24 godziny temu
- Powiedz im, ¿e znasz angielski. I podstawy rosyjskiego, mia³e¶ w szkole. Do tego jeste¶ zorganizowany i kontaktowy. Mów te¿, ¿e mo¿esz mieæ elastyczne godziny pracy, nie zapomnij o kursie operatora. Aha, i komputer…
- Co komputer?
- Biegle obs³ugujesz.
- E tam, zorientuj± siê.
- Musisz dostaæ tê pracê! Spójrz na mnie i na dziecko. Za co mamy ¿yæ? Walcz o robotê, chwal siê. Ten jeden raz, musisz to zrobiæ.
Mê¿czyzna, zwany przez wszystkich w okolicy Milcz±cym, patrzy³ na dwumiesiêczne dziecko ¶pi±ce w ko³ysce, unikaj±c zapalczywego wyrazu twarzy swojej ¿ony. Doda³a na koniec:
- Nie ma dla nas przysz³o¶ci, je¶li nie dostaniesz tej pracy. Teraz ju¿ id¼, nie zapomnij zaproszenia.
Milcz±cy spojrza³ jeszcze na pisemne zaproszenie do rozmowy o pracê. Dosta³ je w poprzednim dniu i stanowi³o odpowied¼ na jego podanie.
Wszystko zaczê³o siê od og³oszenia w mie¶cie:
„Du¿a amerykañska firma szuka pracowników, miejsce pracy: Klewki”.
Do tego podano adres ze skrzynk± pocztow± w Warszawie, na który nale¿a³o wysy³aæ podania.
W okolicach miasteczka nie by³o rodziny, z której kto¶ nie wys³a³ zg³oszenia, mimo, ¿e do Klewek blisko sto kilometrów drogi. Na temat samej pracy i pracodawcy niewiele ludzie wiedzieli.
Milcz±cego na zab³oconej drodze min±³ dwunastoletni syn s±siada:
- W mie¶cie Amerykanów widzieli. Helikopterami przylecieli!
Milcz±cy nie odpowiedzia³. Nie lubi³ gadaæ.
*
Przed opuszczonym biurowcem w mie¶cie, miejscem spotkania, pozna³ jeszcze trzech czekaj±cych.
Jednym z nich by³ pan Feliks, dawny nauczyciel, bezrobotny dziesiêæ lat. Pozostali to dawni pracownicy PGRów – Zenek Chara¶niak z tikami twarzy i wiod±cy prym w rozmowie Basza, wytatuowany zakapior. Jako jedyny ubrany by³ z wielk± nonszalancj±, w dziurawe adidasy, d¿insy i wyblak³y podkoszulek. Inni za³o¿yli spodnie w kant, koszulê, a pan Feliks nawet marynarkê.
- Mo¿e nas wszystkich przyjm± – rzek³ z nadziej± pan Feliks.
Po pó³ godzinie pod zamkniêty biurowiec podjecha³a furgonetka.
- Proszê wej¶æ do ¶rodka. Pracodawca wymaga pe³nej poufno¶ci- rzek³ spokojnie kierowca furgonetki.
W ¶rodku furgonetki by³o ciemno, a wnêtrze od kierowcy odgrodzono dykt±. Nie wiedzieli gdzie jad±.
*
Podró¿ trwa³a zaledwie pó³ godziny. Czwórka kandydatów zosta³a zaproszona do do¶æ ciasnego pomieszczenia w kolejnym opuszczonym biurowcu.
W pokoju znajdowa³ siê stó³ i siedem krzese³. Na ¶cianie wisia³ zegar. Na stole le¿a³y cztery pude³ka po butach.
Mê¿czy¼ni usiedli jak im polecono. Po chwili wszed³ elegancki pan oko³o piêædziesiêciu lat, który przedstawi³ siê jako mecenas Walkiewicz. Zaj±³ miejsce naprzeciw kandydatów.
- Kilka s³ów wyja¶nienia. Firma, która mo¿e was zatrudniæ to potê¿na amerykañska korporacja. Projekt jest do¶æ tajny, dlatego niektóre procedury mog± wydaæ siê wam dziwne. Musimy jednak wiedzieæ, ¿e bêdziecie odpowiednimi kandydatami, którzy nie uchybi± ¿adnej klauzuli poufno¶ci.
-No jasne – cmokn±³ Basza z uznaniem.
- Zostali¶cie starannie wyselekcjonowani, st±d mamy dla was kilka propozycji. Przede wszystkim dla waszej czwórki s± cztery stanowiska na umowê o pracê jako stra¿ników w zak³adzie firmy. Stawka wynosi cztery z³ote za godzinê.
Panowie zadr¿eli.
Cztery z³ote za godzinê! Dniówka trzydzie¶ci dwa z³ote! Umowa o pracê! Milcz±cy rozmarzy³ siê, ¿ona bêdzie dumna.
Tymczasem mecenas kontynuowa³:
- To pierwsza propozycja – spojrza³ na zegarek. – Dochodzi dziesi±ta, macie czas do godziny trzynastej, ¿eby siê zastanowiæ. Mo¿ecie te¿ staraæ siê o lepiej p³atn± posadê.
