24 godziny temu


RESET SELEKTYWNY

Rozdzia³ 1

 

             Po jakiej¶ pó³ godzinie uwa¿nego wêdrowania w g³±b rzadkiego lasu znalaz³ wreszcie odpowiedni± sosnê. Nie by³o to ³atwe, zw³aszcza w okolicach Kowala, gdzie od lat wschodnie wiatry znosi³y znad P³ocka tony jakiego¶ bia³ego ¶wiñstwa chemicznego. Skutkiem tego, wiêkszo¶æ drzew to szare, rachityczne i mizerne patyczki o cieniutkich, poskrêcanych koñczynach. Mno¿±ce siê bezkarnie szkodniki te¿ robi³y swoje. To wyj±tkowe drzewo by³o pewnie jednym z ostatnich, tak jak on, mohikaninów, genetycznych samotników le¶nych. Solidny, prosty pieñ, trzy grube, d³ugie ga³êzie wyros³e na w³a¶ciwej, sporej wysoko¶ci i zdrowe, zieloniutkie ig³y bujnej korony. Wokó³ tego wzglêdnego giganta panoszy³o siê gêste mrowie mizernego, wra¿ego plebsu, z zarastaj±cymi wszystko wokó³ drobnymi krzaczkami nieokre¶lonego gatunku.

             Rozejrza³ siê czujnie i przystan±³ wstrzymuj±c oddech. Nas³uchiwa³. Gdzie¶, daleko, s³ychaæ by³o szum pêdz±cych asfaltow±, wa¿n± kiedy¶, w dalszym ci±gu popularn± jednak drog±, samochodów. Poza tym cisza i przedpo³udniowy, upalny w ten sierpniowy poniedzia³ek spokój. Jedna czê¶æ narodu dogorywa³a w pracy, druga odsypia³a pewnie niedzielne, ostro zakrapiane balangi urlopowe a trzecia krêci³a siê bezradnie po kraju w poszukiwaniu jakiego¶ mo¿liwie ³atwego i rzecz jasna przyjemnego, ³atwego zarobku. By³ to chyba jeden z niewielu momentów, gdy las, mimo straszliwego upa³u, móg³ odetchn±æ jako tako w ciszy od tej ludzkiej, sk³óconej i beznadziejnej szarañczy.

             Zdj±³ ostro¿nie pocerowany, rozsypuj±cy siê prawie plecak i usiad³ przy drzewie. ¦ció³ka by³a tak wysch³a, ¿e zatrzeszcza³a g³o¶no pod jego ciê¿arem. Odpi±³ guziki plecaka, z którego wyj±³ barwiony na zielono, dziesiêciometrowy sznur, zwiniêty teraz porz±dnie i opakowany w torbê foliow±. Mia³ z nim ostatnio trochê problemów. Marta, znalaz³szy go przypadkowo w oborze, koniecznie chcia³a wiedzieæ do czego ma s³u¿yæ. Nie ¿eby co¶ podejrzewa³a, ale upar³a siê by go zarekwirowaæ do suszenia bielizny. Ch³opcy owszem, brudzili siê mocno, szczególnie Jacek, który, mimo, ¿e trochê mniej pracowa³ w polu ze wzglêdu na ksi±¿kowe zainteresowania, wraca³ wieczorem do domu u¶winiony jak nieboskie stworzenie. Nie by³o tego du¿o, w koñcu latem nie nosi siê tylu rzeczy co w innych porach roku, jednak ¿ona ju¿ zaplanowa³a sobie nowe miejsce na strychu. Có¿, kupi sobie inny za odszkodowanie.

             Rozwin±³ sznur i przywi±za³ do niego znaleziony kawa³ek grubej, usch³ej ga³êzi. Rozbuja³ ten prostuj±cy linkê ciê¿ar i próbowa³ go przerzuciæ ponad wybranym konarem sosny, jednak suchy patyk by³ za lekki i po kilku nieudanych próbach da³ temu spokój. Rozgl±dn±³ siê wokó³ po brudno¿ó³tym poszyciu, lecz nie znalaz³ ¿adnego kamienia. Trudno - i tak trzeba bêdzie wej¶æ. Zwin±³ ponownie sznur i prze³o¿y³ go przez bark tak, jak to robi do¶wiadczony alpinista, taszcz±c na swoich przemarzniêtych plecach dziesi±tki zwojów mocnej liny. Obj±³ pieñ drzewa i spojrza³ w górê. No, nie bêdzie ³atwo. Przymierzy³ siê praw± nog± i podci±gn±wszy resztê cia³a przywar³ do wysch³ej kory. Wisia³ tak przez kilka sekund, po czym do¶æ zgrabnie dotar³ w pobli¿e w³a¶ciwej ga³êzi. Jednak pewnych umiejêtno¶ci z dzieciñstwa nie zapomina siê tak szybko.

             Usiad³ okrakiem na ga³êzi, po czym podnosz±c siê ostro¿nie na rêkach, przesun±³ ca³e swoje marne cia³o o jakie¶ dwa metry od pnia. Zdj±³ z siebie linkê i okrêci³ j± dwukrotnie wokó³ konara. Zawi±za³ supe³, a nastêpnie spu¶ci³ wolny jej koniec w dó³, tak, ¿e ten, spad³szy swobodnie na ziemiê, u³o¿y³ siê zgrabnie wokó³ sosny. Nie by³o ¼le. Znaj±c d³ugo¶æ sznura oceni³ wysoko¶æ ga³êzi na jakie¶ osiem metrów. To w zupe³no¶ci wystarczy ¿eby zabezpieczyæ siê przed g³odnymi lisami czy rysiami. Pomaca³ siê jeszcze dla pewno¶ci po kieszeni koszuli i zakl±³. Cholera jasna, zostawi³ list w plecaku na dole. Rad nie rad, musia³ zej¶æ, co jak siê okaza³o by³o trudniejsze ni¿ wej¶cie. Odbi³ siê od pnia gdzie¶ na wysoko¶ci trzech metrów i zeskoczy³ wprost na wyszarza³y plecak. O ma³o nie skrêci³ nogi i ponownie zakl±³. Ca³y czas funkcjonowa³ bez zarzutu jego niezmierzony pech, jego skrajna nieporadno¶æ ¿yciowa, która w koñcu zaprowadzi³a go pod tê dorodn± sosnê. Trudno - nie ma ju¿ o czym mówiæ. 

             Wyj±³ z przygniecionego plecaka niebiesk±, tandetn± kopertê z³o¿on± na pó³ i w³o¿y³ j± do kieszonki koszuli. Zobaczy³, ¿e podczas wspinaczki oberwa³ dwa dolne guziki, ale oczywi¶cie machn±³ na to rêk±. Ponownie wszed³ na ga³±¼. Odpocz±³ chwilê i przesun±³ siê na rêkach do miejsca gdzie zwisa³a linka. Podci±gn±³ metrowy mniej wiêcej odcinek, okrêci³ ciasno wokó³ szyi i zawi±za³ solidny, podwójny wêze³. Niespodziewanie zrobi³o mu siê przera¼liwie zimno, wiêc rozejrza³ siê wokó³ zaskoczony. Nie, nic siê nie zmieni³o. S³oñce sta³o ju¿ wysoko na bezchmurnym niebie a w lesie panowa³a bezwietrzna, upalna cisza. Spojrza³ w dó³ i zobaczy³ pod drzewem swój lewy, dziurawy trampek, który widocznie spad³ mu z nogi przed chwil±. Westchn±³ cicho i odruchowo nabrawszy powietrza, jakby mia³ siê za chwilê zanurzyæ w nieznan±, ciemn± g³êbiê wodn±, niezgrabnie skoczy³ z ga³êzi. Poczu³ straszliwe szarpniêcie i wtedy ca³y ten pokrêtny, nieprzyjazny ¶wiat, eksplodowa³ w o¶lepiaj±cym, czerwonym b³ysku. Us³ysza³ straszliwy huk, po czym nagle, w jednym bezczasowym momencie, zobaczy³ swoje ¿a³osne, zasrane ¿ycie.

--------------------------------------------------------

             Urodzi³ siê pamiêtnego marca sze¶ædziesi±tego ósmego i rzecz jasna niczego z tamtych wydarzeñ nie pamiêta. Pierwsze, ¶wiadomie prze¿ywane fakty polityczne to dopiero masowy fenomen osiemdziesi±tego, ale to pó¼niej, w podobno szczytowym momencie fizycznych mo¿liwo¶ci dwunastoletniego, dojrzewaj±cego szybko i wbrew okoliczno¶ciom organizmu.

             By³ ledwie odratowanym, mizernym wcze¶niakiem. Owocem zatuszowanego przez wszechmocne w³adze brutalnego gwa³tu, pope³nionego na jego matce przez dwóch pijanych bydlaków, ¿o³nierzy bratniej, krasnej armii. Matka, drobna kobieta borykaj±ca siê samotnie z ¿yciem wdowa, gospodarowa³a resztkami si³ w obrêbie dwuhektarowego, zabiedzonego gospodarstwa, wychowuj±c jak umia³a jego starszego o cztery lata brata. Weseli, koszmarnie pijani ruscy, uczestniczyli w jakich¶ bzdurnych manewrach w okolicy i gotowi byli na wszystko, zw³aszcza w obliczu trzyletniej, przymusowej abstynencji, któr± musieli znosiæ na nieprzychylnej im ziemi, z dala od swoich rodzinnych stron gdzie¶ pod Krasnojarskiem.

             Tak wiêc by³ Romek napiêtnowany, przekre¶lony, ju¿ na samym starcie. Dodatkowo, jako siedmiomiesiêczny wcze¶niak z du¿± niedowag±, ¼le rokowa³ pod wzglêdem zdrowotnym, co sprawdzi³o siê w stu procentach. Jednak matka, mimo, ¿e totalnie zastraszona przez ponurych chamów z UB, nie traktowa³a go wcale jako niepo¿±dany dopust Bo¿y. Wrêcz przeciwnie. I czasami a¿ demonstracyjnie, na przekór wasalskim w³adzom. So³daci nawet nie zostali przeniesieni do innej jednostki.

             Do¿y³ jako¶ szczê¶liwie do chwili, gdy w wieku sze¶ciu lat, o ca³y rok wcze¶niej ni¿ inni, rozpocz±³ naukê w pobliskiej, obskurnej szkole podstawowej. Z miejsca spotka³ siê z wrogo¶ci± wszystkich rówie¶ników a i nauczyciele patrzyli na niego jako¶ tak krzywo. By³ bowiem Romek dzieckiem nadzwyczaj rezolutnym i po dzieciêcemu jeszcze zasadniczym. Z powodu upiornej biedy, ca³ym jego dotychczasowym ¶wiatem by³a skromna zagroda rodzinna. Nie mia³ ¿adnych bli¿szych kolegów a starszy brat te¿ nie bardzo go lubi³ i obija³ ostro przy byle sposobno¶ci. Zagoniona matka nie bardzo mia³a czas na wychowywanie synów, wiêc obaj chodzili w³asnymi ¶cie¿kami.

             Jakim¶ cudem Romek zainteresowa³ siê czytaniem ju¿ w wieku czterech lat i podpatruj±c trochê brata, trenuj±c uporczywie patykiem na piaszczystym podwórku, nauczy³ siê tej sztuki praktycznie samodzielnie. Do tego stopnia, ¿e czyta³ matce sporadycznie kupowane, b±d¼ trafiaj±ce do domu przy okazji zakupów ¶ledzi gazety. Tak wiêc, w pierwszych dniach szkolnych b³ysn±³ jako w pe³ni czytaj±cy i jako tako pisz±cy, ma³y, milcz±cy dziwaczek. Jednak g³ówny problem polega³ na tym, ¿e czytuj±c owe drêtwe "organy prasowe", przyswoi³ sobie g³êboko ich paranoiczny, sztywny jêzyk partyjny a i zdaje siê sposób my¶lenia; ów charakterystyczny, gazetowo  ubecki be³kot, ogl±d ¶wiata. Jako¶ pod¶wiadomie ostro¿ny i czujny, dopiero pi±tego dnia szko³y podniós³ przepisowo palec do góry, zg³aszaj±c chêæ zapytania.

             - O co chodzi? -  mruknê³a pod nosem podstarza³a, zmêczona latami u¿erania siê z bachorami polonistka, spogl±daj±c na niego nieprzyja¼nie.

             - Towarzyszko nauczycielko -  Romek sta³ w ³awce wyprê¿ony na baczno¶æ jak struna fortepianowa - Proszê mnie wpisaæ na listê kandydatów partyjnych do organizacji szkolnej.

             Starsza kobieta wytrzeszczy³a oczy na ma³ego cz³owieczka i znieruchomia³a na moment. Nastêpnie opar³a siê odruchowo praw± rêk± o najbli¿sz± ³awkê i nie panuj±c nad sob±, usiad³a ciê¿ko na brudnej pod³odze. W ma³ej, umalowanej bia³±, emulsyjn± farb± salce, wype³nionej do cna odrapanymi ³awkami, zajmowanymi przez regulaminowo ubranych, powa¿nych pierwszoklasistów, rozleg³ siê najpierw piskliwy chichot, który po chwili przerodzi³ siê w niepowstrzymany, przera¼liwy jazgot. Kobieta wi³a siê na pod³odze i przewala³a z jednego boku na drugi. W koñcu uspokoi³a siê jako tako, wsta³a jako¶ i przecieraj±c za³zawione oczy, wyksztusi³a do Romka niewyra¼nie:

             - Zaczekaj chwilê.

             Wybieg³a z klasy, zostawiaj±c niczego nie rozumiej±ce dzieci same. Romek w dalszym ci±gu sta³ wyprê¿ony w ³awce. Po chwili drzwi otworzy³y siê ponownie i do sali wszed³ dyrektor, a za nim reszta cia³a pedagogicznego - czyli polonistka, nauczyciel od wszystkiego, pan Zbyszek, oraz nauczycielka rosyjskiego, pani Wisia. Stanêli na ¶rodku pod tablic±, a dyrektor powa¿nym g³osem przemówi³ do stoj±cego ch³opca:

             - Powtórz dziecko, co powiedzia³e¶ pani Zosi.

             Romek, skonfundowany nieco ca³ym wydarzeniem zaczerwieni³ siê potê¿nie, jednak powtórnie, stanowczym g³osem oznajmi³: 

             - Towarzyszu dyrektorze, proszê mnie wpisaæ na listê kandydatów partyjnych organizacji szkolnej.

             I znowu salka wype³ni³a siê nieskrêpowanym, zespo³owym ¶miechem. Tym razem do³±czy³y siê dzieci, które w koñcu zrozumia³y, ¿e odbywa siê tu jakie¶ dziwaczne przedstawienie, z ich pokrêconym koleg±, tym ma³ym g³upkiem, w roli g³ównej.

             Po dobrej chwili, gdy wszyscy poocierali ju¿ ³zy z zaczerwienionych oczu, dyrektor zwróci³ siê do Romka:

             - Dobrze ma³y sekretarzu, rozpatrzymy twoj± pro¶bê. Tymczasem po lekcjach zg³osisz siê do mnie, zgoda?

             - Tak jest, towarzyszu dyrektorze -  Romek odmeldowa³ siê regulaminowo i energicznie usiad³ w ³awce.

