24 godziny temu

golesz@wp.pl

Widmo

 

          - Nie, jeszcze ich nie ma proszê pana - dwudziestokilkuletnia, apetyczna blondynka w bia³ym fartuszku i kusej sukieneczce, by³a wyra¼nie zniecierpliwiona telefonicznym natrêtem i prowadzi³a rozmowê bardzo s³u¿bowym, nieprzyjemnym tonem. - Nie wiem proszê pana. ...Tak ... Na pewno.

          Od³o¿y³a wreszcie z obrzydzeniem s³uchawkê telefonu, po czym wróci³a do odkurzania wisz±cych w gabinecie fotografii, oprawnych w pretensjonalne ramy dyplomów, znacz±cych wycinków prasowych oraz wszelkiego typu dokumentów i wykresów firmowych maj±cych podnie¶æ presti¿ Firmy i W³a¶ciciela Zak³adu w oczach rodziny czy ewentualnych go¶ci. Przegina³a siê przy tym wdziêcznie i pochyla³a, choæ nikt jej nie obserwowa³. Pewnie dla wprawy.

          By³o wczesne popo³udnie. Jako pomoc domowa, przygotowywa³a teraz ca³e wielopokojowe mieszkanie chlebodawców na powrót rodziny ze szpitala. Jej szef, Antonio Giannini, wieloletni w³a¶ciciel jedynej w mie¶cie, dobrze prosperuj±cej masarni wytwarzaj±cej znakomite wêdliny, dozna³ miesi±c temu w swoim biurze zawa³u serca i w³a¶nie wraca do domu po krótkiej rekonwalescencji. Kucharka Marta pitrasi w kuchni jakie¶ lekkostrawne przek±ski powitalne i nie wy¶ciubia stamt±d nosa ju¿ od rana. To i dobrze zreszt±, gdy¿ obie nienawidz± siê serdecznie, bez wyra¼nego wydaje siê powodu. Chocia¿ nie - gdzie¶ trzy lata temu Marta by³a nieopatrznym ¶wiadkiem jak pan Antonio g³adzi³ z upodobaniem Dianê po pulchnym, kszta³tnym ty³ku. Odt±d prawie siê nie odzywaj±, a piêædziesiêcioletnia Marta patrzy na ni± jak na chodz±cy wyrzut sumienia kobiecego. Czego¶, co prawdopodobnie w ogóle nie istnieje. Dobrze chocia¿, ¿e nie powiedzia³a niczego pani.

          W drzwiach wej¶ciowych cicho szczêka patentowy zamek i do domu wchodzi elegancka jak zwykle pani Laura w asy¶cie dwóch barczystych sanitariuszy, popychaj±cych z wysi³kiem chromowany, szpitalny wózek. Na wózku le¿y na wznak Antonio Giannini, prawie sze¶ædziesiêcioletni, potê¿ny grubas, patrz±cy ponuro na otoczenie spod ³ysiej±cego ³ba. Pochód zamyka trzydziestoletni jedynak pañstwa, przygarbiony, drobny nieudacznik w z³oconych okularach oraz pogniecionej marynarce. On te¿, delikatnie, nadzwyczaj uwa¿nie, zamyka drzwi za wszystkimi. Z kuchni wypada zaczerwieniona Marta i za³amuj±c rêce spogl±da wymownie w sufit.

          - O Bo¿e, o Bo¿e! - wyrzeka g³o¶no, krêc±c g³ow± we wszystkie strony.

          - Cicho stara - mówi pan domu bez przekonania. Popychany wolno przez dwóch dryblasów, wje¿d¿a dostojnie do sto³owego. Sanitariusze pomagaj± mu siê zwlec z tego szczególnego pojazdu i usi±¶æ w miêkkim fotelu pod oknem. Sk³adaj± przemy¶ln± konstrukcjê wózka i wynosz± siê bez jednego s³owa. ¯ona z synem siadaj± naprzeciw a Diana i Marta staj± skromnie w drzwiach, patrz±c intensywnie na chlebodawcê rekonwalescenta.

          - No i co siê tak gapicie? - krzywi siê Giannini - Jeszcze ¿yjê.

          Pani Laura wstaje ze swojego fotela, otwiera szafkê i nalewa kieliszek ulubionego likieru miêtowego. Odwraca siê, nastêpnie demonstracyjnie wypija powoli ca³± jego zawarto¶æ. Giannini patrzy na ¿onê w milczeniu, po czym nieoczekiwanie wydziera siê na ca³y pokój:

          - Robisz mi cholera na z³o¶æ?

          - Ale¿ sk±d Antonio - t³umaczy ¿ona cicho, jednak bez widocznego poczucia winy - Nie mog³am siê opanowaæ.

          - No, no - ostrzega Giannini, chwilowy, przymusowy abstynent, i przenosi ciê¿ki wzrok na syna. - Co s³ychaæ w biurze darmozjadzie?

          Podczas fatalnej nieobecno¶ci ojca, bezdyskusyjnego szefa têtni±cego ¿yciem i zamówieniami zak³adu, formalne kierownictwo firmy sprawowa³ Pietro. Normalnie, na co dzieñ, mieszka, pracuje w pobliskim Santa Fe, w lokalnej placówce badawczej, gdzie zajmuje siê wertowaniem i ocen± przeró¿nych dokumentów historycznych jako ¶wie¿o upieczony doktor. Po alarmuj±cym telefonie matki, wzi±³ natychmiast bezterminowy urlop, by w piêæ godzin znale¼æ siê w domu. Prawdê mówi±c nie bardzo wiedzia³ co ma w ci±gu tego miesi±ca robiæ, zw³aszcza w firmie i zw³aszcza na oczach ca³ej, z¿ytej z sob± od lat za³ogi. Nic siê jednak szczególnego nie wydarzy³o. G³ównie dlatego, i¿ ca³o¶æ spraw prowadzi wieloletni ksiêgowy ojca Ricco, oble¶ny, ma³y cz³owieczek, ale znakomity administrator. Rozmawia³ zreszt± codziennie z ojcem telefonicznie i zdawa³ mu relacje ze wszystkiego. Przypuszczalnie tak¿e bezczelnie donosi³ na Pietra, swojego nowego, chwilowego szefa.

          - Nic takiego papo - Nie wiedzieæ czemu Pietro zaczerwieni³ siê jak panienka - Pan Ricco wspaniale zarz±dza firm±.

