24 godziny temu
TAK DALEKO OD NIEBA
Dwudziesta siódma by³a zablokowana. Korek zaczyna³ siê jeszcze na Boston Ave, trzysta metrów od skrzy¿owania. Kierowca taksówki zakl±³ i zahamowa³ tak gwa³townie, ¿e spad³y mi okulary. Ledwo je z³apa³em, tu¿ nad pod³og±. Wyj±³em banknot i poda³em mu przez szparê w szybie. Kl±³ dalej chowaj±c pieni±dze w stalowej skrzynce pod desk± rozdzielcz±. Kln±c odblokowa³ drzwi z ty³u. Kl±³ gdy wysiada³em. Na szczê¶cie czyni³ to po hindusku, s±dz±c z turbanu na jego g³owie. Przedar³em siê przez ³awicê nieruchomych samochodów i ruszy³em chodnikiem.
Do metra nie mia³em po co i¶æ. Od czterech dni bardziej sta³o ni¿ kursowa³o. A to wciê³o nagle fragment szyn, a to znikn±³ semafor, to znowu nastêpowa³a awaria napiêcia. Szczytem wszystkiego by³o jak wczoraj nagle zabrak³o peronu na Midland Station. Nie chcia³em wierzyæ, ale pokazywali w telewizji. Ca³y peron szlag trafi³! Zamiast niego zia³a w ziemi dziura , d³uga na 300 metrów i na 20 szeroka. Wszystko zniknê³o, filary, glazura, ogrzewanie, po prostu wszystko! Od tego czasu nawet nie wiem czy metro je¼dzi³o. Nawet je¿eli, to g³upot± by³o z niego korzystaæ. Wiêc nie korzysta³em.
Doszed³em do rogu i skrêci³em w dwudziest± siódm±. Samochody sta³y ³aw±, burta w burtê, przez ca³a szeroko¶æ ulicy. Od razu zobaczy³em przyczynê korka. A¿ przystan±³em ze zdumienia.
Biurowiec Gassa mia³ sto piêædziesi±t piêter. Prawie piêæset metrów stali i szk³a, sta³ tu odk±d pamiêtam. Ojciec zabra³ mnie kiedy¶ na taras widokowy, stali¶my we dwóch patrz±c z góry na miasto, a wiatr szarpa³ moim ma³ym cia³em jakby by³o zrobione z papieru. Podmuch zerwa³ mi czapkê, pomimo, ¿e tata jeszcze w windzie nasadzi³ mi j± mocno na g³owê. Pofrunê³a w dó³, a¿ spad³a na szerok± pó³kê z drucianej siatki, maj±c± za zadanie w³a¶nie ³apaæ spadaj±ce z tarasu przedmioty. W drodze powrotnej tata kupi³ mi inn± czapkê, tak± w czerwone paski. Sobie te¿ kupi³ i szli¶my do domu w takich samych czapkach, dwaj równi faceci, on i ja. To by³ ¶wietny dzieñ.
Teraz zamiast strzelistego kszta³tu widaæ by³o tylko wielk± kupê gruzu. Nie tak wysok± jak budynek, ale i tak imponuj±c±. Wokó³ tryska³y ob³oki pary i strugi wody z przerwanych instalacji. B³yska³y syreny policji i s³u¿b ratunkowych. Nawet z tej odleg³o¶ci widzia³em bia³o-czerwone zapory, jakimi stra¿ po¿arna odgrodzi³a rumowisko. Têdy siê nie przedostanê, nie ma szans.
Wyj±³em z kieszeni telefon. Na szczê¶cie by³ tu sygna³. Wybra³em numer.
- Jason? – Nie wiem czemu, ale ledwo by³o s³ychaæ. Telefon g³ównie trzeszcza³ – Spó¼niê siê. Wie¿owiec Gassa siê zawali³, muszê i¶æ do biura piechot±, bo tu korek jak cholera! Nawet nie wiem kiedy dotrê na miejsce. Jestem na dwudziestej siódmej, przy Boston. Mam ze trzy kilometry, ale zajmie mi to z godzinê, bo musze omin±æ policyjn± blokadê. Jakby co zaczynajcie beze mnie!
Nagle po³±czenie, czy co¶ co je niezdarnie udawa³o, urwa³o siê. Musia³em byæ na skraju zasiêgu, czyta³em niedawno, ¿e pracuje co trzecia antena systemu, reszta siê popsu³a. Komórki dzia³a³y cudem. Ale cud nie zawsze dzia³a³.
Nie wiedzia³em, czy Jason us³ysza³ wszystko co powiedzia³em. To i tak nie mia³o znaczenia. Co to zmieni czy bêdê na naradzie czy nie? By³em taki sam durny jak wszyscy z naszego zespo³u. I taki sam bezradny.
Pozosta³o mi i¶æ. Musia³em obej¶æ rumowisko, policja nie pozwala³a przej¶æ ulic±. Skrêci³em w lewo, potem w nastêpn± przecznicê w prawo. Szed³em ulic±, otoczony przez strumieñ cia³, przelewaj±cych siê jak dwa przeciwbie¿ne nurty tej samej rzeki. Potr±cali mnie, przepychali siê, spiesz±c siê gdzie¶, gdzie¶ dalej. Znowu skrêci³em, w w±skie przej¶cie pomiêdzy budynkami, wyszed³em dwie¶cie metrów dalej, trac±c nieco orientacjê. Nigdy tutaj nie by³em, nigdy piechot±. Je¼dzi³em kilka tysiêcy razy pod tym miejscem, poci±gami metra, podró¿owa³em taksówkami tu¿ tu¿ obok, ale nigdy têdy nie szed³em. Nieco siê zgubi³em. Id±c na wprost doszed³em do niewielkiego placu. Dopiero tam zorientowa³em siê w swoim po³o¿eniu. Ruszy³em przed siebie, nie zbaczaj±c z obranego kursu i za czterdzie¶ci minut by³em u celu.
Pokaza³em przepustkê, przy³o¿y³em d³oñ do skanera. Pracowa³em tu prawie dziesiêæ lat a stra¿nik zawsze uwa¿nie patrzy³ gdy przechodzi³em przez bramkê, jakbym by³ tu zupe³nie nowy. Rozumia³em, bezpieczeñstwo, tajemnice, ochrona. Tak to dzia³a³o. ¦wiat rozpada³ siê na kawa³ki a tu nic siê nie zmienia³o. To dodawa³o otuchy. Skaner pisn±³, zapali³ zielon± lampkê i prêt bramki lekko drgn±³, sygnalizuj±c mo¿liwo¶æ wej¶cia. Wszed³em. Stra¿nik straci³ dla mnie zainteresowanie i skupi³ siê na nastêpnym cz³owieku. Widzia³em jego przenikliwy wzrok, d³oñ na przycisku alarmowym, drug± na kaburze pistoletu. Có¿, tak± mia³ pracê.
Gdy wszed³em do sali by³ w niej tylko Jason i facet z dzia³u analiz systemowych, chyba nazywa³ siê Derek Jaki¶tam, tak mi siê co¶ kojarzy³o.
- Przepraszam za spó¼nienie, dzwoni³em – Powiedzia³em na progu – Ju¿ po? Skoñczyli¶cie?
Westchnienie Jasona wa¿y³o chyba z tonê, a¿ dziw, ¿e biurko nie pêk³o pod jego ciê¿arem.
- Nie wiem, czy w ogóle zaczniemy – Spojrza³ na mnie a jego spojrzenie wa¿y³o jeszcze wiêcej ni¿ westchnienie – Ludzie nie mog± przedrzeæ siê przez miasto. Zawali³ siê nie tylko Gass, pad³a sygnalizacja uliczna i zamknêli most Hoovera. Podobno zacz±³ pêkaæ, niech go cholera. Nie wiem co padnie nastêpne, Kapitol?
Usiad³em z rozmachem na krze¶le – To co robimy?
Jason by³ tu szefem, on decydowa³. Prezydent chcia³ analizy od NSA. Pragn±³ wiedzieæ co na temat gigantycznego ¶wiatowego kryzysu s±dzi agencja rz±dowa, która powo³ana zosta³a specjalnie w celu dbania o bezpieczeñstwo kraju. I która wydawa³a na to rocznie wiêcej pieniêdzy ni¿ wynosi³ produkt krajowy brutto niejednego europejskiego pañstwa ¶redniej wielko¶ci. Tymczasem siedzieli¶my tu we trzech, w pokoju wielko¶ci boiska do koszykówki, z ³±czno¶ci± satelitarn±, która szlag trafi³ tydzieñ temu, ze sprzêtem do telekonferencji, który nie dzia³a³ od wtorku, z pustym rzêdem krzese³ i martwych telefonów. Jak ostatnie dupki. Nawet nie przedostatnie.
Jason doskonale zdawa³ sobie z tego sprawê. - Raport mamy przedstawiæ pojutrze o dziesi±tej rano, w Waszyngtonie.
-O ile bêdzie jakiekolwiek pojutrze – Popatrzy³em mu w oczy. Zna³em Jasona jeszcze ze studiów. Studiowa³ na starszym roku, ale czêsto spotykali¶my siê na seminariach. By³ wybitnym studentem, o wiele lepszym ni¿ ja. Zaraz po studiach zatrudni³ siê w FBI, zosta³ szefem biura w Dallas, potem rozpocz±³ karierê w NSA. Teraz by³ szefem sekcji naukowej a ja jednym z jego wspó³pracowników. Jednym z najwa¿niejszych.
-Nie kracz. Zaraz powinien tu byæ Donald. Dzwoni³ z tego brzegu, uda³o mu siê przedostaæ przez most, zanim go zamknêli. Reszta te¿ dotrze, tylko pó¼niej, pewnie po po³udniu. Mamy analizy z obserwatorium na Mount Palomar i z Kit Peak, Henry przywiezie raport z Berkeley, z O¶rodka Badañ Podstawowych, mamy te¿ sprawozdania z NASA i z Agencji Badañ Nuklearnych w Arizonie. Musimy to tylko po³±czyæ, zgrabnie zebraæ do kupy i opracowaæ wnioski. Wy siê znacie? – Zapyta³ ni z tego ni z owego patrz±c to na mnie to na Dereka.
- Derek Vanderberg – Przedstawi³ siê m³ody go¶æ wyci±gaj±c do mnie d³oñ – To zaszczyt z panem wspó³pracowaæ panie Steiner.
Wazelina ma obrzydliwy smak, ale jest s³odka. Mia³ silne palce, jak obcêgi. Skin±³em g³ow±.
-Derek jest wiceszefem dzia³u analiz strukturalnych, dyrektor Kowal jest w szpitalu. Chyba rak? – Spojrza³ pytaj±co na Vanderberga.
-Trzustki. Ostatnie stadium – Na twarzy mê¿czyzny dostrzeg³em cieñ smutku. Zna³em Kowala, równy z niego by³ go¶æ. I chyba szef te¿ s±dz±c z miny Dereka.
-Proponujê zaczekaæ na Donalda – Powiedzia³em przerywaj±c niezrêczne milczenie jakie zawis³o po ostatnich s³owach o nowotworze – Je¿eli jest po tej stronie rzeki, to ma najwy¿ej godzinê piechot±. Kiedy dzwoni³?
- Zaraz po tobie – Jason spojrza³ na zegarek – Jak±¶ w³a¶nie godzinê temu – Masz racjê, zaczekajmy.
Stali¶my przy oknie, a raczej przy wielkiej szklanej tafli, siêgaj±cej od sufitu do pod³ogi. Z trzydziestego drugiego piêtra ulice wydawa³y siê w±skie jak sznurowad³a. A ludzie jak ziarnka piasku.
Donald dobiega³ do emerytury. W ka¿dym razie wygl±da³ tak jakby dobieg³ do niej, min±³ linie mety i pod±¿a³ dalej niewzruszonym truchtem d³ugodystansowca. By³ chyba najstarszym pracownikiem naszego biura, a ju¿ na pewno z najd³u¿szym sta¿em. Kr±¿y³y opowie¶ci, ¿e pracowa³ przy jego tworzeniu, w 1952 roku. Nagle zda³em sobie sprawê, jaki musi byæ stary! Musia³ mieæ ponad siedemdziesi±t lat, jakim cudem nie wys³ali go jeszcze do ogródka? Zdawa³ siê tym w ogóle nie przejmowaæ, gdy wpad³ dysz±c do gabinetu.