- W³a¶ciwie, ja bym chcia³, no… Tym stra¿nikiem – rzek³ wierc±c siê na krze¶le Zenek Chara¶niak.
Milcz±cy by³ ciekawy innych posad, nie ¶mia³ jednak zapytaæ. Wyrêczy³ go Basza.
- A pozosta³e?
Mecenas u¶miechn±³ siê tajemniczo:
- Musicie posiadaæ pe³n± wiedzê odno¶nie mo¿liwo¶ci jakie wam dajemy. Jak wiêc wspomnia³em, je¿eli do trzynastej tu zostaniecie, piszemy od razu umowê o pracê z wami jako stra¿nikami. Je¶li kto¶ z was zrezygnuje i opu¶ci pokój, z dowolnego powodu, to pozosta³a trójka dostanie pracê nadzorcy stra¿ników z pensj± piêæ piêædziesi±t za godzinê. Je¶li wrócê o trzynastej i bêdzie was tylko dwójka, to ta dwójka zostanie kierownikami dzia³u nadzoru z pensj± dziesiêæ z³otych za godzinê plus premia. I na koniec, ten za¶ kto zostanie jako jedyny, zostanie zastêpc± dyrektora w powa¿nym amerykañskim zak³adzie. O pensji takiej osoby nie mogê mówiæ przy wszystkich, ale zarêczam, ¿e warto by³oby rano wstawaæ z ³ó¿ka.
Basza zmarszczy³ brwi:
- Przecie¿ nikt z nas nie wyjdzie przed trzynast± z pokoju, wiêc po co to gadanie?
- Tak. Z du¿ym prawdopodobieñstwem mo¿na przyj±æ, i¿ je¿eli jeste¶cie zdeterminowani, by zdobyæ pracê w naszym zak³adzie, nie opu¶cicie dobrowolnie pokoju. Mo¿ecie jednak wobec pozosta³ych konkurentów do lepszego stanowiska u¿ywaæ wszelkich argumentów powoduj±cych, ¿e konkurent opu¶ci pokój.
Mê¿czy¼ni patrzyli na mecenasa, jakby nie dochodzi³o do nich, co powiedzia³. Dopiero po chwili pan Feliks zapyta³:
- Czyli je¿eli chcemy lepsze stanowisko, to musimy przekonaæ jeden drugiego, ¿eby wyszed³? Za przeproszeniem, ale w±tpiê, czy kto¶ da siê przekonaæ.
Mecenas westchn±³ jakby zniechêcony:
- Przekonaæ, nie przekonaæ. Mo¿ecie u¿ywaæ pró¶b, gró¼b, si³y, albo nic nie robiæ. Mo¿ecie te¿ zmówiæ siê w trzech i wyrzuciæ czwartego za drzwi. Macie na to czas do trzynastej. Teraz spójrzcie, mamy tu cztery pude³ka. Dla ka¿dego z was po jednym, wybierzcie sobie. W ka¿dym pude³ku jest po jednym amerykañskim rewolwerze. W trzech rewolwerach jest po jednej kulce, a w jednym nie ma wcale naboi.
Pan Feliks znów nie rozumia³.
- To jaki¶ test psychologiczny? Te naboje s± oczywi¶cie ¶lepe.
- Oczywi¶cie- nie. To prawdziwe naboje. Nie traæmy ju¿ czasu. Reprezentujê powa¿n± amerykañsk± instytucjê, która za przyzwoleniem w³adz polskich bêdzie realizowaæ w okolicy tajny projekt. Musimy mieæ pewno¶æ co do ludzi, których zatrudnimy.
- To mamy siê powystrzelaæ?- zdziwi³ siê Basza.
- Nie, sk±d¿e. Nic nie musicie. Wybór nale¿y do was. Ja przyjdê tu o trzynastej.
Mê¿czy¼ni milczeli i patrzyli na siebie. Feliks rzek³:
- Oferta stra¿nika jest interesuj±ca, ale to, co pan doda³ potem obra¿a mnie – wsta³. – Nie s±dzi pan chyba, ¿e zaczniemy do siebie strzelaæ dla paru z³otych.
- Nie wiem. Mnie to nie interesuje. Je¶li pan ju¿ teraz opu¶ci pokój, pana koledzy bêd± mieæ pewno¶æ, ¿e dostan± przynajmniej pracê nadzorców stra¿ników z pensj± piêæ piêædziesi±t z³otych za godzinê.
Pozosta³a trójka kandydatów z nadziej± wpatrywa³a siê w Feliksa, ale ten chrz±kn±³ i usiad³.
- Nie s±dzê, ¿e to co pan mówi jest prawd±.