          - Ja my¶lê. P³acê mu przecie¿ krocie - Giannini poprawi³ siê w fotelu. Lew± rêk± z³apa³ za obanda¿owan± g³owê - widocznie ten niewielki wysi³ek sprawi³ mu ból pod pêkniêt± czaszk±. Antonio bowiem w momencie pamiêtnego, potwornego skurczu w piersiach, straci³ na moment przytomno¶æ i z pozycji wertykalnej rymn±³ potê¿nym czerepem w kant w³asnego biurka. Od³upa³ kawa³ solidnego blatu, ale i ko¶æ pêk³a w kilku miejscach. Lekarz, który go kwalifikowa³ do dalszego postêpowania mia³ problem, czym siê zaj±æ w pierwszej kolejno¶ci - ewidentnym zawa³em czy zgruchotan± g³ow±.

          - Panie Giannini - spod drzwi odezwa³a siê cicho Diana - Pan Karbone dzwoni³ przed chwil± tutaj.  

          - No i?

          - Pyta³ o pana.

          - Dobrze - Giannini machn±³ rêk± - Nie stójcie jak te ko³ki i we¼cie siê do roboty.

          Kucharka i pokojówka spojrza³y po sobie nienawistnie, po czym znik³y b³yskawicznie za dêbowymi drzwiami. Rodzina zosta³a sama a Giannini patrzy³ teraz w milczeniu na nabzdyczon±, jeszcze przez to przystojniejsz± ¿onê oraz skromnie wci¶niêtego w swój fotel syna. Nie wiedzia³ co ma robiæ dalej. Ca³y ten zawa³, konieczny pobyt w szpitalu i przymusowa miesiêczna, a kto wie, mo¿e i koniecznie znacznie d³u¿sza bezczynno¶æ, zaskoczy³y go zupe³nie, wytr±ci³y z codziennego rytmu. W ca³ym swoim pokrêconym ¿yciu nigdy nie zazna³ uczucia nudy czy chwilowego choæby rozdarcia zwi±zanego z dylematem - co robiæ. Zawsze musia³ walczyæ o zwyk³e przetrwanie, zawsze mia³ mnóstwo pilnych spraw do za³atwienia, zawsze brakowa³o mu czasu.

          - Co dalej? - mrukn±³ pod nosem patrz±c k±tem oka na ¿onê.

          - Nie martw siê Antonio. Zaraz bêd± skromne przek±ski a pó¼niej po³o¿ymy ciê do ³ó¿ka.

          - Tak, do ³ó¿ka. A co z firm±, co z zamówieniami, z klientami?

          - No... Karbone na razie...

          - Ricco jest w porz±dku - przerwa³ jej - ale czy w takiej sytuacji...

          - Dlaczego ty nikomu nigdy nie wierzysz? Doktor Finn te¿ narzeka³ na ciebie.

          - Ten wymuskany konowa³ to przecie¿ idiota - zdziwi³ siê Giannini - W dodatku pracuje w naszym szpitalu dopiero od dwóch miesiêcy.

          - Ale¿ to wielki... specjalista i mi³y cz³owiek - Pani Laura przymknê³a lekko powieki - On ciê uratowa³!

          - Przed czym?

          - No... Antonio, przecie¿ wiesz.

          - Nie.

          - Jak to? Przed... ¶mierci± Antonio.

          - Bzdura! - skrzywi³ siê. - Takie prymitywne masa¿e mo¿e wykonaæ byle dupek.

          - Lecz wykona³ je on. On ci te¿ posk³ada³ twój têpy ³eb, mimo, mimo...

          - Mimo czego?

          - Mimo twojego charakteru! - pani Laura zdenerwowa³a siê cokolwiek, jednak ju¿ nie zaryzykowa³a ponownej dawki smakowitego ¶rodka uspokajaj±cego.

          Giannini zamilk³ na chwilê. Rzeczywi¶cie. Ten pachn±cy jak perfumeria, oble¶nie u³o¿ony medyk, wyra¼nie dwoi³ siê i troi³, zw³aszcza w ci±gu kilku ostatnich dni. Wpada³ do separatki co godzinê, zleca³ ca³e mnóstwo badañ, prze¶wietleñ i analiz, konferowa³ godzinami z Laur±. Najwyra¼niej stara³ siê jak móg³. Có¿, mo¿e ¿ona ma racjê.

          - Co ty na to Pietro? - zagadn±³ nieobecnego jakby syna.

          - Papo, wszystko bêdzie dobrze - to by³y jedyne, banalne s³owa jakie przysz³y mu do g³owy.

          - No pewnie, bêdzie dobrze. Ale jak?

          - No... dobrze - Pietro zupe³nie straci³ rezon. Zawsze ba³ siê ojca, zw³aszcza w rzadkich momentach wymiany zdañ, bezpo¶redniej indagacji.

          - Niech to szlag! - Giannini odwróci³ siê z niesmakiem od syna i machn±³ rêk±. Mimo, ¿e kocha³ jedynaka, mimo, i¿ przewiduj±c taki w³a¶nie wypadek, zapisa³ mu firmê i ca³y maj±tek pod oczywistym wszak¿e warunkiem, ¿e rzuci wtedy swoje idiotyczne zajêcie, to jednak by³ z niego ostatnio coraz mniej zadowolony. Lub mówi±c ¶ci¶lej, coraz bardziej niezadowolony. Pietro, pomimo trzydziestki na karku, pozostaje w stanie kawalerskim i nie zanosi siê wcale by znalaz³ sobie w koñcu jak±¶ mi³±, sta³± partnerkê. Przewija³y siê, co prawda przez dom jakie¶ podejrzane, rozwydrzone fl±dry, g³ównie kole¿anki Pietra z uczelni, ale by³y to znajomo¶ci przelotne, niezwykle krótkotrwa³e. Có¿, tak naprawdê to chyba nie ma siê czemu dziwiæ. Syn nie by³ wzorem mêskiej urody, a wychowywany g³ównie przez niepracuj±c±, opiekuj±c± siê domem matkê, wykszta³ci³ w sobie niezwykle nieprzydatne w tych mêsko - damskich zmaganiach, fatalne cechy. W dodatku by³ zdeklarowanym wegetarianinem, czego Giannini ani w z±b nie móg³ zrozumieæ. Zwa¿ywszy rodzinne, od pokoleñ, zainteresowania wêdliniarskie.