- Cholera jasna! – Zakl±³ – Winda ekspresowa siad³a, musia³em sze¶æ piêter przej¶æ piechot±, bo towarowa doje¿d¿a tylko do dwudziestego pi±tego. Kto to wymy¶li³? A jakby trzeba by³o co¶ ciê¿kiego zawie¶æ wy¿ej? Na plecach by nie¶li?
- Jest druga, wiêksza. Po przeciwnej stronie korytarza na dole, tu¿ obok toalet – U¶miechn±³em siê – Je¼dzi na ka¿d± kondygnacjê. Ta, któr± pojecha³e¶ jest od cateringu. Ostatnia wielka sala jest na dwudziestym pi±tym, dlatego wy¿ej nie potrzeba.
Machn±³ rêk± zniecierpliwiony – Tak czy siak to g³upota. Robiæ windê do po³owy wie¿owca. To tak jakby ga¶nicê nape³niaæ tylko w 50 procentach. Kretyñstwo!
Zrzêdzi³. Taki ju¿ by³. Od zawsze.
- Masz raporty astronomów? – Zapyta³ Jason. Donald nie odpowiedzia³. Z torby, któr± przytacha³ na ramieniu wyci±gn±³ laptopa. Komputer wygl±da³ tak archaicznie, ¿e móg³by byæ w wieku Donalda, gdyby w tym czasie ju¿ robili laptopy. Pieczo³owicie ustawi³ go na stole i zaj±³ siê pod³±czaniem go do projektora. Jason da³ sobie spokój i cierpliwie czeka³ a¿ Donald skoñczy to co zacz±³.
No! – z satysfakcj± powiedzia³ do siebie, gdy na ekranie ¶ciennym pojawi³ siê obraz – Mogê prosiæ o ¶ciemnienie?
Derek nacisn±³ guzik na pilocie, który nieoczekiwanie znalaz³ siê w jego d³oni i okno ¶ciemnia³o. Obraz z projektora sta³ siê wyra¼ny i ostry.
- Poka¿ê wam to co dosta³em z Mount Palomar i z teleskopu Hubble’a. Mam jeszcze obrazki z dwóch innych satelitów NASA, ale niczego nowego nie wnosz± do sprawy. Mo¿emy poprzestaæ na tym co zobaczycie.
Pstrykn±³ klawiszem i na ekranie pojawi³a siê olbrzymia pomarañcza. Dopiero po chwili zorientowa³em siê, ¿e to obraz s³oñca w podczerwieni. G³êbokiej podczerwieni.
- Tak normalnie wygl±da s³oñce. Pe³na tarcza, równej jasno¶ci, bez du¿ych obszarów o aktywno¶ci odbiegaj±cej znacz±co od ¶redniej.
Nacisn±³ klawisz. Obraz zmieni³ siê. Tak¿e przedstawia³ pomarañczê, ale tym razem ponacinan± no¿em. W szczelinach ja¶nia³a niemal ¿ó³ta po¶wiata, za to tarcza by³a mocno przyblak³a.
- A tak wygl±da³o s³oñce cztery dni temu. Trzy dni po pierwszych oznakach katastrofy. Wyra¼nie widaæ, ¿e choæ ¶rednia energia emitowana przez gwiazdê siê nie zmieni³a, to na jej powierzchni nast±pi³o znaczne zró¿nicowanie obszarów aktywno¶ci. O ile powierzchnia zmniejszy³a emisje ciep³a, to z wnêtrza, przez co¶ w rodzaju pêkniêæ, wydostaje siê olbrzymia ilo¶æ energii, kompensuj±ca stratê.
Znowu nacisn±³ klawisz. Pomarañcza znik³a. To co by³o na ekranie przypomina³o zdecydowanie bardziej rozdeptan± brzoskwinie ni¿ pomarañczê.
- To s³oñce, fotografia wykonana wczoraj przez teleskop lunetowy. Widaæ ca³kowite za³amanie emisji, ca³kowite, podkre¶lam. Obszary aktywno¶ci krytycznie obni¿onej przeplataj± siê z obszarami przera¿aj±cej nadaktywno¶ci, w³a¶ciwie przenikaj± siê i zamieniaj± miejscami. S³oñce przypomina wielki balon, naciskany i przypalany z wielu stron naraz.
-Czym to grozi? – Zapyta³ Jason.
- Nie wiadomo – Donald wzruszy³ ramionami – Rozmawia³em z sze¶cioma astrofizykami a potem z czterema heliofizykami, czyli specjalistami od fizyki s³oñca. Odk±d obserwujemy s³oñce, czyli od 400 lat, nie by³o takiej sytuacji. S³oñce posiada cykle aktywno¶ci, kilkunastoletnie, ale nigdy zmiany w jasno¶ci tarczy czy emisji energii nie siêgaj± takich ekstremów. Nie potrafi± tego wyja¶niæ, nie umiej± przewidzieæ co bêdzie dalej. Clifton Robarts, noblista sprzed trzech lat za badania nad aktywno¶ci± gwiazd, powiedzia³ mi przez telefon, ¿e s³oñce powinno siê rozpa¶æ kilka dni temu. Na kawa³ki.
Zaleg³o milczenie.
- A inne gwiazdy? Widaæ co¶?
- Nawet je¿eli cos siê w nich dzieje, nie zobaczymy tego przed up³ywem kilku lat. ¦wiat³o nawet od najbli¿szych leci do nas dosyæ d³ugo, czas idzie w kilkadziesi±t miesiêcy. Natomiast mam dla was inn± nieprzyjemna wiadomo¶æ. Wiecie co to?
Znowu klikn±³ klawiszem. Na ekranie pojawi³ siê Saturn. Nawet dziecko wiedzia³o która z planet jest otoczona piêknym pier¶cieniem. Znowu stukn±³ w klawiaturê.
- To te¿ Saturn, fotografia sprzed dwóch dni. Ani ¶ladu pier¶cienia, potê¿ne pêkniêcia skorupy wzd³u¿ równika, straci³ dwa najwiêksze ksiê¿yce. A to Jowisz – kolejne klikniêcie – Zamiast jednej czerwonej plamy kilkaset ciemnych plan, strata kilku ksiê¿yców, za³amanie orbity. Nasz uk³ad s³oneczny siê rozpada. W drobny mak!
- Oszala³e¶?! – Jason poderwa³ siê na równe nogi – Co ma wspólnego jaki¶ Saturn z tym, ¿e u nas zawalaj± siê budynki czy psuje metro?! Mam powiedzieæ prezydentowi, ¿e dlatego s± korki bo Jowisz straci³ ksiê¿yce?!
Donald wzruszy³ ramionami. Wyj±³ z teczki jaki¶ spiêty klamerk± plik papierów i rzuci³ w kierunku Jasona. Klamerka spad³a i kilka kartek wysunê³o siê i spad³o z blatu. Zupe³nie siê tym nie przej±³.
-Co to? – Jason popatrzy³ na plik.
- Raport z Berkley – Donald usiad³ i za³o¿y³ nogi na stó³. Móg³ sobie na to pozwoliæ. Przetrwa³ pewnie z dziesiêciu takich Jasonów – Z O¶rodka Badañ Podstawowych nad materi±. Tu s± przyczyny. Raczej powody, tego co siê dzieje – Poprawi³ siê.
Jason zebra³ kartki i zacz±³ je przegl±daæ. Patrzy³em na to z niejasnymi uczuciami. Z jednej strony ciekaw by³em, co Donald przyniós³ w teczce, ale gdyby by³o to co¶ naprawdê rewolucyjnego, to nie chowa³by tego na potem tylko waln±³ tym od razu.
- Nic nie rozumiem – Jason zdj±³ okulary – Mo¿esz wyt³umaczyæ?
Ca³a z³o¶æ odesz³a mu bezpowrotnie. Znowu by³ spokojnym, pokornym wobec ¿ycia cz³owiekiem, dok³adnie takim, jakim go zna³em.
- Za³ama³a siê struktura materii. Zmieni³y siê zasady, wed³ug jakich atomy i cz±stki elementarne ze sob± oddzia³uj±. Prostym jêzykiem mo¿na powiedzieæ, ¿e klej, który trzyma³ atomy razem siê jakby zdegenerowa³. Rozsypa³. Rozpieprzy³ siê kompletnie.
- To co trzyma jeszcze materiê w ryzach ? – Zapyta³em – Gdyby zniknê³y oddzia³ywania elektromagnetyczne, wszystko rozpad³oby siê w py³, natychmiast.
- Nie wiedz± – Donald wzruszy³ ramionami – Co¶ innego. Niezupe³nie innego, ale jednak. Zmiany nastêpuj± ewolucyjnie, stopniowo, dlatego jeszcze ¿yjemy. W ró¿nych cia³ach w zmiennym tempie. Raz wolniej, raz szybciej. Nikt nic nie wie, ilu fizyków tyle teorii i tyle prognoz. Prognoz to nawet wiêcej. Ka¿dy ma ze trzy.
-Czyli nic nie wiemy, poza tym, ¿e zmienia siê struktura materii – Próbowa³em podsumowaæ – A przyczyny?
- S³ysza³em wiele, ale do przekonania przemówi³a mi jedna. Nasza galaktyka lub ta jej czê¶æ, w której le¿y uk³ad s³oneczny, wesz³a w obszar przestrzeni, w którym z jaki¶ nieznanych nam powodów panuj± inne warunki dla materii, przynajmniej niektóre. To tak, jakby¶ lody wyj±³ z zamra¿alnika i wstawi³ do kuchenki mikrofalowej. Zmieni³o siê tylko ¶rodowisko, prawa fizyki, wszech¶wiat pozosta³ nie zmieniony. Z punktu widzenia kucharza nie wydarzy³o siê nic specjalnego.
-Ale lody mia³yby nieco inne zdanie na ten temat – Doskonale zrozumia³em analogiê. Jason te¿.
- Jaka jest szansa, ¿e wszystko wróci do normy? – Zapyta³ Donalda.
Ten tylko wzruszy³ ramionami.
- Nie wiem. Nikt nie wie. Nikt nie ma szansy wiedzieæ. To mo¿e potrwaæ chwilê lub ca³e miliardy lat. Z regu³y jednak nic w kosmosie nie trwa chwilê, miliardy s± w³a¶ciwsz± perspektyw± i to nie jest pocieszaj±ce. Jedno jest pewne, ponad wszelka w±tpliwo¶æ. To co siê dzieje, le¿y poza mo¿liwo¶ci± naszej ingerencji. Wszyscy naukowcy, z którymi uda³o mi siê porozmawiaæ, byli pewni jednego – nie mamy na to wp³ywu i mieæ go nie bêdziemy. S³owem, siadamy na dupie, patrzymy jak ¶wiat siê rozpiernicza i koniec. Mo¿emy zacz±æ od zaraz.
Jason podszed³ do zdjêcia Jowisza, które wci±¿ widnia³o na tablicy.
- Sto lat temu ka¿dy fizyk, którego¶ by¶ zapyta³, powiedzia³by ci, ¿e czas p³ynie zawsze tak samo, a foton jest fal±. I koniec. Mo¿e jest jaki¶ sposób na zmianê tego procesu, tylko nie umiemy go dostrzec.
- No, je¿eli masz pomys³ na zmianê postaci oddzia³ywañ miêdzycz±steczkowych to gratulujê, Nobla masz jak w banku – Powiedzia³em drwi±co.
Popatrzy³ na mnie jakbym mu zabi³ jego jedynego syna. Ale nic nie odpowiedzia³.
Zwolna z³azili siê inni cz³onkowie naszego zespo³u. Przyszed³ Durran, potem McCormack, Johnson i reszta. Niestety, ka¿dy z nich przyniós³ wie¶ci dok³adnie takie same jak Donald. Katastrofa by³a nieunikniona.