- Byæ mo¿e nie jest – mecenas parskn±³ nieprzyjemnie. – Uwaga, dodatkowo oprócz rewolwerów, w pude³kach znajdziecie wskazówkê, dotycz±c± tego kto mo¿e mieæ lub nie mieæ kuli w rewolwerze. Róbcie co chcecie z t± wskazówk±. Widzimy siê o trzynastej. Drzwi zostawiam otwarte. Kto opu¶ci pomieszczenie przed trzynast±, odpada z kwalifikacji. To samo dotyczy tego kto … – u¶miechn±³ siê mecenas i zerkn±³ znacz±co na pude³ka.
*
- To jakie¶ dziwne – rzek³ Chara¶niak poci±gaj±c nosem. Od czasu do czasu usta marszczy³y mu siê w nerwowym tiku. – Ale posada stra¿nika ca³kiem do rzeczy.
Panowie rozsiedli siê na krzes³ach i skupili przy ¶cianie, jakby najdalej od sto³u.
- Cztery z³ote! – krzykn±³ nagle pan Feliks. – Od dziesiêciu lat nie mia³em roboty. Taka okazja. I to ciep³a posadka… Co taki stra¿nik? Worków nie nosi, ³opat± nie macha. Stra¿nik to prawie jak nauczyciel na zastêpstwie.
Basza u¶miechn±³ siê:
- Cz³owiek odbije siê od dna. I na wódkê bêdzie, i panienkê – mrugn±³ okiem na Chara¶niaka, a ten chrz±kn±³ weso³o.
-Nie wydawa³o wam siê, ¿e ten zak³ad o którym mówi³ mecenas, to zak³ad karny? – Zamy¶li³ siê pan Feliks. – Stra¿nicy, nadzorcy stra¿ników. Ciut niebezpiecznie.
- E tam, nawet je¶li… Ja swoje odsiedzia³em i znam te klimaty. Jak ty jeste¶ dobry dla wiê¼nia, to ¿aden ci krzywdy nie zrobi– wycedzi³ Basza.
- No, ale chyba skoro jeste¶ karany, to nie mo¿esz byæ stra¿nikiem- zastanowi³ siê g³o¶no pan Feliks.
- Skoro mnie zaprosili, to chyba jednak mogê – odpar³ lekko poirytowany Basza.
Zawis³a cisza, któr± przerwa³ rozmarzony g³os Chara¶niaka.
- Trzydzie¶ci dwa z³ote dziennie, z nadgodzinami osiemset w miesi±cu. W dwa miesi±ce porz±dn± emzetkê sobie kupiê i strój. Ostatni motor rozbi³em po pijaku, psia krew. A mo¿e ¶cigacza? Osiemset w miesi±c, w pó³ roku… Hm, na ¿ycie te¿ muszê odk³adaæ. D³ugo.
- Chyba, ¿eby¶ zarabia³ piêæ piêædziesi±t… - wyparowa³ bezmy¶lnie pan Feliks, po czym wszyscy zamarli w bezruchu.
*
Basza zakoñczy³ dowcip i parskn±³ ¶miechem. Rozejrza³ siê po towarzyszach, ale tylko Zenek za¶mia³ siê g³o¶no. Pan Feliks lekko rozszerzy³ usta w u¶miechu:
- Zna³em tego kawa³a.
Basza natychmiast spochmurnia³. Znów zrobi³o siê cicho. Jakby przypadkiem zawiesili oczy na pude³kach le¿±cych na stole.
- O co chodzi³o z tym strzelaniem? –zapyta³ Chara¶niak.
- To jaka¶ próba – rzek³ pan Feliks. – Mog± nas obserwowaæ.
Rozejrzeli siê dyskretnie.
- Mo¿e chocia¿ sprawd¼my te pude³ka, bo wkurz± siê, ¿e olali¶my ten ich test i robota przejdzie bokiem – zaproponowa³ Basza, co uznano za s³uszn± propozycjê.
Tak jak powiedzia³ mecenas Walkiewicz, w ka¿dym pude³ku by³ rewolwer oraz zgiêta kartka. Kandydaci wyjêli rewolwery.
- Sprawd¼ bêben, dobry sprzêt – wskaza³ Basza.
- Sam sprawd¼. Przecie¿ w jednym nie ma kuli. Nie bêdê siê ujawnia³, jakby co – odpar³ pan Feliks.
- Jakby co? Wierzysz, ¿e mówi³ prawdê? A nawet je¶li, to co? Umiesz strzelaæ?
Basza zamacha³ broni± pod nosem pana Feliksa.
- Ró¿ne wypadki chodz± po ludziach. Mo¿e omy³kowo nabili prawdziwy nabój. Nie machaj mi tu.
- Patrzcie, ka¿dy rewolwer – zauwa¿y³ Chara¶niak - ma naklejony kolorowy pasek.
- Mój bia³y – rzek³ Basza i popatrzy³ w rêce Milcz±cemu: - A twój? Ty nic nie mówisz. Jaki¶ taki milczek jeste¶.
Milcz±cy u¶miechn±³ siê nie¶mia³o:
- Taki jestem. Nawet na mnie mówi±, Milcz±cy. Nie lubiê gadaæ. A pasek mam niebieski.
- Milcz±cy, he… - za¶mia³ siê Basza, a zaraz za nim Chara¶niak. Basza zerkn±³ na karteczkê w pude³ku, któr± rozwin±³ i przeczyta³ dyskretnie.