             Tego ju¿ by³o za wiele. Ca³e doros³e towarzystwo zaczê³o podskakiwaæ w ataku ¶miechu, poklepuj±c siê wzajemnie i ocieraj±c rêkawami ³zy. Ma³a szkó³ka a¿ siê trzês³a. W koñcu wypadli z klasy i tylko na korytarzu s³ychaæ by³o ich oddalaj±cy siê, niepowstrzymany rechot.

             Tak oto zosta³ ju¿ na ca³y okres nauki w tej szkole Sekretarzem, tym, który bez mrugniêcia okiem, rozci±gn±³ nie lubian± nauczycielkê na pod³odze. I mimo, ¿e bardzo prêdko zmieni³ siê jego sposób widzenia ¶wiata, mimo, ¿e jego zachowanie, s³ownictwo, odruchy, sta³y siê zupe³nie stereotypowe, normalne, to jednak na zawsze ju¿, zosta³ w pamiêci rówie¶ników kim¶ podejrzanym - w gruncie rzeczy niezwyczajnym g³upkiem. Niegro¼nym co prawda, nawet ¿yczliwym i niespotykanie uczynnym, jednak g³upkiem. Na szczê¶cie nigdy nie wst±pi³ w szeregi Przewodniej Si³y.

             ¦wiadomie przeanalizowa³ ten incydent dopiero kilka lat pó¼niej, gdy ju¿ swobodnie porusza³ siê w tej zabagnionej rzeczywisto¶ci. W Polsce zawsze obowi±zywa³y cztery poziomy ekspresji, zachowania. Pierwszy, to oficjalno - oficjalny, stosowany zawsze, gdy chodzi³o o akademie, wyst±pienia na forum, wywiady, przemówienia, dyskusje publiczne. Wiêkszo¶æ ludzi nie nadawa³a siê do takich rzeczy -  wcale nie z têpoty czy niemo¿no¶ci sklecenia kilku zdañ. Tu trzeba by³o mieæ pewne szczególne predyspozycje, porównywalne raczej z zachowaniem o¶liz³ego, u¶linionego ratlerka, li¿±cego do utraty tchu wdziêcznie wypiêt± dupê swojego pana. Pana, który w swej boskiej nieobliczalno¶ci, móg³ w ka¿dej chwili obruszyæ siê na te hektolitry ciekn±cych mu po nader wyro¶niêtych po¶ladkach p³ynów ustrojowych biednej psinki, i wykopaæ j± do wszystkich diab³ów.

             O dziwo - osobnik taki wcale nie d±¿y³ do osi±gniêcia szczytów w³adzy. On chcia³ tylko ca³ym sob± s³u¿yæ. Je¶li pocz±tkowo rzeczywi¶cie pi±³ siê intensywnie po pierwszych szczeblach tej nieogarnionej drabiny, to niebawem zatrzymywa³ siê gdzie¶ po¶rodku, gdzie wygodnie usadowiony, liza³ i liza³. Bez umiaru. Pe³no by³o takich facecików, usadowionych nie wy¿ej ni¿ z-ca redaktora naczelnego, kierownik artystyczny, szef produkcji, naczelnik wydzia³u, kierownik pracowni, docent. Bardzo rzadko przewodnicz±cy, sekretarz generalny, profesor, prezes, wiceminister. Z tymi czasem mo¿na by³o siê dogadaæ - co prawda g³ownie za pomoc± grubej koperty, ale zawsze. Natomiast lizydupa zawsze traktowa³ petenta jak najgorszego kundla, niegodnego nawet rozwalcowania s³u¿bow± Wo³g±.

             Poziom nastêpny; oficjalno - towarzyski. Funkcjonuj±cy na rautach, zakrapianych przyjêciach, nieoficjalnych naradach, bardziej lu¼nych imprezach ku czci. W dalszym ci±gu nie mo¿na by³o kwestionowaæ pryncypiów ustrojowych, czy jedynie s³usznych sojuszy miêdzynarodowych, jednak pozwalano sobie na mniej lub bardziej lekcewa¿±cy os±d cech osobistych i postêpowania dygnitarzy partyjnych, dobrotliwie krytykowano sztandarowe artyku³y prasowe, mru¿ono delikatnie oczka w stosunku do niektórych poci±gniêæ wadzy. Wszystko rzecz jasna cichutko, konfidencjonalnie, delikatnie. W³a¶ciwe s³ówka dla w³a¶ciwych uszek.

             Poziom rodzinno -  prywatny. Tutaj, w gronie ¶ci¶le rodzinnym, mo¿na ju¿ by³o sobie nieco pofolgowaæ. Niektórzy o¶mielali siê do tego stopnia, ¿e zaczynali psioczyæ nawet na ustrój, lub o zgrozo, na Wielkiego Brata. Gdzieniegdzie, w czterech ¶cianach domostwa, nucono cichutko zapomniane dawno pie¶ni patriotyczne, ko¶cielne. Delikwent, g³owa rodziny, ojciec dzieciom, wyrasta³ na cichego bohatera, walcz±cego skrycie z wszechpotê¿n±, czerwon± zaraz±, tylko dla niepoznaki zatrudnionego od lat na wiadomym, francowatym wszak stanowisku. La³y siê ³zy bezsilnego upodlenia. Góra do pierwszej w nocy -  bo przecie¿ rano znowu trzeba by³o i¶æ do roboty, na pierwsz± liniê czerwonego frontu.

             I poziom ostatni, prywatny, osobisty. Czasem, choæ rzadko, prawdziwe piek³o poszatkowanej ja¼ni. Resztki sumienia, koszmarne sny, nieraz odraza podczas golenia. Czêsto niesk³adna, bezsensowna modlitwa, tak na wszelki wypadek. Bezkresna, nieogarniona ziemia nieznana, a ¶ci¶lej, nieurodzajny, ja³owy ugór, przeorywany co i rusz przez wysokowydajne p³ugi natrêtnej, chamskiej w swej beznadziejnej prostocie propagandy masowej.

             Ponad tym wszystkim unosi³a siê w niedostêpnych niebiosach centralna, nieobliczalna w³adza, ten tysi±cg³owy, upierdliwy demiurg, wszechpotê¿ny, nieusuwalny strup.

--------------------------------------------------------

             Przebrn±³ wiêc jako¶ przez szko³ê podstawow± i po czerwcowej naradzie rodzinnej, a równie¿ gnany jak±¶ irracjonaln±, lokaln± mod±, zapisa³ siê do pobliskiego Technikum Mechanicznego w nadziei zdobycia pop³atnego zawodu mechanika samochodowego. Znaj±cego siê rzecz jasna g³ównie na Jaguarach, Rolls-Roysach i Mercedesach. Sz³o mu nawet nie¼le, tyle tylko, ¿e bezpo¶rednio przed matur±, w kwietniu, musia³ siê stawiæ konkretnego dnia w jakiej¶ zapomnianej jednostce wojskowej pod wschodni± granic±.

             Nic nie pomog³y wêdrówki matki po ró¿nych wa¿nych urzêdach. Pamiêtano jej tam ci±gle biern± niesubordynacjê w stosunku do tuszuj±cych sprawê niezbyt legalnego pochodzenia Romka ubeków. Urzêdy, jak jakie¶ ponure bóstwo – nierychliwe, ale za to pamiêtliwe. Prawdê mówi±c matka pogorszy³a jeszcze sytuacjê swoim brakiem pokory i zdawa³oby siê logiczn± argumentacj± - ¿e syn w³a¶nie bêdzie robi³ maturê, ¿e zaraz potem idzie do pracy by utrzymaæ jako¶ upadaj±cy dom i zarobiæ na wiêzienne paczki dla starszego brata. Gdzie¿ tam. Zdrowy, wicie, zdolny, rozumicie, a ojczyzna takich w armii potrzebuje. Nie ma dyskusji.

             Zostawi³ wiêc star± kobietê sam± na mizernym gospodarstwie i wsiada³ do darmowego poci±gu ze ³zami w oczach. Zupe³nie nie wiedzia³ co robiæ. Starszy brat mia³ jeszcze dwa lata do odsiadki za drukowanie nielegalnej, antyrz±dowej prasy i Romek zamartwia³ siê teraz o chorowit± staruszkê. Có¿ jednak móg³ na to wszystko poradziæ? Sta³ wiêc w korytarzu rozklekotanego, przepe³nionego wagonu; patrz±c przez brudn± szybê w zaokienny mrok. Jecha³ w przymusowe nieznane.

             Wbrew oczekiwaniom nie trafi³ ¼le. Jednostka okaza³a siê ma³±, rodzinn± prawie, placówk± graniczn±, dowódc± której by³ rozs±dny, ludzki i zw³aszcza weso³y major Kuk³a. Dba³ o swoich ludzi, w miarê mo¿liwo¶ci ma siê rozumieæ, i nie pozwala³ nikomu na tradycyjne ju¿ gdzie indziej fanaberie, rozgrywaj±ce siê zazwyczaj pomiêdzy rocznikiem starszym a m³odszym. Mia³ tylko jedn±, drobn± wadê. By³ starym kawalerem i nie lubi³ kobiet. Nie, ¿eby podobali mu siê m³odzi ch³opaczkowie, poborowi na przyk³ad, ale nie znosi³ kobiet w sposób szczególny, jako¶ do pewnego stopnia uzasadniony i nawet po ¿o³nierskiemu logiczny. Regularnie organizowa³ nocne, mêsko -  damskie turnieje, z udzia³em zaufanych podw³adnych i miejscowych, nieustaj±co chêtnych panienek. Ba! Jakim¶ cudem wszed³ w rozrywkowe uk³ady z bratni±, radzieck± obs³ug± drugiej strony granicy pokoju i ogólnej szczê¶liwo¶ci, co wydatnie zwiêkszy³o skoñczony wszak lokalnie asortyment damskich wdziêków.

             I zawsze rano, po takiej nocnej, wyczerpuj±cej sesji, wypuszcza³ wyeksploatowane ju¿ do cna kobitki w samych tylko maskach przeciwgazowych, po czym kaza³ im trafiaæ z ka³asznikowa do ustawionych w lesie, opró¿nionych dopiero co butelek. Trafi³a - odje¿d¿a do domu wojskowym gazikiem -  nie trafi³a, zasuwa psia j± maæ piechot± przez rozleg³y las. Kuk³a nazywa³ to æwiczeniami obrony cywilnej i oczywi¶cie mia³ racjê. Wyniki w damskim strzelaniu by³y coraz lepsze.

             Romek nie bra³ w tym wszystkim udzia³u, a mimo to otrzyma³ sierpniowy, ekstra urlop z okazji ¿niw. Zasta³ matkê przygnêbion± do reszty i powa¿niej ju¿ chor±. Zebra³ wszystko sam z pola, wym³óci³ w³asnorêcznie, a nastêpnie sprzeda³ za grosze ¿a³osne nadwy¿ki cwanemu s±siadowi. Musia³ wracaæ do jednostki, wiêc obieca³ matce, ¿e postara siê nied³ugo przyjechaæ znowu, po czym ponownie musieli siê po¿egnaæ. Pod koniec wrze¶nia okaza³o siê, i¿ widzieli siê ju¿ ostatni raz. Matka zmar³a w domu, podobno we ¶nie, i w sumie nie bardzo wiadomo na co. Tak przynajmniej twierdzi³ miejscowy mistrz plastra i stetoskopu. Wróci³ wiêc Roman spod granicy by pochowaæ udrêczon± kobietê i zosta³ ju¿ na dobre. Tym razem by³y pe³ne, formalne podstawy do od³o¿enia jego wojskowych, zaszczytnych powinno¶ci na czas bli¿ej nieokre¶lony.

             Zosta³ na gospodarstwie sam jak palec. Wiêzienny brat nie liczy³ siê zupe³nie -  nigdy nie by³o miêdzy nimi ¿adnych uczuæ a Filip mia³ w g³owie wszystko, tylko nie rolnictwo. Zgodzi³ siê zreszt± chêtnie i trzeba przyznaæ, ca³kowicie bezinteresownie, na rezygnacjê z wszelkich roszczeñ maj±tkowych. Po kilkumiesiêcznych, bezsensownych korowodach urzêdowych, notarialnych, sta³ siê wiêc Roman jedynym w³a¶cicielem mizernego, upadaj±cego gospodarstwa. W³a¶cicielem ponurym i ma³omównym, jak jego zmar³a matka. Têskni³ za ni± i w przeciwieñstwie do zapijaczonego konowa³a, zna³ przyczyny jej ¶mierci. Zabi³o j± to zasrane, pszennoburaczane ¿ycie, te ci±g³e upokorzenia, ta nieustaj±ca, codzienna, beznadzieja.

             Jakim¶ cudem dogada³ siê Romek z koleg± szkolnym i ten, bywalec warszawskich klubów m³odzie¿owych, narai³ mu dwie studentki prawa jako potrzebuj±ce taniego lokum sublokatorki na okres uniwersyteckiej mitrêgi. Zamieszkali wiêc we trójkê, po czym jedna z nich szybko zrezygnowa³a z tej nietypowej, nieweso³ej stancji, g³ównie z powodu trudno¶ci z dojazdem na zajêcia. Druga zosta³a i to w³a¶nie by³a Marta.

             Có¿. Jak by³o do przewidzenia, z obopóln± przecie¿ win±, dziewczyna bardzo szybko sta³a siê brzemienn±. Byæ mo¿e by³ to przede wszystkim skutek absolutnego braku do¶wiadczenia Romka w tych sprawach, jego tak dziwacznego nie uczestniczenia w nocnych zajêciach majora Kuk³y? Mo¿e by³y te¿ inne przyczyny, kto wie, le¿±ce po stronie skromnej dziewczyny? W ka¿dym razie trzeba by³o co¶ z tym fantem zrobiæ. Marta, studentka pierwszego roku, szybko zorientowa³a siê, ¿e wkuwanie prawa rzymskiego nie jest jej pasj± ¿yciow±, ¿e raczej woli ciê¿k± pracê po¶ród sypi±cych siê tynków i pochy³ych, trzeszcz±cych ¶cian Romkowej zagrody. Taki wybór. Da³a wiêc sobie spokój z uci±¿liwymi dojazdami warszawskimi i zakotwiczy³a tutaj na sta³e.

             Niebawem pojawili siê w ich domu zatroskani wypadkami rodzice Marty, bogaci, pod³ódzcy producenci jakich¶ pantofli czy pasków. Odby³a siê wiêc szczegó³owa inspekcja ekonomiczna upadaj±cego maj±tku i nastêpnie burzliwa narada rodzinna. A ¿e m³oda para twardo obstawa³a przy wspólnym ¿yciu na dobre i z³e, szybko ustalono termin ¶lubu i skromnego wesela, ju¿ na m³odej panny rodzinnym, znacznie mniej przygnêbiaj±cym wizualnie terenie. Romek, jedyny przedstawiciel swojej nacji na tej uroczysto¶ci, czu³ siê fatalnie, wiêc zaraz po wystawnym przyjêciu wrócili z m³od± ¿on± na skromniutkie, zrujnowane swoje.

