24 godziny temu
PANI ¦WIATA
"Nawet cz³owiek ¶wiadomy prawdy musi postêpowaæ zgodnie ze sw± natur±. Albowiem istoty ¿ywe id± za g³osem swej natury. Na có¿ zda siê upór?"
Bhagawadgita III - 33
Wakacje powoli dobiega³y koñca. Mimo, ¿e podczas dnia trudno by³o wytrzymaæ z gor±ca i kto ¿yw stara³ siê przebywaæ w cieniu, to noce by³y ju¿ ch³odne. Mary, ¶pi±ca pod niskim, otwartym ca³± noc na o¶cie¿ oknem, budzi³a siê rano opatulona ko³dr± po sam± szyjê. Le¿a³a rozbudzona, czekaj±c cierpliwie a¿ poranne s³oñce ogrzeje trochê pokój, po czym zrywa³a siê gwa³townie i bieg³a w nocnej koszuli do matki, która przygotowywa³a ju¿ w kuchni ¶niadanie. Niezmiennie natyka³a siê na Buca - machaj±c resztkami ogona, skaka³ wokó³ niej jak oszala³y, przera¼liwym szczekaniem informuj±c ca³y ¶wiat, ¿e jego ma³a pani raczy³a siê obudziæ. Czasami podgryza³ dla zabawy go³e, wystaj±ce jej spod po¶cieli piêty.
Mary by³a rozgarniêt±, rezolutn±, dobrze wychowan±, interesuj±c± siê ca³ym ¶wiatem, dziewiêcioletni± dziewczynk±. Spêdza³a dopiero drugie w swoim króciutkim jeszcze ¿yciu wakacje u dziadka na wsi. Dziadek, bardzo, bardzo stary, siwy, pomarszczony pan, mieszka³ przez ca³y rok w maleñkim, kolorowym domku pod szumi±cym ci±gle, nawet w bezwietrzny dzieñ, lasem. Jeszcze do niedawna wydawa³o siê jej, ¿e to w³a¶nie drzewa, kiwaj±c siê na wszystkie strony, wywo³uj± wiatr, lecz nie zawsze przecie¿ maj± na to ochotê. Nieopodal p³ynê³a ¿wawo p³ytka, czysta rzeczka, w której mieszka³o mnóstwo przeró¿nych ¿yj±tek i rybek.
Mary, o czym wiedzia³a od zawsze, by³a pó³sierot±. Jej ojciec, syn dziadka, zgin±³ osiem lat temu podczas po¿aru na platformie wiertniczej i oczywi¶cie wcale go nie pamiêta³a. Teraz wiêc jedynym mê¿czyzn± jej ¿ycia by³ dziadek. Korzystali wiêc ze wspólnie spêdzanych wakacji jak mogli. Chodzili na d³ugie spacery do szumi±cego lasu, przesiadywali godzinami nad rzeczk± ³owi±c czasem maleñkie rybki, które pó¼niej mama sma¿y³a na wielkiej patelni te¶cia. Dziewczynka otrzyma³a od dziadka w³asnorêcznie przez niego zrobion± wêdkê. Nie kupion± w jakim¶ tam sklepie z fabryczn± seryjn± tandet±, ale zrobion± ze specjalnie dobieranych, szlifowanych i lakierowanych kijków. Nic wiêc dziwnego, ¿e uwa¿a³a go za skoñczony autorytet, a w ka¿dym razie za kogo¶ kto wszystko wie i wszystko potrafi. Mamê oczywi¶cie te¿ kocha³a, ale przecie¿ inaczej. W koñcu mama by³a kim¶ zupe³nie innym. I poza tym, niestety, niestety, kobiet±.
