24 godziny temu

- To ja! Hej ty! - zwraca³em siê do tego na górze, ale bezskutecznie. Sta³ na ostatnim szczeblu, balansuj±c nad ziemi± na jednej nodze.
- Mówiê do ciebie! - powtórzy³em g³o¶niej. Wielki majster, wa¿niak „z góry” udawa³, ¿e nie s³yszy. Ca³kowicie poch³ania³a go wymiana spalonych jarzeniówek na nowe.
- Czy rozwi±¿esz moje problemy!? - wrzasn±³em.
Przed tym jak w pi±tek spad³ gêsty deszcz o kolorze atramentu, a tak¿e przed tym, kiedy wjecha³em wind± na dziesi±te piêtro biurowca, dni mija³y bez emocji i majestatycznie, jak bañki mydlane. Pêka³y w zetkniêciu z traw±, kamieniami, brukiem, pryska³y w zderzeniu z owadami i znika³y na zawsze. Nie zap³aka³em po nich ani razu, a ty? Gdzie by³a¶ ty, kiedy le¿a³em bez ruchu wcieraj±c z ca³ej si³y ³zy z powrotem do oczu? Udaj±c ca³y czas, przed sob± i wszystkimi, ¿e by³o ok!
W zimê pada³ ¶nieg, a w lecie ¶wieci³o s³oñce albo la³ deszcz. Z mro¼nego „ok”, wpadanie w ciep³e, a nastêpnie zmokniête „ok”. Nie potrafi³em wydobyæ ze skurczonego wnêtrza nic poza dwoma suchymi literkami, wyra¿aj±cymi jednocze¶nie bolesny sarkazm i g³êboki smutek, przechodz±ce automatycznie w z³o¶æ. Jedynie dentysta, do którego czêsto zagl±da³em wiedzia³ co w trawie piszczy. Jego zdaniem zdradza³ mnie ca³kowity brak woli do jakiejkolwiek wspó³pracy. Biedny cz³owiek w bia³ym kitlu robi³ wszystko, by zachêciæ mnie do otwarcia zaci¶niêtej buzi.
- Mam do czynienia ze szczelnie zamkniêtym naczyniem pod du¿ym ci¶nieniem – mawia³ i odsy³a³ do kolegi psychiatry, wciskaj±c kolorow± wizytówkê.

Natomiast chmury, o dziwo, nie traci³y czasu. Zauwa¿y³em na niebie osobliw± nadaktywno¶æ, której nie rozumia³em. Czy¿by kompensowa³a wszystkie braki, z którymi mia³em
i nie mia³em do czynienia? Nawet zaczyna³o kapaæ z tych chmur, coraz szybciej i gê¶ciej. Musia³em przy¶pieszyæ. Na mój gust winda jecha³a zbyt wolno. Wyskoczy³em na schody i pobieg³em na górê. Czu³em jak rosn± mi skrzyd³a...

