24 godziny temu

Melania nie zosta³a trafiona. Któ¿ bowiem móg³by to uczyniæ i godziæ w jej serce z si³± tak wielk±, i¿by ona pozosta³a ca³a jego, i¿by zag³êbi³a siê w nim bez pamiêci, na zawsze, a¿ po kres ¶wiata. Gdy¿ ona tward± dziewk± by³a, nijakie zaloty jej nie bra³y, nijak siê jej podej¶æ nie da³o, jeno marzyæ mo¿na by³o, patrzeæ i oczy jej urod± nasycaæ. Lecz nie b±d¼my tacy prêdcy, nie rzucajmy s³ów na wiatr. Nietrafiona nie znaczy, ¿e do koñca, ¿e a¿ po kres ¶wiata. Ale jak tu zaloty rozpocz±æ, jak tu powiedzieæ kocham ciê, powiedzieæ tak prosto, jak te s³owa dwa doñ skierowaæ, szepn±æ je wprost w oczy bez nijakiego b³±dzenia, bez spuszczania wzroku, bez dygotania w ¶rodku i na zewn±trz, kiedy samemu siê dygocze, a ona, Melania, wszelakie umizgi odrzuca. Kiedy ona w nijakie rozmowy nie chce siê wdawaæ, kiedy ona jak widzi jakiego parobka to ucieka, zadzieraj±c kiecê leci jakby w podskokach, jakby w boja¼ni, jakby sama nie wiedzia³a co czyni.
Melania usta malinowe. W³osy jak te ³any pszeniczne, rumieñ piêkny prawie ca³e lico zakrywaj±cy, za¶ postawa – jak ka¿da wiejska baba – wielka, ogromna cycata, coby mia³a czym przysz³e dzieci karmiæ.
To te¿ Jan, wieki, postawy parobek, oczyma za ni± wodzi³. Czai³ siê w krzakach i na ni± spoziera³. Czai³ siê i zerka³, kiedy ona w postawie skrzywionej zdawa³a siê byæ pomiêdzy tym a tamtym ¶wiatem, kiedy tak po polach hasa³a z koszykiem na rêku, tedy nic nie mog³o siê równaæ z tym jej hasaniem. A Jan jak zahipnotyzowany zerka³. Mo¿na by³o wówczas po stokroæ zaton±æ w odmêtach niewiedzy, czemu¿ on tak spoziera skoro szans nijakich ni ma. Ale b±d¼my szczerzy - patrzeæ siê powinno. Tak, jak Jan spoziera³. Bowiem jak tu nie patrzeæ, skoro ona przez Boga stworzona, jak i wszystko woko³o, hasa tak rado¶nie, pod¶piewuj±c. Zatem i Jan patrzy³ i my patrzyli na ich dwojga. Ona nachylona nad koszem zbieraæ zio³a poczê³a. Zwinnymi ruchami listki m³ode smyka³a i nic, zaprawdê nic nie równa³o siê z jej postaw±, tak cudnie nachylon± i tak piêkn± w swej nachylanowo¶ci, ¿e a¿ bolesn± dla oczu Jana. Zerka³ na ni± zza drzewa, kiedy ona nad ro¶linami siê pochyla³a, by wybraæ te w³a¶ciwe, kiedy jej oczy b³±dzi³y to tu to tam, tedy on dr¿a³ na ca³ego, tedy jego cia³o rozpala³o siê do czerwono¶ci. Pot z jego czo³a sp³ywa³ i zdawa³o siê, i¿ to ³zy, lecz ich z pocz±tku nie by³o. Ale i one wnet siê pojawi³y. Trys³y z jego oczu niczym fontanna, niczym letni deszcz, nagle bez zapowiedzi trys³y i ciec po licach poczê³y. Kapa³y, bowiem Melania w zachwycie na przyrod± tak¿e ³zy roniæ poczê³a. Wielkie one by³y jak grochy, a ka¿da ciep³a i s³ona. Sol± jej ¿ycia przesycona, zachwytem nad przyrod± przepe³niona. Nie by³y to ³zy bólu, tego mo¿emy byæ pewni, jeno rado¶ci wynikaj±cej z przyrody kontemplowania. £zy szczê¶cia, tak wielkie tak ogromne, ¿e Jan wynurzaæ siê pocz±³ zza drzewa i szed³ nie spuszczaj±c z niej wzroku, nie zdaj±c sobie sprawy z tego marszu swego. Ku niej pod±¿a³, jak jaki¶ nienasycony zwierz, a miast ¶liny ³zy mu p³ynê³y. Jaka¿ to by³a cudowna scena. Ona w niewiedzy nad przyrod± ³ka³a, a on nad ni± i jej rado¶ci±, i jej wylewno¶ci±, i jej postaw± cudn±, p³aka³. Wszak urodna by³a jak nigdy wcze¶niej. Nigdy oczy Jana nie widzia³y takiego blasku, takiej cudnej pozycji, nigdy, zaprawdê nigdy, jego oczy nie do¶wiadczy³y takiego obrazu...
