”. To te¿ gdzie¶ przeczyta³em, chyba w „Poradniku hodowcy karpi”.
Pamiêtam, ¿e bardzo piêkna, bia³a mg³a, nad ¶wiatem wisia³a, kiedy w taki cichy, wczesnowiosenny dzieñ, pierwszy raz sobie do tej biblioteki szed³em. A w tej mgle strasznie siê ju¿ Dzielnica zieleniæ zaczê³a; i to nagle. Zupe³nie jakby ta zieleñ wybuchnê³a; albo co? Normalnie, zielone eksplozje w bia³ej mgle wisia³y, nieruchome, jak na zatrzymanym filmie. Zielone ga³êzie nade mn± nie mia³y reszty drzewa, bo nik³o we mgle. Kêpy trawy to ca³kiem tak wygl±da³y, jakby wielkanocna rze¿ucha na talerzu, na zupe³nie czystej wacie ros³a.
No piêkny by³, po prostu, dzieñ, kiedy ja, tak trochê nie¶mia³o, za tunel do biblioteki szed³em.
Chcia³em sobie wypo¿yczyæ jaki¶ poradnik pocz±tkuj±cego rencisty, albo vademecum lewego inwalidy, jakby co¶ takiego mieli. Ale kiedy zobaczy³em te d³ugie rzêdy ksi±¿ek i nasz± Zgredê z kole¿ank±, piêkne, wa¿ne i obra¿one jak urzêdniczki w banku, to siê bardzo do czytania zachêci³em.
Pachnia³o w tej bibliotece ich dezodorantami, piêknie jak w sklepie chemicznym za tunelem.
Poradników dla mnie nie mia³y, wiêc wypo¿yczy³em tego ca³ego Ulissesa, autora Jojsa. A oprócz niego, to jeszcze wybra³em „Bankowo¶æ dla studentów ekonomii”, i „Hamleta – królewicza duñskiego”. No i jeszcze, tak w porywie serca, ze wzglêdu na niespotykan± piêkno¶æ tej wiosny i tej mg³y, wypo¿yczy³em sobie „Wiosenne melioracje u¿ytków zielonych”, z serii „Biblioteczka melioranta”.
- Siê teraz bêdê meldowa³ lekularnie – powiedzia³em do Zgredy, jak mi ju¿ wypo¿yczone ksi±¿ki zapisa³a na koncie i poda³a z obra¿on± min±. To „lekularnie” to by³ taki mój ¿art bo przecie¿ wiem, ¿e siê mówi „regularnie”; g³upi nie jestem, tylko ¿artobliwy, jak ka¿dy towarzyski go¶æ.
- No to, do mi³ego – po¿egna³em eligancko i kulturalnie obie bibliotekarki id±c do drzwi – nó¿ki ca³ujê, pupki szanujê!
- Co za kmiot! – prychnê³a cicho do Zdredy, ta druga bibliotekarka, jeszcze ³adniejsza od niej i jeszcze bardziej dumna i obra¿ona.
I w³a¶nie takie kobity mi siê podobaj±. O kurde, jak mi siê podobaj±. Dumne i obra¿one.
No i od tej pory to ju¿ bardzo du¿o czytam.
Nawet w obcych jêzykach czasem sobie czytam. Czemu nie? Tylko ¿e wtedy ani s³owa nie rozumiem. Te ksi±¿ki w obcych jêzykach, to bym powiedzia³, ¿e dla mnie, jakie¶ takie bardziej tajemnicze s±. I przez to w³a¶nie ciekawe.
Tylko kilkana¶cie takich obcych ksi±¿ek jest w tej bibliotece Zgredy.
Szkoda!
Wiêkszo¶æ z nich ju¿ przeczyta³em. Jak czytam co¶ w jêzykach obcych, to nawet nie wiem w jakim jêzyku czytam.
Ale czasem siê domy¶lam!
Niestety s± i takie, których nie mogê czytaæ. O ruskie i chiñskie mi siê tu rozchodzi. One jakimi¶ innymi literami s± pisane, albo mo¿e b³êdami w druku.
To jak mam je czytaæ? Psiakrew!
A bardzo bym chcia³, zw³aszcza te chiñskie, bo one najbardziej tajemnicze s±. Po prostu one, to s± dla mnie „Odwieczne tajemnice Azji strze¿one od stuleci”. Ten cytat, to wzi±³em sobie z ksi±¿ki „Tanie potrawy z ry¿u, psa i bambusa”, z serii „Kuchnie ¶wiata”. Polski kucharz t± ksi±¿kê napisa³. Pewnie w Chinach by³. Nie do¶æ, ¿e kucharz, to jeszcze podró¿nik! Te¿ bym tak chcia³.
Chocia¿ mo¿e on tylko pomaga³ w sto³ówce ichniej ambasady ? Bambusa do sa³atki na ma³e kawa³ki pi³owa³, albo co?
Nieee wiem! Sk±d mam wiedzieæ ?
W³a¶ciwie, tak naprawdê, po chiñsku, tylko jedna ksi±¿ka w naszej bibliotece jest. Za to bardzo ³adnie wydana; w twardej, t³oczonej ok³adce. Zgreda mi powiedzia³a, ¿e to s± prace ideologiczne jakiego¶ Kimirsena, w oryginale. Bo tak ma zapisane w katalogu. Inaczej sama by nie wiedzia³a co to jest. Jeszcze z czasów komuny ta ksi±¿ka siê zosta³a. Prawdziwy orygina³. Prezent od autora dla narodu polskiego, przekazany przez jakiego¶ ichniego ambasadora. Ale t³umaczenia nie sprezentowa³.
Mo¿e i dobrze!
T³omaczenia to ju¿ nie to samo co orygina³y. Sk±d mam wiedzieæ, czy t³omacz kitu nie odwala? Kto go niby sprawdzi ? Inny t³omacz? Przecie¿ to jedna sitwa! Sitwa t³omaczów. Dlatego jak nie po chiñsku i nie po rusku napisane, to siê staram czytaæ w oryginale.