Siedzia³a teraz sobie z dziadkiem na niskiej skarpie nad rzeczk± i trzymaj±c nogi w ch³odnej wodzie rozmawia³a z nim po swojemu o wszystkim. Mama jak zwykle przygotowywa³a w domu obiad. S³oñce pewnie grza³o ju¿ niemi³osiernie, lecz tam gdzie wypiêtrza³a siê ³agodna, poro¶niêta traw± górka, panowa³ przyjemny, postrzêpiony, cienisty ch³odek od rosn±cych wokó³ dorodnych sosen.
- A dlaczego dziadku, w rzece ¿yje tyle ró¿nych stworzonek?
- Có¿, pewnie dlatego, ¿eby ¶wiat by³ ciekawy i ró¿norodny.
- A ¶wiat musi byæ taki ró... ró¿norodny?
- Chyba musi.
- Dlaczego?
- Dlatego, ¿eby ka¿dy móg³ siê jak najwiêcej nauczyæ.
- A gwiazdy które ogl±dali¶my w nocy to te¿ ¶wiat?
- Pewnie.
Pytania pada³y jak wystrzeliwane z karabinu maszynowego, jednak dziadek by³ ju¿ do tego przyzwyczajony. No i lubi³ to.
- A jak kto¶ nie chce siê uczyæ?
- Ka¿dy musi siê uczyæ, inaczej nigdy nie zdobêdzie gwiazd.
- No ale przecie¿ mo¿e zachorowaæ lub... uciec z lekcji. Judy ju¿ dwa razy ucieka³a.
- To i tak musia³a odrobiæ to, co by³o zadane, prawda?
- A jak nie mo¿e siê uczyæ, tak jak g³upi Frankie?
- Teraz nie mo¿e, ale kiedy¶ bêdzie móg³.
Mary przesta³a na chwilê wypytywaæ. Musia³a przetrawiæ w ma³ej, blond g³ówce to, co us³ysza³a przed chwil±. Gdzie¶ w lesie odezwa³a siê kuku³ka, powtarzaj±ca uparcie, wielokrotnie, swój charakterystyczny sygna³. Mo¿e wszem i wobec oznajmia³a z ca³ej si³y maleñkich p³ucek, ¿e ¿yje, ¿e jest? A mo¿e po prostu przywo³ywa³a w ten sposób zgubionego gdzie¶ partnera? Kto to wie?
- Kuku³ek te¿ siê uczy?
- Tak.
- Wie o tym?
- Nie.
- Dlaczego? - w g³osie Mary zabrzmia³o bezbrze¿ne zdumienie.
- Dlatego, ¿eby uczyæ siê szybciej i ³atwiej.
- Ale ja wiem, ¿e siê uczê w szkole i mama mnie chwali?
- Ty w twojej miejskiej szkole tak. Ale prawdziw± szko³± jest samo ¿ycie. I tutaj taka wiedza by³aby… niepotrzebn±.
- Nikt nie wie, ¿e siê uczy?
- Prawie nikt.
- A ty wiesz?
- Wiem.
- A jak ju¿ siê nauczysz?
- To przechodzê do nastêpnej klasy.
- A ile jest tych klas?
- Bardzo du¿o.
Przerwali dyskusjê gdy¿ wêdka dziadka zaczê³a siê ni st±d ni zow±d pochylaæ. Dziadek z³apa³ j± w ostatniej chwili i fachowo, z klas±, poderwa³. Na koñcu haczyka zaczepiony by³ spory ³oso¶, wywijaj±cy teraz ogonem we wszystkie mo¿liwe strony. Starszy pan wyci±gn±³ rybê z wody i odczepiwszy delikatnie, wrzuci³ do wiaderka, w którym pluska³o ju¿ kilka mniejszych okazów.
- Mama siê ucieszy - powiedzia³ do obserwuj±cej go uwa¿nie Mary, i ponownie zarzuci³ wêdkê.
- Czy to je boli?
- Trochê.
- To dlaczego to robimy?
- Bo musimy je¶æ.
- To kupmy ryby w sklepie.
- A w sklepie to niby sk±d siê wziê³y?
