24 godziny temu
Nazywam siê Antymon Pech. Urodzi³em siê czternastego w czwartek, ale jakbym móg³ wybieraæ, to wola³bym przyj¶æ na ¶wiat trzynastego w pi±tek. Mo¿e wtedy uda³oby siê zast±piæ mój rodzinny Pech, zwyk³y ludzkim, codziennym pechem? A tak? Co z tego, ¿e jestem pe³nosprawnym na umy¶le i ciele beneficjentem ¿ycia, je¿eli ¶wiat, który tak kocham, ma mnie w g³êbokim powa¿aniu.
Zacznijmy od tego, ¿e zosta³em powity, i przez kilka lat dorasta³em na wsi, która nosi³a najbardziej antymêsk± nazwê, jak± mo¿na sobie tylko wyobraziæ – „Gacie Ma³e”, ¿eby przynajmniej nazywa³a siê Swornegacie, albo Wielkie Gacie, a tak… tragedia! Bo kto chodzi w ma³ych gatkach? No, kto? Mali ch³opcy, albo ci duzi tylko, ¿e z ma³ymi ogonkami, jak mawia³a na pociesznie moja babcia, ci, którzy, jak ja, maj± ¿yciowego Pecha.
- Ma³e jest piêkne, Monisiu. Popatrz na to tak, które pieski ci siê bardziej podobaj±: te z wielkimi, machaj±cymi bezw³adnie na prawo i lewo ogonami, czy te z piêknie przyciêtymi, zgrabnymi konuskami?
Sam nie wiem, za co nienawidzi³em j± bardziej, czy za to tak wielce rani±ce mnie dziewczêce zdrobnienie mojego popieprzonego imienia, czy za t± podszyt± fa³szem i kpin±, obronê uci¶nionych, ma³ych ogonków.
Moje specyficzne imiê mia³o byæ, w zamy¶le mych rodziców, swego rodzaju tarcz± obronn±, swoistym antypechem. Mia³em byæ dobrym amuletem dla familii Pechów, który skoñczy³by raz na zawsze z rodzinnym fatum zapisanym i utrwalonym jak stygmat, w rodowym nazwisku. Ojciec zawsze powtarza³:
- Antymon, synu, to brzmi dumnie! Masz imiê, jak ten s³ynny grecki filozof. A czy ty wiesz, co to jest za pierwiastek?
- Wiem, tato – odpowiada³em.
- Widzisz, synu. Antymon nale¿y do pó³metali, które maj± cechy metali. W stanie sta³ym maj± po³ysk i wysok± temperaturê topnienia. A ty zawsze bêdziesz b³yszcza³ i nigdy nie topnia³, co?
- Nie, tato. Bêdê jak antymon.
- Bardzo dobrze, synu! Pamiêtaj, masz l¶niæ i nie topnieæ!
I nie topnia³em, ale te¿ nie b³yszcza³em.
Mój ojciec, zamiast zawodu, mia³ siedem klas szko³y podstawowej. W wolnym czasie, którego zreszt± w jego ¿yciu by³o a¿ nadto, zajmowa³ siê swoimi pasjami. Na przyk³ad, uwielbia³ bawiæ siê w ma³ego chemika. Mia³ nawet specjalny zestaw do robienia do¶wiadczeñ. Przez ca³e ¿ycie wierzy³, ¿e uda mu siê przemieniæ o³ów w z³oto i wêgiel zamieniæ na diament. Zdecydowanie czê¶ciej jednak robi³ eksperymenty z ciecz±. Interesowa³o go zagadnienie procentów. Nie móg³ poj±æ, dlaczego spirytus nie zawiera w sobie stu procent alkoholu, i czemu zawsze po rozcieñczeniu jest go mniej. Ale to pytanie zadawa³ sobie g³o¶no tylko po udanych organoleptycznych do¶wiadczeniach. Zajmowa³ go równie¿ proces destylacji. Do tego stopnia, ¿e pewnego dnia, maj±c ju¿ za sob± udane eksperymenty ze spirytusem, próbowa³ wydestylowaæ swoje buty. Po tym incydencie, zaprzesta³ swej dzia³alno¶ci w tej dziedzinie nauki. Poszed³ na ³atwiznê. Zacz±³ korzystaæ z umiejêtno¶ci bardziej do¶wiadczonych kolegów w dziedzinie produkcji le¶nej okowity. Ale w my¶l powiedzenia: „Nauka to potêgi klucz”, nigdy nie wyrzek³ siê rozwijania swojej wiedzy. Oprócz zagadnienia procentów zajmowa³ siê równie¿ pierwiastkami. St±d w³a¶nie moje imiê.