Spojrzeli po sobie i przytulili swoje wskazówki do piersi, by nikt nie zobaczy³. Przejrzeli jeszcze raz rewolwery.
Milcz±cy g³o¶no prze³kn±³ ¶linê.
*
Godziny wlok³y siê niemrawo. W pomieszczeniu zrobi³o siê gor±co i duszno. Pot przylepia³ koszule do cia³.
Basza nagle nachyli³ siê nad sto³em i szepn±³:
- A mo¿e bêdziemy bardziej cwani?
- Co masz na my¶li? – zdziwi³ siê pan Feliks.
- Je¶li zostanie nas trzech, to ³±cznie ta trójka dostanie szesna¶cie piêædziesi±t. Czterech ³±cznie zarobi szesna¶cie. Dwóch ³±cznie dwadzie¶cia plus premia. Rozumiecie?
- Tak – Pan Feliks stara³ siê ukryæ podniecenie. – Niech dwóch wyjdzie dobrowolnie. Dwóch, co dostanie pracê, podzieli siê wyp³at±. Wychodzi piêæ z³otych na g³owê i premia do podzia³u.
- To mo¿e od razu trzech wyjdzie…
- Dwóch. Nikt z nas nie bêdzie wicedyrektorem. A jak ju¿ bêdzie, to po miesi±cu go wypieprz±. Nie nadajemy siê. Ale ju¿ na to stanowisko za dychê…
Basza pokiwa³ g³ow± i spojrza³ na pana Feliksa:
- No, tylko kto wyjdzie?
- Wyj¶æ jest lepiej. Forsa za nic! A¿ zazdroszczê ci Zenek…
Chara¶niak oburzy³ siê:
- Dlaczego ja? Ja wolê popracowaæ.
- A wytrzymasz osiem godzin w robocie – pow±tpiewa³ pan Feliks.- Amerykanie kontroluj±, nie mo¿na wódy piæ.
- Od trzech miesiêcy nie pije. Zmieni³em siê. Chcê pracowaæ.
- Bêdziesz mieæ forsê, to lepiej. Co nie, Milczek?
- Jak ju¿ to Milcz±cy. Tak na mnie mówi±.
- Dobra, dobra – Basza stan±³ piersi± obok jego twarzy. – To chyba lepiej nie pracowaæ i dostawaæ pieni±dze, co?
Milcz±cy zaj±kn±³ siê tylko i opu¶ci³ wzrok. Zenek zareagowa³ za obu:
- Nie b±d¼cie takie m±drale. Podzielicie siê z nami zarobion± wyp³at±? Mo¿e i chla³em, ale trochê rozumu mi zosta³o. Nie wierzê wam. Niech lepiej wyjdzie ten, kto nie ma kuli w rewolwerze. Ja mam! - Otworzy³ kaburê rewolweru z której wyskoczy³a kula, po czym z rado¶ci± schowa³ j± z powrotem. - Ja siê was nie bojê. Jakby co, to pieprznê w którego¶ z was. Staæ mnie – u¶miechn±³ siê jeszcze raz i pogrozi³ broni± w kierunku Baszy.
-Uwa¿aj, bo sobie krzywdê zrobisz – powiedzia³ surowo Basza, zaciskaj±c d³oñ na swoim rewolwerze. – Ale tu masz racjê. Niech ten kto nie ma kuli - wyjdzie. Obiecujê, ¿e podzielimy siê pieniêdzmi. No co, wychodzisz panie Felku? – Pan Feliks rozszerzy³ oczy – Tak, ty. Przecie¿ to ty jeste¶ nieuzbrojony. Tak± dosta³em wskazówkê.
- Por±ba³o ciê? Chcesz mnie przerobiæ. Poka¿ tê wskazówkê.
-O, masz – skierowa³ w niego pistolet. – Wyjd¼ st±d, zanim ci j± poka¿e z bli¿szej odleg³o¶ci.
Pan Feliks nerwowo namierzy³ go w rewan¿u:
- Je¶li rzeczywi¶cie masz tam napisane, ¿e nie mam kuli, to znaczy, ¿e wszystko jest nieprawd±. Ja mam wskazówkê, która siê z tym wyklucza.
Milcz±cy nie¶mia³o zagadn±³:
- Co wy? Czemu trzymacie te pistolety w taki sposób, jak by¶cie chcieli ich u¿yæ?
Basza i pan Feliks z wahaniem opu¶cili broñ, po czym Basza zamy¶li³ siê:
- A mo¿e to prawda. Kiedy¶ by³em, to znaczy kolega mi mówi³, ¿e to rodzaj wtajemniczenia. W gangu musieli kogo¶ zabiæ, ¿eby szef móg³ im zaufaæ. Rozumiecie, mia³ na nich haka. Mo¿e tu te¿ tak jest. Amerykany robi± tajny projekt, musz± mieæ zaufanych ludzi.