          Wesz³a pokojówka Diana, nios±c w jednym rêku tacê z jakimi¶ lekkostrawnymi chrupkami dla rekonwalescentów, w drugim za¶ dzbanek gor±cej, nies³odzonej, a jak¿e, herbaty. Postawi³a to wszystko na stoliku obok i odesz³a krêc±c umiejêtnie zgrabnym kuperkiem. Giannini trzyma³ j± g³ównie z tego w³a¶nie powodu, bo jako si³a fachowa by³a kompletnie do niczego. Westchn±³ ciê¿ko, zdaj±c sobie nagle sprawê z zasadno¶ci lekarskich zaleceñ tycz±cych koniecznej ostro¿no¶ci i pow¶ci±gliwo¶ci w dawkowaniu tego typu estetycznych wzruszeñ. Przynajmniej na jaki¶ czas.

          ¯ona i syn zerwali siê równocze¶nie ze swoich miejsc by obs³u¿yæ mê¿a oraz ojca, lecz Gianini spojrza³ na nich krzywo i sam sobie nape³ni³ fili¿ankê. Stêkaj±c cicho stwierdzi³, ¿e chyba rzeczywi¶cie nie jest z nim najlepiej - podnosz±c litrowy dzbanek poczu³ w przedramieniu jego solidny ciê¿ar. Có¿, zwyk³e szpitalne os³abienie. W³o¿y³ do ust jeden z tych brudnoszarych kwadracików i natychmiast wyplu³ go na pod³ogê.

          - Co to za ¶wiñstwo? - wrzasn±³ na ¿onê.

          - Dieta Antonio, dieta - u¶miechnê³a siê z³o¶liwie pani Laura, a dla przyk³adu sama zjad³a jedno mydlane ciasteczko.

          - Niech to wszyscy diabli - mrukn±³ Giannini - Idê spaæ.

          Wsta³ ciê¿ko z fotela i szuraj±c po dywanie kapciami, znik³ za drzwiami sypialni. By³a trzecia po po³udniu.

          W nocy, gdy wokó³ panowa³a g³êboka ciemno¶æ, prawie siê obudzi³, gdy¿ wyda³o mu siê ¿e kto¶ jest w sypialni i delikatnie chrz±ka. W pó³¶nie, nie ca³kiem ¶wiadomie, zda³ sobie sprawê z tego, i¿ niew±tpliwie dobrze wychowany intruz, daje mu w ten subtelny sposób znak swojej obecno¶ci, ¿e chce by Giannini siê ockn±³. Otworzy³ oczy i ca³kowicie ju¿ rozbudzony popatrzy³ wokó³ po wielkiej, czarnej przestrzeni.

          - Laura? - spyta³ cicho.

          Z prawej strony sypialni, z okolicy starej stylowej szafy, ponownie da³o siê s³yszeæ delikatne, pe³ne za¿enowania chrz±kniêcie. Spojrza³ w tamt± stronê i zdêbia³. W miejscu gdzie by³a niewielka luka miêdzy szaf± a zamykanym rega³em z bielizn± po¶cielow±, gdzie wisia³a wielka, wyblak³a ju¿ nieco kolorowa fotografia ¶lubna jego i ¿ony, sta³a jaka¶ niewyra¼na postaæ. Niewyra¼na, choæ w jaki¶ dziwaczny sposób... pod¶wietlona, czy te¿... ja¶niej±ca. Postaæ jarzy³a siê zimn±, sino b³êkitn± po¶wiat±, zw³aszcza w³osy i... twarz. Nie by³o to silne ¶wiat³o, ba, by³o nawet ca³kiem s³abe i md³e, jednak w tych ciemno¶ciach doskonale widoczne. Gianniniemu resztki w³osów na g³owie stanê³y dêba.

          - Co..., co... - zdo³a³ tylko wybe³kotaæ, po czym gwa³townie usiad³ na ³ó¿ku.

          Nieoczekiwanie postaæ poruszy³a siê zwiewnie i przera¿ony masarz us³ysza³ mi³y, spokojny g³os:

          - Przepraszam pana bardzo, proszê siê nie baæ.

          S³owa te by³y wypowiedziane wyra¼nie, w sugestywnie uspokajaj±cym tonie. Mówi±cy je by³ niew±tpliwie obytym w towarzystwie mê¿czyzn±. W dodatku W³ochem, z nienagannym, kalabryjskim akcentem.

          - Co..., kto..., kim pan... jest? - wyszepta³ Giannini.

          - Proszê siê nie niepokoiæ. Jestem tu s³u¿bowo z pewn±... hm... misj±.

          - Kim pan jest u diab³a i czego chce? - Giannini by³ ju¿ sob± i teraz delikatnie, precyzyjnie, szuka³ po omacku pistoletu, który zawsze znajdowa³ siê na stoliku obok.

          - Nazywam siê Silvestro Ponti, urodzi³em siê podobnie jak pan na Sycylii i jestem.... no, jestem krótko mówi±c... duchem.

          Giannini s³ucha³ jednym uchem, gdy¿ by³ zajêty szukaniem broni która jako¶ nie dawa³a siê znale¼æ. Mo¿e Laura lub Diana podczas jego tygodniowej nieobecno¶ci lub powitalnych porz±dków schowa³y j± gdzie indziej? Do jego sko³owanej jeszcze trochê ¶wiadomo¶ci dotar³a jedynie koñcówka zdania, wypowiedzianego tym mi³ym, cichym g³osem.

          - Du... duchem? Brednie. Nie wierzê w ¿adne duchy - Antonio ca³kowicie oprzytomnia³ i by³ ju¿ ca³kowicie gotów do walki z tym... kim¶, kimkolwiek by on nie by³.

          - A jednak… - postaæ przemawia³a jakby wyra¼niej. - Có¿, mimo, ¿e tego nie znoszê, proszê zapaliæ ¶wiat³o.

          Masarz odruchowo wyci±gn±³ b³yskawicznie lew± rêkê do stolika i ... str±ci³ porcelanow± lampkê na pod³ogê. Us³ysza³ straszliwy trzask t³uczonej, delikatnej ceramiki, po czym zapad³a g³ucha cisza. W sypialni obok da³o siê s³yszeæ szybkie szuranie, kto¶ pisn±³ z bólu i do pokoju, na paluszkach, wesz³a ¿ona.

          - Antonio? - zawo³a³a szeptem.

          - Zapal ¶wiat³o! - rykn±³ Giannini.