„Wybitne pozycje literatury, w t³umaczeniu nieuchronnie trac± wiele z palety swoich specyficznych barw”. To z kolei wyczyta³em we wspomnieniach jednego s³awnego t³omacza; nazwiska nie pamiêtam. Ale te¿ uwa¿am tak samo jak on.
Kiedy¶, jak jeszcze nie by³em lewym inwalid±, to siê zapisa³em na darmowy kurs angielskiego dla bezrobotnych. Nawet planowa³em sobie prymusem zostaæ.
Ju¿ po kilku lekcjach lektorka mi powiedzia³a:
- Pan, panie Wabigon, to sobie nie daje rady, bo pan nie próbuje my¶leæ po angielsku.
- Jak¿esz nie? Pani magisterko! – mówiê – To¿ ja od pierwszej lekcji p³ynnie my¶lê po angielsku, tylko ¿e, kurwa, nic z tego swojego my¶lenia nie rozumiem. Same takie „oucz, d¿ej, kej, ³hej, souf, bouf”, bez sensu. Jak to mo¿na, kurwa, rozumieæ ?
I w³a¶nie za te „kurwe” to mnie magisterka zaczê³a na lekcjach ignerowaæ. No i siê w koñcu wzi±³em, i wypisa³em.
Nie chc± prymusa, to bez ³aski!
A kto powiedzia³, ¿e siê muszê akurat angielskiego uczyæ?
I tak angielskie ksi±¿ki czytam. Tyle, ¿e bez rozumienia. Nie bardzo mi to przeszkadza, bo z polskich te¿ czasem nic nie rozumiem.
Zreszt± o wielu innych jêzykach obcych s³ysza³em, ¿e s±,, wiêc nie musia³em siê dalej uczyæ angielskiego. Inne jêzyki te¿ siê, musi, do uczenia nadaj±. Bo czemu mia³yby siê nie nadawaæ, co to one gorsze s± ?
Chcia³em po tym nieudanym angielskim, zapisaæ siê na jaki¶ taki amerykañski, albo francuski, albo na jaki¶ taki ruski, jakby akurat mieli kursy. Mo¿e by i nauczycielki mniej wredne by³y.
Ale akurat zobaczy³em w Urzêdzie Pracy og³oszenie „Komunikacja w jêzyku niewerbalnym dla bezrobotnych kandydatów na sprzedawców” i chcia³em siê tego jêzyka nauczyæ, ¿eby po niewerbalnemu ze zrozumieniem czytaæ. Niestety nawet mnie na rozmowê kwalifikacyjn± nie przyjêli, bo w miêdzyczasie dosta³em ju¿ moje kochane inwalidzkie papiery, a te darmowe unijne kursy, to tylko dla bezrobotnych s±.
Czyli, ¿e w Unii siê inwalidów dyskryminuje. Trudno, mam za to wiêcej czasu na czytanie.
Czytam, bo czytaæ lubiê, a w obcych jêzykach to bardzo ma³o ludzi czyta; ja w ka¿dym razie mogê siê pochwaliæ, ¿e jestem jeden z nich.
Byle tylko nie zaczynaæ po ichniemu my¶leæ, bo to by ju¿ by³a masakra.
¯e nie rozumiem co czytam, to naprawdê nic strasznego.
A bo to ja jeden robiê to, czego nie rozumiem?
Takie mamy czasy.
„Czasy nie¶wiadomego uczestnictwa”, jak napisa³ o naszych czasach jeden s³awny francuski filozof, którego zgromadzenie esejów tydzieñ temu przeczyta³em. On, znaczy siê, ten Francuz pisze, ¿e w naszych czasach, ludzie du¿o rzeczy, przewa¿nie z³ych, ale te¿ czasem dobrych, to robi± zupe³nie nie¶wiadomie. Robi± je, ale nie rozumiej±, ani co robi±, ani ¿e robi±.
Kupuje na przyk³ad taka g³upia baba futro i nawet nie pomy¶li, ¿e sto rzadkich, zabytkowych gryzoniów, tem kupnem, w okropny sposób morduje.
Ze zwyk³ych szczurów powinni babom futra robiæ, bo znowu siê w Dzielnicy pokaza³y. By³aby piorunuj±ca deratyzacja i my kasy by¶my nakosili.
O ró¿ne inne rzeczy te¿ mu siê, w tej jego ksi±¿ce, rozchodzi³o, o wyniszczanie, gdzie¶ tam daleko, mo¿e w Afryce, a mo¿e na Syberii, jakich¶ tam lasów amazoñskich, i o jaki¶ tam „powszechny proces zastêpowania kultury cywilizacj±”, i o prze¶ladowanie inaczej my¶l±cych, i o inne takie rzeczy, co to niby wszyscy w nich uczestnicz±, a zupe³nie nie¶wiadomie, bo siê ju¿ przyzwyczaili nad tym nie zastanawiaæ.
Ja to bym, do tej jego listy, doda³ jeszcze ma³¿eñski seks.
Acha ! Jeszcze mi siê jeden przyk³ad z ksi±¿ki tego Francuza przypomnia³:
Idzie sobie gdzie¶ tam na francuskiej prowincji, no na takim ciemnym francuskim zadupiu, stary dziadek do ko¶cio³a i nawet mu do tej jego sklerotycznej g³owy nie przyjdzie, ¿e nie¶wiadomie uczestniczy w obra¿aniu pobo¿nych paryskich muzu³manów.
„Czasy nie¶wiadomego uczestnictwa”! No ma, po prostu go¶cio racjê, trzeba bardzo uwa¿aæ co siê robi, ¿eby siê w co¶ nie wpl±taæ i potem nie¶wiadomie nie uczestniczyæ. Tak jak on; znaczy siê, bardzo uwa¿aæ, tak jak on.
A znowu taki inny go¶æ Eliot, Anglik zreszt±, to siê w sprawie naszych czasów tak w swojej ksi±¿ce pyta:”Gdzie siê podzia³a nasza m±dro¶æ, któr± zast±pi³a wiedza, gdzie siê podzia³a nasza wiedza, któr± zast±pi³a informacja?”.