- To nie zmienia faktu, ¿e nie musimy siê straszyæ broni±. Nawet jak kule s± nieprawdziwe – oceni³ spokojnie pan Feliks.
Basza przytakn±³ g³ow±:
- Nie wariujmy dla paru z³otych.
Zenek u¶miechn±³ siê:
- Jak patrzy³em na was to my¶la³em, ¿e faktycznie siê powystrzelacie.
Nawet Milcz±cy weso³o siê w³±czy³:
- Ta. I to tu¿ przed trzynast±. Patrzcie, zosta³o ju¿ tylko piêtna¶cie minut.
Roze¶miali siê wszyscy.
Wówczas Basza zerkn±³ na Milcz±cego i rzek³ sucho:
- No Milczek, twoja ostatnia szansa. Nie chcia³e¶ wyj¶æ, gdy mog³e¶ mieæ pieni±dze za nic, wyjd¼ teraz po dobroci, a nic ci siê nie stanie.
Milcz±cy zaczerwieni³ siê.
- Dlaczego?
- Nie mogê ciê d³u¿ej broniæ. Ty nie masz kuli. Masz rewolwer z niebieskim paskiem. Patrz na moj± wskazówkê.
Basza okaza³ kartkê, któr± znalaz³ w swoim pude³ku z rewolwerem „Rewolwer niebieski nie ma kuli”.
Pan Feliks a¿ podskoczy³ na krze¶le:
- Ja te¿ mam tak± wskazówkê – i okaza³ swoj± kartkê.
Basza zdziwi³ siê i wyrwa³ kartkê ze wskazówk± Zenka Chara¶niaka, w chwili gdy ten j± jeszcze raz przegl±da³. Doczytali wspólnie „Rewolwer niebieski nie ma kuli”.
Milcz±cy zgniót³ swoj± wskazówkê w d³oni i rzuci³ rewolwer do k±ta.
- Nie widzicie co siê dzieje? To wszystko jaka¶ dziwna gra. Kto¶ nas w wa³a robi!
- Co ty taki wygadany nagle? – parskn±³ Basza.
- I powietrze zabierasz - obruszy³ siê tak¿e Zenek.- Wychod¼ st±d i daj ludziom zarobiæ.
- Nie wyjdê. Muszê mieæ t± pracê – wyszepta³ Milcz±cy patrz±c w dó³.
- Zrozum. Zwyk³y pech, nie masz kuli. To chyba normalne, ¿e powiniene¶ teraz wyj¶æ – ³agodnie podpowiedzia³ pan Feliks.
- Mam ¿onê, dziecko. Nie mamy za co ¿yæ – wyj±ka³ Milcz±cy.
Basza uderzy³ piê¶ci± w stó³:
- Co nas to obchodzi. Ka¿dy z nas ma ciê¿ko. My¶lisz, ¿e z tak± kartotek± jak moja ³atwo dostaæ robotê. My¶lisz, ¿e takiego pijaka gdzie¶ indziej przyjm±, albo nauczyciela przed emerytur± – wskaza³ na Zenka i pana Feliksa. – Powtarzam, wyjd¼ st±d, pókim dobry!
- Nie wyjdê.
- Panowie z³apcie go za rêce, ja wezmê za nogi –zaproponowa³ Basza.
Milcz±cy, zanim siê obejrza³, zosta³ pochwycony. Napastnicy mieli jednak t± trudno¶æ, ¿e Milcz±cy by³ do¶æ silny i rzuca³ siê, a ponadto korzystali tylko z jednej rêki, gdy¿ w drugiej trzymali broñ.
- Od³ó¿cie te spluwy- zdenerwowa³ siê Basza. – Nie utrzymamy go jedn± rêk±.
- Ta, gdzie mam od³o¿yæ? Mo¿e tobie dam na przechowanie? – Drwi³ pan Feliks.- Niedoczekanie.
Mocowali siê piêæ minut. Milcz±cy oberwa³ kilka ciosów od Zenka, a sam ugryz³ w d³oñ pana Feliksa i wyszarpa³ siê. Stan±³ w k±cie gotowy do dalszej walki.
- Stójcie. To nic nie da. Nie wypchniemy go –oceni³ Basza.
- To co robimy? – zapyta³ pan Feliks.
- Musimy go os³abiæ. Strzeliæ w niego.
- Dobry pomys³. Strzelaj.
Basza pukn±³ rewolwerem w czo³o:
- Frajerem nie jestem. Ja strzelê mu w nogê, a ty mi w g³owê. Potem go wypchniecie, a mnie ju¿ nawet nie bêdziecie musieli. Strzelamy albo wszyscy, albo nikt.
- Jak mamy to zrobiæ?
- Jednocze¶nie. To chyba proste, co nie? Ja strzelê w jedn± nogê, ty w drug±, a Zenek w rêkê.
- I tak nie dam siê wyrzuciæ – rzek³ zaciêty Milcz±cy, licz±c, ¿e wybije im jak±kolwiek strzelaninê z g³owy. –Zawiadomiê policjê! Choæby nie wiem jak to tajny projekt, znajd± was.