Skoñczyli¶my przed siedemnast±, bez ¿adnych konkretów. A w³a¶ciwie z jednym – nic nie mogli¶my zrobiæ. Przypad³a nam rola biernych obserwatorów kataklizmu. Umówili¶my siê na jutro, choæ zupe³nie nie wiedzia³em po co. Niemniej nie odwa¿y³em siê poddaæ w w±tpliwo¶æ sens naszego spotykania siê w ogóle. Nikt siê nie odwa¿y³.
Wyszed³em razem z Donaldem, po¿egnali¶my siê na dole. On poszed³ West Side, ja polaz³em z powrotem Boston, w stronê domu. S³oñce jeszcze by³o wysoko, przyjemnie grza³o w plecy a cienie zaczyna³y dopiero zagl±daæ w w±wozy ulic.
Nie s³ysza³em go. Nikt go nie s³ysza³. Silnik musia³ zgasn±æ mu sporo wcze¶niej, bo wycia, jakie wydaje podczas pracy te¿ nie by³o s³ychaæ, a przecie¿ na ulicy wcale nie by³o tak g³o¶no. To co zwykle podwy¿sza t³o o co najmniej 60 decybeli, czyli je¿d¿±ce i tr±bi±ce samochody, nie dzia³a³o. Wiêc musia³ spadaæ ju¿ d³u¿szy czas. Pilot pewnie w rozpaczy szuka³ kawa³ka miejsca dla posadzenia maszyny. Nie by³o ³atwo, zw³aszcza, ¿e kawa³ek musia³ byæ nieco wiêkszy, bo nawet najmniejszy odrzutowiec nie usi±dzie jak nie ma kilometra przestrzeni. A ten do najmniejszych nie nale¿a³.
Zobaczy³em go dopiero jak zawadzi³ skrzyd³em o fasadê wie¿owca. Samym koniuszkiem. Przeora³ kilkana¶cie metrów szklanej ¶ciany, potem nagle skrêci³ i wbi³ siê w s±siedni dom. Sypnê³o gruzem. Patrzy³em na to w bezruchu, gdy¿ ca³e zaj¶cie trwa³o najwy¿ej pó³torej sekundy i nie mia³em czasu nawet na to, aby dok³adnie zrozumieæ co siê dzieje. Dopiero gdy odrzutowiec r±bn±³ w mur dotar³o to do mnie. Ca³a katastrofa mia³a miejsce jakie¶ trzysta metrów st±d, ale i tak podmuch popchn±³ mnie lekko do ty³u. Lekko licz±c piêædziesi±t ton rozpêdzonej do trzystu kilometrów na godzinê stali zderzy³o siê z wielgachnym budynkiem.
Pod¶wiadomie oczekiwa³em eksplozji. W zbiornikach samolotu pewnie by³o paliwo, ca³e tysi±ce litrów ognistej cieczy, która tylko na chwilê schowa³a ogieñ w sobie, jak rewolwerowiec chowa broñ w kaburze ale tylko czeka aby go wydobyæ i strzeliæ. P³omienie czai³y siê wewn±trz strumieni benzyny lotniczej, która trysnê³a na ulicê z kad³uba zmia¿d¿onej maszyny. Nawet z tej odleg³o¶ci spostrzeg³em jak ¶cieka po ¶cianie i rozlewa siê szerokim strumieniem po jezdni. Ale nie wybuch³a.
Zacz±³em biec. Nie wiem czemu, byæ mo¿e lata treningu, wpajana od pocz±tku ¶wiadomo¶æ, ¿e jeste¶my jedn± wielk± rodzin±, ¿e obywatele, ¿e ojczyzna, ¿e s³u¿ba. Poczucie obowi±zku wci±¿ nie zgas³o we mnie, wci±¿ gra³o swoja pie¶ñ, do boju, naprzód Steiner, ratuj kogo siê da! Bieg³em ulic± w stronê, gdzie tony benzyny tylko czeka³y na najmniejsz± iskierkê, by wydobyæ p³omienie z wnêtrza swego p³ynnego cia³a i ogarn±æ ognistym oddechem okolicê.
W³a¶ciwie to nie mia³em ¿adnego planu dzia³ania. Okres nie sprzyja³ planowaniu, ¶wiat zmienia³ siê jak kalejdoskop, nie wiedzia³em co spotka mnie za minutê. Ale wtedy to nie by³o istotne. Mija³em unieruchomione samochody, og³upia³ych ludzi, wpatruj±cych siê bezczynnie w miejsce wypadku, kluczy³em miedzy nimi, maszynami i ¿ywymi istotami, które w³a¶ciwie w tym momencie by³y dla mnie tym samym – przeszkod± na trajektorii, niczym wiêcej.
Nie wiem dlaczego wybra³em j±. Byæ mo¿e dlatego, ¿e by³a blisko. Mo¿e przyczyni³o siê do tego, ¿e by³a m³oda. W ludziach jest co¶ takiego, jaki¶ cholerny atawizm, ¿e bardziej troszcz± siê o m³odzie¿ ni¿ o starych ludzi. Ma to podtekst spo³eczno-ewolucyjny, w koñcu dzieci s± nasz± przysz³o¶ci± a staruchy tylko obci±¿eniem. A mo¿e wybra³em j± bo by³a piêkna? Zagra³ instynkt samca, testosteron wdar³ siê po kryjomu w moje my¶li i wp³yn±³ na podjêt± decyzjê? Chyba nie, tak s±dzê. A raczej mam nadziejê. Wybra³em j± bo na mnie patrzy³a. W jej szeroko otwartych br±zowych oczach wcale nie czai³ siê strach. Jej oczy by³y nim, by³y emanacj±, olbrzymim bilbordem przera¿enia, gigantycznym potworem paniki, wype³niaj±cym ca³± twarz. Bieg³em wiêc w jej kierunku.
Dziwnym trafem paliwo nie eksplodowa³o. Ale wiedzia³em, ¿e to tylko zmy³ka, g³upia podpucha, na któr± mieli nabraæ siê idioci i naiwniacy. Taka ewolucyjna selekcja s³abszych na umy¶le. Inteligentni i ostro¿ni uciekn±, mato³y uciesz±, ¿e siê nic nie sta³o i podejd± siê pogapiæ z bliska. Wtedy bum! I mato³ów mniej. Selekcja naturalna, nic innego.
Dobieg³em do samochodu. Kobieta uwiêziona by³a na tylnym siedzeniu taksówki. Kierowca uciek³ i zostawi³ drzwi zablokowane. Szarpn±³em za klamkê. Idiota ze mnie, przecie¿ gdyby drzwi da³y siê otworzyæ sama by wysiad³a! Uderzy³em ³okciem w szybê. Tylko zabola³. Uderzy³em mocniej, zabola³ mocniej. Przysz³o mi na my¶l, ¿e powinien zgin±æ w po¿arze. By³em przecie¿ idiot±.
Mia³em broñ, Glocka 9mm. Ka¿dy funkcjonariusz NSA musia³ mieæ broñ. Ka¿dy musia³ j± nosiæ. Nigdy nie wiedzieli¶my kiedy trzeba bêdzie stan±æ w obronie bezpieczeñstwa narodowego, uchroniæ nasz ukochany kraj przed band± z³oczyñców i terrorystów. A wiêc i ja nosi³em broñ. Strzelnica co trzy miesi±ce, oj, panie Steiner, tylko dwa pociski w tarczy, powinien pan nosiæ dubeltówkê zamiast pistoletu, proszê siê poprawiæ. Wyszarpn±³em pistolet z kabury na biodrze i zanim dziewczyna w samochodzie zdo³a³a przeraziæ siê jeszcze bardziej waln±³em kolb± w szybê. Trzasnê³o, hartowane szk³o rozgryz³o siê na milion diamentów.
- Proszê siê odsun±æ, oczyszczê okno. Potem proszê wyj¶æ – Powiedzia³em. Huk zag³uszy³ moje ostatnie s³owo.
To eksplodowa³a benzyna. Zniecierpliwiona uzna³a, ¿e dosyæ tego dobrego. Znalaz³a pretekst, jaki¶ malutki p³omyczek, jak±¶ iskierkê z przerwanego kabla wysokiego napiêcia i r±bnê³a uwalniaj±c wreszcie ca³± swoj± frustracjê. Obejrza³em siê. Pali³y siê samochody piêædziesi±t metrów od nas. Ale p³omieñ szybko wêdrowa³ w nasza stronê. Zdecydowanie za szybko.
Pomog³em kobiecie wydostaæ siê z auta. Rozdar³a sobie kremowy ¿akiet o resztki szk³a, nie zwróci³a na to uwagi. Spojrza³em w dó³. Ka³u¿a paliwa dotar³a ju¿ do moich stóp. Sta³em w benzynie. Na szczê¶cie p³omieñ spó¼nia³ siê w pogoni. Ale niewiele.
Chwyci³em j± za rêkê i poci±gn±³em do najbli¿szego budynku. Eksplodowa³ pierwszy bak w p³on±cym samochodzie. Zanim zrobili¶my dziesiêæ kroków wybuch³y jeszcze dwa. Rozpêta³o siê piek³o.
P³omienie wydawa³y siê nas otaczaæ. Widzia³em miotaj±ce siê bez³adnie p³on±ce ludzkie sylwetki, za nami, przed nami, obok. Dziwacznym zbiegiem okoliczno¶ci ogieñ nas omija³. Dobiegli¶my do drzwi. Zamkn±³em je za nami.
Znajdowali¶my siê w holu jakiego¶ biurowca. Chyba tego, w który uderzy³ odrzutowiec. Nie by³em pewien. Rozejrza³em siê nieprzytomnie. Z trzech stron otacza³o nas szk³o. Widzia³em jak p³on± samochody na ulicy. Poci±gn±³em dziewczynê w stronê korytarza wind. Tam chroni³y nas betonowe ¶ciany.
- Jak siê pani czuje?
Popatrzy³a na mnie jak na kosmitê. Dopiero po chwili zrozumia³em, ¿e jest ca³kowicie oszo³omiona. Równie dobrze mog³em zatañczyæ przed ni± kazaczoka. I tak nic by do niej nie dotar³o.
Huk, który dobieg³ z holu uderzy³, mnie jak bat. A¿ podskoczy³em. Na kobiecie nie zrobi³ ¿adnego wra¿enia. Chyba nawet go nie us³ysza³a. Wzi±³em j± ze rêkê i poci±gn±³em do za³omu korytarza. Nie mog³em zostawiæ jej bez opieki. By³a w stanie zrobiæ dowolne g³upstwo.
Znowu trzasnê³o. Wyjrza³em i od razu zorientowa³em siê co siê dzieje. Budynek wali³ siê. Pêka³y olbrzymie betonowe filary w holu. Konstrukcja pochyla³a siê w stronê zjazdu z autostrady. Za chwilê podstawa pêknie a my znajdziemy siê pod tysi±cami ton gruzu. Martwi.
Nie mia³em czasu na zastanawianie siê. Nie mia³em czasu nawet chwile namys³u. Po prostu z³apa³em j± wpó³ i ruszy³em przed siebie.
Na szczê¶cie by³a szczup³a. Ja wa¿y³em prawie dziewiêædziesi±t kilogramów, ona najwy¿ej po³owê tego. Prawie mnie nie spowolnia³a. Adrenalina pcha³a mnie jak dodatkowa para nóg. Przebieg³em przez hol, przeskoczy³em przez wybite okno, min±³em rz±d p³on±cych samochodów i dotar³em do bariery. Bariery nad siedmiometrow± przepa¶ci±, prowadz±c± na ni¿szy poziom autostrady. Nie zatrzyma³em siê. Budynek za mn± te¿ siê nie zatrzyma³. Wali³ siê prosto na nas.
Samochody robi± teraz bardzo bezpieczne. Poduszki powietrzne, czujniki zbli¿ania, kurtyny boczne, ale przede wszystkim kontrolowane strefy zgniotu. W przypadku zderzenia, czy dachowania, karoseria wygina siê, amortyzuj±c i poch³aniaj±c energiê kinetyczn±. Gdy spadli¶my na dach samochodu, który sta³ w korku na ni¿szej nitce autostrady, s³upki boczne pu¶ci³y i wygiê³y siê w kontrolowany sposób, zamieniaj±c nasz± prêdko¶æ w zniekszta³cenie dachu limuzyny. Nie by³ to skok na materac, ale nie po³amali¶my r±k ani nóg. W dwie sekundy po upadku sta³em na asfalcie. Kobieta spad³a nieco gorzej ode mnie, na baga¿nik i tyln± szybê, ale te¿ nie odnios³a wiêkszych obra¿eñ. Rozbi³a tylko czo³o, chyba niegro¼nie.