- No..., nie wiem. Sk±d?
- Te¿ zosta³y z³owione.
- I te¿ je bola³o?
- Te¿.
- To ja ju¿ nie chcê je¶æ ryb - oburzy³a siê Mary i zwiesi³a g³owê.
- A co chcesz je¶æ?
- Nie wiem. Ro¶linki.
- Ro¶liny przecie¿ te¿ ¿yj±, a ich dzieci, nasiona, mog³yby ¿yæ.
- To ja nie chcê nic je¶æ.
- W takim razie... umrzesz i niczego siê nie nauczysz.
- No to nie - dziewczynka momentalnie sta³a siê bardzo, bardzo naburmuszona.
- Gdyby wszyscy my¶leli tak jak ty, to na ¶wiecie nie by³oby nikogo.
- By³yby ryby.
- Ryb te¿ by nie by³o.
- Jak to?
- Ryby tak¿e zjadaj± inne, mniejsze stworzonka. Równie¿ same s± zjadane przez inne ryby.
- Tak?
- Jasne. Wszyscy, wszystkich zjadaj±.
- A kto zjada Buca?
- No... ty, mama, ja.
- Ja wcale go nie jem!
- Zjadasz go, tylko w inny sposób. W taki sposób, który jest dla Buca przyjemny. Dla ciebie tym bardziej.
- Jak?
- Przytulaj±c go, bawi±c siê z nim. Je¿eli istnienie Buca sprawia ci rado¶æ, to znaczy, ¿e go w pewien sposób zjadasz. Swoim sercem i swoim umys³em. Ju¿ ci mówi³em, ¿e wszyscy wszystkich jako¶ tam zjadaj±.
- Taki jest ¶wiat?
- Tak.
- Czy mnie te¿ kto¶ zje?
- Pewnie tak.
- Ciebie te¿?
- Oczywi¶cie.
- A kto?
- Równie¿ ty, mama, a tak¿e kto¶, o kim nie mam zielonego pojêcia jak wygl±da i... czy w ogóle jest.
- Bóg?
- Powiedzmy.
- Bêdzie nas sma¿yæ?
- Ale¿ nie. Nas siê przyrz±dza inaczej.
- Jak?
- Mniej wiêcej tak jak ty Buca. Albo mama ciebie.
- Czy jest na to rada?
- A tak jak jest, jest ¼le?
- Chyba tak. Ja nie chcê nikogo zjadaæ. Nie chcê te¿ ¿eby kto¶ zjada³ mnie.
- No, ale wtedy nie by³oby Buca, mamy, mnie i innych dzieci. Ciebie te¿ by nie by³o.
- A nie mo¿na nie zjadaæ i ¿yæ? Albo zjadaæ tylko... powietrze?
- Jak kto¶ koniecznie chce byæ sam to mo¿e, ale trzeba siê bardzo du¿o uczyæ i przej¶æ do najwy¿szych klas.
- Jak d³ugo?
- Ró¿nie. To zale¿y od ucznia. Ale czy naprawdê chcesz byæ sama?
Mary ponownie zamy¶li³a siê na chwilê. Wierzy³a dziadkowi bez zastrze¿eñ, tak samo zreszt± jak i mama oraz wszyscy inni ludzie, których ju¿ pozna³a, a którzy czasem przychodzili do dziadka po radê i lekarstwo. Jednak coraz czê¶ciej zdawa³a sobie sprawê, ¿e odpowiedzi, jakich udziela jej dziadek, nie s± w jaki¶ tajemniczy sposób pe³ne, wyczerpuj±ce. Przeczuwa³a te¿, ¿e na razie przynajmniej, dok±d jest jeszcze taka ma³a, nie mo¿e byæ inaczej. I rzecz jasna, nie chcia³a byæ sama.