             Pierwszy urodzi³ siê Jacek i od tego momentu zaczê³y siê ich powa¿ne k³opoty. Dziecko by³o nad wyraz odporne i zdrowe, jednak w³a¶nie g³ównie z tego powodu, niespotykanej si³y ma³ych p³ucek, wielkiej ruchliwo¶ci i apetytu, wymaga³o ci±g³ej opieki. Marta musia³a siê kompletnie wy³±czyæ z prac gospodarskich. Roman harowa³ wiêc od ¶witu do nocy, jednak mimo to ci±gle brakowa³o na wszystko. Nie mieli nawet najprostszego radia, nie mówi±c ju¿ o fanaberiach typu pralka, telewizor czy odkurzacz. Wokó³ powstawa³y podejrzane fortuny, po drogach je¼dzi³o coraz wiêcej super samochodów, zdobywanych w super prosty, super nieuczciwy sposób, a oni wegetowali jak jacy¶ abnegaci, bez jakiejkolwiek nadziei na lepsze. Po roku do³±czy³ do m³odej rodziny Adam i zrobi³o siê jeszcze gorzej.

             Roman, jako mê¿czyzna, jako podpora i fundament wspólnej egzystencji, nie sprawdza³ siê zupe³nie. Przede wszystkim z powodu swojej skrajnej, a¿ do g³upoty posuniêtej uczciwo¶ci i wra¿liwo¶ci. Nigdy niczego nie ukrad³, kompletnie wbrew powszechnej, wydaje siê odwiecznej modzie, temu narodowemu sportowi. Nigdy te¿ nikogo nie ok³ama³, nawet w najb³ahszej sprawie. I to najgorsze -  absolutnie niewybaczalnie nie pi³ - nie móg³ wiêc niczego porz±dnie za³atwiæ. Minê³o pierwsze uczucie, bêd±ce wyj¶ciow± podstaw± ich zwi±zku i teraz Marta coraz czê¶ciej, coraz gwa³towniej dawa³a wyraz swojemu niezadowoleniu. Wszystkie swoje pozytywne uczucia ulokowa³a w synach, a nieudacznego mê¿a zaczyna³a powoli traktowaæ jako przykre obci±¿enie. Na szczê¶cie nie zwraca³a siê jeszcze o ¿adn± pomoc do rodziców, którzy przecie¿ czekali tylko na jedno jej s³owo. Zdawa³a sobie doskonale sprawê z tego, ¿e natychmiast us³yszy zgry¼liwe, pe³ne jadowitej satysfakcji: - A nie mówili¶my?

             Na domiar z³ego, po czternastu latach ma³¿eñstwa, po czternastu latach tej mordêgi, wycieñczony ciê¿k± prac±, niedo¿ywiony ci±gle Roman, nabawi³ siê niedokrwisto¶ci i ciê¿kiej anemii. Wyl±dowa³ na trzy miesi±ce w teoretycznie bezp³atnym, pañstwowym szpitalu, dobrze chocia¿, ¿e pó¼n± jesieni±, ju¿ po wykopkach. Tam dopiero siê dzia³o, tam dopiero siê napatrzy³ i nas³ucha³. Le¿a³ na wietrznym, zawsze niezwykle ruchliwym i ha³a¶liwym korytarzu, w¶ród cierpi±cych, umieraj±cych staruszków, traktowanych przez personel szpitalny jak ostatnie bydlêta. Dziwi³ siê pocz±tkowo, jakim cudem dwudziestoletnia, ¶liczna panienka, nazywana tu eufemistycznie pielêgniark±, mo¿e mieæ tak wredny, taki trepowaty stosunek do wycieñczonych chorob± pacjentów? Mimo ich cichutkich, rozpaczliwych i pe³nych samoupokorzenia pró¶b; a to o ³yk wody, a to o basen, czy wreszcie o kilka sekund normalnej, ludzkiej rozmowy -  byæ mo¿e ostatniej w ich zasranym, nêdznym ¿yciu. A przecie¿ medycy, lekarze, szczególnie ci z wieloletni± praktyk±, byli jeszcze gorsi. Koszmar.

             Zrozumia³ to dopiero wtedy, gdy u¶wiadomi³ sobie, ¿e ¿yje przecie¿ w kraju gdzie od lat, ostatnio ca³kiem jawnie, funkcjonuje kult radosnego cwaniactwa, pazernej zaradno¶ci, kult m³odego, bezwzglêdnego byka, nie licz±cego siê zupe³nie z nikim têpaka. Kraju masowych, prostackich w swoim zamy¶le imprez sportowych, s³u¿±cych g³ównie do kontrolowanego kanalizowania masowych frustracji, na których mo¿na bezkarnie powyrywaæ ³awki i przy³o¿yæ s±siadowi dech±, kraju b³yskawicznych interesów, ³atwych panienek spod znaku techno i bia³ych skarpetek na niemytych miesi±cami, spoconych, byczych stopach. Kraju, gdzie najwy¿sz± cnot±, honorowan± gremialnie w politycznych, absolutnie nie merytorycznych i oszukañczych wyborach, jest u¶miechniêta, upudrowana i wyszczekana gêba, udrapowana b³yszcz±cym krawatem w grochy. To zupe³nie nic, ¿e bezczelnie k³amliwa i cynicznie, w oczywisty sposób, niewiarygodna.

             Romek ani w z±b nie móg³ zrozumieæ, jak mo¿na powtórnie stawiaæ na przedstawicieli zimnej, wyrafinowanej bandy, która mordowa³a i wsadza³a do wiêzieñ kogo tylko chcia³a, która nie cofa³a siê przed najbardziej jawnym oszustwem, która w koñcu od dziesiêcioleci ³upi³a bez opamiêtania i z rozpasan± pazerno¶ci± ten biedny kraj, wys³uguj±c siê ¿a³osnymi przydupasami z propagandy masowej. Wyja¶nienie mog³o byæ tylko jedno -  trwa³y, kliniczny wrêcz, masowy i totalny uwi±d intelektualny, abnegacja rozumowa do kwadratu, rozk³ad. Krótko mówi±c bezbrze¿na, wszechogarniaj±ca, zwyk³a têpota. Co siê daje zreszt± ³atwo obserwowaæ i gdzie indziej, w innych, tzw. krajach cywilizowanych. A nawet na ca³ym Bo¿ym ¶wiecie.

             I to w³a¶nie w tej obskurnej wykañczalni, w tej zapuszczonej, prowincjonalnej fabryce ¶mierci cz³owieczego gnoju, straci³ resztki zainteresowania lud¼mi i jakby to nie brzmia³o wznio¶le i g³upio, ludzko¶ci± jako tak±.

             Ledwie podleczony fizycznie, ale ju¿ do reszty prawie za³amany, wróci³ bez specjalnego entuzjazmu do rodziny. S±dzi³, ¿e jego trzymiesiêczna nieobecno¶æ da³a siê Marcie jako¶ we znaki, ¿e powita go cieplej. Niestety. Ca³e Bo¿e Narodzenie spêdzili nie odzywaj±c siê prawie do siebie. Ch³opcy biegali po okolicy bawi±c siê g³ównie z zaprzyja¼nionymi psami, a oni siedzieli we dwoje w ch³odnym, oszronionym miejscami wnêtrzu domu jak napuszone sowy.

             W³a¶nie wtedy postanowi³ odej¶æ. Wytrzyma jeszcze tylko do lata, wykona wiosenne prace rolne, obsadzi skromne pole ziemniakami i zakoñczy sierpniowe ¿niwa. Postara siê zapewniæ jaki¶ byt rodzinie, przynajmniej na najbli¿sz± zimê, przynajmniej do czasu, gdy, w co nie w±tpi³, zainteresuj± siê Mart± i wnuczkami jej przygnêbiaj±cy, bogaci rodzice. A potem uwolni ich wszystkich od siebie radykalnie, raz na zawsze.

--------------------------------------------------------

--------------------------------------------------------

             Marta zbiera³a siê do gotowania obiadu, choæ od rana znowu bola³a j± g³owa. Ch³opcy biegali po podwórku, ale jako¶ tak niemrawo, ospale - pewnie z powodu gor±ca. Ich nieokre¶lonej rasy pies, rozci±gn±³ siê w cieniu pod powa¿nie ciê¿arn± jab³oni± i dysza³ ciê¿ko z przegrzania. Kolejny, upalny dzieñ. By³o kilkana¶cie minut po jedenastej i patrz±c teraz na synów, zastanawia³a siê, co te¿ im zrobiæ na obiad - codzienny, gasz±cy wszelkie ja¶niejsze my¶li dylemat. Z Romkiem nie by³o problemu, gdy¿ nie by³ wybredny, ale ch³opcy? Tak, chyba upitrasi im wszystkim zwyk³ej, taniej pomidorówki. Zaraz, zaraz, przecie¿ nie ma soli.

             - Jacek! -  zawo³a³a starszego.

             - Tak? -  podszed³ do niej krêc±c jakim¶ patykiem.

             - Masz tu pieni±dze i id¼cie z Adasiem do sklepu po kilogram soli.

             Gdy synowie zniknêli za zakrêtem, zabra³a siê do robienia makaronu. W pewnym momencie wyda³o siê jej, ¿e wokó³ zrobi³o siê przera¼liwie zimno. Do tego stopnia, ¿e wilgotna szmatka, której u¿ywa³a do ¶cierania sto³u, jakby zatrzeszcza³a w jej rêku. Woda zamarz³a? Bzdura. Wybieg³a z domu i rozejrza³a siê po okolicy. Nie, nic siê nie zmieni³o. S³oñce piek³o niemi³osiernie a przydomowe kury spokojnie grzeba³y w piachu. Tylko £ysy sta³ na czterech ³apach i podkuliwszy ogon, skomla³ cichutko. Pokrêci³a g³ow± i wróci³a do przerwanej pracy martwi±c siê trochê o Romana, który wyszed³ z domu dwie godziny temu, nic jak zwykle nie mówi±c. Prawdê powiedziawszy, wspó³czu³a mê¿owi jego k³opotów, ca³ej tej beznadziejnej sytuacji, z któr± nie umia³ sobie jak dot±d poradziæ. Rozumia³a jego przygnêbienie i to, ¿e jest mu, jako mê¿owi i ojcu, g³owie rodziny, coraz trudniej znosiæ te ci±g³e pora¿ki, ci±g³y, nieustaj±cy od lat, stan niespe³niania, niemo¿no¶æ zwyk³ego utrzymania rodziny. Coraz bardziej cwany, ha³a¶liwy, bazarowy ¶wiat wokó³, schamia³ nie do wytrzymania i prawdê mówi±c wszystko sta³o siê jakie¶ takie bzdurne, z³e, obce i przera¿aj±ce. Te¿ czu³a siê zagubiona w tej natrêtnej, ruchliwej jak w nieustaj±cym ataku epilepsji, pstrokaci¼nie. No, ale có¿ mog³a na to poradziæ? Sama tak¿e niczego nie by³a w stanie wymy¶liæ.

             £ysy zaszczeka³ w charakterystyczny sposób. To wracali ch³opcy. Wytar³a rêce i wysz³a przed dom. Po chwili zza zakrêtu wybieg³ Jacek, a po kilku sekundach goni±cy go bez powodzenia Adam.

             - Mamo! Tam nikogo nie ma! -  mimo intensywnego biegu ch³opiec mówi³ swobodnie, bez ¶ladu zadyszki.

             - Gdzie?

             - No, w sklepie.

             - Nie kupili¶cie soli?

             - Nie, to znaczy tak... ale... -  wyci±gn±³ rêkê z napêcznia³± torebk± foliow± - wziêli¶my... sami.

             - Jak to? Ukradli¶cie? -  za³ama³a rêce. - Ojciec wam da jak wróci.

             - Nie -  zacz±³ wyja¶niaæ Adam - My¶my zostawili pieni±dze na ladzie.

             - Tak? Nie by³o pani Krysi? A jak weszli¶cie do sklepu?

             - By³ otwarty -  powiedzia³ cicho Jacek.

             - I nie by³o tam nikogo doros³ego?

             - Nie.

             Musia³o siê co¶ staæ. Zawistowska nie zostawi³aby przecie¿ ca³ego dobytku sklepowego na pastwê modnie nieogolonych i równie modnie cuchn±cych gorza³±, okolicznych cwaniaczków. Mo¿e zachorowa³a nagle? A mo¿e to... napad? Coraz czê¶ciej s³yszy siê przecie¿ o takich rzeczach. A¿ siê zatrzês³a, gdy pomy¶la³a na co synowie byli nara¿eni.

             - Dobrze ju¿. Id¼cie siê bawiæ na podwórko. Albo nie! Zostañcie tutaj i mówcie kogo widzieli¶cie.

             - Nikogo -  stanowczo stwierdzi³ Adam.

             - Nikogo?

             - Tak -  potwierdzi³ Jacek. - Nawet tych panów od budowania p³otu u Krzy¶ka.

             - Przestali budowaæ p³ot? -  wypytywa³a Marta, mieszaj±c jednocze¶nie ciasto na makaron. Stary Niedzia³ek, dziadek Krzy¶ka, nie pozwala³ nigdy wynajêtym murarzom na obijanie siê, zw³aszcza przy ostatecznym wykañczaniu nowego, luksusowego domu.

             - Chyba... nie, bo by³y tam wszystkie narzêdzia i w³±czona betoniarka.

             - Betoniarka jest fajna, no nie? -  zapali³ siê Adam.

             - Jasne -  przytwierdzi³a Marta  - Jacek, przynie¶ wody w wiaderku.

             Starszy wzi±³ puste wiaderko i poszed³ do studni po wodê. Tymczasem Adam opowiada³ dalej.

             - A przed poczt± sta³ ekstra samochód.

             - No i?

             - Nic. Nikogo nie by³o a silnik pracowa³.

             - Jak to?

             - Nie wiem. Wszystkie drzwi by³y otwarte.

             Martê uderzy³o co¶ nieprzyjemnie w tych niesk³adnych relacjach. Zaczeka³a a¿ wróci Jacek z wod±, po czym usiad³a i próbowa³a ustaliæ z ch³opcami jakie¶ wyja¶nienie.

             - Powiedz mi Jacek, czy widzieli¶cie KOGOKOLWIEK?

             - No w³a¶nie mówiê, ¿e nie.

             - Nawet pana Jagielskiego w swoim kiosku?

             - Nie.

             - Co nie? Mów pe³nym zdaniem.

             - Nie by³o go tam.

             - Nawet jego bezczelnych dzieci?

             - Nie.

             - A... jego pies?

             - Pies by³ i... biega³ wokó³ kiosku jak g³upi.

             Martê ogarn±³ jaki¶ niezrozumia³y, irracjonalny strach. Jeszcze nie wiedzia³a o co tu chodzi, ale poczu³a w gardle podchodz±c± z do³u gulê utrudniaj±c± oddech. Wyczuwa³a kobiecym instynktem co¶ strasznego, co¶ ogromnego i nieodwracalnego. Gdzie ten niedojda Romek? Spojrza³a bezwiednie w okno i stwierdzi³a, ¿e zbiera siê na burzê. Nareszcie trochê och³ody.

             - Ch³opcy. Jazda na podwórko, zbieraæ bieliznê ze sznurków -  zarz±dzi³a. 