Jedyn± rzecz, jak± mój staruszek, zna³ i umia³ na pamiêæ, by³ w³a¶nie uk³ad okresowy pierwiastków. Czêsto, bêd±c pod wra¿eniem dzia³ania destylacji z ziemniaków, mówi³ o tym, ¿e chcia³by mieæ tyle dzieci, ile pierwiastków znajdujê siê na tablicy Mendelejewa. A gdy moja matka ze ¶miechem odpowiada³a:
- Heniek, jeszcze ci ma³o?
Ojciec momentalnie trze¼wia³ i rzuca³ serio:
- Ale ja mówi³em o braciach i siostrach Mendelejewa. Do pe³ni szczê¶cia, brakuje nam jeszcze tylko dwójka.
Matka, ju¿ bez u¶miechu, i na powa¿nie koñczy³a temat.
- Ty stary moczymordo! Nigdy nie masz dosyæ, dzieciorobie!?
Rodzina Pechów, liczy³a w sumie, poza swoj± g³ow± i szyj±, piêtna¶cioro dzieciaków. Ja przyszed³em na ¶wiat, jako trzynasty z kolei. Oprócz mojej skromnej osoby, na nasz± familiê sk³ada³o siê siedmiu ch³opaków i siedem dziewczyn. Prawdziwie godna podziwu seria. Ojciec by³ dumny z takiej statystyki, wyra¿aj±c to, swoim specyficznym poczuciem humoru:
- Kto ma du¿o dzieci, ten produkuje masê ¶mieci.
Wielkie zami³owanie mojego staruszka do uk³adu okresowego pierwiastków przynios³o równie¿ taki efekt, ¿e moje siostry to odpowiednio, od najstarszej do najm³odszej: Mied¼ Pech, Cyna Pech, Siarka Pech, Rtêæ Pech, Platyna i Polonia Pech na cze¶æ Marii Sk³odowskiej – Curie. Natomiast moi bracia, w tej samej kolejno¶ci, to: Kwarc Pech, O³ów Pech, Chlor Pech, Cynk Pech, oraz Kobalt i Krzem Pech. Jak tak na nich patrzê, mam nieodparte wra¿enie, ¿e inni mog± mieæ jeszcze gorzej.