Zanim jednak do tego dosz³o wczoraj otrzyma³em od szefa zegarek w uznaniu zas³ug i wieloletniej, niezmordowanej pracy na rzecz rozwoju firmy. Nie znosi³em wszelkich czasomierzy i nagród. Na domiar z³ego stalowa bransoleta unieruchomi³a nadgarstek. Bola³o. Nie mog³em wygi±æ d³oni, nie mog³em podnie¶æ kciuka w górê, ani w dó³. Zatrzymany gdzie¶ w po³owie miêdzy aprobat± i dezaprobat±, zawieszony kurczowo miêdzy niebem a piek³em, wci¶niêty miêdzy tak i nie, nie mia³em tym razem si³ na proste ok. Przeklête wyró¿nienia, prezenty i gad¿ety. Odbiera³y mowê, co ja gadam, rozum! Uniemo¿liwia³y obronê, rozbraja³y, os³abia³y i upupia³y. Kotwice grzêzn±ce w mulistym dnie, ³añcuchy trzymaj±ce zdradziecko za kostki. Po dotarciu do domu z ulg± zdj±³em podarek, chowaj±c go na spód g³êbokiej szuflady.
Wieczorem wyja¶nia³em Monice, ¿e nie wierzê nikomu, i to bez wyj±tków. Równie¿ temu, który wymienia³ przepalone jarzeniówki. A zw³aszcza jemu!
- Ta nagroda to pic, co z tego, ¿e sikor jest srebrny? - powtarza³em do znudzenia ju¿ pi±ty, czy szósty raz. - Bransoleta uciska nadgarstek jak kajdanki – doda³em. T³umaczy³em 19-latce, ¿e dyrekcja nie przepada³a za mn±. - To nie dla mnie ten czasopoch³aniacz, nie chodzi o wyra¿enie szacunku dla mojej pracy, to dla przypomnienia, ¿e jestem ich w³asno¶ci±. ¯e jestem wo³em roboczym na ich zawo³anie! Masz pojêcie, ma³a? Traktuj± ludzi jak jak±¶ w³asno¶æ.
Monika tylko kiwa³a lekko g³ow±, bez przekonania, jakby niedowierza³a moim s³owom.
- Pij± moj± krew, Monika! Rozumiesz mnie, no powiedz co¶ wreszcie?
Musia³a rozumieæ. Przecie¿ kiwa³a potakuj±co g³ow±. Ale, czy rzeczywi¶cie tak by³o?
Mo¿e to by³y tylko z³udzenia ubrane w cienkie szatki ojcowskiej tkliwo¶ci. Monika tak jak pozostali te¿ musia³a byæ ¿±dna jego krwi! M³odziutka wampirzyca obdarzy³a go w koñcu niewinnym u¶miechem.
- Nie wiem tato! Sk±d mam wiedzieæ! Oh! - rzuci³a i wysz³a z kuchni.

„Cz³owieku, trochê wiary w siebie i innych!? Lata pracy na nic, jak to jest mo¿liwe? Powiniene¶ siê bardziej ceniæ. Uwierz w siebie, jeste¶ wart wszystkich nagród!”. I jeszcze raz to samo, s³owo po s³owie. Zdania frunê³y w jego kierunku zza ¶ciany. Spokojny, nienatarczywy g³os Natalii, prosto z grobu. A mo¿e jednak z nieba, bo by³a przecie¿ kobietk± filigranow±, unoszon± wiatrem nad ziemi±, zanim odesz³a. A wyzionê³a ducha na podrzêdnej dziurawej drodze, zmia¿d¿ona skorup± samochodu. Za to dobro w niej zasiane wa¿y³o prawdopodobnie okr±g³± tonê „Kobieta nienasycona”, tak j± nazywa³ w my¶lach. Rozmawia³ z ni± przylegaj±c cia³em do ¶ciany kuchennej, tam gdzie niepodzielnie rz±dzi³a biel, za ostatni± drewnian± szafk±. Przywiera³ ustami do ch³odnego betonu na wysoko¶ci w³asnego ucha. Najpierw szepta³ zapamiêtale, a potem czeka³ cierpliwie na odpowied¼.
- Jest mo¿liwe, tak po prostu! T³umaczê ci kochanie, ¿e to nie chodzi o mnie i moje fatalistyczne usposobienie, czy jakie¶ tam przewra¿liwienie - przemawia³ rozgor±czkowany do ¶ciany.
W odpowiedzi us³ysza³ krótkie zdanie, które nie za³atwia³o sprawy, a raczej odsuwa³o rozwi±zanie na dalszy plan. To co us³ysza³ mia³o go pó¼niej dog³êbnie zaboleæ.
-Biedaku, szalejesz z têsknoty za mn±, tak? Biedaku, szalejesz…? - wraca³o do niego jak echo.