Zupe³nie nie rozumia³em o co mu siê rozchodzi, ani nie wiedzia³em gdzie siê to wszystko podzia³o.
Dlatego powtórzy³em trudne pytanie Anglika Eliota kioskarzowi Apokalipsie, bo on jest chyba najm±drzejszy w Dzielnicy. To siê Apokalipsa przez chwilê zastanowi³; i siê po brzuchu podrapa³, no i mi odpowiedzia³, ¿e m±dro¶æ jest w starych ludziach, wiedza w ksi±¿kach, a informacja na dworcach.
Mo¿e i tak; z tym, ¿e ani Kufel, ani Blicharzowa, chocia¿ najstarsi w Dzielnicy, to mi jako¶ do m±dro¶ci nie pasuj±. Ale znowu¿ czyta³em w jakiej¶ innej ksi±¿ce, ¿e wyj±tki to tylko potwierdzaj± regu³ê. Czyli im wiêcej wyj±tków, tym regu³a pewniejsza.
Sami widzicie, ¿e du¿o czytam. Bo czasu mam teraz du¿o, odk±d ju¿ sobie za³atwi³em te lewe rente. Jak mnie nie ma w Sonacie, albo na Warszawskim Placu, to znaczy, ¿e siedzê w domu nad ksi±¿kami i czytam.
Wszyscy m±drzy profesorowie i redaktorowie w telewizji przekonuj±, ¿e trzeba czytaæ, bo ludzie, u nas, za ma³o czytaj±. No to ja im czytelnictwo w kraju mocno poprawiam. Przecie¿ oni wcale nie wymagaj±, ¿eby jeszcze rozumieæ. ¯aden tego nie powiedzia³, w tych ich m±drych dyskusjach w telewizji. Pewnie sami te¿ przewa¿nie nie rozumiej± co czytaj±. No i siê wyda³o! Telewizja, to nigdy nie potrafi tajemnic utrzymaæ.
Bo ja i w telewizji du¿o ró¿nych programów ogl±dam. A i owszem. Te¿!
Spotkania z filozofi± na ten przyk³ad, konkursy strongmenów, albo programy dla rolników. Rolnik nie jestem, ale za to jestem bardzo ¶wiata ciekawy.
No i oczywi¶cie ogl±dam bawarskie komedie erotyczne, po pó³nocy. Razem z moj± star±. Obowi±zkowo!
Dlatego, coraz m±drzejszy i inteligentniejszy siê robiê, czy to w sklepie miêdzy lud¼mi, czy w Sonacie przy piwie, czy jak co¶ za³atwiam w jakim¶ urzêdzie. No naprawdê, czujê to po sobie, ¿e coraz inteligentniejszy jestem.
W ³ó¿ku te¿! Najbardziej po tych komediach erotycznych.
Tylko w³a¶ciwie po co byæ inteligentniejszym?
I tak, poza moj± star±, to mnie nikt nie doceni w tym kraju.
U nas to siê tylko kasa liczy. Nic wiêcej!
I dlatego mam trochê ¿al. Najszczególniej do podniecaj±cych kobit; takich piêknych i obra¿onych.
Zdobycz upalnej nocy
W ¶rodku upalnej, lipcowej nocy, bezdomny Mamcarz wyszed³ z zaro¶niêtej dzikim winem, opuszczonej altanki na dzia³kach, w której tego lata nocowa³ i nie zdejmuj±c butów przeszed³ w bród przez szemrz±c± w mroku Kurzejkê, w miejscu gdzie woda nie siêga³a mu wy¿ej, ni¿ do kolan. Na czarnym niebie gwiazdy ¿arzy³y siê blaskiem wys³anym do nas przed tysi±cami lat, a w±skie ostrze ksiê¿yca wisia³o wysoko nad Dzielnic±.
Na ¶rodku rzeczki stary zatrzyma³ siê i pochylony nad l¶ni±c±, czarn± powierzchni± powoli p³yn±cej wody, napi³ siê jej naczyniem zrobionym ze swoich z³o¿onych d³oni. Czêsto pi³ t± mêtn±, pachn±c± mu³em wodê i nigdy jeszcze nie zdarzy³o siê, ¿eby mu zaszkodzi³a. Posta³ chwilê, pozwalaj±c ¿eby ch³odny, leniwy pr±d, przyjemnie omywa³ mu nogi, a potem wyszed³ na brzeg. Potupa³ w miejscu, aby woda szybciej wyciek³a z mokrych butów. Stopy wydawa³y przy tupaniu ciche kl±skaj±ce d¼wiêki.
- Ma³o wody w rzece - pomy¶la³ – no, czasem bywa jej du¿o, a¿ plac zalewa.
Pamiêta³, jak kiedy¶ wiosn± Kurzejka tak wezbra³a, ¿e pop³ynê³a po Placu i po dzia³kach.
- Ziemia wtedy nawilg³a– przypomnia³ sobie – I na placu, to potem do pó³ lata by³o glipko. Cyrkowce przyjechali i nie mogli siê rozbiæ. Grzê¼li.
Szary, sun±cy po czarnym niebie ob³ok zakry³ ksiê¿yc i zrobi³o siê jeszcze ciemniej. Mamcarz przeszed³ na skos przez Warszawski Plac, min±³ rozmyt± mrokiem bry³ê wraku Warszawy 203, potkn±³ siê o jak±¶ kupkê gruzu i zakl±³ g³o¶no. Odpowiedzia³ mu z pobliskiej posesji obudzony przekleñstwem pies.
- Cicho ty bandyto – mrukn±³ stary z nienawi¶ci±; od dawna ju¿ nie lubi³ psów.
Kiedy wszed³ w obramowany starymi kasztanowcami, wylot ulicy Himilsbacha, ob³ok ods³oni³ ksiê¿yc i staremu wyda³o siê przez chwilê, ¿e na ponury, wypalony barak po Cyganach, migoc±c nad nim i wokó³ niego, opada powoli z nieba wielki k³±b l¶ni±cego, z³otego py³u.