Mia³em tylko tyle czasu aby z³apaæ j± i wbiec pod górn± jezdniê. Dwie sekundy. Zanim pierwsze bloki betonu z rozpadaj±cego siê wie¿owca dotar³y na nasz poziom. Zd±¿y³em.
To nie znaczy³o, ¿e uda nam siê. Nie gwarantowa³o, ¿e prze¿yjemy. Patrzy³em w napiêciu na pylony podtrzymuj±ce jezdniê. Mog³y za³amaæ siê pod uderzeniem. Wal±cy siê blok móg³ spowodowaæ pêkniêcie i zniszczenie filarów. Poczu³em jak jezdnia unosi siê i opada, jak powierzchnia oceanu podczas sztormu. Na betonie pojawi³y siê rysy, wstêga autostrady przechyli³a siê niebezpiecznie ale to by³o wszystko. Stalowe o¿ebrowanie wytrzyma³o, choæ gdzieniegdzie asfaltowa skóra popêka³a w finezyjne wzory. Huk umilk³ a chmura py³u wype³ni³a przestrzeñ. Ocaleli¶my.
W szpitalu by³ taki t³ok, ¿e gdybym dok³adnie nie wiedzia³ gdzie jest wej¶cie, nie mia³bym nawet szans trafiæ do niego. Ludzie stali ju¿ dwie¶cie metrów od bramy, tworz±c gêst± kurtynê cia³, zaporê, przez która nie mia³em szans siê przebiæ. Da³em sobie spokój. Kobieta, mia³a na imiê Maria, jak mi powiedzia³a w drodze do szpitala, nie by³a ciê¿ko ranna, kilka st³uczeñ, parê siniaków i rana na czole. Po drodze zaszed³em do apteki i kupi³em balsam do ran, opatrunki ja³owe i banda¿. Zrobi³em Marii prowizoryczny opatrunek. Musia³ wystarczyæ. Zawrócili¶my pod szpitalem i poszli¶my do mojego domu.
Portier by³ na swoim miejscu. Przytrzyma³ mi drzwi, gdy holowa³em Mariê do ¶rodka.
-Dziêki, by³e¶ z Bub±?
- Tak panie Steiner, o szesnastej i o dziewi±tej. Kto to? – Spyta³ patrz±c na dziewczynê.
-Ofiara. Szpitale nie przyjmuj± z takimi lekkimi ranami, a mieszka poza miastem. Nie ma jak wróciæ, przenocujê j± a jutro siê zobaczy.
- Jutro! – Portier wyd±³ wargi – Coraz mniej wierzê w jutro. Jest coraz gorzej, dos³ownie z godziny na godzinê. Telefony zdech³y, telewizja te¿, nawet radio. Mia³ przyj¶æ zmiennik, o dwudziestej, oczywi¶cie ani ¶ladu. Zostanê tu na noc, rano spróbuje dostaæ siê do domu.
- Gdyby¶ czego¶ potrzebowa³, jedzenia czy poduszki, to zajrzyj do mnie – Przytrzyma³em Mariê a portier przywo³a³ windê.
-Dziêkujê, ale wszystko co potrzebne mam na zapleczu. Dobranoc!
Otworzy³em kluczem drzwi. Maria ledwo trzyma³a siê na nogach, musia³em wci±¿ na ni± uwa¿aæ. Próbowa³a usi±¶æ na pod³odze, ale na to nie pozwoli³em i w³a¶ciwie to zawlok³em j± do sypialni. U³o¿y³em j± na ³ó¿ku i zdj±³em buty. Potem obejrza³em ranê na czole. Przesta³a krwawiæ ale wygl±da³a paskudnie. Wzi±³em spirytus z apteczki i przemy³em skaleczenie. Dziwnie pachnia³ ale mo¿e tylko wydawa³o mi siê. Pomy¶la³em sobie, ¿e bêdzie musia³a nosiæ grzywkê aby zas³oniæ bliznê. Poza tym oddycha³a równo i spokojnie. Zorientowa³em siê, ¿e zasnê³a. Przykry³em j± kocem i wyszed³em z sypialni.
Dwoje oczu patrzy³o na mnie z poziomu pod³ogi. Buba obserwowa³a mnie ze swojego pos³ania. Zdziwi³em siê, ze nie przysz³a siê przywitaæ, gdy tylko wszed³em, ale z³o¿y³em to na karb atmosfery niepewno¶ci, która panowa³a wokó³ a wiêc i w moim mieszkaniu te¿. Podszed³em do niej i zacz±³em g³askaæ j± po brzuchu, tam gdzie najbardziej lubi³a. Wywróci³a siê na plecy i z lubo¶ci± podda³a siê pieszczocie. Po minucie przesta³em, nastawi³em sobie ekspres i zanim zrobi³ kawê, podgrza³em jedzenie dla psa.
Nie chcia³a je¶æ. Nawet nie tr±ci³a nosem. Pow±cha³em, pachnia³o jako¶ inaczej ni¿ zawsze, ale mog³em siê myliæ. Nie to nie, dola³em mleka do kawy i poszed³em do salonu. Buba wsta³a i swoim leniwym krokiem polaz³a za mn±.
Kawa by³a jaka¶ obrzydliwa. Mo¿e mleko siê zepsu³o, a mo¿e ekspres co¶ napieprzy³. Jak telewizory siê psu³y i samochody to pewnie i ekspresom nie usz³o p³azem. Wyla³em ciecz do zlewu, w³a¶ciwie to nie chcia³o mi siê piæ. Umy³em kubek. Wracaj±c do pokoju zobaczy³em, ¿e Buba kuleje.
Na praw± tyln± ³apê. Jako¶ tak ni± pow³óczy³a. Obejrza³em dok³adnie pazurki, ale nic w nich nie by³o z³ego. Pomaca³em ¶ciêgna, miê¶nie. Buba poddawa³a siê biernie tym zabiegom, widaæ noga j± nie bola³a. Pewnie przejdzie. Mój pies nie by³ najm³odszym egzemplarzem, mieszka³a ze mn± ponad 8 lat, a gdy bra³em j± z ulicy te¿ nie by³a szczeniakiem. Mia³a prawo niedomagaæ. Przesta³em j± macaæ, usiad³em obok niej na dywanie i g³aska³em j± za uchem. Tu te¿ lubi³a. Nawet nie wiem, kiedy zasnêli¶my.
Kwiaty musia³y umrzeæ noc±. Gdy bowiem wsta³em wczesnym rankiem, zamiast zielonych li¶ci i kolorowych p³atków w doniczkach na oknie sta³y ju¿ tylko poczernia³e, poskrêcane badyle. Przez chwilê my¶la³em, ze to moja wina, ostatnio nie za bardzo przyk³ada³em siê do podlewania, fakt. Ale gdy podszed³em do parapetu, ruch powietrza spowodowa³, ¿e dziwaczne kszta³ty zafalowa³y. Patrzy³em na to zafascynowany zjawiskiem. Kwiaty, a raczej to co z nich pozosta³o, by³y bowiem unosz±cym siê w powietrzu dziurawym welonem py³u. Trudno by³o oddaæ ich kszta³ty lepszym okre¶leniem. Falowa³y i wygina³y siê na wszystkie strony, tr±cane najl¿ejszym porywem, jakim¶ cudem nie rozpadaj±c siê i nie ³ami±c. Delikatnie dmuchn±³em w stronê doniczek. Welony znowu poderwa³y siê do dziwacznego tañca. Nigdy czego¶ podobnego w ¿yciu nie widzia³em. Nawet trochê podobnego.
Wyjrza³em przez okno. ¦wiat nadal istnia³. Co¶ siê jednak zmieni³o. Sta³em i patrzy³em a obraz dociera³ do mojej ¶wiadomo¶ci powoli i niemrawo. Przede wszystkim znik³a zieleñ. Nie tylko moje kwiaty zmieni³y siê w ob³oczki py³u. Wszystkie drzewa w zasiêgu wzroku, trawa, nawet ro¶liny z klombu na rogu zosta³y zast±pione przez dziwaczne ponuro-br±zowe twory. Chwia³y siê i falowa³y jak te na moim parapecie. Przez g³owê przemknê³a mi my¶l, ¿e przy tym kolorze bêdzie teraz trudno o wydajny proces fotosyntezy, ale perspektywiczna troska o zawarto¶æ tlenu w ziemskiej atmosferze wydawa³a mi siê jednak bezsensowna.
Poza tym widzia³em wysoki s³up dymu. Na wschodzie, gdzie¶ w okolicach lotniska. Mog³y paliæ siê hangary, magazyny paliwa lotniczego lub jaki¶ samolot spad³ na pas. Dziwnym trafem ma³o to mnie obesz³o. Jedna katastrofa wiêcej czy mniej nie robi³a tu specjalnej ró¿nicy.
Maria wci±¿ spa³a. Postanowi³em jej nie budziæ. Cicho gwizdn±³em na psa i wyszli¶my na klatkê.
Windy nie dzia³a³y. Ca³e szczê¶cie, ze wczoraj by³y czynne bo inaczej musia³bym wnie¶æ Mariê na czwarte piêtro. Buba sta³a pod drzwiami dziwi±c siê, dlaczego ka¿e jej i¶æ schodami. Ale w koñcu posz³a.
Kula³a, kula³a coraz bardziej. W³a¶ciwie to pow³óczy³a ³ap±, jakby by³a z drewna. Ale nie bola³a jej, nie reagowa³a na dotyk. Liza³a mnie po rêce i patrzy³a na mnie wielkimi br±zowymi oczami. Portier ju¿ sobie poszed³. Za kontuarem nie by³o nikogo, a drzwi do domu sta³y szeroko otwarte. Po spacerze musia³em wnie¶æ psa z powrotem po schodach, bo nie dawa³a rady wspi±æ siê na stopieñ. Zadysza³em siê, wa¿y³a ze trzydzie¶ci kilo, grubaska. Upas³em j±, trudno.
Maria wsta³a. Zd±¿y³a siê ju¿ umyæ, mia³a mokre w³osy i w moim szlafroku k±pielowym krz±ta³a siê po kuchni.
- Cze¶æ! O masz psa! Ale fajny! – Przyklêknê³a a Buba podrepta³a do niej machaj±c ogonem.
-Cze¶æ – Odpowiedzia³em – Chcesz co¶ do jedzenia? Zaraz zrobiê.
- Nic nie zrobisz – Otworzy³a lodówkê – To siê tak zrobi³o czy zawsze trzymasz tu wêgiel na opa³?
Zajrza³em do ¶rodka. Na pó³kach zamiast sera i jajek le¿a³y kupki czarnego popio³u. Jak widaæ nie tylko kwiaty zmieni³y postaæ.
- Mogê pój¶æ do sklepu, mo¿e tam co¶ ocala³o – Zacz±³em – Pewnie bêdzie zamkniêty, ale…
- Nie jestem g³odna. Ani trochê. Widzia³e¶ co siê sta³o z kwiatami?
W milczeniu skin±³em g³ow±. Nagle zaczê³a szlochaæ. Opar³a siê o ¶cianê i zas³oni³a twarz rêkami. Podszed³em do niej i obj±³em ramionami. Rozpacz wstrz±sa³a jej drobnym cia³em a ja sta³em bezradny, tul±c j± do siebie, bo by³a to jedyna rzecz, jaka potrafi³em zrobiæ.
- Powiedz, ¿e bêdzie dobrze. Powiedz, ¿e wszystko wróci, ¿e siê naprawi, ¿e… - £zy zdusi³y s³owa i zanios³a siê p³aczem.
Zostawi³em j± w ³ó¿ku, ¶pi±c± i zap³akan±. Buba po³o¿y³a siê obok, jakby chcia³a powiedzieæ - Id¼, przypilnujê jej, nie stanie siê nic z³ego.