Moja matka, Bronis³awa zajmowa³a siê domem najlepiej jak potrafi³a, a przecie¿ tak naprawdê, trudno by³o nasz± rozlatuj±c± siê cha³upê okre¶laæ tym mianem. Dom z prawdziwego zdarzenia powinien mieæ cztery k±ty, a pies móg³by byæ ewentualnie byæ pi±ty. U nas, jak to w rodzinie Pechów – psów by³o sze¶æ, a k±tów nigdy nie mog³em siê doliczyæ, bo zawsze l±dowa³em w tym samym. To wszystko przez matkê, która dom prowadzi³a prawdziwie mêsk± rêk±, bêd±c przy tym bardzo sprawiedliw± rodzicielk±. Objawia³o siê to tym, ¿e gdy siê w¶ciek³a, od razu, hurtem, bez rozstrzygania o winie, wszystkie dzieciaki wys³a³a do k±tów, a ka¿dy l±dowa³ w swoim w³asnym. Stali¶my tam nieruchomo, a¿ do odwo³ania. Czasami nawet po kilka godzin. To by³a prawdziwa szko³a cierpliwo¶ci i pracy nad samym sob±. Jej rodzinny egalitaryzm mia³ równie¿ i tê stronê, ¿e wszystkich nas strzyg³a na jedn± i t± sam± mod³ê. „Niewa¿ne czy to ch³opak czy dziewczyna, na g³owie grzyb, a nie Malwina” – wo³a³ Kwarc, którego zainteresowanie obcymi, i jak najbardziej trudnymi do nauki jêzykami (imiê Malwina prawdopodobnie pochodzi od gaelickiego imienia Malamhin, które oznacza g³adkie czo³o) przyczyni³o siê do uk³ucia tego, i wielu innych powiedzonek. Mo¿na powiedzieæ, ¿e w tej dziedzinie Kwarc godnie zastêpowa³ ojca, który oprócz zami³owania do czêstochowskiej poezji, by wykarmiæ piêtna¶cie naszych bezustannie szeroko otwartych dziobów, ima³ siê ró¿nych zajêæ, czasami zupe³nie egzotycznych. Kiedy¶ by³ nawet cz³onkiem naszej Jednostki Ochotniczej Stra¿y Po¿arnej w Gaciach Ma³ych. Pewnego dnia, gdy przeprowadza³ organoleptyczne eksperymenty z destylacj± oraz rozszerza³ zakres swojej naukowej wiedzy na temat zagadnienia procentów w cieczach, bêd±c u s±siada w stodole, ju¿ po udanych do¶wiadczeniach, zapali³ papierosa, i powiedzia³ sam do siebie:
- Kiedy by³a dobra robota, nale¿y siê niema³a kwota – by³o to jego ulubione powiedzenie. Korzysta³ z niego zawsze, gdy rozpiera³o go samozadowolenie.
Szczê¶liwy, po³o¿y³ siê na sianie. Pewnie by³ zasn±³, niczego nie¶wiadomy, gdyby po chwili nie poczu³ zapachu sma¿onego miêsa, a ¿e by³ g³odny szybko siê ockn±³. Gdy ujrza³, ¿e zapach pieczonych smakowito¶ci zawdziêcza swojemu spitemu cielsku, natychmiast wytrze¼wia³. Pobieg³ jak oparzony do jednostki OSP, swojego ówczesnego miejsca pracy, i dar³ siê w niebog³osy:
- Pali siê! Ludzie, pali siê!
A gdy tylko stra¿acy – ochotnicy zapytali go: Gdzie, siê pali? - nie mia³ zielonego pojêcia. Na szczê¶cie wykrycie po¿aru w tak ma³ej wiosce, jak nasza, nie nale¿a³o do bardzo skomplikowanych przedsiêwziêæ. Pomimo b³yskawicznej akcji przeciwpo¿arowej, stodo³y nie uda³o siê uratowaæ, ale paradoksalnie mój ojciec, sta³ siê wtedy miejscowym bohaterem. Naczelnik naszej wsi w podnios³y sposób i w patetycznych s³owach wyra¿a³ siê o wspania³ej postawie mojego staruszka:
- Henryk Pech wykaza³ siê niesamowitym mêstwem! Najpierw sam wykry³ ten zdradziecki i straszliwy po¿ar, a potem dzielnie, nie bacz±c na zagro¿enie ¿ycia, próbowa³ go gasiæ. Gdy zauwa¿y³, ¿e jednak nie da rady, wtedy pobieg³ po kolegów. Jak¿e cudownie by by³o, gdyby wszyscy nasi obywatele byli tak wspania³ymi i odwa¿nymi lud¼mi!