- Nieraz spadaj± – pomy¶la³ – ale ¿eby siê która, tak ca³kiem rozsypa³a, to nigdym, kurwa, nie widzia³.
Id±c dalej, ju¿ po krzywym bruku ulicy Himilsbacha, obejrza³ siê jeszcze ze dwa razy, ale teraz wszystko by³o zwyczajnie, zgliszcza baraku sta³y, czarne jak zwykle, na tle ciemnego nocnego nieba.
Jeszcze za dnia, w upale pó¼nego popo³udnia, wyleguj±c siê w cieniu swojej altanki Mamcarz postanowi³ co¶ tej nocy ukra¶æ; nie wzi±æ byle co z podwórka, czy nawet z sieni domu, na jakiej¶ u¶pionej posesji, ale zabraæ co¶ wa¿nego z ciep³ego wnêtrza pokoju, w którym ¶pi normalna kilkuosobowa rodzina, z domu, gdzie s± sto³y, krzes³a, szafy, ³ó¿ka, a na ¶cianach wisz± ¶wiête, a czasem, nawet, nie ¶wiête obrazy.
Wiedzia³, ¿e w tak± upaln± noc, okna domów bêd± otwarte, wiêc przy odrobinie szczê¶cia jego rêka wsuniêta w ciep³y mrok pokoju powinna na co¶ natrafiæ. By³o mu wszystko jedno, co to bêdzie, wcale nie chodzi³o o co¶, co móg³by sprzedaæ. Tym razem chcia³ mieæ co¶ dla siebie. Co¶ na w³asno¶æ, co pochodzi³oby z normalnego domu, w którym mieszka zwyczajna rodzina.
Skrêci³ z Himilsbacha w ulicê Krzyw±, gdzie domki sta³y tu¿ przy wysypanych ¿u¿lem chodnikach, z czarnymi, ¶lepymi oknami pootwieranymi wprost na ulicê. Z niektórych okien zwisa³y wyci±gniête przeci±gami firanki, siêgaj±c prawie do rosn±cego pod ¶cianami zielska. W nieruchomej, nocnej ciszy, kroki starego na skrzypi±cym ¿u¿lu, wydawa³y siê bardzo g³o¶ne.
Zatrzyma³ siê przy pierwszym oknie i przechylaj±c siê przez parapet, w duszn± ciemno¶æ wnêtrza, zacz±³ macaæ rêk± najdalej jak móg³. Gdzie¶ blisko kto¶ pochrapywa³, dalej w g³êbi pokoju, kto¶ inny jêcza³ cicho przez sen. Rêka Mamcarza natrafi³a najpierw na co¶ w±skiego, g³adkiego, jakby z polakierowanego drewna, potem przewêdrowa³a kilkana¶cie centymetrów w pustce, nie napotykaj±c na nic, a¿ w koñcu opuszczona ni¿ej natrafi³a na czyj±¶ spocon±, chrapi±c± twarz. Mamcarz cofn±³ gwa³townie rêkê, gotów do ucieczki, ¶pi±cy poruszy³ siê, zamamrota³ co¶ przez sen, ale siê nie obudzi³.
Stary sta³ chwilê w bezruchu, a kiedy pochrapywanie ¶pi±cego sta³o siê znowu miarowe, ruszy³ dalej uliczk± próbuj±c szczê¶cia w kolejnych oknach, ale nie natrafi³ na nic co da³oby siê zabraæ. W koñcu, w oknie ostatniego domku, przy Krzywej, tu¿ przed Zgni³ym Stawem, jego rêka natrafi³a na co¶ przypominaj±cego w±sk±, wysok± szklankê z grubego szk³a, rozszerzaj±c± siê u góry. Kiedy wyj±³ ten przedmiot i zobaczy³ go w ¶wietle ksiê¿yca, okaza³o siê, ¿e jest to flakonik na kwiaty z g³êboko ciêtego szk³a, udaj±cego kryszta³. Na dnie flakonu le¿a³o kilka landrynek. Mamcarz obejrza³ siê, z lêkiem, na ponuro l¶ni±cy w mroku staw, w którym kto¶, kiedy¶ siê utopi³ i ruszy³ szybko z powrotem. S³ysza³ od ludzi, ¿e cia³a tamtego topielca nigdy nie wy³owiono. Zosta³o na zawsze, na dnie stawu, zapl±tane pewnie w wodorostach.
- Lepiej uwa¿aæ – pomy¶la³ – bo z takim trupem, to nigdy nie wiadomo Co.
Obejrza³ siê znowu i mocniej ¶ciskaj±c w rêku flakon, przyspieszy³ kroku. ¯wir skrzypia³ przera¼liwie pod jego butami.
- Lepiej tam nie pod³aziæ. Sk±d mam wiedzieæ co mo¿e taki On.
Kiedy skrêci³ ju¿ w Himilsbacha strach przeszed³ mu zupe³nie. Prukn±³ g³o¶no, dwukrotnie, raz po razie i westchn±³ z ulg±.
By³ bardzo zadowolony ze zdobytych ³upów. Wysypa³ landrynki na otwart± d³oñ i ³apczywie w³o¿y³ wszystkie na raz do ust. Wracaj±c ¶rodkiem szczerbatej jezdni smokta³ je g³o¶no, przymykaj±c oczy z rozkoszy.
Ksiê¿yc ¶wieci³ teraz jasno, nie przys³oniêty ob³okami i w jego ¶wietle Mamcarz zobaczy³ tu¿ za p³otem mijanej posesji krótkie równe grz±dki tulipanów. Wszed³ przez nie domkniêt± furtkê i zerwa³ kilka z nich. Przymierzy³ je do flakonu. By³y za d³ugie. Skróci³ ³odygi i znowu w³o¿y³ kwiaty do flakonu. Odsun±³ go na d³ugo¶æ wyci±gniêtej rêki i przygl±da³ im siê przez chwilê z zadowoleniem.
- Ale piêknie bêdzie – powiedzia³ cicho sam do siebie.
- Cz³owiek to lubi kwiaty, bo ony ³adne s± – doda³.