--------------------------------------------------------

             Ockn±³ siê z powodu ostrego bólu w lewej kostce. Otworzy³ ostro¿nie oczy i wystraszony, rozejrza³ powoli dooko³a. Gdzie¶, wewn±trz, mia³ cich± nadziejê, ¿e stwierdzi, i¿ szybuje ³agodnie w bezcielesnej postaci ponad swoim dyndaj±cym na ga³êzi, niepotrzebnym ju¿ truch³em, ¿e prze¿yje b³yskawiczny przelot przez czarny tunel, ¿e spotka wreszcie swoj± zmar³± matkê po¶ród zielonych, o¶wietlonych z³otym ¶wiat³em ³±k. Naczyta³ siê kiedy¶ takich sympatycznych, niestworzonych bredni, które poruszy³y go wtedy do g³êbi. Nic z tego. Le¿a³ na jak najbardziej realnej, wyschniêtej ¶ció³ce le¶nej, pod ow± wybran±, wspania³± sosn±, z której teraz smêtnie zwisa³ kawa³ek zerwanego w po³owie, zielonego sznurka. Niech to szlag. Linka najwyra¼niej nie by³a najlepszej jako¶ci, i poddana gwa³townemu szarpniêciu po prostu pêk³a. Najwyra¼niej nie potrafi³ siê nawet zabiæ.

             Zakl±³ ponownie i ¶ci±gn±³ z szyi uwieraj±c± go pêtlê. Usi³owa³ wstaæ, ale natychmiast usiad³ znowu, przymuszony bólem w lewej stopie. Skrêci³ cholera nogê przy upadku. I co teraz? Nie wejdzie ponownie na drzewo, zreszt± po co, je¶li nie ma zapasowego, wystarczaj±co mocnego sznura? Jednak wyprostowa³ siê powtórnie i ostro¿nie postawi³ nogê. Boli psiakrew, ale mo¿na jako¶ i¶æ. Wyrzuci³ resztki linki która tak go sromotnie zawiod³a, zebra³ swój ¿a³osny plecak, rozejrza³ siê jeszcze raz dooko³a i ku¶tykaj±c ruszy³ z powrotem ku asfaltowej drodze. Sierpniowe s³oñce by³o ju¿ w zenicie, a sucha, bezwietrzna duchota coraz bardziej dawa³a siê we znaki.

             Zdeterminowany ci±gle Roman powzi±³ ad hoc nowy, chyba tym razem realny plan skoñczenia z sob±. Wróci do szosy, w okolice niedalekiego, do¶æ stromego zjazdu, gdzie wiêkszo¶æ kierowców folguje sobie i rozpêdza w³asne maszyny do granic wytrzyma³o¶ci mechanicznej, zaczeka na wystarczaj±co potê¿ny pojazd, najlepiej jaki¶ TIR z naczep±, po czym wyskoczy nagle zza drzew wprost pod maskê kolosa. Oczywi¶cie nie ma ¿adnych szans w starciu z tak potê¿n±, pêdz±c± bezw³adnie mas±. A i odszkodowanie dla rodziny bêdzie mo¿liwe. ¯e te¿ nie pomy¶la³ o tym wcze¶niej.

             W miarê mozolnego zbli¿ania siê do drogi co¶ go pod¶wiadomie zaniepokoi³o. Chyba ta skrêcona stopa. Zda³ sobie sprawê, ¿e z jej powodu nie bêdzie w stanie wyskoczyæ wystarczaj±co szybko, ale momentalnie odrzuci³ tê obawê, gdy¿ przecie¿ droga by³a bardzo w±ska, dwupasmowa i pewnie nie bêdzie z tym wielkiego problemu. Nagle zrozumia³ - i a¿ przystan±³. By³ ju¿ bardzo blisko drogi i od pewnego czasu powinien by³ s³yszeæ szum pêdz±cych maszyn. Na chwilê wstrzyma³ oddech. Nic, kompletna, le¶na cisza, zak³ócana tylko codzienn± paplanin± wiecznie "zalatanych" ptaków. Co¶ tu nie tak, pomy¶la³, i szybciej ruszy³ w stronê szosy. Po chwili znalaz³ siê na skraju drogi, na ³agodnym wzniesieniu, przez które przebiega³a asfaltowa, rozgrzana wstêga.

             Tak popularna przecie¿ droga, by³a teraz absolutnie pusta, a ¶ci¶lej, nieruchoma. Martwa, bez ¶ladu ruchu. Jak okiem siêgn±æ, na paruj±cym asfalcie sta³y przeró¿ne pojazdy, nawet TIR-y, ale w³a¶nie… sta³y. Dziêki s³onecznej pogodzie widoczno¶æ by³a znakomita, i tylko gdzie¶ tam, w odleg³o¶ci mniej wiêcej dwóch kilometrów, niczego ju¿ nie mo¿na by³o zobaczyæ z powodu faluj±cego, nagrzanego powietrza. Ciekawe. Mo¿e jaka¶ blokada policyjna? Pewnie znowu poszukuj± bandziorów.

             Zmêczony wydarzeniami oraz mozoln± wêdrówk± przez nagrzany las, usiad³ na po³udniowym skraju asfaltu, w cieniu, i postanowi³ czekaæ. Pochyli³ g³owê na podci±gniête kolana, przymkn±³ oczy, po czym natychmiast usn±³.

--------------------------------------------------------

             Ockn±³ siê nagle, obudzony dalekim, g³uchym grzmotem. Spojrza³ w tym kierunku i zobaczy³ ciê¿kie chmury burzowe, nadci±gaj±ce od zachodu. Na drodze nic siê w dalszym ci±gu nie zmieni³o. Poniewa¿ nie mia³ zegarka, oceni³ po s³oñcu, i¿ drzema³ jakie¶ pó³ godziny. Zerwa³ siê na równe nogi i stwierdzi³, ¿e lewa stopa ju¿ jest chyba ca³kiem zdrowa gdy¿ nie poczu³ ¿adnego bólu. Ruszy³ energicznie w kierunku najbli¿szego, stoj±cego ci±gle samochodu.

             To by³o eleganckie, nowiutkie Audi. Bez kierowcy i bez pasa¿erów. Je¶li nie liczyæ ma³ej, drucianej klatki na tylnym siedzeniu, z ruchliwym wewn±trz chomikiem o ¶widruj±cych, czerwonych oczkach. Jaki¶ prezent dla dzieci. Audi z w³±czonym, cicho pracuj±cym silnikiem i kompletem kluczyków w stacyjce. Rozejrza³ siê wokó³ uwa¿nie. Nic, tylko rzadko stoj±ce sosny.

             - Hop, hop! -  krzykn±³ w las, lecz przesta³ natychmiast i ostro¿nie nacisn±³ klakson samochodu. W spokojn± ciszê lasu wtargn±³ przera¼liwy sygna³ luksusowego auta, a z okolicznych drzew zerwa³o siê ca³e mnóstwo wystraszonych ptaków. I jeszcze raz. I jeszcze.

             Nic. Nikogo.

             To przecie¿ niemo¿liwe. Otwarty samochód stoi przynajmniej od pó³ godziny z w³±czonym silnikiem. Co¶ siê jednak musia³o staæ. I ta niepokoj±co martwa droga.

             Pomy¶la³, ¿e mo¿e zorientuje siê w sytuacji przy drugim, stoj±cym o jakie¶ sto metrów dalej, poje¼dzie. Pu¶ci³ siê biegiem ¶rodkiem asfaltowej jezdni i po kilku sekundach sta³ ju¿ obok zakurzonego, baga¿owego Nissana. Tutaj równie¿ drzwi by³y otwarte a dieslowski silnik klekota³ spokojnie na ja³owym biegu. Wewn±trz tak¿e nikogo. Samochód sta³ ju¿ poza granic± lasu, w szczerym, p³askim polu, pokrytym jak okiem siêgn±æ, suchym ¶cierniskiem po z¿êtym tydzieñ temu zbo¿u. I jak ju¿ by³ o tym pod¶wiadomie przekonany, wokó³ absolutne bezludzie. Co to wszystko znaczy, gdzie oni wszyscy poszli? Powoli narasta³ w nim jaki¶ nieokre¶lony niepokój o rodzinê.

             Tymczasem gêste chmury burzowe zakry³y s³oñce i o gor±cy asfalt zaczê³y uderzaæ pierwsze, ciê¿arne krople ciep³ej wody. Gwa³townie rós³ wokó³ szum setek, nastêpnie tysiêcy kropel deszczówki, by przerodziæ siê momentalnie w prawdziwy, zalewaj±cy ca³± okolicê, wodospad. Nie by³o nad czym siê zastanawiaæ. Wsiad³ do Nissana i pozamyka³ drzwi. Rozejrza³ siê. Ca³a prawie przestrzeñ baga¿owa pojazdu, wype³niona by³a równiutko, porz±dnie, szarymi, prostopad³o¶ciennymi kartonami -  ka¿dy z czerwonym napisem: "Szynka konserwowa w puszkach -  2,5 kg. -  Masart -  Hurt -  Detal -  Eksport -  Import." Widocznie jaki¶ transport dostawczy, pomy¶la³. Wewn±trz samochodu by³o straszliwie gor±co, sta³ przecie¿ od d³u¿szego czasu na pal±cym s³oñcu i dopiero teraz, bêbni±ce o blaszany dach krople deszczu przynosi³y stopniowe och³odzenie. Wrzuci³ bieg i lawiruj±c pomiêdzy dziesi±tkami nieruchomych, pozbawionych kierowców i pasa¿erów pojazdów, ruszy³ ostro w kierunku osady. Zamierza³ dojechaæ do posterunku policji i zg³osiæ im dziwne wydarzenia na drodze. Poza tym, z jakiego¶ nieznanego mu powodu, czu³ potê¿niej±cy, nieopanowany strach o Martê i ch³opców. Mniejsza ju¿ o jego zamiary sprzed kilkudziesiêciu minut. Zapomnia³ o tym.

             Baga¿ówka nie by³a w dobrej formie i rzêzi³a nieco, gdy wyciska³ z niej wszystko czym dysponowa³a. Wycieraczki dzia³a³y fatalnie, wiêc strugi wody zalewa³y raz po raz przedni± szybê. Do posterunku nie by³o zbyt daleko, jakie¶ piêæ kilometrów, a mimo to a¿ siê spoci³ z niecierpliwo¶ci i wal±c d³oñmi w kierownicê, przynagla³ zu¿yty pojazd do jeszcze wiêkszego wysi³ku. Co kilkana¶cie sekund mija³ stoj±ce na drodze, opuszczone auta i ju¿ niczemu siê nie dziwi³.

             Zatrzyma³ siê z piskiem ³ysawych opon przed wej¶ciem na komisariat i wyskoczy³ z baga¿ówki o ma³o siê nie przewracaj±c. Wpad³ do ma³ego pokoiku, gdzie zawsze siedzia³ za swoim biurkiem ospowaty kapral Dusza i zdêbia³. Nikogo tu nie by³o. W pokoju obok równie¿. £azienka? -  nie, tak¿e pusta. Co to wszystko znaczy? Czu³, ¿e w³osy staj± mu dêba na og³upia³ej g³owie. Zajrza³ jeszcze do miniaturowego aresztu, ale i ten by³ pozbawiony jakiegokolwiek lokatora. Zaraz, zaraz, mo¿e poczta?

             Wypad³ na skromn± uliczkê i przebieg³ na drug± stronê, gdzie na parterze jednopiêtrowego budyneczku zarz±du skupu, mie¶ci³a siê k±tem placówka pocztowa. Min±³ stoj±cego przed wej¶ciem, otwartego na o¶cie¿, bezbronnego Forda, otworzy³ skrzypi±ce drzwi wej¶ciowe... i ju¿ wiedzia³. W ca³ej osadzie, w ca³ej wiosce nie ma nikogo. ¯adnego cz³owieka. Przera¿ony wróci³ do baga¿ówki i nie zwa¿aj±c na prawostronno¶æ ruchu drogowego, ¶rodkiem drogi, gna³ tym pojazdem do domu.

             Po piêciu minutach szaleñczej jazdy, b³otnistymi teraz, zalewanymi potê¿nym deszczem drogami, wypad³ zza ostatniego zakrêtu i zahaczaj±c prawym bokiem pêdz±cego auta o deskê w p³ocie, ma³o nie uderzy³ z rozpêdu we w³asn± stodo³ê. Wy³±czy³ silnik i wtedy nagle opu¶ci³a go odwaga. Ba³ siê wyj¶æ z kabiny i stwierdziæ to, po co tak tu pêdzi³. A je¶li...

             - Tato! Gdzie by³e¶? -  us³ysza³ poprzez szum deszczu, pe³en wyrzutu g³os Jacka.

             Nie wytrzyma³ napiêcia i po prostu... zap³aka³ jak dziecko. Dziêki Bogu, wszystko w porz±dku. Opanowa³ siê szybko, otar³ rêkawem brudnej koszuli ³zy i wyszed³ z baga¿ówki w strugi deszczu. Przez podwórze bieg³ do niego starszy syn, przeskakuj±c co wiêksze ka³u¿e. Wpadli sobie w ramiona i przez chwilê stali objêci, w ci±gle intensywnym, ciep³ym deszczu.

             - Gdzie reszta... tej... bandy? -  spyta³ syna.

             - Siedz± w domu i p³acz±.

             - P³acz±? Dlaczego?

             - Bo..., bo... wróci³e¶.

             U¶cisn±³ Jacka jeszcze mocniej i obaj, nie zwa¿aj±c ju¿ na ka³u¿e, weszli do domu. Marta siedzia³a przy oknie trzymaj±c na kolanach Adama. Oboje mieli zaczerwienione oczy.

             - Wszystko w porz±dku? -  zapyta³ od progu.

             - No w³a¶nie... nie wiem -  odpowiedzia³a cicho - A u ciebie?

             - Podobnie.

             Usiad³ przy stole. Uradowany Ada¶ zeskoczy³ z kolan matki i podbieg³ do ojca.

             - Sk±d masz taki samochód?

             - Ach, to d³uga historia.

             - A wiesz, ¿e u nas nikogo nie ma? -  pochwali³ siê malec.

             - Wiem. Ale musicie mi wszystko po kolei opowiedzieæ.

             - Ty te¿ opowiesz?

             - Jasne.

             Marta obserwowa³a spod okna tê wymianê zdañ i nagle zaczê³a szlochaæ. Roman zerwa³ siê z krzes³a i ostro¿nie przytuli³ ¿onê.

             - Co ci jest?

             - Nie wiem. Chyba... co¶ siê sta³o.

             - Tak. Ale musimy to wspólnie wyja¶niæ. Mów.

             Usiedli wszyscy wokó³ prostok±tnego sto³u. Poniewa¿ po niebie ci±gle przesuwa³y siê ciê¿kie chmury burzowe, wiêc w pokoju by³o ciemno i Jacek w³±czy³ ¶wiat³o. Bez widocznego jednak efektu. ¯arówki ¿yrandola rozjarzy³y siê tylko do ciemnej czerwieni, zupe³nie nie rozpraszaj±c mroku.

             - Napiêcie te¿ siad³o -  stwierdzi³ Roman - Ale na razie s³yszymy siê jeszcze jako¶ - spróbowa³ zlekcewa¿yæ wydarzenia.