          Sypialniê zala³o bia³e, jaskrawe ¶wiat³o sufitowe, a ca³y pokój skurczy³ siê do zwyk³ych rozmiarów. Szybko zlustrowa³ ma³e pomieszczenie i nie spostrzeg³ niczego, a tym bardziej nikogo podejrzanego. Z wyj±tkiem ¿ony rzecz jasna, która sta³a w drzwiach w nocnej koszuli i trzyma³a siê za kolano. Równie¿ dlatego, nie przypomina³a w niczym zjawy.

          - Co siê sta³o?

          - Nic - stwierdzi³ po d³u¿szej chwili - Zwali³em tê cholern± lampkê.

          - Nic ci nie jest?

          - Nie. Id¼ spaæ. Aha, gdzie mój pistolet?

          - Po co ci pistolet Antonio?

          - Po nic. Gdzie on jest?

          - Schowa³am do biurka.

          Giannini wsta³ z ³ó¿ka i nie zak³adaj±c kapci, przeszed³ do pokoju gdzie sta³o biurko. Wyj±³ z szuflady pistolet, sprawdzi³, nastêpnie schowa³ do kieszeni pid¿amy, która natychmiast wyd³u¿y³a siê z tej strony pod wp³ywem ciê¿kiego, gro¼nego narzêdzia. Spojrza³ na zegar. By³o dziesiêæ minut po pó³nocy, godzina duchów. Skrzywi³ siê ironicznie i wróci³ do ³ó¿ka. ¯ona w dalszym ci±gu sta³a w drzwiach sypialni rozcieraj±c sobie nogê.

          - Uderzy³a¶ siê?

          - Tak.

          - Id¼ spaæ. Do rana siê zagoi.

          W sypialni ponownie zgas³o ¶wiat³o a wêdliniarz znów zosta³ sam. Poprawi³ sobie poduszkê tak, ¿e prawie siedzia³ w ³ó¿ku wpatruj±c siê w przeciwleg³± ¶cianê. Odbezpieczy³ broñ i trzyma³ j± teraz w prawej rêce, spoczywaj±cej swobodnie na ko³drze. Obawia³ siê trochê, ¿e mo¿e usn±æ i pistolet przypadkowo wystrzeli, ale przecie¿ spa³ ju¿ tyle godzin, wiêc nie czu³ siê zmêczony. Po g³owie pêta³o mu siê mnóstwo ró¿nych wyja¶nieñ tego, co przed chwil± widzia³. Bra³ tak¿e pod uwagê wyja¶nienie, i¿ by³ to po prostu zwyk³y koszmar nocny chorego cz³owieka, zestresowanego ostatnimi prze¿yciami oraz tym szczególnym powrotem do domu po tak d³ugiej nieobecno¶ci. Jednak zna³ siê dobrze i mimo zas³yszanych tu i ówdzie dziwnych historyjek, uwa¿a³ za kogo¶, komu nie przytrafiaj± siê tak realistyczne, samorzutne wizje.

          W tej absolutnie cichej, niezg³êbionej ciemno¶ci, straci³ rachubê czasu i poczu³, ¿e ponownie ogarnia go senno¶æ. Zabezpieczy³ broñ i ju¿ mia³ j± od³o¿yæ pod poduszkê, gdy w tym samym miejscu co poprzednio, pojawi³a siê ta sama, fosforyzuj±ca postaæ.

          - Panie Giannini, proszê mnie spokojnie wys³uchaæ.

          G³os by³ ten sam, cichy, spokojny i wyrazisty. Giannini pomy¶la³, ¿e w koñcu niczym nie ryzykuje, wiêc równie spokojnie odbezpieczy³ pistolet, wycelowa³ go w zjawê i powiedzia³:

          - Mów.

          - Dziêkujê. My¶lê, i¿ powoli dojdziemy do porozumienia. My¶lê te¿, ¿e dociera w tej chwili do pana ta oczywista przecie¿ prawda, ¿e naprawdê jestem duchem.

          - Ale przecie¿ duchów nie ma - sprzeciwi³ siê spokojnie i rzeczowo, choæ trzeba to przyznaæ, z mniejszym ni¿ poprzednio przekonaniem.

          - Jak pan widzi s±. Jednak na razie mniejsza o to. Jestem tutaj by panu pomóc, a nie mamy zbyt wiele czasu.

          - Pomóc? W czym?

          - To jest d³u¿sza opowie¶æ, wiêc proszê siê uzbroiæ w cierpliwo¶æ. Teraz jednak widzê, ¿e w dalszym ci±gu nie wyzby³ siê pan resztek w±tpliwo¶ci. Có¿, proszê siê nie krêpowaæ, proszê sobie ul¿yæ z t± armat±.

          Gianniniemu zrobi³o siê g³upio, gdy¿ rzeczywi¶cie jego palec spoczywaj±cy na spu¶cie pistoletu, prawie bezwiednie zaciska³ siê coraz bardziej. Musia³ to zrobiæ, wiêc czê¶ciowo odruchowo, czê¶ciowo zachêcony, ¶cisn±³ go do koñca. Broñ wypali³a. Nast±pi³ potworny w tej ciszy wybuch, po czym stalowa zabawka, gwa³townie cofniêta si³± odrzutu, uderzy³a go mocno w nos.

          W domu rozpêta³o siê istne piek³o. Wszyscy naturalnie zostali obudzeni tym strza³em i biegali po pokojach jak opêtani. Do sypialni Gianniniego najpierw oczywi¶cie wpad³a ¿ona i zapaliwszy ¶wiat³o za³ama³a rêce.

          - Mój Bo¿e, Antonio. Co to by³o?

          Wêdliniarz siedzia³ w ³ó¿ku i wytrzeszcza³ oczy na przestrzelon± fotografiê ¶lubn±. Z nosa la³a mu siê ciurkiem krew na bia³± po¶ciel. Ca³y by³ umazany na czerwono i nic nie mówi³, tylko kiwa³ g³ow± na lewo i prawo. Pokój wype³nia³a chmura cuchn±cego dymu, a ³uska, która zosta³a wyrzucona podczas wystrza³u, strzaska³a ma³± figurkê Madonny stoj±c± na pó³ce. Istne pobojowisko. Po chwili do pokoju wbiegli równie¿ syn oraz Diana w prze¶wituj±cej fiku¶nie mini koszulce nocnej. Marta, jak jaka¶ Joanna d’Arc, stanê³a w drzwiach z potê¿nym kijem w rêku. Wszyscy wyba³uszali oczy na otumanionego gospodarza.