Zaufa³em psu. Nie mia³em wyj¶cia.
Droga do biura zajê³a mi cztery godziny. Nic ju¿ nie je¼dzi³o, ani metro, ani autobusy, ani taksówki. Widzia³em tylko, jak jaki¶ facet na skuterze mocowa³ siê z d¼wigni± sprzêg³a. Silnik dymi³. Krztusi³ siê i charcza³, ale dzia³a³. Co z tego jak sprzêg³o szlag trafi³. Facet w koñcu porzuci³ trzeszcz±cy pojazd na ulicy, kopn±³ go na po¿egnanie w oponê i poszed³ piechot±. Jak reszta ludzi.
Jason siedzia³ nieogolony w biurze. Chyba w ogóle st±d siê nie ruszy³. By³ sam, siedzia³ i wpatrywa³ siê w jakie¶ zdjêcia. Zapuka³em, choæ drzwi do gabinetu by³y otwarte.
- Wejd¼, chyba mo¿emy sobie darowaæ uprzejmo¶ci. To ju¿ koniec – Popchn±³ w moj± stronê stos zdjêæ.
- Co to? – Popatrzy³em na fotografie.
- Z satelitów, ostatnie jakie uda³o siê przes³aæ, zanim wysiad³a ³±czno¶æ. Ta dziura, któr± widaæ na fotce z góry, to Rosja. I czê¶æ Europy ¦rodkowej. Wygl±da jakby zapad³y siê do wnêtrza Ziemi. Razem z kawa³kiem Pacyfiku. A tu – podsun±³ mi inne zdjêcie – Afryka. A raczej to co z niej zosta³o. Widzisz to takie bia³e na po³udniu, od równika w dó³? To chyba lód, ale równie dobrze mo¿e to byæ cukier puder. Albo kokaina. Albo niewiadomoco. Kurwa, wszystko siê rozpieprza! Rozumiesz co¶ z tego?! – Wsta³ tak gwa³townie, ¿e przewróci³ fotel – I do tego jeszcze papierosy przesta³y siê paliæ! Patrz!
Wzi±³ z blatu pude³ko papierosów, wyci±gn±³ jednego i spróbowa³ podpaliæ go zapalniczk±. P³omieñ obj±³ bia³± bibu³ê, ale tylko lekko j± poczerni³, nic wiêcej. Jason w¶ciekle cisn±³ papierosy o ¶cianê. Rozsypa³y siê po pod³odze jak grube zapa³ki.
- Co z naszym zespo³em? – Wzi±³em zapalniczkê i spróbowa³em podpaliæ jedn± z kartek papieru, jakie le¿a³y na biurku. Te¿ tylko s³abo zadymi³a. Widocznie zmieni³ siê sposób reagowania pierwiastków z tlenem.
- Nie ma ju¿ naszego zespo³u – Jason patrzy³ zafascynowany na p³omieñ li¿±cy bezskutecznie papier – Nie ma niczego. Prezydent rano zawiesi³ funkcjonowanie wszystkich instytucji rz±dowych na czas nieokre¶lony, wsiad³ do Air Force One i odlecia³ w nieznanym kierunku.
- Wsiad³ do samolotu?! – Przesta³em bawiæ siê zapalniczk±, parzy³a mnie w palce – Przecie¿ to samobójstwo!
- Tak doradzi³o mu Kolegium Dowódców Po³±czonych Sztabów. A minister obrony zgodzi³ siê z nimi. Na ziemi podobno czyha wiêksze niebezpieczeñstwo ni¿ w powietrzu. Wiêc wszyscy razem wsadzili ty³ki do maszyny i odlecieli ku gwiazdom. A ja tu nawet sobie zapaliæ nie mogê!
Zostawi³em go tam, z niepalnymi papierosami, z frustracj± i beznadziej±. Poszed³em do domu.
Drzwi by³y otwarte. Lekko zaniepokojony popchn±³em skrzyd³o, ale natychmiast uspokoi³em siê. Maria siedzia³a z Bub± na kolanach i czyta³a ksi±¿kê. Ksi±¿ki dzia³a³y, na swój sposób, ale dzia³a³y zawsze.
- Wiesz, twój pies ma jakie¶ k³opoty z ³ap± – Powiedzia³a Maria na mój widok – Próbowa³am obejrzeæ, ale siê na tym nie znam.
Podszed³em. Tylna prawa noga mojego psa by³a czarna i sztywna. Buba patrzy³a dosyæ obojêtnie gdy maca³em jej ¶ciêgna i stawy, widaæ nie by³o to bolesne.
-Jak ty siê czujesz? – Zapyta³em dziewczynê siadaj±c obok niej.
- Trochê dziwnie. Boli mnie g³owa, ale tylko trochê. Ale nie chce mi siê je¶æ, ani piæ. A zaraz minie ca³y dzieñ jak nic nie jad³am. Poza tym trochê mi niedobrze.
- Chod¼, obejrzê ranê – Poda³em jej rêkê i poszli¶my do ³azienki. Buba zosta³a na dywanie li¿±c zapamiêtale przednie ³apy. Cmoka³a przy tym g³o¶no.
Zdj±³em Marii opatrunek z czo³a. Na szczê¶cie sta³a ty³em do lustra. Musia³em zebraæ wszystkie si³y aby nie daæ poznaæ po sobie co czujê.
Jej czaszka rozsypywa³a siê. Dziura powiêkszy³a siê i mierzy³a teraz ze trzy centymetry ¶rednicy. Ko¶æ na brzegach sczernia³a i sta³a siê krucha jak cienki lód. Gdy dotkn±³em brzegów otworu, poczu³em oddzielaj±ce siê od nich nieregularne drobiny.
- I jak? Bêdê mia³a bliznê? – Zapyta³a.
-Niee, chyba zagoi siê dosyæ ³adnie – Wyj±ka³em.
Na szczê¶cie rana nie krwawi³a. Przemy³em okolice spirytusem, potem za³o¿y³em ¶wie¿y spory opatrunek z gazy, taki aby przykry³ ranê z du¿ym zapasem powierzchni.
- Tylko przy niej nie grzeb, bo wtedy blizna bêdzie na pewno – Powiedzia³em srogo. Pokiwa³a zgodnie g³ow± – Nie dotknê, obiecujê! – Podnios³a dwa palce w ge¶cie przysiêgi.
Wrócili¶my do pokoju.
- Chyba siê po³o¿ê. Jaka¶ ¶pi±ca jestem, tylko chce mi siê spaæ i spaæ.
Odprowadzi³em ja do sypialni i cicho zamkn±³em drzwi. Chyba zasnê³a zanim wyszed³em.
Z psem dzia³o siê co¶ niedobrego. Buba le¿a³a na boku i dysza³a ciê¿ko. Jeszcze przed chwil± wszystko by³o w porz±dku, a teraz widzia³em, ze ¼le siê czuje. Pochyli³em siê i wzi±³em ja na rêce. Gdy siê ni± zaj±³em, mog³em przestaæ my¶leæ o powiêkszaj±cej siê ranie na g³owie Marii.
Buba patrzy³a mi w oczy. By³em zapewne idiot±, ale dostrzega³em w zwierzêcych ¼renicach bezgraniczne zaufanie, jakim mnie darzy³a. Dla niej by³em bogiem. Mog³em z lodówki wyj±æ puszkê z miêsem, mog³em otworzyæ drzwi, nacisn±æ guzik przywo³uj±cy windê. Dla niej mog³em wszystko. Wiêc w spojrzeniu br±zowych oczu by³a nadzieja, ze skoro mogê wszystko, to potrafiê tak¿e ul¿yæ jej cierpieniu. ¯e tylko chwila i wszystko z³e minie i znowu bêdzie dobrze. Wystarczy ¿ebym tylko chcia³.
Poczu³em jak jej tylna ³apa, ta sztywna, nagle rozsypuje siê. Dos³ownie rozsypuje siê w proch. Patrzy³em na to oniemia³y. Ale pies ani drgn±³. Ca³y proces odby³ siê bezbole¶nie i bezkrwawo. Po prostu zamiast nogi Buba nie mia³a teraz nic. Wszystko zamieni³o siê w kupkê popio³u na moim kolanie. Jakby nigdy niczym innym nie by³o.
G³aska³em jej miêkk± sier¶æ. Zawsze, odk±d wzi±³em j± z ulicy, przygarn±³em tê najwspanialsz± na ¶wiecie istotê, która pêta³a siê po ziemi jak og³upia³y anio³, mia³a tak± gêst± i b³yszcz±c± sier¶æ. Gdy zamoczy³a siê w jeziorze, a zamoczy³a siê zawsze o ile tylko by³a okazja, sch³a potem ca³y dzieñ, tak jej futro ch³onê³o wodê. Jak g±bka. Przytuli³a siê do mnie. Poczu³em jej jak w³osy na skórze twardniej±, jak stopniowo staj± siê sztywne i kruche. Buba wci±¿ patrzy³a mi w oczy, a ja g³aska³em j± po brzuchu, tam gdzie najbardziej lubi³a. Pewnie dziwi³a siê, dlaczego p³aczê, bogowie chyba w jej ¶wiecie nie powinni p³akaæ. Powinni tylko dawaæ je¶æ, piæ i prowadziæ nad wodê, tam gdzie psy chêtnie wchodz± i s± szczê¶liwe. Powinni g³askaæ po brzuchu. Powinni wyprowadzaæ na spacer. Na pewno nie powinni p³akaæ. Na pewno.
Chcia³a mnie polizaæ po rêce, ale ju¿ nie mia³a si³y. Tylko wystawi³a ró¿owy jêzyk i zawinê³a nim w powietrzu. Potem umar³a, patrz±c na mnie wci±¿ pe³nym oddania wzrokiem, ufnie, do samego koñca.
Do chwili, gdy zamiast psa mia³em na kolanach tylko py³ i proch. Buby ju¿ nie by³o. Odesz³a.
Siedzia³em na dywanie, z kupk± czarnego ¿u¿lu na spodniach. Ba³em siê poruszyæ, aby siê nie rozsypa³. W koñcu jednak zgarn±³em go delikatnie do swetra i zanios³em na pos³anie mojego psa. Wysypa³em go na jej poduszkê, posta³em chwile ko³o niej a potem poszed³em do sypialni. Po³o¿y³em siê na dywanie, ko³o ³ó¿ka, na którym spa³a Maria. Nie chcia³em byæ sam.
Stukanie przedar³o siê przez fosê snu i zmusi³o mnie do opuszczenia zwodzonego mostu na jawê. Otworzy³em oczy. S³ysza³em odg³os pukania do drzwi, ale zanim je zidentyfikowa³em, minê³y jeszcze trzy sekundy. Maria spa³a, s³ysza³em jej równy oddech, albo wydawa³o mi siê ¿e s³yszê. Wsta³em i otworzy³em.
Mê¿czyzna wygl±da³ znajomo. Tak, pozna³em go, to by³ mój s±siad, ten spod numeru 23. Ubrany w pi¿amê, rozczochrany i z dwudniowym zarostem zupe³nie nie przypomina³ eleganckiego faceta, którego mija³em wieczorem na schodach gdy chodzi³em z Bub± na spacer. Ale to by³ on.
- Nasz syn zachorowa³. Le¿y bez ruchu, chyba straci³ przytomno¶æ. A telefony nie dzia³aj±. Nie mam jak wezwaæ pogotowia. Mo¿e pan ma czynny telefon? – W jego oczach widzia³em strach i bezradno¶æ, morderczy koktajl.
Moje telefony te¿ nie dzia³a³y. Ani stacjonarny, ani komórkowy. Widzia³em co siê dzieje w tym m³odym cz³owieku. Po prostu zapada³ siê w sobie z ka¿d± sekund±.
- Przeszed³em kurs pierwszej pomocy a mój ojciec by³ lekarzem. Je¿eli pan pozwoli spojrzê na pana dziecko, mo¿e bêdê móg³ co¶ pomóc – Zaoferowa³em siê. Nie mog³em patrzeæ na jego cierpienie. Rozumia³em co czuje. Nie mia³em dzieci, ale mia³em psa. Jeszcze niedawno mia³em.