Mimo cienia, zrobi³o siê bardzo gor±co, wiêc musieli skoñczyæ tê s³odk± pogawêdkê. Dziadek posk³ada³ ca³y wêdkarski sprzêt i teraz wracali wolno do kolorowego domku trzymaj±c siê za rêce. Starszy pan niós³ porozkrêcane kije prze³o¿one przez ramiê, a Mary ma³e wiaderko z pluskaj±cymi rybami. Przed nimi maszerowa³ dostojnie milcz±cy Buc, który otrzyma³ takie imiê od mamy z powodu bardzo przygnêbiaj±cego, obra¿onego wyrazu psiego pyska. Wracali na obiad, a mama ju¿ sta³a w drzwiach i macha³a do nich drewnian± ³y¿k± kuchenn±.
Po obiedzie zachmurzy³o siê bardzo i zacz±³ padaæ drobny deszczyk. Mama przymknê³a okna boj±c siê, ¿e krople wody zaczn± wpadaæ do mieszkania, a dziadek obejrza³ uwa¿nie niebo, pokiwa³ g³ow± i powiedzia³, ¿e pewnie lato ju¿ siê definitywnie koñczy. Na jakie¶ dwa, trzy dni.
W takiej sytuacji Mary zawsze w³±cza³a telewizor i do pó¼na ogl±da³a ulubione bajki. Ale tak by³o w mie¶cie, gdzie mieszka³a z mam± na sta³e. Tutaj telewizora nie by³o, wiêc pozostawa³a jedynie lupa, te¿ prezent od dziadka, oraz jego mrówczego wiwarium. Lupa by³a du¿a, z metalow±, niklowan± ramk± i bakelitow± r±czk±. By³o te¿ zatrzêsienie ksi±¿ek, które wype³nia³y ca³y dom, lecz ani jednej z bajkami.
- Dziadku, dlaczego nie masz telewizora?
- Wyrzuci³em.
- Zepsu³ siê?
- Nie. Wyrzuci³em bo nie chcê ogl±daæ telewizji.
- Dlaczego? - oczy Mary zrobi³y siê jak dwa spodki.
- Znudzi³ mnie ten g³upi cyrk.
- Nawet bajki?
- Nawet.
- To ty ju¿ siê bardzo du¿o nauczy³e¶, prawda?
- No tak. Jestem przecie¿ stary.
Mary ju¿, ju¿, mia³a powiedzieæ, ¿e w takim razie pewnie przejdzie nied³ugo do nastêpnej klasy, ale mama, wyczuwaj±c nietakt, pokrêci³a delikatnie g³ow± i dociekliwa dziewczynka zamilk³a w porê. Nie na d³ugo jednak.
- Dziadku, pójdziemy na strych?
- Ogl±daæ mrówki?
- Tak.
- Dobrze - powiedzia³ dziadek i po chwili oboje wspinali siê mozolnie po stromych schodkach, prowadz±cych na strych do dziadkowego królestwa entomologii.
Dziadek, emerytowany pracownik pomocniczy Narodowego Instytutu Biochemii, zbudowa³ sobie tam co¶ w rodzaju laboratorium i muzeum jednocze¶nie. Wszystkie ¶ciany, a i czê¶æ pochy³ego sufitu przestronnego poddasza, obwieszone by³y przeró¿nej wielko¶ci gablotami, zawieraj±cymi przyszpilone lub przyklejone owady, ¿aby, jaszczurki, ¶limaki, lub inne okazy pe³zaj±cej, p³ywaj±cej czy fruwaj±cej fauny. W rogu pomieszczenia sta³o ma³e, politurowane wielokrotnie biurko z nieod³±cznym, wys³u¿onym fotelem.