- A ty dziadu to ju¿ zupe³nie pog³upia³e¶ – odpowiedzia³ sobie po chwili, id±c ju¿ ulic±. – Ty stary idyjoto.
- Stare ludzie to zawsze trochy g³upiejo. I po co siê zaraz przezywaæ? - usprawiedliwi³ siê przed swoim napastliwym, wewnêtrznym rozmówc±.
Odpocz±³ przez d³u¿sz± chwilê, siedz±c na kupce gruzu na Warszawskim Placu, s³uchaj±c jak nocny wiatr szumi w ga³êziach dzikich jab³onek i szele¶ci na wpó³ przysypanymi gruzem papierami. Do wraku Warszawy 203 nie wsiada³ nawet w nocy, nauczony kiedy¶ kopniakami przez bywalców Placu, ¿e samochód zarezerwowany jest tylko dla lepszego towarzystwa.
Siedz±c tak, pod rozgwie¿d¿onym niebem, stary zobaczy³ spadaj±c± gwiazdê, potem drug±, ale ¿adna z nich nie rozsypa³a siê w z³oty py³.
- Pewno siê wtedy przepatrzy³em – pomy¶la³ – albo to by³o co inne. Mo¿e duch? Jak z³oty duch, to dobry. Chyba?
- A mo¿e to dusze tych spalonych Cyganów – przysz³o mu do g³owy w chwilê pó¼niej.
Zaraz po wojnie, w ramach wiêkszej akcji, w³adze osiedli³y przymusowo w tym baraku trzy du¿e cygañskie rodziny. Dochodzi³o ci±gle do k³ótni i bójek miêdzy Cyganami, a innymi mieszkañcami Dzielnicy. W koñcu kto¶ podpali³ noc± barak. Nikt siê z po¿aru nie uratowa³, bo doro¶li Cyganie spali po pijatyce.
Spali³y siê wszystkie barwne stroje, zaczarowane karty do wró¿enia, zawodz±ce skrzypce o stalowych strunach, stara jak cygañski ¶wiat gitara do grania i do zbierania w ni± grosza, jêkliwa harmonia z ró¿nokolorowymi klawiszami i wielka, gruba¶na basetla, wy¿sza od najwy¿szego Cygana. Sp³onê³y wszystkie instrumenty, a razem z nimi cygañscy muzykanci, którzy nie raz, za zgod± ówczesnego kierownika przygrywali na w³asny rachunek i na w³asne ryzyko, w pañstwowej wówczas Sonacie. Sp³onê³y m³ode, smag³e Cyganki i stare Cyganichy brzydkie jak ropuchy, spali³y siê ma³e Cyganiêta, które zawsze nago k±pa³y siê w Kurzejce.
Sprawców nie wykryto, a w³a¶ciwie nawet nie szukano. Pozosta³ tylko wypalony barak.
Mówiono wtedy w Dzielnicy, ¿e to stary Tycar, ojciec Jacka zem¶ci³ siê na cygañskim muzykancie, na szalonym skrzypku, który w bójce pod Sonat±, jego i m³odego wtedy jeszcze Wicka Kufla no¿em pokaleczy³ i zmusi³ ich do upoka¿aj±cej ucieczki. Ale by³y te¿ zupe³nie inne plotki.
W ka¿d± rocznicê po¿aru, obecny proboszcz, który w czasie zbrodni by³ m³odziutkim, wra¿liwym jeszcze, ksiêdzem prosto po seminarium, odprawia specjaln± mszê za spalonych Cyganów i za nieznanego, grzesznego sprawcê, ale poza nie¶miertelnymi staruszkami prawie nikt z Dzielnicy na t± mszê nie przychodzi.
- I dobrze zrobi³, ten co to zrobi³ – mówi± niektórzy.
Mamcarz zapomnia³ ju¿, prawie zupe³nie, swoje dzieciñstwo, ale zapamiêta³ bardzo dobrze tamt± noc, kiedy barak p³on±³. By³ wtedy kilkunastoletnim ch³opakiem i mieszka³ w Dzielnicy z ojcem i babk±, w normalnym drewnianym domku, prawie naprzeciwko Cyganów. Babka obudzi³a go w ¶rodku nocy i powiedzia³a:
- Popacz se Maciu¶ bez okno, bo¶ ty jeszcze nigdy po¿aru nie ogl±da³.
Zobaczy³ ogromny ogieñ, a na jego tle swojego ojca i kilku s±siadów biegaj±cych z wiaderkami od p³omienia do studni w beznadziejnej próbie gaszenia.
Chcia³ do³±czyæ do ojca, ale babka mu nie pozwoli³a.
- Ani mie siê wa¿ wy³aziæ z cha³upy, sam siê popalisz.
- Pójdê babka trochê pogasiæ.
- Nie pódziesz tam! Pacz se bez okno!
- Wodê ojcu ponoszê.
- Nie wychód¼ mówie ci.
- ¯ywe Cygany siê tam pal±.
- Ani siê powa¿ wyle¼æ! Cyganom nic ju¿ nie pomo¿e. Niedu¿a to strata.
Jeszcze przez kilka miesiêcy po po¿arze, Mamcarz, wraz z kolegami, grzeba³ w popio³ach, na darmo szukaj±c stopionych bry³ek cygañskiego z³ota. Znalaz³ tylko skrêcon± od ¿aru strunê i resztki spalonych ko¶ci, ale nie wiedzia³ czy by³y to ko¶ci Cyganów, czy ko¶ci z ich ostatniego posi³ku.
Takie stare wydarzenia niewiele go ju¿ teraz obchodzi³y, ale zdarza³o siê, ¿e my¶la³ jeszcze o nich, bo kiedy nie spa³, to przecie¿ musia³, od czasu do czasu, o czym¶ my¶leæ.
Wiatr usta³ nagle, zapanowa³y zupe³na cisza i bezruch, tylko kilka poluj±cych nietoperzy kr±¿y³o bezszelestnie nad placem, jak pozbawione cia³ cienie.