- Dziêkujê. Ani ja ani ¿ona nie wiemy co robiæ. Podali¶my mu jakie¶ lekarstwa na gor±czkê, chyba pomog³o, ale dalej bardzo ¼le wygl±da.
Poszli¶my do ich mieszkania. Ch³opak rzeczywi¶cie nie wygl±da³ nadzwyczajnie. O¶miolatek mia³ szar± twarz, podpuchniête oczy. Co gorsze, nie oddycha³. Blada ze strachu matka siedzia³a przy ³ó¿ku trzymaj±c go za rêkê. Kaza³em siê jej odsun±æ i rozpocz±³em reanimacjê. Wykona³em g³êboki wdech w p³uca ch³opca, po³o¿y³em mu d³onie na piersiach i wykona³em piêtna¶cie szybkich uci¶niêæ klatki piersiowej.
Od razu poczu³em, ze co¶ jest nie tak. Cia³o ch³opca nie stawia³o oporu. Jakby by³o wykonane z g±bki. ¯adnych zgrubieñ ¿eber, twardo¶ci mostka, tylko dziwaczna sprê¿ysto¶æ. Jakby nie mia³ ko¶ci. Bo ich nie mia³.
Spojrza³em z ukosa na kobietê. Bezwiednie gryz³a palce z napiêciem wpatruj±c siê w dziecko. W jego cia³o.
-Niech pan nie przerywa! – To ojciec ponagla³ mnie do reanimacji. On tak¿e by³ nieprzytomny ze strachu. Kontynuowa³em. Robi³em na przemian sztuczne oddychanie i masa¿ serca trupowi, martwemu cia³u, workowi krwi i flaków, bo oni oczekiwali tego ode mnie. Bo nie mog³em im teraz powiedzieæ, ¿e nie maj± ju¿ syna. ¯e nie ¿yje od kilkudziesiêciu minut i ca³a reanimacja jest gówno warta.
Nagle co¶ trzasnê³o i d³onie wpad³y mi do wnêtrza. Przebi³y cienk± skórê na piersiach ch³opca i wesz³y w cia³o jak w blok rozgrzanego mas³a. Zamar³em. Spojrza³em na nich. Zdawali siê tego nie dostrzegaæ. Powoli wyj±³em rêce. By³y umazane jakim¶ zielonym ¶wiñstwem, wype³niaj±cym op³ucn±.
- Zmêczy³em siê. Zast±pisz mnie? – Spyta³em mê¿czyznê.
-Jasne. Posuñ siê, chyba podpatrzy³em jak to nale¿y robiæ – Powiedzia³. Odsun±³em siê wiêc. Po³o¿y³ d³onie tak, by nie naciskaæ na dziurê w piersiach i rozpocz±³ masa¿. Piêtna¶cie uci¶niêæ, trzy wdechy, piêtna¶cie uci¶niêæ, trzy wdechy. Kobieta jak zahipnotyzowana patrzy³a na to zagryzaj±c wargi. Trzyma³a przy tym ch³opca za rêkê, nie widz±c, ¿e d³oñ oddzieli³a mu siê od cia³a. O ma³o nie zwymiotowa³em gdy to zobaczy³em. Cudem powstrzyma³em siê i wyszed³em. Chyba nawet tego nie zauwa¿yli. Byli zajêci swoim dzieckiem.
Cicho wróci³em do mieszkania. Maria sta³a przed lustrem. Zdjê³a z czo³a opatrunek. Obróci³a siê do mnie gdy wszed³em do ³azienki.
- Obudzi³am siê, bardzo mnie to swêdzia³o. Ale teraz nie boli, tylko mo¿e trochê szczypie. Tylko trochê.
Dziura w jej czaszce mia³a wielko¶æ karty do gry. Brzegi rany pociemnia³y jeszcze bardziej, by³y teraz czarne jak wêgiel. Podszed³em do Marii, wyj±³em jej opatrunek z d³oni i za³o¿y³em z powrotem na czo³o. Przy krawêdziach spod gazy widaæ by³o martw± skórê.
-Obieca³a¶, ¿e nie bêdziesz tam sama majstrowaæ, pamiêtasz?
Pokiwa³a g³ow±- Ale d³ugo nie wraca³e¶, a to mi tak dokucza³o, ¿e nie wytrzyma³am.
Zaprowadzi³em j± do ³ó¿ka i pomog³em siê po³o¿yæ.
- Nie odchod¼, nie chce byæ sama.
Bez s³owa wsun±³em siê pod koc. Przysunê³a siê i objê³a mnie ramieniem. Czu³em jej ciep³± skórê na moim ciele, czarne w³osy le¿a³y mi na twarzy, lecz nie przeszkadza³o mi to, ani trochê.
- Czy ja umrê?
Nie wiedzia³em co odpowiedzieæ. G³adzi³em j± po ramieniu, a ona po³o¿y³a mi g³owê na piersiach.
- Wiesz…- zacz±³em.
-Nic nie mów – Wyszepta³a – Nic a nic.
Le¿eli¶my tak a¿ pierwsze promienie s³oñca uk³u³y nasze okno. Nigdzie nie musia³em siê spieszyæ, nic nie mia³em do zrobienia. Nie jad³em nic od dwóch dni, ale widocznie zmieni³ siê tak¿e metabolizm, bo zupe³nie nie chcia³o mi siê ani je¶æ ani piæ. Wiêc tylko g³adzi³em jej w³osy.
Zgas³a oko³o po³udnia. Nie wiem dok³adnie bo zegarek na szafce stan±³ jeszcze w nocy. Nagle przesta³a oddychaæ, jej cia³o rozlu¼ni³o siê, g³owa sta³a siê ciê¿ka. Jeszcze chwilê le¿a³em, potem wysun±³em siê spod niej, delikatnie, jakby to mia³o jakiekolwiek znaczenie. Dla mnie mia³o. Nie patrzy³em na jej twarz. Chcia³em j± zapamiêtaæ tak± jaka by³a przez te dwa ostatnie dni, ciep³a, piêkna, bezbronna. Okry³em j± kocem i cicho zamkn±³em drzwi sypialni.
Nie wiedzia³em co robiæ. Wszystko siê rozpad³o. Nie chcia³em siedzieæ bezczynnie w oczekiwaniu na koniec. Postanowi³em i¶æ do biura. Nie by³em pewien, czy ma to jakikolwiek sens, ale na wszelki wypadek wola³em siê nad tym nie zastanawiaæ. W³o¿y³em buty i wyszed³em.
Ulice przedstawia³y obraz nêdzy i rozpaczy, a nawet rozpaczy podwójnej. Jezdnie zastawione by³y unieruchomionymi samochodami, chodniki zreszt± te¿, bo czê¶æ kierowców, zanim ich auta siê zepsu³y, próbowali omin±æ zatarasowane ulice trotuarem. Wiêkszo¶æ ludzi chyba pozosta³a w domu, prawie nie mija³em przechodniów. A ci, których dostrzeg³em, sprawiali wra¿enie jakby otumanionych czy zagubionych. Nikt nie krad³ telewizorów z opuszczonych sklepów, bo telewizory nie dzia³a³y. Nikt nie rabowa³ ¿ywno¶ci, bo nie nadawa³a siê do spo¿ycia. Ca³a nasza cywilizacja zda³a siê psu na budê.
Szed³em na skróty, mniejsze uliczki by³y ³atwiejsze do pokonania. Tylko raz musia³em siê cofn±æ, bo olbrzymia ciê¿arówka wbi³a siê w ¶cianê domu i zawali³a znaczn± czê¶æ muru w poprzek mojej trasy. Sk±d siê wziê³a w±skiej alejce z ty³u centrum handlowego? Ta zagadka nie zostanie ju¿ nigdy rozwik³ana. Przez nikogo.
Zboczy³em wtedy w jak±¶ jeszcze mniejsz± uliczkê, przeszed³em ni± ze dwie¶cie metrów, staraj±c siê zachowaæ w³a¶ciwy kierunek marszu, gdy nagle stan±³em pod bram± z napisem „ Muzeum Astronautyczne – Per Aspera Ad Astra”. Nie mia³em pojêcia, ¿e jest tu co¶ takiego. Pracowa³em ze dwa kilometry st±d, a nigdy tu nie by³em, ba, nawet nigdy nie zamierza³em tu byæ. Bez sensu spojrza³em na zegarek. Po pierwsze nie chodzi³ ju¿ od wczoraj, a po drugie nigdzie siê nie ¶pieszy³em. Wszed³em.
Nikogo oczywi¶cie nie by³o w ¶rodku. To nie by³ najw³a¶ciwszy moment na zwiedzanie. Ale nie przej±³em siê tym zbytnio. G³ówny budynek by³ zamkniêty, na placu sta³y pojazdy kosmiczne. Z pocz±tku my¶la³em, ze to modele, makiety, lecz gdy podszed³em bli¿ej, okaza³o siê, ¿e to prawdziwe kapsu³y kosmonautów, z misji Apollo 8, Apollo 11, pojazd ksiê¿ycowy u¿yty w misji na Ksiê¿ycu, fragment promu kosmicznego Columbia, próbnik z marsjañskiej sondy Viking. Niby nie wolno by³o dotykaæ, ale komu to teraz mog³o przeszkadzaæ? Przelaz³em wiêc na drug± stronê barierek i z bliska patrzy³em na dzie³a najwy¿szej ludzkiej technologii. Poznaczone mikrometeorytami, tu i tam nadpalone atmosferyczn± plazm± podczas l±dowania, stanowi³y dowód na to, ¿e potrafili¶my siêgn±æ poza nasz± przyziemn± egzystencjê. Wodzi³em palcami po nierównej powierzchni pojazdów, czuj±c niemal p³omieñ, który ogarnia³ je w drodze powrotnej na nasza planetê. Gdzie¶ w stalowo-azbestowych pow³okach zamkniête by³y obrazy z orbity, odbite ¶wiat³o gwiazd, strumienie fotonów z pustki miêdzyplanetarnej, tak jak w blokach piramid zaklêto piach, s³oñce i pot setek tysiêcy robotników faraona. To by³ czas naszej historii, naszej rodz±cej siê i rozwijaj±cej cywilizacji. Czas, który min±³.
Do biura dotar³em tu¿ przed wieczorem. Budynek by³ lekko pochylony, jeden z pylonów z zachodniej strony pêk³ i bry³a betonu odchyli³a siê nieco od pionu, ale w porównaniu z innymi wie¿owcami City nie by³o wcale tak ¼le. Pusty hol na dole sprawia³ dziwne wra¿enie. ¯adnych stra¿ników, ¿adnych portierów, zupe³na pustka. O¶wietlenie nie dzia³a³o, przez dziury po mlecznych taflach wpada³o jednak wystarczaj±co du¿o ¶wiat³a, bym bez trudu znalaz³ wej¶cie na schody. Czeka³a mnie d³uga wêdrówka na 32 piêtro. Nie sprawdza³em, czy windy dzia³a³y. Nie by³em wariatem.
Mia³em dobr± kondycjê, lata biegania przydawa³y siê teraz. Mija³em kondygnacje, na których jeszcze kilka dni temu pracowa³o kilkuset ludzi na ka¿dej. Teraz nie dobiega³ z nich nawet jeden g³os. Drzwi na trzydzieste drugie by³y otwarte. Wszed³em. Te¿ by³o cicho, ale niezupe³nie. S³ysza³em Cztery Pory Roku Vivaldiego. Jesieñ. Muzyka wycieka³a niemrawo z gabinetu Jasona. Poszed³em w tê stronê.
Gdzie Jason? – Odk±d pamiêtam Jason zawsze urzêdowa³ w swoim biurze, nigdzie siê z niego nie rusza³. Mia³em nawet podejrzenia, ¿e w nim spa³. I za³atwia³ siê do doniczki z palm±, bo do ³azienki chyba te¿ nie chodzi³. Przynajmniej nie zauwa¿y³em.