I na dodatek ta dziwna rozmowa w biurze szefa.
- Gdzie pan by³, potrzebowa³em pana rady, sekretarka szuka³a, ale bezowocnie...? - zapyta³ delikatnie.
Nie powiedzia³em mu, choæ bardzo chcia³em, ¿e odwiedzê dach. Przespacerujê siê bez strachu wzd³u¿ krawêdzi blaszanego gzymsu. Chyba dziesiêæ starych piêter nad ziemi±, niewyszczerbionych wojn±.
- Ja te¿ uciekam, podobnie jak pan... - powiedzia³ nagle.
Sta³em nieruchomo, jak s³up.
- Je¶li chce pan odlecieæ st±d, wyhodowaæ czarne skrzyd³a, wie pan o czym mówiê? Je¶li jest tak jak mówiê niech pan kupi obowi±zkowo szeroki p³aszcz z d³ugimi po³ami.
Sta³em wci±¿, nie kiwn±wszy palcem, zafascynowany tym co mówi³.
- Zrobi³em tak, kiedy¶, dawno temu, bo my¶la³em wtedy, ¿e urosn± mi takie skrzyd³a. Pod czarn± tkanin± by³yby niewidoczne, tak s±dzi³em. Mrzonki. Nic tylko z³udzenia.
- Co by³o potem? - zapyta³em niecierpliwie.
- Nic. Pot³uk³em siê, dotkliwie - odpowiedzia³.
- Skaka³ pan? Próbowa³ lataæ?
- Sk±d¿e - wymamrota³. - Tchórz mia³by lataæ?

Nie przekona³ mnie w ogóle. Czego chcia³? Zyskaæ na czasie? Zatrzymaæ los, który bieg³ ku samospe³nieniu. Wiêc pobieg³em, na sam szczyt. Wspinaczka na sklepienie ¶wiata, by zobaczyæ jego - faceta, który trzyma³ w dr¿±cych, bezsilnych d³oniach nowiutkie, mlecznobia³e jarzeniówki… Ekwilibrysta-akrobatyk.
Stan±³em na chybotliwych nogach. Srebrny zegarek uwiera³ w nadgarstek, a przecie¿ pamiêta³em, ¿e go zdj±³em i schowa³em do szuflady. Zmaterializowany brak wiary w ludzi zaciska³ siê wokó³ d³oni jeszcze bardziej. Wyci±gn±³em rêce przed siebie, gotowy na pog³askanie chmur, st³oczonych jak niewinne baranki.
- Biedne stworzenia - mrucza³em.

Wystarczy³ jeden wystudiowany krok. Liczy³em, kiedy bêdzie ju¿ po wszystkim na zbiorowy barani p³acz, niepohamowany i ¿ywio³owy. I wtedy wpad³em na pomys³ skropienia chmur atramentem
z wiecznego pióra. Po chwili zaczê³o rzêsi¶cie padaæ. Wielkie szczere krople, jakby wylane z ka³amarza plami³y moj± koszulê, krawat.
„A niech tam!” - pomy¶la³em. By³em pewny, ¿e nie oddam ich do pralni.

Lec±c na spotkanie przeznaczenia, w tym konkretnym przypadku twardego bruku, my¶la³em o tym, jak bardzo by³em samotny. Mimo blisko¶ci koñca nie doznawa³em ukojenia. Wprost przeciwnie – jeszcze silniej zatêskni³em za dobrymi, bezinteresownymi lud¼mi. I nie opuszcza³o mnie uczucie pozostawania w zawieszeniu, gdzie¶ po¶rodku: miêdzy spe³nieniem a niespe³nieniem, wiar± a niewiar±, ¿yciem a niebytem, ¶mierci±?