W koñcu stary wsta³ i przeprawi³ siê przez Kurzejkê, na dzia³ki. Kiedy by³ jeszcze w rzeczce nape³ni³ flakon wod±, upi³ trochê i w³o¿y³ do niego tulipany.
- Ale bêdzie piêknie – powtórzy³.
Niebo szarza³o na wschodzie i woda by³a du¿o zimniejsza ni¿ wtedy gdy przeprawia³ siê z dzia³ek na Plac. Lekka mg³a wstawa³a ju¿ nad Kurzejk±. Snu³a siê nad powierzchni± wody i nad placem. Bladymi, zwiewnymi strzêpami lepi³a siê do pochylonych nad rzeczk± kêp zielska, zalega³a w co wiêkszych wg³êbieniach gruntu.
Po wyj¶ciu na brzeg Mamcarz przystan±³, postawi³ flakon na ziemi i rozwi±za³ sznurek zastêpuj±cy mu pasek od spodni. Ods³aniaj±c bia³e, chude po¶ladki, opu¶ci³ spodnie trochê poni¿ej krocza i wysika³ siê do rzeczki.
Sikaj±c znowu przypomnia³ sobie o tym topielcu ze Zgni³ego Stawu.
- Do Stawu, to bym nawet w dzieñ nie naszcza³. Móg³by siê potem m¶ciæ, taki On.
Nie raz ju¿ mia³ ochotê wybraæ siê w jasn±, ksiê¿ycow± noc, ¿eby z bezpiecznej odleg³o¶ci, siedz±c na nasypie kolejowym, albo na pobliskim pagórku, zobaczyæ, czy mokry, przegni³y trup nie wylezie o pó³nocy na brzeg, i nie odbêdzie powolnego, koszmarnego spaceru wokó³ swojego wodnego grobowca. Nie raz ju¿ mia³ ochotê popatrzeæ, ale za bardzo siê ba³.
- A bo to wiadomo, co mo¿e zrobiæ cz³owiekowi taki On – my¶la³ – mo¿e bardzo szybko biegnie i nie dam rady mu uciec. Albo siê ¶li¼nie po trawie, tak na le¿±cy, jakby w±¿ i capnie mnie za nogi. Taki On, jak capnie, to ju¿, musi, nie pu¶ci.
Podci±gn±³ spodnie i zawi±za³ sznurek. Gdzie¶ z daleka, zza rozmazanej szarówk± i mg³± Dzielnicy dobieg³ d³ugi, têskny gwizd lokomotywy.
Tu¿ nad g³ow± Mamcarza przelecia³ poluj±cy nietoperz i staremu wyda³o siê, ¿e poczu³ jak lataj±cy szczur rozgarnia b³oniastymi skrzyd³ami rzedn±c± noc.
- Won zarazo – wzdrygn±³ siê z obrzydzeniem.
Podniós³ flakon z tulipanami i po zwalonej czê¶ci ogrodzenia przeszed³ na dzia³ki. W kêpie trawy co¶ zaszele¶ci³o i ucich³o, jakby przera¿one, kiedy ko³o niej przechodzi³. Dotar³ do altanki, w której nocowa³ i po omacku postawi³ flakon z kwiatami na nierównej powierzchni butwiej±cego sto³u.
- Ale piêknie bêdzie – powtórzy³, ziewaj±c szeroko.
Potem po³o¿y³ siê na bar³ogu zrobionym z nazbieranych jeszcze wiosn± i upranych w Kurzejce szmat. Le¿±c zmówi³ pacierz wyuczony, w swoim niewa¿nym ju¿, prawie zapomnianym dzieciñstwie, i zasn±³ szybko g³êbokim snem niewinnego cz³owieka.
Przy¶ni³ mu siê koszmarny Trzêsidzida pe³zn±cy po trawie i wielkie jak dzikie gêsi nietoperze, kr±¿±ce bezszelestnie tu¿ nad powierzchni± Zgni³ego Stawu, a potem ¶ni³y mu siê jakie¶ pe³ne ludzi, samochodów i ¿ycia, roz¶wietlone s³oñcem, ulice obcego, wielkiego miasta, w którym nigdy nie by³.
c.d.n.
źródło:
http://www.portalliteracki.pl
Aktualna ocena::
3
Wyślij odnośnik znajomym::
Tags:
Przysiêgn±æ/>
/>- Jak Boleczku – Ciotka, Bolo
/>- Sk±d – – Nic
/>- Pomy¶l Ciotka – ¶niadania. – Sk±d
/>- Pytam Bolu¶, Obudzi³y Zupe³nie Trochê Ja, Boleczku,
/>- Jak ¶pi. Sama, Ciotka,
/>- Boleczku, Jeszcze
/>- – Bolo
/>- Boleczku, Chyba Wielkanocy
/>- Ja, Ciotka, ¿adnych Bolo – Wystarczy, ¿e Ciekawe,
/>- Cz³owiek – Ciotka – Ró¿ne
/>- Ciekawe – Bolo.
/>- Nie Zostañ
/>- Chocia¿ ¼dzira Zo¶ka
/>-
/>- Ju¿ ¿e – Bolo –
/>- Himilsbacha Myszewskiego Dzielnicê, ¿e
/>- Ale – Ciotce Bolo – Jak Bêdê
/>- Tylko ¿eby¶ ¼le – Ciotka.
/>- Nie ¿e
/>- Nie Boleczku
/>- Wiêkszych Lepiej Ciotka
/>- Nie – Ciotka –
/>- Mo¿e Dzielnicowego? Najsilniejszego Dzielnicy. Ale Ciotka – Bolo Id¼
/>- – Ciotka.
/>- Albo, Szefa – Bolo –
/>- – Ciotka – Ca³± Dzielnicê ¿yciu,
/>Bolo Anatol, ¶cierk± Przeci±gn±³ Dzielnicy. Niebo
/>- Da³aby¶ Ciotka Sonatê – – Umówi³em Warszawskim Placu, Sonaty. £ykent Pogadaæ Znowu Piæ Przynajmniej Inaczej Szefo
/>- Oren¿adê, My¶lisz ¿e ¿e ¿³opiecie. Nie
/>- No, Ciotka,
/>- Z³om
/>- Ju¿
/>- Nie
/>- Nie Naprawdê. Grosza Wszystko
/>-
/>- No, Ciotka,
/>- Mowy
/>- ¿ebraæ? Rodziców Nie ¶wiecie.