          Pietro podszed³ do przestrzelonej fotografii, pokrêci³ z dezaprobat± g³ow±, po czym zbli¿y³ siê do ojca, który ju¿ nieco och³on±³.

          - Papo, dlaczego przebi³e¶ mamie g³owê?

          Giannini spojrza³ ponuro przed siebie i... splun±³ siarczy¶cie w bok, ale nic nie powiedzia³.

          - Wiedzia³am, wiedzia³am! - wykrzyknê³a pani Laura, zaszlocha³a trochê teatralnie, nastêpnie wybieg³a z zadymionego pokoju. Marta, dzier¿±ca ca³y czas swoj± maczugê, pozbiera³a szcz±tki pot³uczonej figurki oraz lampki nocnej i otworzy³a po³ówkê okna. W sypialni natychmiast zrobi³o siê ch³odno.

          - Czemu pluje pan na pod³ogê? - zgani³a ³agodnie niesfornego chlebodawcê. - Tak nie mo¿na. A ty bezwstydna fl±dro ubierz siê! - Marta nie mog³a powstrzymaæ siê i straszliwym spojrzeniem przegoni³a kuso odzian± Dianê sprzed oblicza zdezorientowanego tym wszystkim gospodarza. Dba³a w ten sposób tak¿e o Pietra, który równie¿ by³ zagro¿ony takim... widokiem.

          - Id¼cie ju¿ sobie w cholerê - wymamrota³ cicho zdezorientowany kompletnie Giannini, wsta³ z ³ó¿ka i poszed³ do ³azienki obmyæ krew oraz przebraæ siê w ¶wie¿± pid¿amê. Gdy po jakich¶ piêtnastu minutach, uspokojony ju¿ jako tako wróci³ do sypialni, stwierdzi³ z zadowoleniem, ¿e wszystko by³o posprz±tane; zakrwawiona po¶ciel zmieniona, pot³uczone szk³o wyzbierane, pokój przewietrzony. Jednak dobrze wychowa³ s³u¿bê, choæ tak naprawdê, domy¶la³ siê, ¿e to wy³±cznie sprawa zatroskanej o niego Marty. Nie chcia³o mu siê spaæ - w koñcu przespa³ tyle godzin - wiêc ogl±da³ teraz nieszczêsn± fotografiê z wielk± dziur± w ¶rodku czo³a m³odej i piêknej wówczas ¿ony.

          - Niech to wszyscy diabli! - zakl±³ pod nosem i spojrza³ na stoj±cy na stoliku zegarek, przyniesiony tu zapewne przez kucharkê. By³a pierwsza piêtna¶cie, a wiêc do ¶witu zosta³o jeszcze kilka ³adnych godzin. Co tu robiæ? Nie mo¿e przecie¿ ci±gle niepokoiæ po nocy domowników. W koñcu nie jest prymitywnym chamem.

          Na chybi³ trafi³ wybra³ z pó³ki jak±¶ ksi±¿kê, zgasi³ ¶wiat³o sufitowe i poprawiaj±c now± lampkê na stoliku, po³o¿y³ siê ponownie. Ksi±¿ka okaza³a siê podrêcznikiem robótek szyde³kowych, wiêc znowu szczerze zakl±³, jednak nie chcia³o mu siê ju¿ wstawaæ. Zacz±³ j± przegl±daæ od niechcenia. Proszê, proszê, jakie to skomplikowane.

          Przy rozdziale po¶wiêconym ¶ciegom szwedzkim ogarnê³o go znu¿enie, a mo¿e raczej zniecierpliwienie - z g³êbokim, nieoczekiwanie silnym podtekstem oczekiwania. Oczekiwania na kolejn± wizjê, kolejn± uporczyw± wizytê tego... kogo¶. Trudno to tak nagle przyznaæ, ale chyba jednak prawdziwego... ducha. Postanowi³ byæ ju¿ spokojny - od³o¿y³ tê bzdurn± literaturê i zgasi³ lampkê. Podci±gn±³ ko³drê po sam± szyjê i u³o¿ywszy wygodnie potê¿ne cielsko, zacz±³ siê wpatrywaæ w tê¿ej±c± ciemno¶æ przed sob±. Czeka³, pogodzony zupe³nie z niesamowitymi wydarzeniami. Ca³kiem zapomnia³, i¿ wypada³oby siê w takiej sytuacji choæ trochê baæ.

          Nie zawiód³ siê. Po jakich¶ piêtnastu minutach, kolejny raz pojawi³a siê znajoma ju¿, niewyra¼nie fosforyzuj±ca postaæ.

          - No i po co to ca³e zamieszanie? - g³os pe³en by³ wyrzutu i delikatnej nagany.

          - Dobrze. Niech to piorun strzeli. Jestem ju¿ spokojny i gotów do rozmowy. - Giannini rzeczywi¶cie tak siê poczu³.

          - No, no. Cieszê siê. Przypominam, ¿e nazywam siê Silvestro Ponti i jestem duchem.

          - Pamiêtam, a jak¿e.

          - W takim razie mamy przed sob± kilka godzin rozmowy, co pan na to?

          - Trudno.

          - Piêknie. A wiêc szybciutko, na wstêpie, wyja¶niê w czym rzecz. Widzisz Antonio - proszê wybaczyæ tê poufa³o¶æ, ale tak bêdzie pro¶ciej - musisz poznaæ ca³± prawdê, a nie bêd± to niestety rzeczy przyjemne. St±d zreszt± moja tutaj obecno¶æ.

          - Trudno - Giannini jakby zapomnia³ o istnieniu innych s³ów.

          - Pamiêtasz zapewne jak ci robiono przeró¿ne badania i analizy w zwi±zku z twoim wypadkiem? Pamiêtasz ow± g³upi± nadgorliwo¶æ tego rze¼nika Finne’a i cierpliwe zatroskanie Laury?

          - Ba.

          - Krótko mówi±c Antonio, przykro mi to mówiæ, lecz... jeste¶ bardziej chory ni¿ my¶lisz.

          - Tak? Jak bardzo?

          - Bardzo, niestety.

          - Mo¿e mam he, he, raka?

          - Masz.

          - Co? - Zaskoczony Giannini nie bardzo rozumia³, o co zjawie chodzi.

          - Masz... raka mózgu. Poka¼ny guz na prawym p³acie skroniowym, wykryty przypadkowo przez doktora Finne’a.

          - Czy¿by?

          - Tak Antonio. I jest to sprawa beznadziejnie nieodwracalna.