Nie spodziewa³em siê nikogo tam na dole. Jedynie puste ulice mokre od atramentowego deszczu. A jednak w oddali majaczy³y figurki ludzkie, wci¶niête w wolne przestrzenie utworzone przez wozy stra¿ackie, ambulanse i radiowozy.
Rozpozna³em bia³± p³achtê rozpostart± dla mnie, trzyman± przez wiele r±k, których o to nie podejrzewa³em. By³em ju¿ blisko, tu¿, tu¿.
Ujrza³em szare oczy i sprasowane walcem cienkie w³osy head of unit, która najwidoczniej przysz³a tu dla mnie. Dostrzeg³em pe³ne usta i pociêt± zmarszczkami twarz szefa. Wy³owi³em oczami Monikê, u¶miechniêt± nie¶mia³o, a¿ zatrzyma³em wzrok na znajomych, mrugaj±cych z przejêcia, zielonych ¼renicach. Twoje usta szepta³y co¶ niedos³yszalnie, ale odgad³em ¿e prosi³a¶ mnie o to, ¿ebym ju¿ nie wariowa³ i dokoñczy³ lot ca³y i zdrowy. Chyba zago¶ci³ u¶miech na wszystkich ustach, nawet i moich.
A majster „na górze” te¿ dopi±³ swego, bo zaja¶nia³o s³oñce i silne ¶wiat³o z nowych jarzeniówek wypêdzi³o chmury i deszcz. Ostatnie „ok” zabrzmia³o jak serdeczne powitanie i rado¶æ z powodu niespodziewanej zmiany pogody. „A wiêc tu by³a¶, tu na mnie czeka³a¶?” - wyszepta³em do ¶ciany i dotkn±³em elastycznego brezentu pod sob±, ¿eby sprawdziæ, czy nie ¶ni³em.






źródło:

http://www.portalliteracki.pl

Oceń informacje:

Aktualna ocena::

3

Wyślij odnośnik znajomym::

Tags:

Hej Sta³ />- Mówiê Wielki „z ¿e Ca³kowicie />- Czy />Przed Pêka³y Nie Gdzie ³zy Udaj±c ¿e />W ¶nieg, ¶wieci³o „ok”, „ok”. Nie Jedynie Jego Biedny />- Mam /> />Natomiast Zauwa¿y³em Czy¿by />i Nawet Musia³em Wyskoczy³em Czu³em /> />Zanim Nie Bola³o. Nie Zatrzymany Przeklête Odbiera³y Uniemo¿liwia³y Kotwice ³añcuchy />Wieczorem Monice, ¿e Równie¿ />- ¿e Bransoleta T³umaczy³em 19-latce, ¿e ¿e ¯e Masz Traktuj± />Monika />- Pij± Monika! Rozumiesz />Musia³a Przecie¿ Ale, />Mo¿e Monika ¿±dna M³odziutka />- Nie Sk±d Oh! /> />„Cz³owieku, Lata Powiniene¶ Uwierz Zdania ¶ciany. Spokojny, Natalii, „Kobieta Rozmawia³ ¶ciany Przywiera³ Najpierw />- Jest T³umaczê ¿e ¶ciany. />W />-Biedaku, Biedaku, /> />I />- Gdzie />Nie ¿e Przespacerujê Chyba />- />Sta³em />- Je¶li Je¶li />Sta³em />- Zrobi³em ¿e Pod Mrzonki. Nic />- />- Nic. Pot³uk³em />- Skaka³ Próbowa³ />- Sk±d¿e Tchórz /> />Nie Czego Zyskaæ Zatrzymaæ Wiêc Wspinaczka ¶wiata, Ekwilibrysta-akrobatyk. />Stan±³em Srebrny ¿e Zmaterializowany Wyci±gn±³em />- Biedne /> />Wystarczy³ Liczy³em, ¿ywio³owy. />z Wielkie />„A By³em ¿e /> />Lec±c Mimo Wprost ¿yciem ¶mierci±? /> />Nie Jedynie />Rozpozna³em By³em />Ujrza³em Dostrzeg³em Wy³owi³em Monikê, ¼renicach. Twoje ¿e ¿ebym Chyba />A „na ¶wiat³o Ostatnie „ok” „A ¶ciany ¿eby ¶ni³em. /> /> /> /> />

Komentarze::


Dodaj komentarz

Twój podpis:
Twój komentarz
adres WWW:
Aby dodać komentarz należy wypełnić pola komentarz i podpis.
Twój komentarz zostanie wyemitowany po zatwierdzeniu jego treści przez moderatora.


Powiązane wiadomosci