- Co ty Basza na to? – zapyta³ pan Feliks jak ostatniego ratunku, spogl±daj±c na zegar na ¶cianie. – Zosta³y trzy minuty.
Basza poduma³ chwilê:
- Nie pozostawiasz nam wyboru… No, postrzelajmy, panowie! Trzy kule w ³eb.
Wycelowa³ pierwszy, a zaraz za nim Zenek. Pan Feliks wzdrygn±³ siê:
- Co wy? To zabójstwo. Co z policj±?
- Amerykanie bêd± nas chroniæ. Inaczej byliby oskar¿eni o pod¿eganie, byliby wspó³winni. Strzelasz z nami!
- A jak nie?
- To ciê zabijê sukinsynu. Uduszê go³ymi rêkami albo zabiorê rewolwer. Tak czy tak, wykorzystamy kulê, która siê tam znajduje.
Na t± gro¼bê pan Feliks dr¿±c± d³oni± wymierzy³ broñ w g³owê Milcz±cego, który sta³ oparty o ¶cianê.
- Musisz odbezpieczyæ, grubasie- pouczy³ Basza pana Feliksa.
Basza wzi±³ jeszcze za ramiê Milcz±cego i posadzi³ na krze¶le. Milcz±cy, z którego sp³ywa³ pot i ³zy da³ siê ³atwo teraz poprowadziæ. Basza krzykn±³ mu po raz ostatni:
- Minuta! Mo¿esz jeszcze wyj¶æ. Trupa nie przyjm± do roboty.
- Nie… Nie odejdê!
- Jak chcesz. Panowie, jak bêdzie piêtna¶cie sekund przed dwunast±.
Okr±¿yli Milcz±cego i z przystawion± do jego g³owy broni± wpatrywali siê w sekundnik zegara. Trzydzie¶ci. Milcz±cy duka³.
- Nie strzelajcie. Dla nas wszystkich starczy.
Dwadzie¶cia.
Pot zalewa³ oczy Zenkowi.
- „A jakby dziesiêæ z³otych za godzinê?” – pomy¶la³ i zerkn±³ k±tem oka na pana Feliksa. Zdziwi³ siê jeszcze, ¿e rewolwer pana Feliksa by³ wymierzony jakby w bok.
Piêtna¶cie.
Kto¶ z zewnêtrz móg³by przysi±¶æ, ¿e s³ysza³ jeden g³o¶ny strza³. W rzeczywisto¶ci pad³y trzy, niemal jednocze¶nie.
*
Milcz±cy obudzi³ siê. Czu³ wilgoæ na nogach. Pomy¶la³, ¿e to krew. Spojrza³ na spodnie i mokr± plamê w okolicach uda. To tylko mocz. Bywa i tak.
Trzy trupy le¿a³y natomiast obok Milcz±cego.
- To¶cie siê zgrali! Dru¿yna, nie ma co. Gady – Milcz±cy splun±³ na ziemiê. - Ale to oznacza, zaraz… To ja! Ja sam zosta³em. Która godzina?
Sprawdzi³ na zegarze ¶ciennym, ju¿ piêtnasta.
Mo¿na wyj¶æ, upomnieæ siê o pracê. I¶æ na wicedyrektora!
- Panie mecenasie! – Milcz±cy wrzasn±³ i wybieg³ z pokoju. Wszêdzie pusto. Wszystkie drzwi pozamykane. Cicho. Nagle us³ysza³ kroki dobiegaj±ce z klatki schodowej:– Panie Mecenasie! To ja! Ja wygra³em. Sam jestem.
Na korytarz wesz³a trójka policjantów.
- Staæ!
Milcz±cy podniós³ rêce:
- To nie ja.
Policjanci spokojnie podeszli:
- Co nie pan? Kim pan jest?
- Ja tu o pracê, o proszê… - wyduka³ i pokaza³ zaproszenie wyjête z kieszeni.
- Klewki… -najni¿szy policjant, chyba dowodz±cy akcj± podrapa³ siê po g³owie po przeczytaniu zaproszenia:- Ale tu teren prywatny. W³a¶ciciel siê skar¿y³, ¿e kto¶ obcy chodzi po pomieszczeniach. Podobno jakie¶ helikoptery by³y, ale ju¿ odlecia³y.
Milcz±cy z dum± og³osi³:
- Pewnie, ¿e helikoptery. To amerykañska firma! A ja wygra³em. Czterech nas by³o.
- Czterech? A gdzie reszta?
- O tu. W tym pokoju.
Policjanci spojrzeli po sobie. Ich wzrok zatrzyma³ siê nagle na mokrych spodniach Milcz±cego.
- Sprawdzimy.
Dwójka wesz³a spokojnie do pokoju, zostawiaj±c kolegê z Milcz±cym na korytarzu.
- O jasna cholera! – Dobieg³ krzyk z pokoju. - Marek! Trzy trupy le¿±!
Policjanci wybiegli i rzucili Milcz±cego na ziemiê, od razu skuwaj±c mu rêce za plecami.
- O matko, to prawda. Same trupy! – Wrzeszcza³ po chwili trzeci.