          - Dlaczego mi nie powiedzieli? - Giannini dozna³ czego¶ w rodzaju rozdwojenia ja¼ni - jednocze¶nie prowadzi³ ze zjaw± normaln±, logiczn± rozmowê, a gdzie¶ w ¶rodku, zacz±³ narastaæ gwa³townie ¿al, co¶ jakby rosn±ce z sekundy na sekundê, przybieraj±ce na sile zawodzenie skrzywdzonego niesprawiedliwie dziecka.

          - Nie chcieli ciê martwiæ. S± te¿ inne okoliczno¶ci.

          - Jakie u licha?

          - O tym pó¼niej. Teraz jednak muszê ciê poinformowaæ, ¿e... opu¶cisz ten... uroczy glob, ¿e tak powiem, dwudziestego trzeciego stycznia, w dniu imienin ¶wiêtego Klemensa, o godzinie drugiej w nocy. - zjawa by³a bezwzglêdna w swej szczero¶ci.

          - To..., to... zaledwie kilka dni - szepn±³ wstrz±¶niêty nareszcie w pe³ni Giannini i zebra³o mu siê na p³acz. Jakim¶ cudem uwierzy³ tej zjawie, temu sugestywnemu g³osowi. Poza tym rzeczywi¶cie, dopiero teraz uprzytomni³ sobie sens niedawnych wydarzeñ, tej ca³ej bieganiny szpitalnej, tych wspó³czuj±cych spojrzeñ obs³ugi, pielêgniarek. Cholera jasna, wszyscy wko³o wiedz±, tylko nie on, najbardziej zainteresowany.

          - To... ju¿ koniec? - rzuci³ ¿a³osne pytanie w ciemno¶æ pokoju.

          - Tak Antonio.

          - I... co dalej?

          - No w³a¶nie. Po to tu jestem.

          - Jak to? Po co?

          - Muszê ciê do tego odpowiednio przygotowaæ. Muszê te¿ urz±dziæ i poza³atwiaæ ró¿ne rzeczy... po tamtej stronie.

          - Nie mów! - Giannini ca³y siê sprê¿y³. Ca³e ¿ycie by³ ateist±, a w najlepszym razie i niezwykle rzadko, przy okazji krótkich momentów nieokre¶lonej melancholii, niepoprawnym agnostykiem. Mimo typowo w³oskiego, sycylijskiego wychowania w kulcie Maryjnym.

          - Tak Antonio - zjawa jakby u¶miechnê³a siê z dobrotliw± wyrozumia³o¶ci± wobec infantylnych, niezbyt rozs±dnych pytañ ma³o rozgarniêtego ch³opca. - Druga strona istnieje, funkcjonuje w najlepsze. Trzecia zreszt± tak¿e. I czwarta, i pi±ta. Tak, ¿e prawdê mówi±c, nie masz absolutnie ¿adnego powodu do rozpaczy.

          Giannini zapomnia³ na chwilê o swojej tragicznej sytuacji i dos³ownie rodzi³ siê na nowo. To jest przecie¿ w³a¶nie to, na co jak siê okazuje czeka³ przez ca³e ¿ycie. Na co czekaj± chyba wszyscy przytomni ludzie, niezale¿nie od rasy, wieku, wykszta³cenia, zasobno¶ci i pogl±dów religijnych, czy wyznawanych teorii. Na wiarygodne, kompetentne potwierdzenie istnienia mo¿liwo¶ci po¶miertnych. Na wiarygodne, zwiêz³e, rzeczowe wyja¶nienie tego odwiecznego dylematu, tego tak intryguj±cego zagadnienia, w gruncie rzeczy najwa¿niejszej przecie¿ sprawy.

          Ale moment. Czy to, co us³ysza³, jest rzeczywi¶cie godne wiary i czy owo niesamowite ¼ród³o tych krzepi±cych wie¶ci jest naprawdê kompetentne? O ile do¶æ szybko pogodzi³ siê z niew±tpliwym faktem istnienia duchów, tak spektakularnie, tak ha³a¶liwie potwierdzonym, zaakceptowanym w koñcu z pewn± smutn± rezygnacj±, o tyle teraz zaczê³y w nim kie³kowaæ w±tpliwo¶ci innej ju¿ natury. Bardziej subtelne, godne raczej umys³u analitycznego, dociekliwego, umys³u sêdziego ¶ledczego. Mimo doznanego przed chwil± wzruszenia.

          - No dobrze - zgodzi³ siê spokojnie. - za³ó¿my, ¿e masz tê wredn± racjê. W takim razie pozwól, ¿e zapytam o parê szczegó³ów. Równie¿ tych nikomu, jak s±dzê, nieznanych, dotycz±cych wy³±cznie mojego ¿ycia. Kurcze, sprawdzê ciê.

          - Ale¿ proszê bardzo. Chcia³bym tylko najpierw wyja¶niæ mo¿liwie zwiê¼le cel mojej tu obecno¶ci i sens naszych rozmów. Wszak bêdziemy siê spotykaæ odt±d codziennie, a¿ do… ostatniej chwili twojej tu drogi. Mamy zatem trochê czasu.

          - Tak? W takim razie mów. - Giannini u³o¿y³ siê wygodnie i jeszcze szczelniej przykry³ ko³dr±, gdy¿ chyba zrobi³o siê ch³odniej. Zjawa jakby roz¶wietli³a siê bardziej lub te¿ jego wzrok przywyk³ do tych g³êbokich ciemno¶ci, w ka¿dym razie móg³ teraz rozpoznaæ niektóre szczegó³y ca³ej upiornej postaci.

          By³ to niew±tpliwie mê¿czyzna, ¶redniego wzrostu o szczup³ej sylwetce, ubrany w ciemny, mo¿e nawet czarny, dobrze skrojony garnitur. ¦nie¿nobia³a koszula i gustowna muszka, nadawa³y ca³ej sylwetce dystyngowany, szacowny wygl±d. Poci±g³a, blada twarz z ma³ym w±sikiem emanowa³a powag±, uprzejmo¶ci± i tym czym¶ nieuchwytnym, czy raczej niemo¿liwym do opisania, charakterystycznym dla wysoko urodzonych, obytych w ¶wiecie i do¶wiadczonych losem d¿entelmenów. Spotka³ kiedy¶ kilku takich facetów w Anglii, gdzie rzuci³y go wojenne losy, a raczej niesk³adna pomoc francuskiego Resistance. Jednym s³owem uosobienie kulturalnej, spokojnej solidno¶ci. Mimo tej dziwnej, upiornej emanacji.