Naczelnik wsi, niejaki Wiesiek Smoluchowski, chyba zapomnia³, albo nie chcia³ tego wiedzieæ, ¿e ojciec ratuj±c pal±cy siê dobytek s±siada, by³ pod znacznym wp³ywem nieokre¶lonej cieczy, i ¿e to w³a¶nie on walnie przyczyni³ siê do tego, ¿e stodo³y nie uda³o siê uratowaæ, bo podczas akcji ga¶niczej, tak bardzo go suszy³o, ¿e pi³ wodê prosto z hydrantu, a ju¿ po zaspokojeniu swoich pijackich pragnieñ zapomnia³ pod³±czyæ do niego stra¿ack± sikawkê. Zanim siê ch³opaki z OSP zorientowali, w czym rzecz, by³o ju¿, jak to siê u nas mówi³o „po ptokach”. Ale ja rozumiem naczelnika naszej wsi. G³ód bohaterów wystêpuje zawsze i na ka¿dej szeroko¶ci geograficznej.
Ojciec w roli bohatera, oprócz niesamowitej ilo¶ci komplementów i u¶cisków r±k mniejszych i wiêkszych lokalnych oficjeli, otrzyma³ równie¿ spor± nagrodê pieniê¿n±, a maj±c g³owê na karku, zwietrzy³ w tym ¿yciowy interes. Odt±d we wsi po¿ary tli³y siê co tydzieñ. Ale tylko tli³y, bo Heniek Pech, tak samo, jak nie potrafi³ gasiæ po¿arów, nie umia³ ich równie¿ wzniecaæ. W koñcu jednak rodowemu nazwisku oraz przypisanej do niej kl±twie sta³o siê zado¶æ. Nieudolny podpalacz zosta³ przy³apany na swoim niegodnym procederze – pech chcia³, ¿e akurat próbowa³ papierosem, a potem zapa³kami podpaliæ murowany dom naszego so³tysa. Najgorsze by³o to, ¿e ojciec dokona³ tego niecnego czynu, bêd±c pod wp³ywem intensywnych chemicznych do¶wiadczeñ z destylacj± cieczy, a zawsze, gdy znajdowa³ siê pod du¿ym wra¿eniem tych¿e, lubi³ g³o¶no i dobitnie wyra¿aæ swoje zadowolenie wyrafinowanymi rymowankami.
- So³tysie, spalê te twoje pryszcze na penisie! – od dawna by³o wiadomo, ¿e gospodarz naszej wsi, czêsto i gêsto korzysta³ ze swojej w³adzy, a ta, jak wiadomo, jest jednym z najsilniejszych afrodyzjaków.
Sprawcê podpaleñ wyrzucono dyscyplinarnie z OSP w Gaciach Ma³ych, a za to, ¿e próbowa³ pu¶ciæ z dymem dom lokalnej w³adzy, jego czyn zosta³ zakwalifikowany, jako zamach na legalnie wybrane w³adze. A to ju¿ nosi³o znamiona czynu zabronionego, zwanego terroryzmem. Przed d³ug± odsiadk±, lub za³o¿eniem krawatu ze sznura, uratowa³a go troska o dobry wizerunek wsi Ma³e Gacie. Bohater ca³ej wioski, który w ci±gu paru zaledwie dniu staje siê jej wrogiem publicznym, nie najlepiej ¶wiadczy o tych, którzy uczynili z niego gieroja. Dlatego, ¿eby wyj¶æ z twarz± z tej niewygodnej sytuacji oraz zapobiec skandalowi, postanowiono ca³y niecny proceder pu¶ciæ w niepamiêæ, pod warunkiem, ¿e sprawca zamieszania, wraz ca³± rodzin± zniknie na zawsze z bogobojnej wsi. B³yskawiczna lokalna s³awa, a potem równie szybka spo³eczna banicja mojego ojca, odbi³a siê przede wszystkim na ca³ej naszej rodzinie. S±siedzi swój ostracyzm w stosunku do nas wyra¿ali w ró¿ny sposób:
- Byæ Pechem? Przecie¿ to zagra¿a zdrowiu i ¿yciu – mówili jedni.
- Trzeba mieæ pecha, ¿eby urodziæ siê Pechem – wspó³czuli drudzy.