Jednak czym¶, co natychmiast zwraca³o uwagê, by³ wieloczê¶ciowy, pod³u¿ny stó³, zajmuj±cy ca³±, ¶rodkow± czê¶æ strychu. Zwraca³ uwagê nie swoj± wielko¶ci±, ale tym, co siê na nim znajdowa³o. Mianowicie wielkie, szklane akwarium zamkniête od góry barwion± na niebiesko p³yt±, z tysi±cami maleñkich otworków napowietrzaj±cych, wyposa¿one w mnóstwo prze¼roczystych przegródek, s³u¿±cych równie¿ do wzmocnienia konstrukcji.
Wewn±trz egzystowa³o kilka ma³ych kolonii mrówczych, rozlokowanych przemy¶lnie po¶ród malowniczo usypanych warstw piasku i ziemi, kilkunastu miniaturowych, japoñskich krzewów i drzewek, oraz wij±cego siê przez ca³± d³ugo¶æ sztucznego strumyka. Nad konstrukcj± wisia³o kilka lamp oraz promienników podczerwieni, sterowanych z ma³ego urz±dzenia elektronicznego, symuluj±cego pory dnia i nocy. Uroczy, mrówczany, choæ przecie¿ sztuczny, kontrolowany ¶wiat.
Dziadek, jako wieloletni pracownik podobnie wyposa¿onej placówki naukowej, napatrzy³ siê ju¿ do¶æ na ró¿norodne hodowle i nie zbudowa³ tego wiwarium z mi³o¶ci do mrówek czy z potrzeby spokojnego badania ich, ma³o go w gruncie rzeczy obchodz±cych zwyczajów. Ta przemy¶lna konstrukcja by³a pewnego rodzaju konieczno¶ci±, ale równie¿ przynosi³a mu dodatkowy, niewielki dochód, wspomagaj±cy skromn± emeryturê.
Wykorzystuj±c nie¶wiadome niczego kolonie, w w³asny, oryginalny sposób, produkowa³ drobne ilo¶ci zastanawiaj±co skutecznego leku na reumatyzm. G³ównie dla w³asnych potrzeb, ale i na u¿ytek okolicznych znajomków. Odkry³ kiedy¶, ¿e mrówki, umiejêtnie stymulowane ma³ymi dawkami alkoholu etylowego dodawanego do p³yn±cej przez ich ¶wiat wody, wytwarzaj± szczególnego rodzaju opary. Poc± siê jakby. Wystarczy teraz te opary odpowiednio zebraæ – s³u¿± do tego cieniutkie, prze¼roczyste i ruchome rurki sonduj±ce, mo¿liwe, ¿e widziane przez mrówki jako dziwne zjawiska na ich niebie, dodaæ w odpowiedniej proporcji do spirytusu i powstaje znakomita, nawet smaczna, nalewka, likwiduj±ca na pewien czas bóle reumatyczne, zw³aszcza ¶cieraj±cych siê na staro¶æ po³±czeñ stawowych.
Produkcja oczywi¶cie by³a nielegalna - specyfik nie mia³ ¿adnych pañstwowych atestów ani zezwoleñ. Niemniej, stosowany w okolicy od lat, nie dawa³ absolutnie ¿adnych skutków ubocznych, a pozwala³, g³ównie ludziom starszym, znajomym i kolesiom dziadka, czuæ siê jak m³ode sarenki. Z powodu przywróconej mobilno¶ci motorycznej rzecz jasna.
Tak wiêc nie¶wiadome niczego mrówki, ¿y³y sobie w swoim oszklonym ¶wiecie, prze¿ywa³y swoje maleñkie problemy i zupe³nie bezwiednie produkowa³y dziadkowe lekarstwo. Jednak sprawa nie by³a taka prosta. Ho, ho. W³a¶ciwy poziom emisji oparów nie³atwo by³o utrzymaæ. Alkohol dodawany precyzyjnie do wody, powodowa³ u nich przyrost agresji i co rusz dochodzi³o do prawdziwych, mrówczych wojen pomiêdzy poszczególnymi odmianami a nawet osobnikami spokrewnionymi bli¿ej. Tak mia³o byæ, gdy¿ tylko wtedy opary wydzielane by³y wystarczaj±co intensywnie. Nale¿a³o jednak pilnowaæ, aby mrówki nie wyt³uk³y siê wzajemnie, lecz wrêcz przeciwnie, ¿eby mimo to mno¿y³y siê obficiej na chwa³ê medycyny dziadkowej. Nie koniec jednak na tym.