             Po piêtnastu minutach wymiany informacji ustalili najwa¿niejsze fakty. Tu¿ przed po³udniem, przynajmniej w promieniu kilku kilometrów od ich domu, spad³a na okolicê nag³a i krótkotrwa³a fala niezwykle intensywnego, arktycznego zimna. W ¶rodku upalnego lata, w ¶rodku gor±cego, bezchmurnego dnia. Przypuszczalnie w tej samej chwili, lub te¿ zaraz potem, w niewyja¶niony sposób zniknêli gdzie¶ wszyscy ludzie, niezale¿nie od wieku. Wszystko inne; ro¶liny, zwierzêta, domy, ca³y materialny dobytek, pozosta³o bez zmian.

             - A dlaczego my zostali¶my? -  spyta³ Jacek.

             - Nie wiem ch³opie -  Roman pokrêci³ g³ow± - To jest tym dziwniejsze, ¿e przecie¿ w tej szczególnej chwili znajdowali¶my siê w ró¿nych miejscach.

             - Dzieje siê co¶ strasznego -  pochlipywa³a Marta.

             - Szkoda, ¿e nie mamy radia -  stwierdzi³ ¿a³o¶nie Adam.

             - Mamy!-  wykrzykn±³ Roman - W tej baga¿ówce jest radio.

             Zerwali siê wszyscy na równe nogi i wybiegli na podwórko. Ulewa ju¿ siê koñczy³a i teraz ciê¿kie niebo powoli siê przeja¶nia³o. Na podwórzu sta³y ogromne ka³u¿e wody, które jednak szybko wsi±ka³y w wyschniêty grunt. Powietrze by³o rze¶kie, przesycone tlenem, jak to po d³ugo oczekiwanej burzy. Roman otworzy³ kabinê Nissana i w³±czy³ ma³e, zachodnie radio samochodowe z odtwarzaczem kasetowym, wmontowane w pulpit kierowcy. We wci¶niêtym pod os³onê g³o¶niku, us³yszeli delikatny stukot uruchamianego urz±dzenia, nastêpnie sycz±cy szum zakresu FM. Pokrêci³ ga³k± strojenia, jednak nie dostroi³ siê do ¿adnej stacji.

             - E..., zepsute -  powiedzia³ Jacek

             - Chwileczkê -  Roman prze³±cza³ zakresy i manipulowa³ ga³kami chc±c znale¼æ jakikolwiek, choæby zagraniczny nadajnik. Nic.

             - Chyba rzeczywi¶cie zepsute-  powiedzia³ g³o¶no, ale poczu³ na plecach mrowienie. Spojrza³ na milcz±c± Martê i zrozumia³, ¿e ona te¿ siê boi. Dla pewno¶ci wyj±³ ze schowka obok jak±¶ kasetê i uruchomi³ odtwarzacz. Radio ryknê³o rockowym jazgotem, wiêc wy³±czy³ je ca³kowicie.

             - Dobre -  ucieszy³ siê Adam.

             - Nie. Dobry jest tylko magnetofon -  Roman postanowi³ dzia³aæ - Wsiadajcie do auta. Pojedziemy do wsi.

             Ju¿ chcieli wskakiwaæ do ¶rodka, ale okaza³o siê, ¿e w poje¼dzie s± tylko dwa fotele, a czê¶æ baga¿owa zajêta przez owe kartony z szynk±.

             - Co to? -  zapyta³a Marta.

             - Szynka konserwowa. Kto¶ to wióz³ do klienta -  Roman zastanawia³ siê co zrobiæ - Wy³adujemy to na razie do stodo³y. A je¶li sytuacja siê zmieni, znajdziemy w³a¶ciciela.

             - W±tpiê -  mruknê³a ponuro Marta, lecz pomaga³a swoim mê¿czyznom przy wy³adunku.

             Po opró¿nieniu Nissana stwierdzili, ¿e wzd³u¿ boków czê¶ci baga¿owej umieszczone s± dwie wygodne ³awki, na których usiedli ch³opcy. Rodzice zajêli miejsca na przedzie i nieobci±¿ony ju¿ jak poprzednio pojazd ruszy³ do wsi.

             Jednak zanim dojechali do najwiêkszego skupiska domów, zwanego tutaj ironicznie centrum, zatrzymywali siê kilkakrotnie, sprawdzaj±c mijane zabudowania, gospodarstwa. Niestety, ¿adnych ludzi. Wywo³ywali tylko w¶ciek³e, ha³a¶liwe reakcje pilnuj±cych obej¶cia psów, przewa¿nie uwi±zanych na ³añcuchu. Dochodzi³a szesnasta, chmury znik³y i znowu sierpniowe s³oñce grza³o niemi³osiernie. Wokó³ idealna cisza.

             Dojechali wreszcie do centrum i Roman ponownie zajrza³ na posterunek policji. Nic siê tu nie zmieni³o -  ciemnobr±zowe biurko Duszy nadal czeka³o na swojego urzêdowego u¿ytkownika. Spostrzeg³ na nim aparat telefoniczny i na chwilê za¶wita³a mu nadzieja, jednak w s³uchawce by³a zupe³na cisza. Brak nawet sygna³u i trzasków prze³±czania.

             - Ch³opcy. Jazda na pocztê i sprawdziæ wszystkie telefony. Wracajcie szybko.

             Gdy zostali sami z Mart±, Roman przytuli³ zgnêbion± ¿onê.

             - Kiedy¶ byæ mo¿e powiem ci po co chodzi³em dzisiaj do lasu. Teraz jednak, w tej koszmarnej sytuacji musimy trzymaæ siê razem i wyja¶niæ o co tu chodzi. Dobrze?

             Marta poca³owa³a go w policzek i chyba siê u¶miechnê³a. M±¿ jakby siê zmieni³. ¦wiat wokó³ sta³ siê nagle ca³kowicie niezrozumia³y, podwójnie obcy i kto wie, mo¿e s± to ich ostatnie chwile. By³a pe³na z³ych przeczuæ, jednak Roman niespodziewanie okazuje siê energicznym, stanowczym mê¿czyzn±, dbaj±cym o ich wspólny los, przynajmniej w tej jednoznacznie krytycznej sytuacji.

             - Dobrze. Co mam robiæ?

             Odda³ jej poca³unek i zastanowi³ siê chwilê. Tak, trzeba postêpowaæ spokojnie, systematycznie.

             - Przejrzyj te papiery na biurku, a ja bêdê szuka³ obok.

             Po chwili wrócili ch³opcy ze z³ymi wiadomo¶ciami. ¯adne telefony nie dzia³aj±, a pocztowa kasa jest otwarta. Znajduje siê w niej kupa forsy oraz jakie¶ listy i papiery. To samo na piêtrze, w zarz±dzie skupu. I oczywi¶cie nikogo nie ma. Znale¼li te¿ dwa dzia³aj±ce radia bateryjne. Próbowali z³apaæ jak±¶ muzykê, jak±¶ audycjê. Nic. Cisza w eterze. Na wszystkich zakresach.

             Pokiwa³ tylko g³ow± i nic nie powiedzia³. Dostrzeg³ w³a¶nie jak±¶ szafkê, a w niej trzy policyjne radiotelefony. No, mo¿e teraz. Mia³ jakie takie pojêcie o podobnym sprzêcie jeszcze z wojska. Major Kuk³a, jego nieobliczalny dowódca, poza wszystkim dba³ przecie¿ o w³a¶ciwe wyszkolenie swoich ludzi.

             Sprawdzi³ akumulatorki. Dwa by³y na³adowane, trzeci niestety nie. W³±czy³ jedno urz±dzenie i zlikwidowa³ blokadê szumów. Nic - na wszystkich kana³ach tylko intensywny syk przemiany. Wyszed³ przed budynek i na kolejnych kana³ach zacz±³ nadawaæ krótkie: - Halo, halo! Czy kto¶ mnie s³yszy? Odbiór.

             Cisza. Nikt siê nie zg³asza³. Nagle, gdy ju¿ chcia³ daæ spokój, us³ysza³ bardzo wyra¼ne: - Halo, s³yszê!

             Zdrêtwia³ ca³y i trzês±c± siê rêk± wcisn±³ przycisk nadawania.

             - Kto mówi?

             - No... ja.

             - Jaki ja?

             - Ja... Jacek... Wolski!

             A¿ usiad³ z wra¿enia na ulicy i ogarn±³ go niepowstrzymany ¶miech. Wsta³ szybko i wróci³ na posterunek, gdzie starszy syn, trzymaj±c w rêku drugi radiotelefon, krzycza³ do niego: - Halo, halo.

             - Dobrze, wy³±cz to -  Roman nawet siê nie zdenerwowa³. - Mamy ju¿ jaki¶ obraz sytuacji i musimy siê wstêpnie przystosowaæ. S³uchajcie co powiem.

             Ca³a trójka patrzy³a na niego jak na oczywistego, bezdyskusyjnego przywódcê. Zw³aszcza mile zdziwiona Marta, bo przecie¿ ch³opcy zawsze tak go traktowali. Mimo, ¿e prawdê mówi±c, ca³kowicie niezas³u¿enie. Ale to przecie¿ chyba ju¿ przesz³o¶æ. U¶miechn±³ siê do nich smutno.

             - Wygl±da na to, ¿e przynajmniej w najbli¿szej okolicy, no, w promieniu dajmy na to dziesiêciu kilometrów, jeste¶my sami. Nie wiem zupe³nie z jakiego powodu, nie wiem te¿ na jak d³ugo. W kraju sta³o siê co¶ strasznego, mo¿e to wojna i mo¿e kto¶ u¿y³ jakiej¶ nieznanej broni, niszcz±cej wy³±cznie ludzi. Nie wiem, choæ z czasem pewnie co nieco wyja¶nimy. Teraz musimy sobie jako¶ radziæ sami. Wracamy do domu, jednak powinni¶my siê przygotowaæ na najgorsze. A wiecie co bêdzie najgorsze je¶li ta sytuacja przed³u¿y siê do kilku dni?

             - Nie -  odpowiedzieli zgodnym chórem.

             - Psy. G³odne, bezpañskie, opuszczone psy, a raczej gro¼ne watachy, wa³êsaj±ce siê wszêdzie w poszukiwaniu ¿arcia. Mo¿e ju¿ od dzisiejszego wieczoru.

             Spojrzeli po sobie ponuro i przytaknêli. To jest oczywiste. Z psami ³añcuchowymi problemu nie bêdzie, ale inne, biegaj±ce luzem? Pojedyncze zwierzê mo¿e byæ pomocnikiem, nawet przyjacielem cz³owieka, lecz dziesiêæ, sto, g³odnych, zdesperowanych kundli?

             - I jeszcze jedno. Jak siê czujecie... fizycznie? Marta?

             Mo¿e mu siê zdawa³o, ale chyba zaczerwieni³a siê jak m³oda panienka, jak wtedy, gdy pierwszy raz zostali sami na oddalonej od Warszawy, wiejskiej, obskurnej stancji, która teraz by³a ich domem.

             - No..., bardzo dobrze. O bólu g³owy zapomnia³am jakie¶ dwie godziny temu.

             - Jacek?

             - Mo¿e byæ. Jestem bardzo g³odny.

             - Musicie jeszcze wytrzymaæ jak±¶ godzinkê. Ada¶?

             - A co to znaczy fi... zycznie?

             - No, czy nic ciê nie boli, czy jeste¶ zdrowy.            

             - Tak. Rano poharata³em sobie kolano, ale ju¿ nie ma ¶ladu.

             No w³a¶nie, pomy¶la³. Jeszcze jedna zagadka. Jego skrêcona w lesie stopa te¿ wydobrza³a podejrzanie prêdko. I ten szaleñczy bieg na szosie, bez ¶ladu zmêczenia.

             - W porz±dku. Id¼cie teraz do sklepu Zawistowskiej i za³adujcie baga¿ówkê czym siê da - konserwami, cukrem, sol±, spirytusem, zreszt± mama bêdzie wiedzia³a co jest potrzebne. Ja tu siê jeszcze rozejrzê za... broni± i amunicj±. Aha, nie zapomnijcie o kilku odbiornikach radiowych i ¶wie¿ych bateriach. Przydadz± siê te¿ ¶wiece i zapa³ki. No, za³oga, do roboty.

--------------------------------------------------------

             Wtorek ponownie zapowiada³ siê jako kolejny, upalny dzieñ, chocia¿ poranne, dopiero wychylaj±ce siê nieuchronnie zza lasu s³oñce, nie grza³o jeszcze tak jak obiecywa³o. Powietrze by³o rze¶kie, przesycone paruj±c± z ziemi wczorajsz± wilgoci±. Marta obudzi³a siê pe³na energii. Wsta³a cichutko, ubra³a siê w po³atany fartuch i posz³a do obory wydoiæ Beksê, jedyn± ich krowê. Nie chcia³a budziæ ch³opców, a zw³aszcza Romka, który siedzia³ do pó¼na i pastwi³ siê nad kilkoma, przywiezionymi wczoraj odbiornikami. Nie doczeka³a siê wyników tych prób, gdy¿ zmêczona wydarzeniami usnê³a w chwilê po tym jak zasnê³y dzieci. Przez sen wydawa³o jej siê, ¿e wychodzi³ z domu, ale nie mia³a si³y ani chêci by otworzyæ oczy.

             Wróci³a cichutko z ciep³ym mlekiem, jednak Roman te¿ ju¿ wsta³ i my³ siê teraz w miednicy, opryskuj±c jak zwykle bez umiaru pod³ogê wokó³ stolika.

             - Obudzi³am ciê?

             - Nie, nie, wszystko w porz±dku.

             Patrzy³a teraz na niego jak koñczy mycie i golenie. Jej m±¿, wybrany przed laty, niepozorny, szczup³y facet, z dawno nie strzy¿on± czupryn±. Ojciec jej synów. Niedorajda ¿yciowy, pewnie jeszcze nikogo w ¿yciu nie ok³ama³, ba, jest pewna, ¿e nawet gdyby jakim¶ cudem pomy¶la³ o czym¶ takim, to i tak by nie potrafi³. Zupe³ny odmieniec na tle wszelkiego rodzaju obrotnych cwaniaczków, drobnych oszu¶cików, ¿wawych z³odziejaszków i pazernych handlarzy bzdurnymi b³yskotkami, którzy rozpanoszyli siê w tym przedziwnym kraju ponad wszelk± miarê. Zw³aszcza we w³adzach wszelkiego poziomu. A przy tym ponurak i milczek. Jednak mimo coraz wiêkszych ostatnio k³opotów finansowych, mimo nawet zwi±zanych z tym k³ótni, to w³a¶nie jest jej mê¿czyzna, jej problematyczna, ale zawsze jaka¶, podpora, druga po³ówka. Nareszcie skoñczy³ i usiad³ na swoim miejscu przy kuchennym stole.

             - Wyspa³a¶ siê?