- Ale to nie ja! Oni nawzajem…
- W co¶cie siê bawili? W western? – Zapyta³ rezolutnie policjant, gdy ju¿ wyprowadza³ Milcz±cego z budynku.
- W nic. Rozmowa o pracê by³a… Mam zaproszenie – duka³ niezrozumiale Milcz±cy. – Czy znacie mecenasa Walkiewicza?
W radiowozie przykuli Milcz±cego drugimi kajdankami do krat. Zosta³ z nim tylko jeden policjant, najwy¿szy.
Milcz±cy p³aka³ wtuliwszy twarz w wisz±ce na kracie rêce. Ockn±³ siê dopiero na g³os policjanta:
- W ka¿dym rewolwerze by³o po jednej kuli.
- Co?
- Te wskazówki to lipa. Ka¿dy rewolwer ma jedn± kulê. Jest wiêksza szansa, ¿e przypadkowo wypali.
- Jak to? Sk±d ty…
Policjant wyjrza³ z furgonetki i rozejrza³ siê po okolicy. Nie widz±c nic podejrzanego kontynuowa³:
- A ten Walkiewicz to ¿aden mecenas, tylko jaki¶ dawny cieæ ze ¦l±ska. Bierze za ten wystêp piêæset z³otych.
Milcz±cy otar³ ³zy:
- To znaczy, ¿e to wszystko k³amstwo? Nie bêdê wicedyrektorem? A stra¿nikiem?
Policjant wyszczerzy³ zêby:
- Jakim stra¿nikiem, co ty gadasz!? Wiesz co siê teraz stanie? Najprawdopodobniej dopadn± ciê w wiêzieniu. W karcie zgonu napisz±, ¿e zmar³e¶ nagle na ujawniony nowotwór.
- Co? Kto dopadnie?
- Amerykanie. Jeszcze nie rozumiesz? Nie wiesz co siê dzieje w okolicach Klewek? Amerykanie to tuszuj±. Arabowie wrêcz przeciwnie. To Arabowie organizuj± te rozmowy o pracê. Chc± zwróciæ uwagê opinii publicznej, a przy tym nie mog± siê ujawniæ. Te trzy trupy zrobi± swoje, o ile wcze¶niej sprawa nie zostanie ukryta. Dziennikarze zaczn± wêszyæ. Dojd± do ciebie.
- Ale ja nic nie wiem…
- Dziennikarze i tak napisz± co chc±, a dla Amerykanów nie bêdzie to mia³o znaczenia. Nie mog± ryzykowaæ. Wyceluj± w ciebie wszystkie swoje najwiêksze dzia³a. CIA, FBI, jutro w cha³upie mo¿esz mieæ drugi Pentagon.
- Jezu… A ty? Sk±d to wiesz?
- Pracujê dla nich. Znaczy dla Arabów. I tobie te¿ radzê. Dlatego te¿, mówiê ci to wszystko. Pomogê ci jak trzeba. W sprawie trzech trupów mo¿esz mieæ k³opoty. Ciê¿ko uwierzyæ, ¿e sami siê powystrzelali. Jakby co, to zjem jakie¶ dowody z akt.
Milcz±cy patrzy³ na niego zbola³ymi oczami:
- A co musia³bym robiæ?
- Brakuje nam rzecznika w kraju. Ja nie mogê, jestem mocno zakamuflowany w policji. Odczytasz przed kamer± tekst odezwy, a my to rozpowszechnimy.
- Co za tekst?
- Nic takiego. Jako przedstawiciel naszej frakcji wypowiadasz wojnê Stanom Zjednoczonym. Nazwiesz ich prezydenta gór± ³ajna. Powiesz te¿ prawdê o wiêzieniach. Dasz radê?
Milcz±cy opu¶ci³ g³owê zrozpaczony:
- E tam… Ja chcia³em tylko popracowaæ trochê. Parê z³otych zarobiæ… Jakie¶ Araby, CIA? Co mnie to wszystko obchodzi…
Policjant poklepa³ go po plecach, a widz±c wracaj±cych kolegów szeptem oznajmi³:
- Amerykanie ciê wykoñcz±. Tylko rozg³os twojej osoby mo¿e ich trochê powstrzymaæ.
Najni¿szy z policjantów weso³o doskoczy³ do kolegi:
- Wydusi³e¶ jakie¶ informacje? Powie co¶?
- Mo¿e powie. Mówi, ¿e siê zastanowi – u¶miechn±³ siê w odpowiedzi i spojrza³ znacz±co na Milcz±cego.
Ten milcza³. W domu czeka rodzina, której nikt oprócz niego nie wy¿ywi. Tylko có¿ mo¿e pionek w grze? Ponie¶æ siê pr±dowi wydarzeñ. I¶æ tam, gdzie ka¿±, w pozosta³ych przypadkach siedzieæ i milczeæ.
Milcz±cy patrzy³ na szepcz±cych policjantów. Najni¿szy z nich odebra³ telefon. Zacz±³ gor±czkowo k³óciæ siê z rozmówc±.