Donald siedzia³ w jego fotelu i popija³ co¶ z wysokiej szklanki. Chyba nie by³a to oran¿ada. Na biurku obok jego butów sta³ ma³y odtwarzacz MP3 na baterie. Jakim¶ cudem dzia³a³, bo to z niego wyp³ywa³a muzyka.
- Jason? Próbowa³ pope³niæ samobójstwo z broni s³u¿bowej, ale pistolet nie wypali³. Popsu³ siê, jak wszystko wokó³ – Zatoczy³ ko³o szklank± nie rozlewaj±c ani kropli - Wiêc poszed³ na dach skoczyæ z niego w dó³. Na szczê¶cie grawitacja wci±¿ dzia³a – U¶miechn±³ siê. Chyba by³ lekko wstawiony – Godzinê temu stracili¶my kontakt z Air Force One i chyba nie jest to wina naszej radiostacji. Nie ma rz±du, nie ma pañstwa. ¦wiat siê pali! – £ykn±³ ze szklaneczki – A w³a¶ciwie ju¿ siê spali³ i tylko dymi, niemrawo.
Wsta³ i chwiejnie podszed³ do okna. Sta³ i patrzy³ ponad zniszczonym miastem hen, hen, gdzie¶ poza horyzont.
-Wiesz, ca³a ta teoria o zmianie oddzia³ywañ jako¶ mnie nie przekonuje – Powiedzia³ i znowu poci±gn±³ obficie ze szklanki.
- A co to ma teraz za znaczenie? – Wzrokiem poszuka³em butelki. Ale nie dostrzeg³em.
Wzruszy³ ramionami – W³a¶ciwie to ¿adne. Ale….- Znowu prze³kn±³ trochê p³ynu – tak sobie my¶lê, ¿e on po prostu zahaczy³ nog± o kabel.
-Co? – Nie zrozumia³em - O jaki kabel? I kto?
- No….Bóg. Zahaczy³ butem o przewód i wyrwa³ z gniazdka zasilanie naszego ¶wiata. Jak z telewizora.
- Idiotyczne! – Gdzie do cholery jest ta butelka?!
- Wcale nie – Spokojnie patrzy³ za okno – Widzia³e¶, co siê dzieje na ekranie gdy nagle zabraknie pr±du? Przez tê sekundê jak ga¶nie luminofor? Pojawiaj± siê jakie¶ cienie, pl±sy, zniekszta³cone obrazy, s³owem jakie¶ nieokre¶lone g³upoty. Dok³adnie jak u nas. Zanim wszystko szlag trafi, ro¶liny zamieniaj± siê w podryguj±ce szmaty, jedzenie staje siê miazg±, zwierzêta rozsypuj± siê, samoloty spadaj±. Brak w tym sensu i logiki. Jak w stanach nieustalonych, gdy znika zasilanie.
Widzia³em, ¿e jest bardzo zadowolony ze swojego wywodu. Czê¶æ tego zadowolenia mia³a na pewno swoje ¼ród³o w alkoholu, który wypi³ przed chwil±. Wkurzy³ mnie.
- A je¿eli Bóg umar³? Albo poszed³ na grzyby a ca³y jego ogród rozpieprza siê i zarasta chwastami? A my razem z nim? To te¿ niez³a teoria, mo¿e nawet lepsza.
Popatrzy³ na mnie kpi±co znad pustej szklanki. Nie powiedzia³ nic, ale jego wzrok ¶mia³ siê ze mnie na ca³ego. Zrozumia³em, ¿e tylko mnie podpuszcza³.
- Mam jeszcze trochê czasu zanim zdechnê – Obróci³ siê do mnie i wykrzywi³ w±skie usta w nêdznej imitacji u¶miechu – Pójdê sobie z bliska popatrzeæ na ocean. O ile jeszcze tam bêdzie gdy dotrê do wybrze¿a.
Wyszed³ a ja s³ysza³em jego ciê¿kie kroki, gdy zmierza³ korytarzem do klatki schodowej. Nie po¿egna³ siê. Nie by³o po co.
Podszed³em do okna. Szyba by³a lekko matowa, jakby poprzecinana delikatnymi ¿y³kami. Wyci±gn±³em d³oñ i musn±³em szk³o palcem wskazuj±cym. Naprawdê, tylko musn±³em. Trzasnê³o i zamiast tafli przezroczystego kwarcu w powietrzu obsypa³ siê skrz±cy py³. Szyba rozpad³a siê w proch.
Spodziewa³em siê uderzenia wiatru. By³em ponad sto metrów nad ziemi±, powinien wiaæ wiatr. Ale nie wia³. Nawet nie muska³ policzka. Powietrze sta³o jak blok betonu. Có¿, musia³em obej¶æ siê bez wieczornej bryzy na do widzenia.
Sta³em i patrzy³em w to samo miejsce, w które przed kilkoma minutami gapi³ siê Donald. Nie widzia³em tam nic szczególnego, prost± liniê horyzontu, nic wiêcej. Ale by³ to najpiêkniejszy widok, jaki w ¿yciu widzia³em. Móg³bym tak patrzeæ i patrzeæ, i modli³bym siê, aby widok ten trwa³ zawsze, po wsze czasy. Modli³bym siê, gdyby to mia³o jakikolwiek sens. Nie mia³o.
Budynek drgn±³. W³a¶ciwie to dr¿a³ nieprzerwanie, drobne wstrz±sy wci±¿ czu³em pod stopami. Ale czasem przez zgniecion± stalowa konstrukcjê przechodzi³ jakby dreszcz, od którego spada³y obrazy ze ¶cian i przesuwa³y siê meble. Tak jak teraz. Wie¿owiec pochyla³ siê, nieuchronnie zmierzaj±c ku zag³adzie. Jeszcze trochê, jeszcze raz, mo¿e dwa i zmieni siê w bezkszta³tn± masê pogiêtego ¿elastwa ze mn± w ¶rodku.
Opar³em siê o ¶cianê pod¶wiadomie przygotowuj±c siê na upadek. Ale katastrofa nie nast±pi³a. Jeszcze nie teraz. Wpatrywa³em siê wiêc dalej przed siebie, w ciemniej±cy b³êkit nieba, który wci±¿ by³ tak daleko, tak cholernie daleko st±d. W dodatku mia³em g³upie wra¿enie, ¿e nieustannie siê ode mnie oddala.
KONIEC
Warszawa, jesieñ 2011
źródło:
http://www.portalliteracki.pl
Aktualna ocena::
3
Wyślij odnośnik znajomym::
Tags:
TAK DALEKO NIEBA/>Dwudziesta Korek Boston Ave, Kierowca ¿e Ledwo Wyj±³em Kl±³ Kln±c Kl±³ Przedar³em ³awicê
/>Do Szczytem Midland Station. Nie Ca³y Zamiast Wszystko Nawet Wiêc
/>Doszed³em Samochody ³aw±, A¿
/>Biurowiec Gassa Prawie Ojciec Podmuch ¿e Pofrunê³a ³apaæ Sobie ¶wietny
/>Teraz Nie Wokó³ B³yska³y Nawet Têdy
/>Wyj±³em Wybra³em
/>- Jason? – Nie Telefon – Spó¼niê Wie¿owiec Gassa Nawet Jestem Boston. Mam Jakby
/>Nagle Musia³em ¿e Komórki Ale
/>Nie Jason By³em
/>Pozosta³o Musia³em Skrêci³em Szed³em Potr±cali Znowu Nigdy Je¼dzi³em Nieco Id±c Dopiero Ruszy³em
/>Pokaza³em Pracowa³em Rozumia³em, Tak ¦wiat Skaner Wszed³em. Stra¿nik Widzia³em Có¿,
/>Gdy Jason Derek Jaki¶tam,
/>- Przepraszam – Powiedzia³em – Ju¿ Skoñczyli¶cie?
/>Westchnienie Jasona ¿e
/>- Nie – Spojrza³ – Ludzie Zawali³ Gass, Hoovera. Podobno Nie Kapitol?
/>Usiad³em –
/>Jason Prezydent NSA. Pragn±³ ¶wiatowego ¶redniej Tymczasem ³±czno¶ci± Jak Nawet
/>Jason Raport Waszyngtonie.
/>-O – Popatrzy³em Zna³em Jasona Studiowa³ By³ Zaraz FBI, Dallas, NSA. Teraz Jednym
/>-Nie Zaraz Donald. Dzwoni³ Reszta Mamy Mount Palomar Kit Peak, Henry Berkeley, O¶rodka Badañ Podstawowych, NASA Agencji Badañ Nuklearnych Arizonie. Musimy – Zapyta³ Dereka.
/>- Derek Vanderberg – Przedstawi³ – Steiner.
/>Wazelina Mia³ Skin±³em
/>-Derek Kowal Chyba – Spojrza³ Vanderberga.
/>-Trzustki. Ostatnie – Zna³em Kowala, Dereka.
/>-Proponujê Donalda – Powiedzia³em – Je¿eli Kiedy
/>- Zaraz – Jason – Jak±¶ – Masz
/>Stali¶my
/>Donald By³ Kr±¿y³y ¿e Nagle Musia³ Zdawa³
/>- Cholera – Zakl±³ – Winda Kto
/>- Jest – U¶miechn±³em – Je¼dzi Ta, Ostatnia
/>Machn±³ – Tak Robiæ Kretyñstwo!
/>Zrzêdzi³. Taki
/>- Masz – Zapyta³ Jason. Donald Komputer ¿e Donalda, Pieczo³owicie Jason Donald
/>No! – ¶ciennym – Mogê ¶ciemnienie?
/>Derek ¶ciemnia³o. Obraz
/>- Poka¿ê Mount Palomar Hubble’a. Mam NASA, Mo¿emy
/>Pstrykn±³ Dopiero ¿e G³êbokiej
/>- Tak Pe³na ¶redniej.
/>Nacisn±³ Obraz Tak¿e ¿ó³ta
/>- Trzy Wyra¼nie ¿e ¶rednia
/>Znowu Pomarañcza
/>- Widaæ Obszary S³oñce
/>-Czym – Zapyta³ Jason.
/>- Nie – Donald – Rozmawia³em Odk±d S³oñce Nie Clifton Robarts, ¿e
/>Zaleg³o
/>- Widaæ
/>- Nawet ¦wiat³o Natomiast Wiecie
/>Znowu Saturn. Nawet Znowu
/>- Saturn, Ani ¶ladu Jowisz – – Zamiast Nasz
/>- Oszala³e¶?! – Jason – Saturn ¿e Mam ¿e Jowisz
/>Donald Wyj±³ Jasona. Klamerka Zupe³nie
/>-Co – Jason
/>- Raport Berkley – Donald Móg³ Przetrwa³ Jasonów – O¶rodka Badañ Podstawowych Raczej – Poprawi³
/>Jason Patrzy³em Donald
/>- Nic – Jason – Mo¿esz
/>Ca³a Znowu ¿ycia
/>- Za³ama³a Zmieni³y Prostym ¿e Rozsypa³. Rozpieprzy³
/>- – Zapyta³em – Gdyby
/>- Nie – Donald – Co¶ Niezupe³nie Zmiany ¿yjemy. Raz Nikt Prognoz Ka¿dy
/>-Czyli ¿e – Próbowa³em –
/>- S³ysza³em Nasza Zmieni³o ¶rodowisko,
/>-Ale – Doskonale Jason
/>- Jaka ¿e – Zapyta³ Donalda.