- Jak siê Pech przyczepi do porz±dnego cz³owieka, to wo³ami go nie odci±gniesz – szeptali trzeci.
- Precz z Pechem! Niech ¿yje szczê¶cie – patetycznie wzywali czwarci.
Nasza rodzina ró¿nie reagowa³a na ten ca³y dramat. Moi najstarsi bracia; Kwarc i O³ów znosili to mê¿nie. Zw³aszcza O³ów, zwany pieszczotliwie w krêgu swoich znajomych, „O³óweczkiem”. D³ugo nie mia³em pojêcia, sk±d wziê³a siê ta ksywka. My¶la³em zawsze, ¿e pochodzi³a od zdrobnienia jego imienia. Jednak jego dziewczyna Jad¼ka, wyprowadzi³a mnie z b³êdu.
- Takiego sprawnego o³óweczka, jaki ma twój brat jeszcze nie widzia³am! To prawdziwy artysta! - by³o to dla mnie sporym zaskoczeniem, bo dobrze wiedzia³em, jak bardzo mój brat nie lubi³ rysowaæ.
Otó¿, O³ów, jak na osi³ka przysta³o, broni³ czci rodziny przy u¿yciu ciê¿kiego ciosu, zwanego w okolicy „o³owian± kul±”. Kwarc natomiast, jako intelektualista z krwi i ko¶ci, by³ stale opanowany i zawsze mia³ czas (u¿ywa³ zegarka na baterie, a ten ci±gle siê spó¼nia³) na powa¿n± dyskusjê z adwersarzami, popart± rzeczowymi i merytorycznymi argumentami. I tak, O³ów najpierw bi³, a potem ¿a³owa³, ¿e nie bi³ mocniej, natomiast Kwarc najpierw my¶la³, potem dyskutowa³, a na koñcu ucieka³. Reszcie rodziny nie chcia³o siê anga¿owaæ w te dzia³ania obronne. Zbyt dobrze wiedzieli, ¿e ich nazwisko determinujê same nieszczê¶cia, i ¿e z t± ca³± si³± wy¿sz± siê nie wygra, dlatego trzeba zaakceptowaæ swoje ¿ycie takie, jakie ono jest i braæ je z ca³ym dobrem inwentarza.
Nie maj±c wyj¶cia, przenie¶li¶my siê do miasta. Zamieszkali¶my u naszego wujka, Zygmunta Pecha, który by³ przedsiêbiorc±. W odró¿nieniu do nas, jemu wiod³o siê ca³kiem nie¼le – ¿y³ w miarê szczê¶liwie. Dlatego, gdyby¶my wcze¶niej go uprzedzili, na pewno by siê nie zgodzi³, ale ¿e mój ojciec, oprócz wszystkich swoich wad, jest nie w ciemiê bity, wzi±³ brata z zaskoczenia. Potem dosz³a lito¶æ i wiêzy krwi. Skutek by³ taki, ¿e wpadli¶my do niego bez zapowiedzi i bez grosza przy duszy, a on pozwoli³ nam zostaæ. Wziê³o w nim górê sumienie i chrze¶cijañskie wychowanie. Wujek przygarn±³ nas z dr¿eniem i z wielk± odwag± w sercu, zarazem, gdy¿ ca³a rodzina Pechów zamieszka³a w jednym domu z w³a¶cicielem najbardziej dochodowego punktu bukmacherskiego w mie¶cie – suma Pecha na jednego.