Wtem huk wielki, jakby armatni. Melania podrywa siê w górê, serce jej pika jak oszala³e. Co siê dzieje, co siê dzieje? - zdaj± siê mówiæ jej gesty, jej oczy, jej postawa ca³a. Z pocz±tku by³a wystraszona, bo nagle jej kontemplacja zosta³a przerwana, lecz chwilê potem jakby ukontentowana. Lecz czym? – sprawa nie do koñca niewiadoma. Bowiem nagle zauwa¿y³a, ¿e przed ni± w postawie nachylonej, ze ³zami w oczach stoi Jan, ten Jan, na którego czasem tak ukradkiem spoziera³a, niby od niechcenia zerka³a raz czy dwa razy (no nie, nie przesadzajmy o dziesi±tkach razy tutaj mowa byæ musi) i w sercu swym potajemnie tysi±ce scenariuszy tka³a odno¶nie jej i Jana. Jakby to by³o gdyby on, ten postawny, wielki, ³adnie zbudowany, ciemnooki, z blizn± na czole, jej siê o¶wiadczy³. Jaka by by³a wówczas ukontentowana, jakby siê jej serce radowa³o, gdyby doñ rzek³: kocham ciê, chcê by¶ moj± by³a a¿ po kres ¶wiata. Có¿ by³o jej teraz pocz±æ, jak zagadn±æ, kiedy usta jego w pozycji rozwartej w zdziwieniu wielkim, a oczy jego wci±¿ od ³ez wilgotne tak na ni± spoziera³y? Jak siê zachowaæ, kiedy on tak przed ni± stoi? Czy powinna odtr±ciæ wszelkie podrywy, wszak znana by³a z odtr±cania? Có¿ pocz±æ? – Serce jej w rozterce wielkiej pika³o jak szalone, a on, Jan, zbli¿y³ siê doñ i klêkn±³ na kolano prawe. Ach, jakie¿ to by³o klêkniêcie! Jaka¿ to by³a cudna postawa! Mog³aby tak patrzyæ nañ i serce swe radowaæ i tym klêkaniem i nim ca³ym, i wyrazem twarzy jego, i przyrod±, i wszystkim tym, co nast±pi³o teraz. Ale przysz³o jej na my¶l, ¿e powinna wszelkie umizgi odtr±ciæ, ¿e powinna pu¶ciæ siê pêdem do domu, biec i biec, i krzyczeæ: nie chcê! Lecz nie potrafi³a. Rzuciwszy siê jemu na szyje ca³owaæ go poczê³a, namiêtnie i d³ugo, d³ugo i tak namiêtnie, ¿e Jan wtem straci³ dech. Cosik dziwnego siê sta³o – pomy¶la³a. Czemu¿ on pad³ na plecy? Czemu¿ mnie nie ca³uje, kiedy ja tak ³apczywie go ob³apia³am i pie¶ciæ poczê³am? By³a tak zdenerwowana, tak poruszona tym wszystkim, tymi wydarzeniami dnia dzisiejszego, ¿e a¿ nie wiedzia³a co robi, po co to robi, ale dobrze siê sta³o, dobrze, ¿e to zrobi³a gdy¿, zebrawszy siê na odwagê, ugodzi³a Jana, wpierw w policzek prawy, potem w lewy, znowu¿ w prawy, a z si³± tak wielk±, ¿e biedak ockn±³ siê i dech z³apa³. Sta³a tedy przed nim wielka, a pier¶ jej w rytmicznym oddechu dygota³a tak, jak i serce jego. On rzek³ zatem:
- Zostañ ty moj±. Niczego nie pragnê jeno ciebie przy mnie, ciebie teraz i na wieki, a¿ po kres ¿ycia mego.
Powiedziawszy to dozna³ jakie¶ ulgi niewspó³miernej i niewa¿ne by³o, co ona odpowie, wa¿ne, ¿e wyrzek³ s³owa swoje i ¿e w koñcu siê odwa¿y³ i ¿e ona tak na niego patrzy³a, ¿e a¿ chcia³oby siê umrzeæ byleby doznaæ jeszcze tego jej patrzenia.
- Zgadzam siê – rzek³a. Zgadza³a siê, a oczy jej b³yszcza³y w rado¶ci wielkiej. W rado¶ci takie¿ samej by³o serce jego.
I ¿yli d³ugo i szczê¶liwie w chatce nieopodal rzeki, gdzie komary k±sa³y ich nagie cia³a nocn± por±, gdzie trawa tak bujnie ros³a i zielsko wszelakie, ¿e nawet jego prace wielkie i sieczenie w pocie czo³a na niewiele siê zda³o. Gdzie mysz pod miot³± siedzia³a i siedzia³a, póki jej ona maselnic± w przyp³ywie z³o¶ci wielkiej nie zabi³a. Gdzie, mówiono: ¿yj± tylko ci, co siê wsi zabitej dechami nie boj±.