          - A wiêc musisz wiedzieæ, Antonio, ¿e zawsze w podobnych razach, to znaczy, gdy mamy do dyspozycji rozs±dn± ilo¶æ czasu, komunikujemy siê z bezpo¶rednio zainteresowanymi i przygotowujemy ich mo¿liwie ³agodnie do przej¶cia na... nasz± stronê.

          - Kaperstwo? - zgry¼liwie zapyta³ masarz.

          - Có¿ ci przychodzi do g³owy Antonio - zaperzy³ siê Ponti, a raczej jego sinawy duch. - Chodzi o przyjacielsk±, ³agodn± i skuteczn± pomoc w tym nie³atwym przecie¿ okresie przej¶ciowym.

          - A wypadki, wojny? - Giannini zapomnia³ ju¿ o swojej nieuprzejmo¶ci.

          - Tutaj rzeczywi¶cie procedura jest nieco inna, a polega na stopniowej zmianie otoczenia ju¿ po drugiej stronie. Raz jest to szpital miejski, z którego siê wychodzi po krótkim, inscenizowanym rzecz jasna okresie rekonwalescencji, drugim razem szpital polowy, dzia³aj±cy na podobnych zasadach, innym razem statek ratowniczy w razie katastrofy morskiej na pe³nym oceanie. Sam rozumiesz, chodzi o unikniêcie szoku. Mamy pewne istotne problemy w przypadkach ¶mierci tak nag³ej, ¿e a¿ nieu¶wiadamialnej. Zdarza siê to czasami, na przyk³ad podczas wybuchów, szczególnie atomowych.

          - Czy... to siê tyczy wszystkich ludzi?

          - Absolutnie.

          - Nawet bandziorów, ewidentnych ¶mieci i ... tych najgorszych - wszawych, francowatych polityków?

          - Tak¿e.

          - No, to mi siê nie bardzo w takim razie...

          - Spokojnie. Jeszcze przecie¿ nie wiesz wszystkiego.

          Zaleg³a chwila ciszy. Wêdliniarz rozwa¿a³ problem sprawiedliwo¶ci niebieskiej.

          - No a... piek³o? - Gianniniemu za¶wita³y w g³owie podstawowe kanony dogmatu katolickiego, wpojone jeszcze w m³odo¶ci.

          - Có¿, to ju¿ inna, pó¼niejsza sprawa. Lecz na razie dajmy spokój tym pytaniom. Przyjdzie na nie czas. Teraz muszê ci powiedzieæ, ¿e g³ównym zadaniem jakie nas obu czeka, to przygotowanie twojego prywatnego, niepowtarzalnego... nieba.

          - Chryste!

          - Mówi³e¶ co¶?

          - No..., nie.

          - Tak wiêc wyobra¼ sobie, ¿e nie istnieje co¶ takiego jak jedno, obiektywne niebo. Jednym z celów naszego funkcjonowania na tym padole jest mo¿liwie jasne, precyzyjne, wyrobienie w sobie jakiej¶ konkretnej, indywidualnej wizji ¶wiata idealnego, oczekiwanego, ¶wiata, w którym bêdziemy dzia³aæ jaki¶ czas po tej stronie rzeczywisto¶ci. Nieba w³a¶nie. Problem z tob± polega na tym, ¿e ty, jako powiedzmy ateista, a przy tym cz³owiek ³atwo i na bie¿±co przystosowuj±cy siê do przeró¿nych okoliczno¶ci, nie zastanawia³e¶ siê nigdy zbyt wiele nad takimi sprawami.

          - Faktycznie - przyzna³ Giannini po chwili.

          - No wiêc musimy teraz mo¿liwie szczegó³owo, bezb³êdnie, ustaliæ wspólnie twoje oczekiwania, twoje idea³y, twoje wizje. Innymi s³owy musimy zbudowaæ dla ciebie niebo. I to jest nasze zadanie na najbli¿sze dni. A raczej noce.

          Prawdê mówi±c Giannini ju¿ by³ w niebie. O czym¶ takim s³ysza³ pierwszy raz, i wyda³o mu siê to z miejsca nadzwyczaj fascynuj±c±, atrakcyjn±, w gruncie rzeczy jedynie sprawiedliw±, po¿±dan± mo¿liwo¶ci±. W³asne, wymarzone niebo. Cudo.

          - Czy..., czy istniej± jakie¶ ograniczenia... hm... budowlane?

          - W zasadzie nie, chocia¿ jak to mówi±; jak sobie po¶cielisz tak siê wy¶pisz. I w³a¶nie moim obowi±zkiem, jako pomocnika, przewodnika, jest uchroniæ ciê od powa¿niejszych b³êdów... konstruktorskich. No, ale teraz ju¿ bêdziemy koñczyæ. Przemy¶l sobie wszystko wstêpnie, a jutro spotkamy siê ponownie. Do pó³nocy wy¶pij siê porz±dnie, gdy¿ ostrzegam, czeka nas ciê¿ka praca, Antonio. Do jutra.

          - Jeszcze moment - Giannini a¿ podskoczy³ na ³ó¿ku. - Powiedz mi na koniec czy..., czy... istnieje... On?

          - Kto?

          - No wiesz przecie¿ do cholery. On, Stwórca.

          Zjawa rozb³ys³a jakby na moment, po czym zafalowa³a w wielkim wzburzeniu.

          - Proszê ciê ostatni raz, nie wyra¿aj siê przy mnie. Musisz siê co rychlej pozbyæ tego wstrêtnego przyzwyczajenia. A sprawa Jego istnienia to bardzo skomplikowany problem. Mówi±c prawdê,... nie wiem... na pewno.

          - Prze... praszam - wykrztusi³ Antonio, zdziwiony nieco tym s³owem we w³asnych ustach. - Jak to, ty nie wiesz?

          - Ano tak. Zostawimy jednak tê kwestiê na pó¼niej. Teraz na mnie czas.

          Silvestro Ponti, jego bezcielesna istno¶æ, zszarza³ ³agodnie, po czym zgas³ zupe³nie i znikn±³. W pokoju zapanowa³a kompletna ciemno¶æ. Giannini, ca³kowicie otumaniony, przekrêci³ siê po chwili na lewy bok i zmêczony wra¿eniami, prawie natychmiast usn±³. By³a pi±ta rano a w sypialni w³adcy tego domu dominowa³o teraz równomierne, spokojne chrapanie.