- Chyba jednak nie zostanê zastêpc± dyrektora … - gorzko podsumowa³ Milcz±cy.
źródło:
http://www.portalliteracki.pl
Aktualna ocena::
3
Wyślij odnośnik znajomym::
Tags:
- Powiedz ¿e Mów ¿e Aha, i />
/>
/>
/>
/>
/>
/>
Mê¿czyzna, Milcz±cym, ¶pi±ce ¿ony. Doda³a />
Nie Teraz />
/>
/>
/> „Du¿a Klewki”.
/>
/>
/>
/>
/> „Du¿a Klewki”.
/>
/>
Warszawie, />
/>
/>
Milcz±cego />
Amerykanów Helikopterami />
/>
/>
/>
/>
/>
/>
/>
/>
/>
/>
/>
/>
¶rodku Nie />
/>
/>
/>
/>
/>
Mê¿czy¼ni Walkiewicz. Zaj±³ />
/>
/>
-No – Basza />
Zostali¶cie Przede Stawka />
/>
/>
/>
/>
Tymczasem />
– – Dochodzi ¿eby Mo¿ecie />
/>
/>
/>
/>
/>
Mecenas />
/>
/>
Basza />
Przecie¿ />
Tak. Mo¿ecie ¿e />
Mê¿czy¼ni Dopiero Feliks />
Czyli ¿eby />
Mecenas />
/>
/>
/>
/>
/>
/>
Oczywi¶cie- Nie Reprezentujê Musimy />
/>
/>
/>
/>
Mê¿czy¼ni Feliks />
Oferta – – Nie ¿e />
/>
/>
Pozosta³a Feliksa, />
Nie ¿e />
/>
/>
/>
– Chara¶niak – Ale />
Panowie ¶cianie, />
/>
/>
Basza />
/>
/>
-Nie ¿e – Zamy¶li³ Feliks. – Stra¿nicy, Ciut />
/>
/>
/>
/>
/>
/>
/>
/>
/>
/>
Chyba, ¿eby¶ Feliks, />
/>
Basza ¶miechem. Rozejrza³ Zenek Pan Feliks />
/>
/>
Basza Znów Jakby />
/>
/>
– Feliks. – Mog± />
Rozejrzeli />
Mo¿e ¿e – Basza, />
Tak Walkiewicz, Kandydaci />
/>
/>
/>
/>
- Jakby Wierzysz, ¿e Umiesz />
/>
/>
/>
/>
/>
/>
- Mój – Basza Milcz±cemu: - Jaki¶ />
Milcz±cy />
- Taki Nawet Milcz±cy. Nie />
/>
/>
/>
/>
/>
/>
/>
Godziny Pot />
Basza />
/>
/>
/>
/>
/>
/>
/>
/>
/>
Dwóch. Nikt Nie Ale />
/>
/>
/>
/>
/>
/>
Chara¶niak />
Dlaczego />
– Feliks.- Amerykanie />
Zmieni³em Chcê />
/>
/>
/>
/>
Dobra, – Basza – />
Milcz±cy Zenek />
/>
/>
-Uwa¿aj, – Basza, – Ale Niech Obiecujê, ¿e Felku? – Pan Feliks – Tak, Przecie¿ Tak± />
/>
/>
-O, – – Wyjd¼ />
Pan Feliks />
/>
/>
Milcz±cy />
Czemu />
/>
/>
/>
/>
/>
/>
Basza />
Nie />
Zenek />
Jak ¿e />
Nawet Milcz±cy />
/>
/>
Roze¶miali />
Wówczas Basza Milcz±cego />
Milczek, Nie />
/>
/>
/>
/>
Nie Masz Patrz />
Basza „Rewolwer />
Pan Feliks /> – />
Basza Zenka Chara¶niaka, Doczytali „Rewolwer />
Milcz±cy />
Nie Kto¶ />
/>
/>
Zenek.- Wychod¼ />
Nie Muszê – Milcz±cy />
/>
/>
/>
/>
Basza />
Ka¿dy My¶lisz, ¿e ³atwo My¶lisz, ¿e – Zenka Feliksa. – Powtarzam, />
Nie />
/>
/>
Milcz±cy, Napastnicy ¿e Milcz±cy />
Od³ó¿cie Basza. – Nie />
/>
/>
Mocowali Milcz±cy Zenka, Feliksa Stan±³ />
/>
/>
/>
/>
Musimy Strzeliæ />
/>
/>
Basza />
/>
/>
Jak />
/>
/>
– Milcz±cy, ¿e –Zawiadomiê Choæby />
Basza – Feliks ¶cianie. – Zosta³y />
Basza />
/>
/>
Wycelowa³ Zenek. Pan Feliks />
/>
Amerykanie Inaczej Strzelasz />
/>
Uduszê Tak />
/>
/>
/>
/>
Basza Milcz±cego Milcz±cy, ³zy ³atwo Basza />
Minuta! Mo¿esz Trupa />
Nie… Nie />
Jak Panowie, />
/>
/>
Nie Dla />
/>
/>
/>
/>