/>- Dobrze – Ciotka – ¿e Myszewskiemu
/>- Przysiêgam, – Bolo.
/>- Ale ¶wiêtej
/>- Dlaczego Doros³y
/>- Inaczej
/>- Ciotka,
/>- Przysiêgnij
/>-
/>- Albo
/>-
/>
/>
/>
/>Czekaj±c Szajsebryka
/>(opowie¶æ Zdzicha Wabigona)
/>
/>Siedzieli¶my Warszawskim Placu.
/>Legutki
/>Na
/>Rzeczk± Kurzejk± ¦mierdzia³
/>- Popatrz ¯dzichu – Szczurek. – Jak ¿y³, ¶mierci ¿e ¶mierci, Nikt Ale ¶wiat.
/>- ¶wiecie – – ¶pieszê.
/>- Eeee, – Nieoczym.
/>Milczeli¶my ¿yciu Bolo:
/>- Chodzi³ Blicharz Dzielnicy, ¶mierci± Babka Blicharzowa ¿e Tylko ¿eby Podobno
/>- Nie Bolu – Tycar – Ju¿ Dzielnica ¿e ¿eby
/>- G³upi Szczur – Bolo –
/>- – Szczurek – ¿eby Sonaty, Himilsbacha
/>Czekali¶my Szajsebryka, Bacha, ¿eby Sto³owej. Trochê Pójdziemy Sonacie ³ykent
/>D³ugo Szajsebryk
/>Szczurek æwiartki. Ca³kiem Le¿a³y Bolo Le¿a³y Szajsebryka.
/>- Jak Szczur Dzielnicy Blicharzowa Dzielnicy Bolo.
/>- Ona – –
/>- Nie ¼le – Szczurek.
/>- – Nieoczym.
/>- Wszystkiego Dzielnicy, Blicharzowa – Tycar.
/>- S± Dzielnicy Blicharzowej ¶ni³o –
/>Gdzie¶ Tycar
/>- Opowiada³ ¿e ¶wiatowej, Krzywej, Bacha, Mie¶cie, Szatniarzem Trzêsidzida Imienia
/>- Mo¿e Wacek – Szczurek.
/>- Nieee, – Tycar –
/>- W³adimirilicz, W³adimirputin – Bolo.
/>- Nie,
/>- Wszystko Mnie – Nieoczym.
/>- Cu¶ Welkam – Tycar.
/>- Trzêsidzida – Szczurek.
/>- Parê Zgni³ym Stawie, Sonaty. Nigdy Musia³ Teraz Wiecie, Jarka Kolasiewicza Krzywej.
/>- Ten Kolasiewicz, – Bolo.
/>- Nie, Tycar –
/>- Trzêsidzidy – Szczurek.
/>- Nikt ¿e Sam Dopiero Sonaty ¿e ¿yje. Przypomnieli ¿e Sonaty, ¿eby ¿e Zgni³ym Stawie ¶niadanie Dali ³owiæ.
/>- Tam ¿adnej – Bolo –
/>- G³upie – ¿ywego Nieoczym Nawet
/>Bardzo Nieoczym Bola
/>- Bolo „g³upie – Nieoczyma – Ciotki
/>- Stary – Bolo.
/>- Ciotka ¿e Ma¶luch –
/>- Mo¿e – Nieoczym.
/>- Dajcie – Bolo
/>- Trzêsidzid± – Szczurek.
/>- Nic – Tycar Chyba, ¿e Dzielnicy Zgni³y Staw Ale
/>- Bali Bolo.
/>- By³o „zerosiódemk±”
/>- – Szczurek.
/>- No, ¿aden ³yczka. Wiecie
/>Da³a Tycara Milczeli¶my ¿yciu ¿yciu ¶my Nieoczym ¿e ¿yciu
/>A¿ Himilsbacha Warszawski Plac Czesiek Szajsebryk. Nawalony Dobrn±³ Nieoczyma.
/>- Gdzie – Tycar.
/>- Nie – ¿a³o¶nie Czesiek – Nie Nie
/>- –
/>- ¿alu, – Czesiek –
/>Zauwa¿y³em, ¿e Bolowi ³zy
/>- Niós³ Trzêsidzidy – Nieoczym. ¿e Ca³o¶ci±!.
/>- Pieprzone ¿ycie – Tycar – Pieeee...przone!
/>S³uchali¶my Szajsebryka, Celowa³
/>- –
/>- – Czesiek – Uczciwie Reszta!
/>- Reszta – Tycar.
/>
/>*
/>
/>(Zdzicha Wabigona
/>
/>„Reszta
/>I ¿e Ca³kiem ¿e Mo¿e Warszawskim Placu, Tylko
/>Bo Znajoma Dzielnicy Zgreda.
/>Niez³a
/>No
/>Co Takie
/>Wszystko Dla ¿adna Ostatnio
/>Te¿
/>I Przynajmniej Nie Dzielnicy. Zgred± Apokalips±, Dlatego Zgreda ¿e Apokalipsa „arystokracja
/>No
/>Jako Ulisses, Jojsa.
/>- – Zgreda –
/>No, W³a¶nie, ¿e
/>Z
/>Siê „Praktyka „Poradniku
/>Pamiêtam, ¿e ¶wiatem Dzielnica Zupe³nie Normalnie, Zielone Kêpy
/>No
/>Chcia³em Ale Zgredê
/>Pachnia³o
/>Poradników Ulissesa, Jojsa. „Bankowo¶æ „Hamleta – „Wiosenne „Biblioteczka
/>- Siê – Zgredy, „lekularnie” ¿art ¿e „regularnie”; ¿artobliwy,
/>- – –
/>- – Zdredy, ³adniejsza
/>I Dumne
/>No
/>Nawet Czemu Tylko ¿e ¿e
/>Tylko Zgredy.