Ale wróæmy do mojego osobistego, prywatnego pecha. W miejskiej szkole, sz³o mi po japoñsku, czyli jako tako. Wszystko zale¿a³o od tego, jak rówie¶nicy interpretowali znaczenie mojego nazwiska. Byli tacy, którzy uwa¿ali, ¿e koleguj±c siê z Pechem mo¿na z nim wej¶æ w uk³ad, dziêki czemu zwyk³y, pospolity pech zostawi cz³owieka w spokoju. Natomiast inni uwa¿ali (zreszt± zgodnie z logik±), ¿e kolegowanie siê z Pechem musi przynosiæ pecha. Gdy ci pierwsi byli na górze szkolnej hierarchii, moje ¿ycie ucznia p³ynê³o beztrosko, czasami nawet rado¶nie. Jak wtedy, gdy Gruby Maciek wraz ze swoja paczk± z 7 c, zabrali mnie na rynek naszego miasta. Tam po¶ród ró¿nych straganów, mie¶ci³o siê centrum lokalnego hazardu. Miejscowi oszu¶ci, z³odzieje, i inne gagatki przeznaczone do odsiadki, jak mawia³ o nich Gruby Maciek, uprawia³y tam swoje hazardowe sztuczki.
- Zagramy? – Gruby Maciek hardo rzuci³ im na powitanie.
- Spadaj smarku, bo w dynie dostaniesz!
- Mamy forsê, to jak bêdzie? – Maciek pokaza³ im spory zwitek.
- A sk±d masz tyle mamony? Mamusi buchn±³e¶?
- To gramy czy, nie? Nie chcecie zarobiæ? – Gruby wywo³a³ w ich oczach konsternacjê.
- Dobra, k³ad¼ stówê na stó³.
I ko¶ci zosta³y rzucone, a w³a¶ciwie kulka. Pod trzema kubkami, by³a tylko jedna bia³a, któr±, ¿eby zgarn±æ ca³± forsê, trzeba by³o odkryæ.
- Pech, trzymaj za nas kciuki – rzuci³ na szczê¶cie boss naszej paczki.
A ja tak mocno ¶cisn±³em palce, ¿e a¿ mi zsinia³y. By³o warto. Gruby Maciek wygra³ raz, drugi, trzeci… a potem … W ¿yciu, ani przedtem, ani potem nigdy tak szybko nie bieg³em. My¶la³em wtedy, ¿e nogi oddziel± siê od reszty mojego cia³a, potem wydawa³o mi siê, ¿e mam szczud³a, a na koñcu, ¿e uciekam w siedmiomilowych butach. Jaki ja wtedy by³em szczê¶liwy, gdy w szkole dziewczyny za mn± wo³a³y:
- Pech, co mia³ forsy miech!
Ale to by³y nieliczne przypadki potwierdzaj±ce regu³ê – „Jak Pech to pech”. Na co dzieñ dziewczyny, z angielska nazywa³y mnie antymenem, a moim kolegom moje imiê przewa¿nie kojarzy³o siê, co najwy¿ej ze ¶mieszn± ksywk± zaczerpniêt± z filmów, science – fiction. Dlatego, gdy za ka¿dym razem który¶ z moich rówie¶ników wymawia³ moje imiê, mia³em wra¿enie, ¿e zaraz posika siê ze ¶miechu. Kiedy¶ nawet jeden z nich, syn miejskiego zecera, zawo³a³:
- Antymonie, ty nasz szkolny Cyceronie – wszyscy mieli ubaw po pachy.
Na pocz±tku my¶la³em, ¿e zosta³em okrzykniêtym klasowym Cyceronem, ze wzglêdu na moje umiejêtno¶ci oratorskie, których przecie¿ i tak nie mia³em. Trochê pó¼niej okaza³o siê jednak, ¿e chodzi³o im o cycero – czyli jednostkê miary u¿ywan± w poligrafii. Jeden cycero odpowiada 4, 513 milimetra. Wszystko sta³o siê jasne. Od tego czasu, po WF-ie, pod prysznic chodzi³em zawsze jako ostatni i przez to musia³em myæ siê ju¿ tylko w ziemnej wodzie. Dziêki tym lodowatym zabiegom czêsto chorowa³em na grypê, a to w zasadniczy sposób przyczyni³o siê do repetowania przeze mnie kilku klas szko³y podstawowej, z rzêdu. Co zrozumia³e, grono pedagogiczne podchodzi³o do mojej osoby z du¿a rezerw± i sporym dystansem. Po¶ród nauczycielek, szacunkiem d±¿y³a mnie, a w³a¶ciwie tylko moje imiê, nasza nauczycielka chemii.