/>Ten
/>- Nie Nikt Nikt Jedno Wszyscy – S³owem, ¶wiat Mo¿emy
/>Jason Jowisza,
/>- Sto ¿e Mo¿e
/>- No, Nobla – Powiedzia³em
/>Popatrzy³ Ale
/>Zwolna Przyszed³ Durran, McCormack, Johnson Niestety, Donald. Katastrofa
/>Skoñczyli¶my ¿adnych – Przypad³a Umówili¶my Niemniej Nikt
/>Wyszed³em Donaldem, West Side, Boston, S³oñce
/>Nie Nikt Silnik Wiêc Pilot Nie ³atwo, ¿e
/>Zobaczy³em Samym Przeora³ ¶ciany, Sypnê³o Patrzy³em Dopiero Ca³a Lekko
/>Pod¶wiadomie P³omienie Nawet ¶cieka ¶cianie Ale
/>Zacz±³em Nie ¶wiadomo¶æ, ¿e ¿e ¿e ¿e Poczucie Steiner, Bieg³em
/>W³a¶ciwie ¿adnego Okres ¶wiat Ale Mija³em ¿ywymi –
/>Nie Byæ ¿e Mo¿e ¿e ¿e Zagra³ Chyba Wybra³em Jej Bieg³em
/>Dziwnym Ale ¿e Taka Inteligentni ¿e Wtedy Selekcja
/>Dobieg³em Kobieta Kierowca Szarpn±³em Idiota Uderzy³em ³okciem Tylko Uderzy³em Przysz³o ¿e By³em
/>Mia³em Glocka 9mm. Ka¿dy NSA Ka¿dy Nigdy Strzelnica Steiner, Wyszarpn±³em Trzasnê³o,
/>- Proszê Potem – Powiedzia³em. Huk
/>To Zniecierpliwiona ¿e Znalaz³a Obejrza³em Pali³y Ale Zdecydowanie
/>Pomog³em Rozdar³a ¿akiet Spojrza³em Ka³u¿a Sta³em Ale
/>Chwyci³em Eksplodowa³ Zanim Rozpêta³o
/>P³omienie Widzia³em Dziwacznym Dobiegli¶my Zamkn±³em
/>Znajdowali¶my Chyba Nie Rozejrza³em Widzia³em Poci±gn±³em Tam ¶ciany.
/>- Jak
/>Popatrzy³a Dopiero ¿e Równie
/>Huk, A¿ ¿adnego Chyba Wzi±³em Nie By³a
/>Znowu Wyjrza³em Budynek Pêka³y Konstrukcja Martwi.
/>Nie Nie
/>Na Prawie Adrenalina Przebieg³em Bariery Nie Budynek Wali³
/>Samochody Poduszki Gdy Nie Kobieta Rozbi³a
/>Mia³em Dwie Zanim Zd±¿y³em.
/>To ¿e Nie ¿e Patrzy³em Mog³y Wal±cy Poczu³em Stalowe Huk Ocaleli¶my.
/>W ¿e Ludzie Da³em Kobieta, Maria, Zrobi³em Marii Musia³ Zawrócili¶my
/>Portier Przytrzyma³ Mariê ¶rodka.
/>-Dziêki, Bub±?
/>- Tak Steiner, Kto – Spyta³
/>-Ofiara. Szpitale Nie
/>- Jutro! – Portier – Coraz Jest Telefony Mia³ ¶ladu. Zostanê
/>- Gdyby¶ – Przytrzyma³em Mariê
/>-Dziêkujê, Dobranoc!
/>Otworzy³em Maria Próbowa³a U³o¿y³em ³ó¿ku Potem Przesta³a Wzi±³em Dziwnie Pomy¶la³em ¿e Poza Zorientowa³em ¿e Przykry³em
/>Dwoje Buba Zdziwi³em Podszed³em Wywróci³a
/>Nie Nawet Pow±cha³em, Nie Buba
/>Kawa Mo¿e Jak Wyla³em Umy³em Wracaj±c ¿e Buba
/>Na ³apê. Jako¶ Obejrza³em Pomaca³em ¶ciêgna, Buba Pewnie Mój Mia³a Przesta³em Nawet
/>
/>Kwiaty Gdy Przez Ale ¿e Patrzy³em Kwiaty, Trudno Falowa³y ³ami±c. Delikatnie Welony Nigdy ¿yciu Nawet
/>Wyjrza³em ¦wiat Co¶ Sta³em ¶wiadomo¶ci Przede Nie Wszystkie Chwia³y Przez ¿e
/>Poza Mog³y Dziwnym Jedna
/>Maria Postanowi³em Cicho
/>Windy Ca³e Mariê Buba Ale
/>Kula³a, W³a¶ciwie ³ap±, Ale Liza³a Portier Zadysza³em Upas³em
/>Maria Zd±¿y³a
/>- Cze¶æ! Ale – Przyklêknê³a Buba
/>-Cze¶æ – Odpowiedzia³em – Chcesz Zaraz
/>- Nic – Otworzy³a –
/>Zajrza³em ¶rodka. Jak
/>- Mogê – Zacz±³em – Pewnie
/>- Nie Ani Widzia³e¶
/>W Nagle Opar³a ¶cianê Podszed³em Rozpacz
/>- Powiedz, ¿e Powiedz, ¿e ¿e ¿e… £zy
/>Zostawi³em ³ó¿ku, ¶pi±c± Buba Id¼,
/>Zaufa³em Nie
/>
/>Droga Nic Widzia³em Silnik Krztusi³ Facet Jak
/>Jason Chyba By³ Zapuka³em,
/>- Wejd¼, – Popchn±³
/>- – Popatrzy³em
/>- ³±czno¶æ. Rosja. Europy ¦rodkowej. Wygl±da Ziemi. Razem Pacyfiku. – – Afryka. Widzisz Albo Albo Kurwa, Rozumiesz – Wsta³ ¿e – Patrz!
/>Wzi±³ P³omieñ Jason ¶cianê. Rozsypa³y
/>- – Wzi±³em Te¿ Widocznie
/>- Nie – Jason – Nie Prezydent Air Force One
/>- Wsiad³ – Przesta³em – Przecie¿
/>- Tak Kolegium Dowódców Po³±czonych Sztabów. Wiêc
/>Zostawi³em Poszed³em
/>Drzwi Lekko Maria Bub± Ksi±¿ki
/>- Wiesz, ³ap± – Powiedzia³a Maria – Próbowa³am
/>Podszed³em. Tylna Buba ¶ciêgna
/>-Jak – Zapyta³em
/>- Trochê Boli Ale Poza
/>- Chod¼, – Poda³em ³azienki. Buba ³apy. Cmoka³a
/>Zdj±³em Marii Musia³em
/>Jej Dziura ¶rednicy. Ko¶æ Gdy
/>- Bêdê – Zapyta³a.
/>-Niee, ³adnie – Wyj±ka³em.
/>Na Przemy³em ¶wie¿y
/>- Tylko – Powiedzia³em Pokiwa³a – Nie – Podnios³a
/>Wrócili¶my
/>- Chyba Jaka¶ ¶pi±ca
/>Odprowadzi³em Chyba
/>Z Buba Jeszcze ¼le Pochyli³em Gdy Marii.
/>Buba By³em ¼renicach Dla Mog³em Dla Wiêc ¯e Wystarczy ¿ebym
/>Poczu³em ³apa, Dos³ownie Patrzy³em Ale Ca³y Buba Wszystko Jakby
/>G³aska³em Zawsze, ¶wiecie Gdy Jak Przytuli³a Poczu³em Buba Pewnie ¶wiecie Powinni Powinni Powinni
/>Chcia³a Tylko Potem
/>Do Buby Odesz³a.
/>Siedzia³em ¿u¿lu Ba³em Wysypa³em Po³o¿y³em ³ó¿ka, Maria. Nie
/>
/>Stukanie Otworzy³em S³ysza³em Maria ¿e Wsta³em
/>Mê¿czyzna Tak, Ubrany Bub± Ale
/>- Nasz Le¿y Nie Mo¿e –
/>Moje Ani Widzia³em
/>- Przeszed³em Je¿eli – Zaoferowa³em Nie Rozumia³em Nie Jeszcze
/>- Dziêkujê. Ani ¿ona Podali¶my ¼le
/>Poszli¶my Ch³opak O¶miolatek Blada ³ó¿ku Kaza³em Wykona³em
/>Od Cia³o Jakby ¯adnych ¿eber, Jakby
/>Spojrza³em Bezwiednie
/>-Niech – Kontynuowa³em. Robi³em ¿e ¯e ¿yje
/>Nagle Przebi³y Zamar³em. Spojrza³em Zdawali Powoli By³y ¶wiñstwem,
/>- Zmêczy³em Zast±pisz – Spyta³em
/>-Jasne. Posuñ – Powiedzia³. Odsun±³em Po³o¿y³ Piêtna¶cie Kobieta Trzyma³a ¿e Cudem Chyba Byli
/>Cicho Maria Zdjê³a Obróci³a ³azienki.
/>- Obudzi³am Ale Tylko
/>Dziura Brzegi Podszed³em Marii, Przy
/>-Obieca³a¶, ¿e
/>Pokiwa³a Ale ¿e
/>Zaprowadzi³em ³ó¿ka
/>- Nie
/>Bez Przysunê³a Czu³em
/>- Czy
/>Nie G³adzi³em
/>- Wiesz…-
/>-Nic – Wyszepta³a – Nic
/>Le¿eli¶my Nigdzie Nie Wiêc
/>Zgas³a Nie Nagle Jeszcze Dla Nie Chcia³em Okry³em
/>Nie Wszystko Nie Postanowi³em Nie W³o¿y³em
/>Ulice Jezdnie Wiêkszo¶æ Nikt Nikt ¿ywno¶ci, Ca³a
/>Szed³em ³atwiejsze Tylko ¶cianê Sk±d Przez
/>Zboczy³em „ Muzeum Astronautyczne – Per Aspera Astra”. Nie ¿e Pracowa³em Bez ¶pieszy³em. Wszed³em.
/>Nikogo ¶rodku. Ale G³ówny ¿e Apollo Apollo 11, Ksiê¿ycu, Columbia, Viking. Niby Przelaz³em Poznaczone ¿e Wodzi³em Gdzie¶ ¶wiat³o Czas,
/>Do Budynek City ¼le. Pusty ¯adnych ¿adnych O¶wietlenie ¶wiat³a, Czeka³a Nie Nie
/>Mia³em Mija³em Teraz Drzwi Wszed³em. Te¿ S³ysza³em Cztery Pory Roku Vivaldiego. Jesieñ. Muzyka Jasona. Poszed³em
/>Gdzie Jason? – Odk±d Jason Mia³em ¿e ³azienki Przynajmniej
/>Donald Chyba MP3 Jakim¶
/>- Jason? Próbowa³ Popsu³ – Zatoczy³ Wiêc – U¶miechn±³ Chyba – Godzinê Air Force One Nie ¦wiat – £ykn±³ –
/>Wsta³ Sta³
/>-Wiesz, – Powiedzia³
/>- – Wzrokiem Ale
/>Wzruszy³ – W³a¶ciwie ¿adne. Ale….- Znowu – ¿e
/>-Co? – Nie
/>- No….Bóg. Zahaczy³ ¶wiata. Jak
/>- Idiotyczne! – Gdzie
/>- Wcale – Spokojnie – Widzia³e¶, Przez Pojawiaj± Dok³adnie Zanim Brak Jak
/>Widzia³em, ¿e Czê¶æ ¼ród³o Wkurzy³
/>- Bóg Albo
/>Popatrzy³ Nie ¶mia³ Zrozumia³em, ¿e
/>- Mam – Obróci³ – Pójdê
/>Wyszed³ Nie Nie
/>Podszed³em Szyba ¿y³kami. Wyci±gn±³em Naprawdê, Trzasnê³o Szyba
/>Spodziewa³em By³em Ale Nawet Powietrze Có¿,
/>Sta³em Donald. Nie Ale ¿yciu Móg³bym Modli³bym Nie
/>Budynek W³a¶ciwie Ale ¶cian Tak Wie¿owiec Jeszcze ¿elastwa ¶rodku.
/>Opar³em ¶cianê Ale Jeszcze Wpatrywa³em ¿e
/>KONIEC
/>
/>Warszawa,
Komentarze::
Dodaj komentarz
Powiązane wiadomosci
- Smugi
- Zgliszczyc
- nikola tesla in da house
- WIERSZ/kwiat jako wspomnienie/x
- Niepewna wiara /wiersz/ ?
- troche polityki /wiersz/ X
- Ballada o poecie , który siê p±czkom nie k³ania³ / ;)
- ***[zanim poszed³em do szko³y] /wiersz/
- Królowa Nocy /Czyli krótka historia ¿ycia./opowiadanie/ X
- Opowie¶æ o Ludwiku z Cypru /opowiadanie/ ->x
- Korsarz /wiersz/ ~
- Obrusy ³opocz± na wietrze /wiersz/