             - Jak nigdy -  Ponownie, bior±c pod uwagê wypadek wczorajszy, nie wiedzieæ czemu, zarumieni³a siê jak licealistka. Szybko zajê³a siê przygotowywaniem ¶niadania. Ch³opcy pewnie obudz± siê g³odni niczym wilki, mimo ¿e na kolacjê zjedli razem prawie ca³± puszkê tak nieoczekiwanie dostêpnej, znakomitej szynki. Trudno, zaryzykowali czyj±¶ w³asno¶ci±. Je¿eli nic siê nie zmieni, bêd± na ni± wszyscy skazani jeszcze przez wiele, wiele dni. Na razie jednak musz± porozmawiaæ.

             - Ustali³e¶ co¶ wczoraj?

             - Tak -  potwierdzi³ z oci±ganiem. Mia³ nadziejê mo¿liwie d³ugo nie martwiæ ¿ony, ale najwyra¼niej nic z tego - Sytuacja jest chyba jeszcze gorsza ni¿ s±dzili¶my.

             - To znaczy?

             - Có¿, to znaczy, ¿e nie uda³o mi siê znale¼æ ¿adnej czynnej stacji radiowej.

             - A stacje zagraniczne?

             - ¯ADNEJ STACJI. Nawet na falach krótkich, gdzie zazwyczaj jest mrowie dalekich rozg³o¶ni, szczególnie wieczorem, w nocy.

             - Nic? -  spyta³a cicho, opanowuj±c jako¶ dr¿enie cia³a.

             - Kompletnie nic. Absolutna cisza. ¯adnych trzasków, zak³óceñ, nic.

             Popatrzyli na siebie w milczeniu. Wrêcz ba³a siê pytaæ dalej i analizowaæ tê niesamowit± sytuacjê, jednak zwyciê¿y³a kobieca ciekawo¶æ.

             - Co to znaczy?

             - ¯ebym to ja wiedzia³ -  wbi³ wzrok w pod³ogê - S± w zasadzie dwie mo¿liwo¶ci.

             - Jakie?

             - Pierwsza to taka, ¿e... wybuch³a wojna i na skutek zastosowania jakiej¶ nieznanej broni, przynajmniej w najbli¿szej okolicy... zniknêli wszyscy ludzie, oraz, ¿e spowodowano jakie¶ tajemnicze zmiany w... no, w jonosferze, przez co uniemo¿liwiono rozchodzenie siê fal radiowych na wiêksze odleg³o¶ci. Nie wiemy na jak d³ugo. Wychodzi³em w nocy i szuka³em na niebie jakich¶ ¶ladów, zmian. Nic. Normalne gwiazdy, normalna noc.

             - No a my? My przecie¿ ¿yjemy?

             - No w³a¶nie, to jest najdziwniejsze. Do tego jeszcze ta poprawa zdrowia. Wiesz, ¿e od wczoraj czujê siê jak..., jak... m³ody tygrys?

             - Ja te¿ -  przyzna³a siê wreszcie i odwróci³a g³owê.

             Wsta³ i obj±³ j± mocno, niechc±cy wytr±caj±c jej z rêki du¿±, drewnian± ³y¿kê s³u¿±c± do mieszania mleka. £y¿ka upad³a na pod³ogê i wtedy us³yszeli, ¿e który¶ ze ¶pi±cych obok w pokoju ch³opców poruszy³ siê przez sen, pewnie reaguj±c na drewniany stukot. Odskoczyli od siebie z bezg³o¶nym ¶miechem.

             - A druga mo¿liwo¶æ? -  uspokoi³a siê ju¿ Marta.

             - Jest druga mo¿liwo¶æ, ale... tak niesamowita, ¿e a¿ sam w ni± nie wierzê. Powiem ci o niej dopiero wtedy, gdy siê lepiej zorientujemy w sytuacji. Równie¿ dlatego, ¿e jeste¶ kobiet±... wierz±c±. Na razie rób ¶niadanie i... budzimy tych cholernych ¶piochów. Musimy wyruszaæ na zwiady.

--------------------------------------------------------

             Po obfitym, smacznym ¶niadaniu, z g³ównym udzia³em szynki konserwowej, nieznanego im dot±d rarytasu, ca³a rodzina wysz³a przed dom. Wokó³ panowa³a poranna, letnia cisza, zak³ócana tylko dalekim wyciem zdezorientowanych psów i bezsilnym ryczeniem g³odnego, pozamykanego po oborach byd³a. To by³ problem. Roman ju¿ widzia³ oczyma wyobra¼ni te tysi±ce biednych, g³odnych krów, wo³aj±cych bezskutecznie swoich opiekunów, stada oszala³ych, pozamykanych w swoich kojcach ¶wiñ, chmary ptactwa domowego. Jedyne, co mogli zrobiæ to w miarê mo¿no¶ci powypuszczaæ okoliczne zwierzêta na wolno¶æ - niech sobie radz± same. Jednocze¶nie musieli przecie¿ dok³adniej zorientowaæ siê w sytuacji oraz pomy¶leæ o w³asnym przetrwaniu. Góra pilnych problemów. Nie ma co, trzeba braæ siê do roboty.

             - Jacek, przynie¶cie z domu wiaderko, kilka naczyñ i ... jaki¶ sznurek -  przypomnia³ sobie wczorajsz±, le¶n± wyprawê. - Ty Marta, oczy¶æ wewn±trz tê baga¿ówkê i za³aduj koce, no¿e, widelce. Byæ mo¿e bêdziemy musieli nocowaæ poza domem.

             - Co ty kombinujesz? -  ¿ona nie sprzeciwia³a siê, ale chcia³a wiedzieæ.

             - Czeka nas mnóstwo pracy w okolicy. Wybierzemy siê tak¿e do Warszawy i niewykluczone, ¿e bêdziemy musieli spaæ w tym blaszanym pudle. Za³aduj te¿ trochê prowiantu.

             Po pó³ godzinie, ca³a rodzina jecha³a powoli boczn± drog± w kierunku Gostynina, zbaczaj±c co chwila, zatrzymuj±c siê przy zabudowaniach, pracowicie uwalniaj±c z pozamykanych zagród ha³a¶liwe zwierzêta. Na szczê¶cie by³ to okres bezpo¶rednio przed czwartym pokosem i wszystkie ³±ki w okolicy zieleni³y siê dorodn±, z lekka tylko podpalon± sierpniowymi upa³ami traw±. Przynajmniej krowy bêd± mia³y co je¶æ. Gorzej z dojeniem, no ale có¿ mogli na to poradziæ?

             Oko³o po³udnia dojechali wreszcie umêczeni do miasteczka. Tutaj Roman zorientowa³ siê, ¿e za chwilê braknie w Nissanie paliwa, wiêc odszukali jak±¶ stacjê benzynow±. Bezpañskie dystrybutory oczywi¶cie nie dzia³a³y z powodu braku elektryczno¶ci, dlatego by³ zmuszony otworzyæ pokrywê jednego z podziemnych zbiorników i zaczerpn±æ paliwa wiaderkiem umocowanym na sznurku.

             Zatankowali baga¿ówkê za pomoc± znalezionego na stacji, metalowego lejka. Wokó³ sta³o mnóstwo pootwieranych samochodów ró¿nych marek i Roman zastanawia³ siê nad wykorzystaniem lepszego pojazdu ni¿ ten zdezelowany Nissan, ale przecie¿ móg³ to zrobiæ w ka¿dej chwili. Poza tym by³o mu jako¶ g³upio tak zupe³nie na spokojnie przebieraæ w¶ród czyjej¶ w³asno¶ci. Ponownie ruszyli w stronê Warszawy, ju¿ bez zatrzymywania siê przy przydro¿nych gospodarstwach.

             Jechali bocznymi drogami do Sochaczewa, a nastêpnie przez B³onie dotarli do miasta od strony zachodniej. Wszêdzie sta³o mrowie pootwieranych pojazdów -  nawet autobusy i tramwaje by³y dostêpne na o¶cie¿ i drzema³y teraz martwe miêdzy przystankami. Nigdzie ¶ladu cz³owieka. Dojechali do tak zawsze zat³oczonego centrum, które teraz wydawa³o siê czym¶ w rodzaju gigantycznego parkingu wokó³ stadionu, na którym odbywa siê jaka¶ nadzwyczaj interesuj±ca, masowa impreza. Widok by³ fascynuj±cy, jak podczas jakiej¶ ogólnonarodowej ¿a³oby, gdy o okre¶lonej godzinie, na dwie minuty, zamiera wszelki ruch uliczny, a okoliczne syreny daj± zawodz±cy, przygnêbiaj±cy wyraz solidarnej rozpaczy. Tyle tylko, ¿e teraz wokó³ panowa³a idealna, popo³udniowa i upalna cisza. ¯adnego ruchu.

             Nic nie mówili, tylko obserwowali martwe miasto zza zakurzonych szyb baga¿ówki. Nawet ch³opcy rozumieli powagê tego, co widz±. Roman prowadzi³ samochód powoli, lawiruj±c ostro¿nie pomiêdzy bezpañskimi, porzuconymi w niewiadomy sposób autami. Zatrzymali siê wreszcie na Kruczej i wysiedli powoli z Nissana.

             - To straszne -  powiedzia³a Marta. - Co siê tutaj na Boga sta³o?

             - Nie wiem - Roman popatrzy³ bezradnie doko³a - Chod¼cie, wejdziemy do jakiego¶ budynku.

             Odruchowo, nie¶wiadomie, zatrzasn±³ drzwi baga¿ówki i natychmiast u¶wiadomi³ sobie bezsens tej czynno¶ci, tej odruchowej przezorno¶ci. Drzwi zamknê³y siê z g³uchym, blaszanym trzaskiem, zupe³nie niestosownym w tej ciszy. Stwierdzi³ nagle, ¿e od momentu wyjazdu z domu, rozmawiaj± szeptem, zw³aszcza tutaj, w tym martwym, kamiennym labiryncie.

             - Tato! Pos³uchaj! -  Adam szarpn±³ ojca za spodnie.

             Cisza nie by³a idealn±. Gdzie¶ z daleka, jak zza grobu, dochodzi³o st³umione wycie setek psów, pozamykanych pewnie przez swoich nieistniej±cych ju¿, lub tylko tajemniczo nieobecnych w³a¶cicieli w mieszkalnych fragmentach budynków. Tutaj, na Kruczej, w wiêkszo¶ci znajdowa³y siê urzêdy, biura i sklepy, wszelkiej konduity podejrzane spó³ki i firmy, jednak tak¿e mieszkania i jak siê okazuje, przeró¿nej ma¶ci psy. Roman a¿ siê ca³y zatrz±s³, gdy wyobrazi³ sobie co siê teraz dzieje w dzielnicach typowo mieszkalnych, tych beznadziejnych, betonowych blokowiskach -  kurnikach masowego chowu.

             Machn±³ na to rêk± i poprowadzi³ rodzinê do pobliskiego, otwartego oczywi¶cie na o¶cie¿ sklepu spo¿ywczego. Ju¿ mia³ wej¶æ do ¶rodka, gdy zaskoczy³ go jaki¶ nieokre¶lony ruch wewn±trz pomieszczenia. Stan±³ jak wryty i powstrzyma³ gestem rêki pod±¿aj±c± za nim Martê. Na posadzce eleganckiego lokalu, a zw³aszcza na ladach ch³odniczych i przepe³nionych rozmait± ¿ywno¶ci± pó³kach, k³êbi³o siê istne mrowie... szczurów, usi³uj±cych uszczkn±æ cokolwiek z niedostêpnych dot±d zapasów. Nawet go nie zauwa¿y³y, zaabsorbowane bez reszty ³atwymi zdobyczami. W ¶rodku panowa³ duszny odór - swoiste po³±czenie szczurzego smrodku i zaczynaj±cych siê psuæ, nie paczkowanych produktów.

             Wycofali siê ostro¿nie na ¶rodek ulicy. Marta dopiero teraz zda³a sobie sprawê ze s³uszno¶ci wczorajszego, mê¿owskiego ostrze¿enia przed psimi watahami.

             - Roman, musimy znale¼æ du¿o broni.

             - Masz racjê. Wracamy do samochodu.

             Ponownie znale¼li siê w baga¿ówce i jechali teraz wolno ponurymi, martwymi ulicami, rozgl±daj±c siê za jakim¶ sklepem z broni±. Co i rusz mijali eleganckie, bezbronne, pstrokate salony miêsne, okupowane przez sfory wyg³odnia³ych psów, na razie do woli racz±cych siê le¿±cymi na ladach wêdlinami i kawa³ami surowych, krwawych och³apów. Wokó³ skaml±cych ratlerków, pudli, ca³ego tego rasowego czy te¿ mniej okre¶lonego, psiego plebsu miejskiego, k³êbi³y siê ruchliwe wróble i zdezorientowane, g³upie jak zwykle, go³êbie, korzystaj±c z zach³annego ba³aganiarstwa ³agodnych jeszcze, ob¿eraj±cych siê zwierz±t. Wszystko to zaledwie w dwadzie¶cia cztery godziny po... , no w³a¶nie po czym? Po jakim¶ zupe³nie niezrozumia³ym, tajemniczym, jednoczesnym i w gruncie rzeczy koszmarnym znikniêciu wszystkich ludzi. Roman nie chcia³ powiedzieæ bezsensownym znikniêciu, ale tylko dlatego, ¿e jeszcze wczoraj pomy¶la³ sobie nie ca³kiem jasno o pewnej zupe³nie irracjonalnej mo¿liwo¶ci. No, ale w koñcu czemu nie? Zw³aszcza, ¿e on i jego rodzina przetrwali z jakiego¶ niezrozumia³ego powodu. I nawet maj± siê zupe³nie dobrze. Na razie.

             - Jeszcze s± ³agodne, jeszcze przywi±zane do ludzi i ... dziêki tym zapasom, syte -  odezwa³ siê do ch³opców -  Ale za dwa, trzy dni?

             - Co zrobimy? -  Jacek nie odrywa³ wzroku od mijanych bram.

             - Có¿, w±tpiê by¶my znale¼li tu odpowiedni± broñ. Jak te¿ inne, niezbêdne w tej sytuacji rzeczy -  Roman g³o¶no my¶la³ - Wracamy. Pod P³ockiem jest jaka¶ lotnicza, a raczej ¶mig³owcowa jednostka wojskowa. Tam siê rozejrzymy.

             Z trudem wydostali siê z bezludnego centrum i lawiruj±c bez skrêpowania po ulicach, raz po prawej stronie, raz po lewej, a nawet chodnikami, dotarli z powrotem do trasy wylotowej. Tak naprawdê to chêtnie opuszczali to rozleg³e miasto. Stolica nigdy nie cieszy³a siê ich szczególnym uznaniem -  uwa¿ali j± zawsze za samo j±dro wszystkiego z³ego co ich dot±d spotyka³o. Zw³aszcza teraz, niezale¿nie od szczególnej pustki, martwoty jak± tchnê³a z ka¿dej bramy, wydawa³a siê byæ miejscem wyj±tkowo przygnêbiaj±cym. Nawet w pe³ni s³onecznego, upalnego lata.

             W równie martwym Sochaczewie, skrêcili tym razem na Wyszogród i pojechali dalej, do P³ocka. Tam przecisnêli siê jako¶ przez rozpiêty nad Wis³±, zastawiony samochodami most, by po kilku minutach jazdy ujrzeæ ci±gn±ce siê wzd³u¿ drogi druciane ogrodzenie jednostki wojskowej. Za siatk± sta³y cztery rzêdy równiutko ustawionych, pomalowanych w burozielone plamy maskuj±ce, nieruchomych ¶mig³owców. Zjechali w boczn± drogê i dotarli wreszcie do bramy g³ównej z bezludn± wartowni±.