Mrówki "zu¿ywa³y siê", to znaczy po kilkudziesiêciu mrówczych pokoleniach, produkcja oparów gwa³townie mala³a i mimo stosowania ró¿nych wymy¶lnych sposobów, trzeba by³oby ca³e wiwarium oczyszczaæ i zasiedlaæ na nowo. Koniecznie nale¿a³o wtedy umie¶ciæ w¶ród „oklap³ych” produkcyjnie stworzonek, jednego osobnika z maleñkiej, oddzielnej, prowadzonej na biurku hodowli wzorcowej. Mrówki „od¿ywa³y” wtedy jakby i ponownie stawa³y siê wydajne.
Dziadek zupe³nie nie mia³ pojêcia jak to dzia³a³o, zw³aszcza, ¿e po kilku godzinach osobnik "wzorcowy" by³ przez swoich wspó³braci okrutnie zabijany i zjadany. Niemniej, bez tej sztuczki ca³a kolonia nie produkowa³a wystarczaj±cej ilo¶ci oparów, mimo, i¿ zachowywa³a siê praktycznie tak samo. No, ale dziadek nie by³ przecie¿ naukowcem i mia³ prawo nie rozumieæ wszystkich drobnych niuansów mrówczego ¶wiata.
Tym razem Mary usadowi³a siê ze swoim szk³em powiêkszaj±cym po pó³nocno - wschodniej stronie wiwarium, tam, gdzie egzystowa³a ju¿ od jakich¶ dwudziestu pokoleñ wyj±tkowo agresywna, stosunkowo liczna rodzina mrówek o czerwonawym odcieniu odw³oków.
- Dlaczego te czerwone tak siê wzajemnie niszcz± i zabijaj±?
- Tak± maj± dziwn± naturê.
- I dlatego buduj± takie s³abe i brzydkie kopce?
- Tak.
- A ich opary s± dobre?
- Bardzo dobre.
- To mo¿e niech sobie ¿yj± jak chc±?
- Pewnie.
Jeszcze jedna, tajemnicza sprawa bardzo j± interesowa³a.
- A dlaczego co jaki¶ czas kilka mrówek roz³azi siê po szkle i przestaje pracowaæ i walczyæ?
- Nie wiem dziecinko. Mo¿e to s± ich najm±drzejsi obywatele, którzy zaczynaj± zastanawiaæ siê nad sytuacj± i szukaj± prawdy? Nie wiem.
Mary, choæ z oporami, zaakceptowa³a wreszcie fakt, ¿e wszyscy wszystkich jako¶ tam wykorzystuj±, a nawet zjadaj± i, ¿e w sumie tylko dziêki temu mo¿e siê odbywaæ rozwój, postêp. Dobrym przyk³adem s± mrówki. W³a¶nie zbli¿a siê czas zabrania z wiwarium i wyniesienia na zewn±trz tych, na razie kilku, ciekawskich okazów. Gdyby tego nie zrobiæ, pozosta³e, normalne, pozabijaj± te inne i nastêpnie same, w pewien sposób zaka¿one tymi pierwszymi, bardzo prêdko przestan± produkowaæ w³a¶ciw± ilo¶æ pomagaj±cych dziadkowi oparów. Poroz³a¿± siê bez sensu i bez celu po ca³ym swoim ¶wiecie. Mo¿e nawet pokonaj± szklane, nie zawsze przecie¿ wystarczaj±ce, uszczelnienia?
- Dziadku, a czy te ciekawskie, przenoszone do lasu mrówki, boj± siê tego?