/>Szkoda!
/>Wiêkszo¶æ Jak
/>Ale
/>Niestety One
/>To Psiakrew!
/>A „Odwieczne Azji Ten „Tanie „Kuchnie ¶wiata”. Polski Pewnie Chinach Nie ¿e Te¿
/>Chocia¿ Bambusa
/>Nieee Sk±d
/>W³a¶ciwie, ³adnie Zgreda ¿e Kimirsena, Inaczej Jeszcze Prawdziwy Prezent Ale
/>Mo¿e
/>T³omaczenia Sk±d Kto Inny Przecie¿ Sitwa Dlatego
/>„Wybitne Ale
/>Kiedy¶, Nawet
/>Ju¿
/>- Pan, Wabigon,
/>- Jak¿esz Pani – – To¿ ¿e, Same „oucz, ³hej, Jak
/>I „kurwe”
/>Nie ³aski!
/>A ¿e
/>I Tyle, ¿e Nie
/>Zreszt± ¿e Inne
/>Chcia³em Mo¿e
/>Ale Urzêdzie Pracy „Komunikacja ¿eby Niestety
/>Czyli, ¿e Unii Trudno,
/>Czytam, ¿e
/>Byle
/>¯e
/>A
/>Takie
/>„Czasy On, Francuz ¿e Robi± ¿e
/>Kupuje ¿e
/>Ze Dzielnicy By³aby
/>O Afryce, Syberii, „powszechny
/>Ja
/>Acha Jeszcze Francuza
/>Idzie ¿e
/>„Czasy ¿eby Tak
/>A Eliot, Anglik
/>Zupe³nie
/>Dlatego Anglika Eliota Apokalipsie, Dzielnicy. Apokalipsa ¿e
/>Mo¿e ¿e Kufel, Blicharzowa, Dzielnicy, Ale ¿e Czyli
/>Sami ¿e Jak Sonacie, Warszawskim Placu, ¿e
/>Wszyscy ¿e Przecie¿ ¿eby ¯aden Pewnie Telewizja,
/>Bo Te¿!
/>Spotkania Rolnik ¶wiata
/>No Razem Obowi±zkowo!
/>Dlatego, Sonacie ¿e
/>W ³ó¿ku Najbardziej
/>Tylko
/>I
/>U Nic
/>I ¿al. Najszczególniej
/>
/>
/>
/>Zdobycz
/>
/>W ¶rodku Mamcarz Kurzejkê, ¿arzy³y Dzielnic±.
/>Na ¶rodku Czêsto ¿eby Posta³ ¿eby Potupa³ Stopy
/>- Ma³o –
/>Pamiêta³, Kurzejka ¿e Placu
/>- Ziemia – Cyrkowce Grzê¼li.
/>Szary, Mamcarz Warszawski Plac, Warszawy 203, Odpowiedzia³
/>- Cicho –
/>Kiedy Himilsbacha, ¿e Cyganach,
/>- Nieraz – – ¿eby
/>Id±c Himilsbacha,
/>Jeszcze Mamcarz ¶pi ³ó¿ka, ¶cianach ¶wiête, ¶wiête
/>Wiedzia³, ¿e By³o Tym Co¶
/>Skrêci³ Himilsbacha Krzyw±, ¿u¿lem ¶lepymi ¶cianami ¿u¿lu,
/>Zatrzyma³ Gdzie¶ Rêka Mamcarza Mamcarz ¶pi±cy
/>Stary ¶pi±cego Krzywej, Zgni³ym Stawem, Kiedy ¶wietle ¿e Mamcarz S³ysza³ ¿e Zosta³o
/>- Lepiej – – Co.
/>Obejrza³ ¶ciskaj±c ¯wir
/>- Lepiej Sk±d On.
/>Kiedy Himilsbacha Prukn±³
/>By³ ³upów. Wysypa³ ³apczywie Wracaj±c ¶rodkiem
/>Ksiê¿yc ¶wieci³ ¶wietle Mamcarz Wszed³ Przymierzy³ By³y Skróci³ ³odygi Odsun±³
/>- Ale –
/>- Cz³owiek ³adne –
/>- – –
/>- Stare
/>Odpocz±³ Warszawskim Placu, Warszawy Placu, ¿e
/>Siedz±c ¿adna
/>- Pewno – – Mo¿e Jak Chyba?
/>- Cyganów –
/>Zaraz Dochodzi³o Cyganami, Dzielnicy. Nikt Cyganie
/>Spali³y ¶wiat Cygana. Sp³onê³y ówczesnego Sonacie. Sp³onê³y Cyganki Cyganichy Cyganiêta, Kurzejce.
/>Sprawców Pozosta³
/>Mówiono Dzielnicy, ¿e Tycar, Jacka Sonat±, Wicka Kufla Ale
/>W Cyganów Dzielnicy
/>- –
/>Mamcarz By³ Dzielnicy Cyganów. Babka ¶rodku
/>- Popacz Maciu¶
/>Zobaczy³
/>Chcia³
/>- Ani
/>- Pójdê
/>- Nie Pacz
/>- Wodê
/>- Nie
/>- ¯ywe Cygany
/>- Ani Cyganom Niedu¿a
/>Jeszcze Mamcarz, Znalaz³ ¿aru Cyganów,
/>Takie ¿e
/>Wiatr
/>W Kurzejkê, Kiedy
/>- Ale –
/>Niebo Plac. Lekka Kurzejk±. Snu³a Bladymi,
/>Po Mamcarz Ods³aniaj±c
/>Sikaj±c Zgni³ego Stawu.
/>- Stawu, Móg³by On.
/>Nie ¿eby Nie
/>- – – Albo ¶li¼nie Taki On,
/>Podci±gn±³ Gdzie¶ Dzielnicy
/>Tu¿ Mamcarza ¿e
/>- Won –
/>Podniós³ Dotar³
/>- Ale –
/>Potem Kurzejce Le¿±c
/>Przy¶ni³ Trzêsidzida Zgni³ego Stawu, ¶ni³y ¿ycia,
/>
/>c.d.n.
Komentarze::