             ¯adnego ¿o³nierza, ¿adnego wartownika. Najwidoczniej armia te¿ ju¿ nie istnieje. Przynajmniej tutaj. Ale przecie¿ jest to najwyra¼niej do¶æ specjalna jednostka, jedna z niewielu w kraju, a wiêc jedna z wa¿niejszych. A co za tym idzie wyposa¿ona we wszelkie niezbêdne ¶rodki ochrony i zw³aszcza pewnie ³±czno¶ci. Zatem, tak dziwne wydarzenia na jej terenie nie mog³y przecie¿ pozostaæ bez natychmiastowej reakcji ze strony pozosta³ej czê¶ci systemu obronnego. Je¿eli naturalnie istnieje w tym schizofrenicznym kraju jaki¶ rozs±dny system obronny. I je¿eli co¶ jeszcze z niego zosta³o.

             Ponownie opu¶cili Nissana i weszli ostro¿nie na wartowniê. Nikogo. W jednym z obszernych pomieszczeñ, w sze¶ciu drewnianych stojakach, sta³o jak na bezbronnej, zapomnianej wystawie ze czterdzie¶ci czy¶ciutkich pistoletów automatycznych Ka³asznikowa. Pod ka¿dym z nich, w specjalnej przegródce, cztery pe³ne magazynki z ostr± amunicj±. Obok stojaki metalowe z pó³eczkami na radiotelefony, ³aduj±ce siê z indywidualnych przy³±czy. Te¿ oko³o czterdziestu sztuk. Pod ¶cian±, równiutko u³o¿one plecaki z pe³nym wyposa¿eniem osobistym ¿o³nierza -  wartownika. W pokoju dowódcy warty wielka, otwarta szafa pancerna ze skrzynkami amunicji, pistoletami typu Rak, rakietnicami i kilkoma pêkami kluczy. Na wielkim biurku, trzy aparaty telefoniczne, komputer i ... w³±czona, szumi±ca delikatnie, radiostacja. Roman zdrêtwia³ momentalnie, lecz po chwili zobaczy³ obok zestaw akumulatorów zasilaj±cych ten sprzêt. Zdziwi³ siê swoj± reakcj±, ale stwierdziwszy, ¿e jednak nie ma tutaj nikogo, odetchn±³ z ulg±. Jakby w³a¶nie na tym mu zale¿a³o.

             - Wojska te¿ nie ma -  powiedzia³ do ch³opców.

             - Czy na pewno? -  Marta mia³a jeszcze jakie¶ nadzieje.

             - Jestem o tym przekonany -  stwierdzi³ krótko -  A teraz musimy dzia³aæ. Jacek i mama otworz± bramê i podprowadz± baga¿ówkê pod drzwi wartowni. Spokojnie, ostro¿nie, za³adujecie do ¶rodka osiem, dziesiêæ sztuk broni, tej ze stojaków, jakie¶ trzydzie¶ci pe³nych magazynków i kilka skrzynek amunicji. Ada¶ zostanie ze mn±. Jeszcze raz spróbujemy nawi±zaæ kontakt z... kimkolwiek.

             Usiad³ przy biurku i próbowa³ zorientowaæ siê w dzia³aniu radiostacji. By³ to sprzêt pokrywaj±cy chyba ca³y krótkofalowy zakres. Po kilku minutach rozezna³ siê mniej wiêcej w przeznaczeniu kilku wa¿niejszych pokrête³ i prze³±czników. Stacja znajdowa³a siê w stanie nas³uchu. Pokrêci³ ga³k± potencjometru poziomu maksymalnie w prawo i szum odbiornika ma³o nie rozsadzi³ pude³ka ma³ego g³o¶niczka. Przestraja³ siê powoli od minimum, po ca³ym pa¶mie. Nic, ¿adnych ¶ladów jakiejkolwiek emisji. Obok stacji le¿a³ wykaz jakich¶ kryptonimów z przypisanymi im czêstotliwo¶ciami. Nastroi³ sprzêt na pierwszy z nich i uruchomi³ nadawanie.

             - Halo Jaga, halo Jaga, odbiór -  rzuci³ w eter pierwsze z listy wywo³anie i przeszed³ nastêpnie na odbiór.

             Cisza, ¿adnej reakcji. Powtórzy³ rzecz kilkakrotnie, tak¿e zmieniaj±c kryptonimy oraz czêstotliwo¶ci, po czym w koñcu zrezygnowa³. Spojrza³ na m³odszego syna, który przygl±da³ mu siê z powa¿n± min±.

             - Widzisz Adasiu, jeste¶my jednak sami.

             - Na ca³ym ¶wiecie?

             - Tego nie wiem, ale... byæ mo¿e tak w³a¶nie jest.

             - To co z nami bêdzie? -  ch³opcu zbiera³o siê na p³acz.

             - Nic. Musimy jako¶ ¿yæ -  przytuli³ mocno smutnego cz³owieczka i wytar³ mu nos - Chod¼, pomo¿emy mamie.

             Baga¿ówka by³a ju¿ za³adowana do cna, a¿ zrobi³o siê w niej ciasno. Na pod³odze le¿a³a broñ i amunicja, kilka wojskowych, grubych koców, jakie¶ liny, oraz góra banda¿y, ¶rodków opatrunkowych i leków.

             - Po co to wszystko? -  zdziwi³ siê.

             - Przyda siê -  Marta u¶miechnê³a siê do mê¿a - Teraz przecie¿ jeste¶my zdani tylko na siebie, prawda?

             - A przedtem? -  spyta³ przekornie, jednak do¶æ smutno.

             - No, niby te¿. Ale przecie¿ wiesz, o co chodzi.

             - Wiem. Za³o¿ê siê, ¿e Jacek mia³ w tym za³adunku swój potê¿ny udzia³, co? -  spojrza³ niby to surowo na starszego syna.

             - Zgadza siê -  przyzna³ siê ch³opak.

             - W porz±dku. Zjemy teraz trochê i wracamy do domu nakarmiæ Beksê, £ysego i kury. Jutro przyjedziemy tutaj ponownie.

             Z zabranych z domu zapasów, Marta przygotowa³a na wartowni górê kanapek, któr± poch³onêli w oka mgnieniu, popijaj±c zimnym mlekiem Beksy z dwóch termosów. Po krótkim odpoczynku, ponownie ulokowali siê w zakurzonej, ob³adowanej baga¿ówce. Zanim wyjechali na drogê, Roman chcia³ siê jeszcze zorientowaæ wstêpnie w topografii jednostki lotniczej, rozmieszczeniu budynków, magazynów i sk³adów. S±dzi³, ¿e tylko dziêki tego typu placówce uda im siê zaopatrzyæ we wszelkie niezbêdne do bezpiecznego ¿ycia przedmioty i urz±dzenia. No i powinno siê tu tak¿e znajdowaæ mnóstwo, w³a¶ciwie przechowywanej, opakowanej, ¿ywno¶ci.

             Objazdowa, prowizoryczna inspekcja ogromnego terenu zajê³a im prawie dwie godziny, po czym wyjechali wreszcie na drogê prowadz±c± do Gostynina. Tam ponownie zatankowali Nissana przy pomocy wiaderka i przed dwudziest± byli w domu. Na kilka minut przed kolejn± ju¿, potê¿n± ulew±.

             Gdy ju¿ wszystko by³o zrobione, gdy ch³opcy spali zmêczeni, Roman i Marta niemal jednocze¶nie, bez wcze¶niejszego porozumienia, przeszli ostro¿nie do skromnej sypialni ma³¿eñskiej, w której nie przebywali razem ju¿ od dobrych kilku lat. G³ównie z obopólnej obawy przed powiêkszeniem siê i tak ju¿ wystarczaj±co ubogiej rodziny. Teraz albo uznali pod¶wiadomie, ¿e sytuacja zmieni³a siê diametralnie na korzy¶æ, albo by³ to przejaw czego¶ w rodzaju strachu czy szczególnej formy rezygnacji w obliczu nieznanego. Nie bez znaczenia by³ tu tak¿e ten nag³y, tajemniczy i przemo¿ny przyp³yw witalno¶ci jaki odczuwali oboje od wczoraj. W ka¿dym razie, mimo dziwnego za¿enowania sob±, podobnego w swym rodzaju i natê¿eniu do ich pierwszych, narzeczeñskich jeszcze zbli¿eñ, znale¼li siê razem w ch³odnym, ma³¿eñskim ³o¿u. A raczej stareñkiej wersalce, na której zazwyczaj sypia³a Marta.

             Le¿eli teraz zmêczeni obok siebie, ws³uchuj±c siê w nieznan± im dot±d ciszê za oknami. By³a druga w nocy, bezchmurna, czarna, sierpniowa noc z milionami jaskrawych jak nigdy dot±d, gwiazd.

             - Wyjd¼my przed dom, dobrze? -  zaproponowa³ Roman. Po chwili, jako tako ubrani, stali oboje na ciemnym podwórku z zadartymi wysoko g³owami, wpatruj±c siê w krystalicznie czyste niebo. Trzymali siê za rêce jak niegdy¶, jak para zakochanych ma³olatów.

             - Czujesz jakie rze¶kie powietrze? -  spyta³a Marta.

             - Tak. To przez te nieruchome ju¿ samochody oraz martwy przemys³.-  Roman wyja¶nia³ ¿onie przyczynê tych zmian - Mimo tego, ¿e przecie¿ mieszkamy na wsi, do¶æ daleko od zat³oczonych dot±d dróg i miast. S±dzê te¿, ¿e najdalej w ci±gu miesi±ca, powietrze stanie siê tak rze¶kie i czyste jak przed, no... tysi±cem lat.

             - Tak. To mo¿liwe -  przytaknê³a wolno.

             - My¶lê, ¿e za jakie¶... piêtna¶cie lat, wszêdzie wokó³ bêdzie siê pleni³a wspania³a, bujna zieleñ. Wielki, nieustaj±cy, zdrowy las z krystalicznie czystymi rzekami i jeziorami, pe³nymi ¿wawych ryb. Je¿eli oczywi¶cie doczekamy tego -  zastrzeg³ siê natychmiast.

             - Co¶ mi siê wydaje, ¿e... doczekamy -  powiedzia³a cicho i przytuli³a siê mocniej do mê¿a.

             - Tak? Ja... chyba... te¿ tak s±dzê. Nie wiem tylko... dlaczego i... czy z tego samego powodu co ty.

             - Oj, chyba tak -  roze¶mia³a siê cicho.

             - My¶lisz?

             - Wiem.

             Jakim¶ cudem Marta przesta³a zamartwiaæ siê sytuacj±. Wrêcz przeciwnie -  od kilku godzin jakby odm³odnia³a, jakby dopiero co zda³a celuj±co maturê i pe³na energii, sposobi³a siê do nowego, wspania³ego ¿ycia.

             - Jest jednak pewien problem -  zamy¶li³a siê na chwilê.

             - Jaki?

             - Ch³opcy. Za kilka lat, gdy... dorosn±.

             - Rzeczywi¶cie -  przyzna³ od razu. - My¶lê jednak, ¿e te... wydarzenia nie objê³y... ca³ego ¶wiata. ¯e w koñcu zostaniemy... dziadkami, co?

             - Ach ty ¶wintuchu-  uszczypnê³a go w rêkê.

             Stali tak jeszcze jaki¶ czas w milczeniu i ogl±dali czarne niebo z tymi milionami jaskrawych, dalekich gwiazd, tych odleg³ych, nieznanych ¶wiatów, w¶ród których byæ mo¿e -  któ¿ to wie -  le¿a³a przyczyna ostatnich, niezrozumia³ych i radykalnych zmian. Tak naprawdê obiecuj±cych, optymistycznych, przynajmniej na razie i przynajmniej dla nich. Pozostawa³ jednak straszliwie ci±¿±cy problem. Co siê sta³o z innymi lud¼mi, gdzie s± teraz i czy s± gdziekolwiek? Mimo, ¿e ani Marta, ani tym bardziej Roman, nie przepadali za rodakami, mimo ¿e w zasadzie z wyboru pêdzili od lat pustelniczy prawie ¿ywot, to jednak ¿adnemu z nich nie przysz³o by do g³owy takie spe³nienie w³asnej mizantropii. Ani nawet sama my¶l spe³nienia. W tym wiêc wzglêdzie byli absolutnie bez winy. Niemniej ciê¿ar by³ ciê¿arem.

             Przytuleni, wrócili do domu i po dziesiêciu minutach ca³a rodzina spa³a spokojnie, wypoczywaj±c przed kolejn± porcj± pracy, zajêæ, jako ¿ywo przypominaj±cych swym charakterem zabiegi i dzia³ania zdobywców nieznanych l±dów lub te¿ wyklêtych, przegnanych z w³asnego ¶wiata banitów, organizuj±cych swoj± przysz³o¶æ na nieznanych im wyspach. Zes³añców, pe³nych jednak energii i optymizmu, mimo ¿alu po utraconych na zawsze rodzinach, przyjacio³ach. Zes³añców a rebour.

             ¦wiat wokó³, przyroda, odradza³y siê b³yskawicznie.