- Chyba tak.
- Cierpi±?
- Jaki¶ czas pewnie tak.
- To mo¿e je zostawimy tutaj?
- A co z lekarstwem?
To by³ problem. Mary bardzo kocha³a dziadka i nie chcia³a, by siedzia³ poskrêcany w fotelu przez go¶ciec i trz±s³ siê z bólu. Z drugiej strony, mrówki to te¿ Bo¿e stworzonka, chocia¿ takie malutkie i nie mo¿na z nimi porozmawiaæ. Musia³a wybraæ.
- No dobrze - powiedzia³a niezwykle powa¿nym g³osem. - W takim razie przenosimy je, niech nie zak³ócaj± ¿ycia pozosta³ym.
- Cieszê siê - dziadek, przytuli³ dziewczynkê i otworzy³ w³a¶ciwe okienko wiwarium.
KONIEC
źródło:
http://www.portalliteracki.pl
Aktualna ocena::
3
Wyślij odnośnik znajomym::
Tags:
Wakacje powoli Mimo, ¿e ¿yw Mary, ¶pi±ca pod Le¿a³a ¶niadanie. Niezmiennie Buca ¶wiat, ¿e Mary by³a ¶wiatem, dziewiêcioletni± Spêdza³a ¿yciu Dziadek, Jeszcze ¿e Nieopodal ¿yj±tek
Mary, o Jej Teraz ¿ycia Korzystali wiêc Chodzili ³owi±c Dziewczynka otrzyma³a Nie Nic ¿e Mamê
Siedzia³a teraz Mama S³oñce ³agodna, - A ¿yje - Có¿, ¿eby ¶wiat
Mary przesta³a Musia³a Gdzie¶ Mo¿e ¿e ¿yje, ¿e Kto
Przerwali dyskusjê Dziadek ³oso¶, Starszy pan
- Przytulaj±c Je¿eli Buca ¿e Swoim Ju¿ ¿e - Taki ¶wiat?
- No, Buca, Ciebie - A ¿yæ? Albo - Jak
Mary ponownie Wierzy³a Jednak ¿e Przeczuwa³a ¿e Mimo cienia, Starszy Mary Przed Buc, Wracali ³y¿k± Po obiedzie Mama ¿e ¿e
W takiej Mary Tutaj Lupa By³o - Dziadku, - Wyrzuci³em.
- Zepsu³ - Nie. Wyrzuci³em - Dlaczego? Mary - Znudzi³ - Nawet - Nawet.
- To - No Jestem Mary ju¿, ¿e Nie - Dziadku, - Ogl±daæ - Tak.
Instytutu Biochemii, Wszystkie ¶ciany, ¿aby, ¶limaki,
Jednak czym¶, ¶rodkow± Zwraca³ Mianowicie
Dziadek, jako Wykorzystuj±c nie¶wiadome G³ównie Odkry³ ¿e ¶wiat Poc± – ¿e ¶cieraj±cych Produkcja oczywi¶cie ¿adnych Niemniej, ¿adnych skutków Tak wiêc ¿y³y ¶wiecie, prze¿ywa³y Jednak Ho, W³a¶ciwy Alkohol Tak Nale¿a³o jednak Nie Mrówki "zu¿ywa³y Koniecznie nale¿a³o „oklap³ych” „od¿ywa³y”
¿e "wzorcowy" Niemniej, No, ¶wiata.
Tym razem Mary - wschodniej - Dlaczego - Tak± - I - Tak.
- A - Bardzo - To ¿yj± - Pewnie.
Jeszcze jedna, - A - Nie Mo¿e Nie Mary, choæ ¿e ¿e Dobrym W³a¶nie Poroz³a¿± ¶wiecie. Mo¿e - Dziadku, - Chyba - Cierpi±?
- Jaki¶ - To - A To by³ Mary Musia³a wybraæ.
Komentarze::