Na pocz±tku pobytu w mie¶cie czu³em siê, jak zagubiony w ciemnym lesie ma³y, bezbronny, zasmarkany dzieciak - samotny i opuszczony. Nie mia³em nikogo bliskiego, a¿ do czasu, gdy pozna³em mojego jedynego prawdziwego przyjaciela, Mariusza Marchewkê, który jako jedyny nazywa³ mnie normalnie – Antek albo Maniek. Po³±czy³o nas wspólne nieszczê¶cie – nazwisko. Mariusz by³ chyba jedyn± osob±, bardziej pechow± ode mnie, bo oprócz felernego nazwiska mia³ jeszcze rude w³osy, a to dawa³o ju¿ pieronuj±ce po³±czenie. Kiedy¶, gdy szwendali¶my siê po lesie, pech chcia³ (ten pech pisany z ma³ej litery – ja nigdy mojemu przyjacielowi ¼le nie ¿yczy³em), ¿e w tym samym czasie i miejscu pojawi³ siê my¶liwy. Gdyby nie to, ¿e mój rodzinny Pech – potkn±³em siê na wystaj±cej ga³êzi i padaj±c przewróci³em Mariusza, mój serdeczny przyjaciel by³by martwy. Okaza³o siê, ¿e przypadkiem uratowa³em mu ¿ycie, bo krótkowzroczny my¶liwy akurat polowa³ na lisy. Od tego momentu, zauwa¿y³em pewn± prawid³owo¶æ. Za ka¿dym razem, gdy Marchewka by³ przy mnie, mój Pech przesta³ przyci±gaæ nieszczê¶cia, wrêcz przeciwnie, zacz±³ przynosiæ farta. To znaczy, ¿e paradoksalnie dziêki pechowi zapisanym w moim nazwisku, przy Marchewce, dzia³y siê same szczê¶liwe rzeczy. Los siê odwróci³. Postanowi³em to wykorzystaæ, zatrudniaj±c siê u mojego wuja w zak³adzie bukmacherskim. Ale o tym opowiem szerzej, je¿eli jeszcze bêdzie ku temu okazja.
źródło:
http://www.portalliteracki.pl
Aktualna ocena::
3
Wyślij odnośnik znajomym::
Tags:
Nazywam Antymon Pech. Urodzi³em ¶wiat Mo¿e Pech, ¿e ¿ycia, ¶wiat, />Zacznijmy ¿e – „Gacie Ma³e”, ¿eby Swornegacie, Wielkie Gacie, No, Mali ¿e ¿yciowego Pecha.
/>
/>- Ma³e Monisiu. Popatrz
/>Sam
/>
Moje Mia³em Pechów, Ojciec />
/>- Antymon, Masz />
/>- Wiem, –
/>
/>- Widzisz, Antymon
/>
/>- Nie, Bêdê />
/>- Bardzo Pamiêtaj, />
/>
Mój ¿yciu Mia³ Przez ¿ycie ¿e Zdecydowanie Interesowa³o Nie Ale Zajmowa³ ¿e Poszed³ ³atwiznê. Zacz±³ Ale „Nauka Oprócz St±d
/>
Jedyn± Czêsto, ¿e Mendelejewa. ¶miechem />
/>- Heniek,
/>
/>Ojciec />
/>- Ale Mendelejewa.
/>
/>Matka, />
/>- Nigdy
/>
Rodzina Pechów, ¶wiat, Oprócz Prawdziwie Ojciec />
/>- Kto ¶mieci.