--------------------------------------------------------

Koniec rozdzia³u 1

źródło:

http://www.portalliteracki.pl

Oceń informacje:

Aktualna ocena::

3

Wyślij odnośnik znajomym::

Tags:

/> SELEKTYWNY
/> 1
/> Nie ³atwe, Kowala, P³ocka ¶wiñstwa Skutkiem Mno¿±ce Solidny, Wokó³ />            Rozejrza³ Nas³uchiwa³. Gdzie¶, Poza Jedna ³atwego ³atwego By³
/>            Zdj±³ ¦ció³ka ¿e Odpi±³ Mia³ Marta, Nie ¿eby Ch³opcy Jacek, ¿e Nie ¿ona Có¿, />            Rozwin±³ Rozbuja³ Rozgl±dn±³ ¿adnego Trudno Zwin±³ Obj±³ No, ³atwo. Przymierzy³ Wisia³ Jednak />            Usiad³ Zdj±³ Zawi±za³ ¿e Nie ¼le. Znaj±c ¿eby Pomaca³ Cholera Rad Odbi³ Ca³y ¿yciowa, Trudno
/> Wyj±³ Zobaczy³, ¿e Ponownie Odpocz±³ Podci±gn±³ Niespodziewanie Nie, S³oñce Spojrza³ Westchn±³ Poczu³ ¶wiat, Us³ysza³ ¿a³osne, ¿ycie. /> /> Urodzi³ ósmego Pierwsze, ¶wiadomie />            By³ Owocem ¿o³nierzy Matka, ¿yciem Weseli, Krasnojarskiem. />            Tak Romek Dodatkowo, ¼le Jednak ¿e UB, Bo¿y. Wrêcz So³daci />            Do¿y³ By³ Romek ¶wiatem Nie ¿adnych Zagoniona ¶cie¿kami. />            Jakim¶ Romek ¿e ¶ledzi Tak Jednak ¿e "organy ów ¶wiata. Jako¶ /> /> Towarzyszko Romek ³awce Proszê />            Starsza Nastêpnie ³awkê ³awkami, Kobieta Romka /> Zaczekaj />            Wybieg³a Romek ³awce. Zbyszek, Wisia. Stanêli ¶rodku />            Powtórz Zosi. /> Romek, /> Towarzyszu />            ¶miechem. Tym ¿e />            ³zy Romka: /> Dobrze Tymczasem />            Tak Romek ³awce. /> Tego Ca³e ¶miechu, ³zy. Ma³a />            Tak Sekretarzem, ¿e ¶wiata, ¿e Niegro¼nym ¿yczliwym Przewodniej Si³y. />            ¦wiadomie Polsce Pierwszy, Wiêkszo¶æ Pana, /> Je¶li Bez Pe³no Bardzo Natomiast Wo³g±. /> Poziom Funkcjonuj±cy Wszystko W³a¶ciwe /> Poziom Tutaj, ¶ci¶le Niektórzy ¿e Wielkiego Brata. Gdzieniegdzie, ¶cianach Delikwent, La³y ³zy Góra /> Czasem, Resztki Czêsto Bezkresna, ¶ci¶lej, /> Ponad /> /> Przebrn±³ Technikum Mechanicznego Znaj±cego Jaguarach, Rolls-Roysach Mercedesach. Sz³o ¿e /> Nic Pamiêtano Romka Urzêdy, Prawdê ¿e ¿e Gdzie¿ Zdrowy, Nie /> Zostawi³ ³zami Zupe³nie Starszy Romek Có¿ Sta³ Jecha³ /> Wbrew ¼le. Jednostka Kuk³a. Dba³ Mia³ By³ Nie, ¿eby ¿o³nierskiemu Regularnie Ba! Jakim¶ /> Trafi³a Kuk³a æwiczeniami Wyniki /> Romek ¿niw. Zasta³ Zebra³ ¿a³osne Musia³ ¿e Pod Matka ¶nie, Tak Wróci³ Roman Tym /> Zosta³ Wiêzienny ¿adnych Filip Zgodzi³ Roman W³a¶cicielem Têskni³ ¶mierci. Zabi³o ¿ycie, /> Jakim¶ Romek Zamieszkali Druga Marta. /> Có¿. Jak Byæ Romka Kuk³y? Mo¿e Marta, ¿e ¿yciow±, ¿e ¶cian Romkowej Taki Da³a /> Niebawem Marty, Odby³a ¿e ¿yciu ¶lubu Romek, ¿on± /> Pierwszy Jacek Dziecko Marta Roman ¶witu Nie Wokó³ Adam /> Roman, Przede Nigdy Nigdy Minê³o Marta Wszystkie ¿adn± Zdawa³a ¿e /> Roman, Wyl±dowa³ ¿e Tam Le¿a³ Dziwi³ ¶liczna Mimo ³yk ¿yciu. Koszmar. /> Zrozumia³ ¿e ¿yje Kraju ³awki ³atwych Kraju, ¿e /> Romek ³upi³a ¿a³osnymi Wyja¶nienie Krótko ³atwo Bo¿ym ¶wiecie. /> ¶mierci /> Ledwie S±dzi³, ¿e Marcie ¿e Niestety. Ca³e Bo¿e Narodzenie Ch³opcy /> W³a¶nie Wytrzyma ¿niwa. Postara Mart± /> /> /> Marta Ch³opcy Ich Kolejny, By³o Romkiem Tak, Zaraz, /> Jacek! /> Tak? /> Masz Adasiem /> Gdy ¿e ¿e ¶cierania Woda Bzdura. Wybieg³a Nie, S³oñce Tylko £ysy ³apach Pokrêci³a Romana, Prawdê Rozumia³a ¿e Coraz ¶wiat Te¿ No, Sama /> £ysy Wytar³a Jacek, Adam. /> Mamo! Tam ¶ladu /> Gdzie? /> No, /> Nie /> Nie, /> Jak Ukradli¶cie? Ojciec /> Nie Adam My¶my /> Tak? Nie Krysi? /> By³ Jacek. /> /> Nie. /> Musia³o Zawistowska Mo¿e Coraz A¿ /> Dobrze Id¼cie Albo Zostañcie /> Nikogo Adam. /> Nikogo? /> Tak Jacek. Nawet Krzy¶ka. /> Przestali Marta, Stary Niedzia³ek, Krzy¶ka, /> Chyba... /> Betoniarka Adam. /> Jasne Marta  Jacek, /> Starszy Tymczasem Adam /> /> /> Nic. Nikogo /> Jak /> Nie Wszystkie /> Martê Zaczeka³a Jacek /> Powiedz Jacek, KOGOKOLWIEK? /> ¿e /> Nawet Jagielskiego /> Nie. /> Mów /> Nie /> Nawet /> Nie. /> A... /> Pies /> Martê Jeszcze Wyczuwa³a Gdzie Romek? Spojrza³a ¿e Nareszcie /> Ch³opcy. Jazda /> /> Ockn±³ Otworzy³ Gdzie¶, ¿e ³agodnie ¿e ¿e ¶wiat³em ³±k. Naczyta³ Nic Le¿a³ ¶ció³ce Niech Linka Najwyra¼niej /> Zakl±³ ¶ci±gn±³ Usi³owa³ Skrêci³ Nie Jednak Boli Wyrzuci³ ¿a³osny Sierpniowe /> Zdeterminowany Roman Wróci TIR Oczywi¶cie ¿adnych ¯e /> Chyba Zda³ ¿e Nagle By³ Nic, "zalatanych" Co¶ ³agodnym /> Tak ¶ci¶lej, Martwa, ¶ladu Jak TIR-y, Dziêki Ciekawe. Mo¿e Pewnie /> Zmêczony Pochyli³ /> />            Ockn±³ Spojrza³ Poniewa¿ Zerwa³ ¿e ¿adnego Ruszy³ /> Audi. Bez Je¶li ¶widruj±cych, Jaki¶ Audi Rozejrza³ Nic, /> Hop, /> Nic. Nikogo. /> Otwarty Co¶ /> Pomy¶la³, ¿e Pu¶ci³ ¶rodkiem Nissana. Tutaj Wewn±trz Samochód ¶cierniskiem Powoli /> Tymczasem Gwa³townie Nie Wsiad³ Nissana Rozejrza³ Ca³a "Szynka 2,5 Masart Hurt Detal Eksport Import." Widocznie Wewn±trz Wrzuci³ Zamierza³ Poza Martê Mniejsza Zapomnia³ /> Baga¿ówka Wycieraczki /> Zatrzyma³ ³ysawych Wpad³ Dusza Nikogo £azienka? Czu³, ¿e Zajrza³ Zaraz, /> Wypad³ Min±³ Forda, ¯adnego Przera¿ony ¶rodkiem /> Wy³±czy³ Ba³ /> Tato! Gdzie Jacka. /> Nie Dziêki Bogu, Opanowa³ ³zy Przez Wpadli /> Gdzie /> Siedz± /> P³acz±? Dlaczego? /> Bo..., /> U¶cisn±³ Jacka Marta Adama. Oboje /> Wszystko /> /> Podobnie. /> Usiad³ Uradowany Ada¶ /> Sk±d /> Ach, /> ¿e /> Wiem. Ale /> /> Jasne. /> Marta Roman ¿onê. /> /> Nie Chyba... /> Tak. Ale Mów. /> Usiedli Poniewa¿ Jacek ¶wiat³o. Bez ¯arówki ¿yrandola /> Napiêcie Roman Ale /> Tu¿ ¶rodku ¶rodku Przypuszczalnie Wszystko /> Jacek. /> Nie Roman ¿e /> Dzieje Marta. /> Szkoda, ¿e ¿a³o¶nie Adam. /> Mamy!-  Roman /> Zerwali Ulewa Powietrze Roman Nissana FM. Pokrêci³ ¿adnej /> E..., Jacek /> Chwileczkê Roman Nic. /> Chyba Spojrza³ Martê ¿e Dla Radio /> Dobre Adam. /> Nie. Dobry Roman Wsiadajcie Pojedziemy /> Ju¿ ¶rodka, ¿e /> Marta. /> Szynka Kto¶ Roman Wy³adujemy /> W±tpiê Marta, /> Nissana ¿e ³awki, Rodzice /> Jednak Niestety, ¿adnych Wywo³ywali ³añcuchu. Dochodzi³a Wokó³ /> Dojechali Roman Nic Duszy Spostrzeg³ Brak /> Ch³opcy. Jazda Wracajcie /> Gdy Mart±, Roman ¿onê. /> Kiedy¶ Teraz Dobrze? /> Marta M±¿ ¦wiat By³a Roman /> Dobrze. /> Odda³ Tak, /> Przejrzyj /> ¯adne Znajduje Znale¼li Nic. Cisza /> Pokiwa³ Dostrzeg³ No, Mia³ Major Kuk³a, /> Sprawdzi³ Dwa W³±czy³ Nic Wyszed³ Halo, Czy Odbiór. /> Cisza. Nikt Nagle, Halo, /> Zdrêtwia³ /> Kto /> No... /> Jaki /> Ja... Jacek... Wolski! /> A¿ ¶miech. Wsta³ Halo, /> Dobrze, Roman Mamy S³uchajcie /> Ca³a Zw³aszcza Marta, Mimo, ¿e Ale U¶miechn±³ /> Wygl±da ¿e Nie Nie Teraz Wracamy /> Nie /> Psy. G³odne, ¿arcia. Mo¿e /> Spojrzeli ³añcuchowymi Pojedyncze /> Jak Marta? /> Mo¿e Warszawy, /> No..., /> Jacek? /> Mo¿e Jestem /> Musicie Ada¶? /> /> No, /> Tak. Rano ¶ladu. /> Jeszcze Jego ¶ladu /> Id¼cie Zawistowskiej Aha, ¶wie¿ych Przydadz± ¶wiece No, /> /> Wtorek Powietrze Marta Wsta³a Beksê, Nie Romka, Nie Przez ¿e /> Wróci³a Roman /> Obudzi³am /> Nie, /> Patrzy³a Jej Ojciec Niedorajda ¿yciowy, ¿yciu ¿e Zupe³ny ¿wawych Zw³aszcza Jednak Nareszcie /> Wyspa³a¶ /> Jak Ponownie, Szybko ¶niadania. Ch³opcy ¿e Trudno, Je¿eli /> Ustali³e¶ /> Tak Mia³ ¿ony, Sytuacja /> /> Có¿, ¿e ¿adnej /> /> ¯ADNEJ STACJI. Nawet /> Nic? /> Kompletnie Absolutna ¯adnych /> Popatrzyli Wrêcz /> /> ¯ebym /> Jakie? /> Pierwsza ¿e... ¿e Nie Wychodzi³em ¶ladów, Nic. Normalne /> ¿yjemy? /> Wiesz, ¿e /> /> Wsta³ ³y¿kê £y¿ka ¿e ¶pi±cych Odskoczyli ¶miechem. /> Marta. /> Jest ¿e Powiem Równie¿ ¿e ¶niadanie ¶piochów. Musimy /> /> ¶niadaniu, Wokó³ Roman ¶wiñ, Jedyne, Jednocze¶nie Góra Nie /> Jacek, ... Marta, Byæ /> ¿ona /> Czeka Wybierzemy Warszawy ¿e Za³aduj /> Gostynina, ³±ki Przynajmniej Gorzej /> Oko³o Tutaj Roman ¿e Nissanie Bezpañskie /> Zatankowali Wokó³ Roman Nissan, Poza Ponownie Warszawy, /> Jechali Sochaczewa, B³onie Wszêdzie Nigdzie ¶ladu Dojechali Widok ¿a³oby, Tyle ¿e ¯adnego /> Nic Nawet Roman Zatrzymali Kruczej Nissana. /> Marta. Boga /> Nie Roman Chod¼cie, /> Odruchowo, Drzwi Stwierdzi³ ¿e /> Tato! Pos³uchaj! Adam /> Cisza Gdzie¶ Tutaj, Kruczej, Roman /> Machn±³ Ju¿ ¶rodka, Stan±³ Martê. ¿ywno¶ci± Nawet ³atwymi ¶rodku /> Wycofali ¶rodek Marta /> Roman, /> Masz Wracamy /> Ponownie Wokó³ ³agodnych Wszystko Roman ¿e No, Zw³aszcza, ¿e /> Jeszcze ³agodne, ... Ale /> Jacek /> Có¿, Jak Roman Wracamy. Pod P³ockiem ¶mig³owcowa Tam /> Tak Stolica Zw³aszcza Nawet /> Sochaczewie, Wyszogród P³ocka. Tam Wis³±, ¶mig³owców. Zjechali /> ¯adnego ¿o³nierza, ¿adnego Najwidoczniej Przynajmniej Ale ¶rodki ³±czno¶ci. Zatem, Je¿eli /> Ponownie Nissana Nikogo. Ka³asznikowa. Pod Obok ³aduj±ce Te¿ Pod ¶cian±, ¿o³nierza Rak, ... Roman Zdziwi³ ¿e Jakby /> Wojska /> Czy Marta /> Jestem Jacek Spokojnie, ¶rodka Ada¶ Jeszcze /> Usiad³ By³ Stacja Pokrêci³ Przestraja³ Nic, ¿adnych ¶ladów Obok Nastroi³ /> Halo Jaga, Jaga, /> Cisza, ¿adnej Powtórzy³ Spojrza³ /> Widzisz Adasiu, /> ¶wiecie? /> Tego /> /> Nic. Musimy ¿yæ Chod¼, /> Baga¿ówka ¶rodków /> /> Przyda Marta Teraz /> /> No, Ale /> Wiem. Za³o¿ê ¿e Jacek /> Zgadza /> Zjemy Beksê, £ysego Jutro /> Marta Beksy Zanim Roman S±dzi³, ¿e ¿ycia ¿ywno¶ci. /> Objazdowa, Gostynina. Tam Nissana /> Gdy Roman Marta G³ównie Teraz ¿e Nie ³o¿u. Marta. /> Le¿eli By³a /> Wyjd¼my Roman. Trzymali /> Czujesz Marta. /> Tak. Roman ¿onie Mimo ¿e S±dzê ¿e /> Tak. /> My¶lê, ¿e Wielki, ¿wawych Je¿eli /> Co¶ ¿e... /> Tak? Ja... Nie /> Oj, /> My¶lisz? /> Wiem. /> Jakim¶ Marta Wrêcz ¿ycia. /> Jest /> Jaki? /> Ch³opcy. /> Rzeczywi¶cie My¶lê ¿e ¶wiata. ¯e /> Ach ¶wintuchu-  /> Stali ¶wiatów, Tak Pozostawa³ Mimo, ¿e Marta, Roman, ¿e ¿ywot, ¿adnemu Ani Niemniej /> Przytuleni, ¿ywo ¶wiata Zes³añców, ¿alu Zes³añców /> ¦wiat /> /> 1

Komentarze::


Dodaj komentarz

Twój podpis:
Twój komentarz
adres WWW:
Aby dodać komentarz należy wypełnić pola komentarz i podpis.
Twój komentarz zostanie wyemitowany po zatwierdzeniu jego treści przez moderatora.


Powiązane wiadomosci