Koniec.

źródło:

http://www.portalliteracki.pl

Oceń informacje:

Aktualna ocena::

3

Wyślij odnośnik znajomym::

Tags:

Melania Któ¿ ¶wiata. Gdy¿ Lecz Nietrafiona ¿e ¿e ¶wiata. Ale kocham ¶rodku Melania, Kiedy />Melania W³osy ³any />To Jan, Czai³ Czai³ ¶wiatem, Jan Mo¿na Ale Tak, Jan Bowiem Boga Zatem Jan Ona Zwinnymi ¿e Jana. Zerka³ Pot ³zy, Ale Trys³y Kapa³y, Melania ³zy Wielkie Sol± ¿ycia Nie ³zy £zy ¿e Jan ¶liny ³zy Jaka¿ Ona ³ka³a, Wszak Nigdy Jana />Wtem Melania Lecz Bowiem ¿e ³zami Jan, Jan, (no Jana. Jakby ³adnie Jaka kocham ¶wiata. Có¿ ³ez Jak Czy Có¿ Serce Jan, Ach, Jaka¿ Mog³aby Ale ¿e ¿e nie Lecz Rzuciwszy ¿e Jan Cosik Czemu¿ Czemu¿ ³apczywie By³a ¿e ¿e Jana, ¿e Sta³a />- Zostañ Niczego ¿ycia />Powiedziawszy ¿e ¿e ¿e ¿e />- Zgadzam Zgadza³a />I ¿yli ¿e Gdzie Gdzie, ¿yj± /> /> />Koniec. />

Komentarze::


Dodaj komentarz

Twój podpis:
Twój komentarz
adres WWW:
Aby dodać komentarz należy wypełnić pola komentarz i podpis.
Twój komentarz zostanie wyemitowany po zatwierdzeniu jego treści przez moderatora.


Powiązane wiadomosci