/>
Wielkie ¿e Mied¼ Pech, Cyna Pech, Siarka Pech, Rtêæ Pech, Platyna Polonia Pech Marii Sk³odowskiej – Curie. Natomiast Kwarc Pech, O³ów Pech, Chlor Pech, Cynk Pech, Kobalt Krzem Pech. Jak ¿e
Moja Bronis³awa Dom Pechów – Objawia³o ¿e Stali¶my Czasami Jej ¿e „Niewa¿ne Malwina” – Kwarc, (imiê Malwina Malamhin, Mo¿na ¿e Kwarc Kiedy¶ Jednostki Ochotniczej Stra¿y Po¿arnej Gaciach Ma³ych. Pewnego />
/>- Kiedy – Korzysta³
/>
/>Szczê¶liwy, Pewnie ¿e Gdy ¿e Pobieg³ OSP, ówczesnego />
/>- Pali Ludzie, />
/>A – Gdzie, Pomimo Naczelnik />
/>- Henryk Pech Najpierw ¿ycia, Gdy ¿e Jak¿e
/>
/>Naczelnik Wiesiek Smoluchowski, ¿e ¿e ¿e ¿e Zanim OSP „po Ale G³ód />
Ojciec ¿yciowy Odt±d Ale Heniek Pech, Nieudolny – ¿e Najgorsze ¿e />
/>- So³tysie, – ¿e
/>
Sprawcê OSP Gaciach Ma³ych, ¿e Przed Ma³e Gacie. Bohater ¶wiadczy Dlatego, ¿eby ¿e B³yskawiczna S±siedzi
/>- Byæ Pechem? Przecie¿ ¿yciu – />
/>- Trzeba ¿eby Pechem – />
/>- Jak Pech – />
/>- Precz Pechem! Niech ¿yje –
/>
Nasza Moi Kwarc O³ów Zw³aszcza O³ów, „O³óweczkiem”. D³ugo My¶la³em ¿e Jednak Jad¼ka, />
/>- Takiego
/>
Otó¿, O³ów, „o³owian± Kwarc (u¿ywa³ O³ów ¿a³owa³, ¿e Kwarc Reszcie Zbyt ¿e ¿e ¿ycie
Nie Zamieszkali¶my Zygmunta Pecha, – ¿y³ Dlatego, ¿e Potem Skutek ¿e Wziê³o Wujek Pechów – Pecha
Ale Wszystko Byli ¿e Pechem Natomiast (zreszt± ¿e Pechem Gdy ¿ycie Jak Gruby Maciek Tam Miejscowi Gruby Maciek, />
/>- Zagramy? – Gruby Maciek />
/>- Spadaj />
/>- Mamy – Maciek />
/>- Mamusi />
/>- Nie – Gruby />
/>- Dobra, />
/>I Pod ¿eby
/>- Pech, –
/>A ¶cisn±³em ¿e By³o Gruby Maciek … ¿yciu, My¶la³em ¿e ¿e ¿e Jaki
/>- Pech,
Ale – „Jak Pech ¶mieszn± – Dlatego, ¿e ¶miechu. Kiedy¶ />
/>- Antymonie, Cyceronie –
/>
/>Na ¿e Cyceronem, Trochê ¿e – Jeden Wszystko WF-ie, Dziêki Po¶ród
/>
Nie Mariusza Marchewkê, – Antek Maniek. Po³±czy³o – Mariusz Kiedy¶, (ten – ¼le ¿yczy³em), ¿e Gdyby ¿e Pech – Mariusza, Okaza³o ¿e ¿ycie, Marchewka Pech ¿e Marchewce, Los Postanowi³em Ale
Komentarze::
Dodaj komentarz
Powiązane wiadomosci
- Kreatury, III
- w Dali albo nie wys³ana widokówka z Rzymu (O)
- p³askowy¿ niepojêtych d±¿eñ
- Powróci
- Smok
- Do pierdo³y /wierszyk/
- Genewska zagadka / fragment powie¶ci - krymina³ sf/debiut
- Rosiczka pani Jadwigi /wiersz/
- Dzik /opowiadanie/
- O Sonii /czyli André na spowiedzi /opowiadanie/ ?
- Sobota /opowiadanie/ X
- Wielki Cyc i Marlon /opowiadanie obyczajowe/