--------------------------------------------------------

          Od po³udnia, w domu masarza, trwa³ istny remont. Do sypialni Gianiniego przeniesiono biurko z wszystkimi papierami oraz przyrz±dami do pisania. Marta i Pietro mozolili siê z ciê¿kim ³ó¿kiem, ustawiaj±c je pod ostr± komend± rekonwalescenta, który najwyra¼niej zamierza³ pracowaæ w sypialni. Dostawiono te¿ dodatkowy stolik na lekkie przek±ski, jak te¿ kilka dzbanków herbaty, mleka i przeró¿nych soków. Wezwany fachowiec wy³±czy³ z podrêcznego telefonu dzwonek, a zainstalowa³ w zamian maleñk±, migoc±c± lampkê. Podobno by nie niepokoiæ w nocy ¶pi±cych domowników.

          Wszyscy byli zdziwieni tymi zmianami, jednak nie ¶mieli ich dyskutowaæ, zw³aszcza w obecno¶ci Gianniniego. On sam konferowa³ telefonicznie kilka godzin z Karbone, oraz z dostawcami. Dzwoni³ po ca³ej okolicy, daj±c wszem i wobec ¶wiadectwo energii i niezmiennie dobrej kondycji firmy. Produkcja wybornego miêsiwa toczy³a siê pe³n± par±.

          Po szesnastej, nie wzywany, przyszed³ doktor Finn na rutynowe sprawdzenie pacjenta. Giannini da³ siê zbadaæ, lecz nie zapyta³ o nic, poddaj±c siê w ponurym milczeniu zimnym, fachowym oglêdzinom. Zapowiedzia³ tylko stanowczo, ¿e nie zamierza ³ykaæ ¿adnych cholernych pigu³ek, gdy¿ jest ca³kowicie zdrowy. Sko³owany, obra¿ony doktorek, skoñczy³ oglêdziny i zamkn±³ siê z pani± Laur± w jej pokoju. Najpewniej mia³ do przekazania nieweso³e wie¶ci.

          W tej sytuacji, w tych okoliczno¶ciach, Pietro, pêtaj±cy siê bezczynnie po domu, postanowi³ wróciæ na swoj± uczelniê, gdzie czeka³a cicha, spokojna praca. Spakowa³ siê szybko i po krótkim, oszczêdnym w s³owa i gesty po¿egnaniu z mrukliwym ojcem, odprowadzony przez Martê, odjecha³ swoim samochodem. Oczywi¶cie gotów w ka¿dej chwili, w razie czego, wróciæ. Giannini znowu, tak jak chcia³, jak siê ju¿ dawno do tego przyzwyczai³, zosta³ w domu ze swoimi kobietami. Mimo, ¿e wypoczêty, wyspany, po³o¿y³ siê do ³ó¿ka, przykazuj±c by go nie budzono nawet na kolacjê. I o dziwo, usn±³.

          O pó³nocy, przygotowany w pe³ni, wyk±pany, ogolony i ¶wie¿utki jak skowronek, czeka³ na zapowiedziany, oczekiwany seans. Wszystkie panie spa³y ju¿ od dawna, uspokojone jego zapewnieniami o koñskim zdrowiu niedawnego kandydata do grobu. Tak przynajmniej s±dzi³.

          Zgodnie z wczorajszym ustaleniem, niesamowita sesja rozpoczê³a siê punktualnie. W cichym, ca³kowicie ciemnym pokoju, zrobi³o siê nagle ch³odno, po czym w tym samym miejscu, pojawi³ siê blady, fosforyzuj±cy sino, Ponti.

          - Witaj Antonio - pozdrowi³ dostojnie swojego podopiecznego.

          - Dzieñ d..., tfu, dobry wieczór. Witaj - Giannini by³ nieco zdenerwowany.

          - Jeste¶ widzê wypoczêty i ca³kowicie przygotowany - pochwali³a go zjawa.

          - Tak.

          - A có¿ to za kartkê miêtosisz w rêku?

          - To..., to s± moje pytania do ciebie.

          - Antonio - w g³osie ducha zabrzmia³ bezmierny wyrzut. - wiesz przecie¿, ¿e nie znoszê ¶wiat³a. Jak zamierzasz je odczytaæ?

          - To..., no..., czê¶æ pamiêtam.

          - Bardzo dobrze. Spokojnie, a wszystkiego siê dowiesz. Co chcesz wiedzieæ w pierwszej kolejno¶ci?

          Giannini przemy¶la³ sobie w ci±gu dnia parê rzeczy. Do kwestii najwa¿niejszych, podstawowych, zamierza³ zbli¿aæ siê stopniowo, systematycznie. Teraz, nie ca³kiem przekonany, chcia³ na wstêpie ustaliæ wiarygodno¶æ i kompetencje swego upiornego rozmówcy, jego wiedzê, koneksje, a zw³aszcza rodowód... za¶wiatowy. Nie wyklucza³ bowiem podstêpu ze strony si³, powiedzmy mniej jasnych ni¿ te z którymi wola³by siê w takiej sytuacji kontaktowaæ. Przygotowa³ te¿ pewne rekwizyty, maj±ce pomóc mu ten cel osi±gn±æ. Jednym s³owem mia³ nadziejê na sterowanie przebiegiem rozmów, licz±c siê jednak powa¿nie z do¶wiadczeniem, obyciem swojego interlokutora, które wprost emanowa³y z ca³ej jego postaci, z ka¿dego s³owa. Giannini nie by³ lwem salonowym, nie æwiczy³ siê te¿ w sztuce konwersacji. Mia³ w tym wzglêdzie spore zaleg³o¶ci, czego na szczê¶cie by³ ca³kowicie ¶wiadom.

          - Wybacz mi obcesowo¶æ, ale chcia³bym utwierdziæ siê w swojej ufno¶ci do...  do ciebie - rzuci³ ostro¿nie na pocz±tek.

          - Rozumiem to. Pytaj. - Ponti wydawa³ siê zupe³nie nie zra¿ony.

          - W takim razie, e... jak pozna³em moj± ¿onê, Laurê? - strzeli³ podstêpnie Giannini.

          - Nietypowo Antonio, na ulicy, broni±c jej przed dwoma czarnymi. Przy okazji - nie musia³e¶ tak katowaæ tego mniejszego. Wybi³e¶ mu trzy zêby i z³ama³e¶ rêkê.

          - By³em w¶ciek³y.

          - To ciê zupe³nie nie t³umaczy. Powinni¶my wszak panowaæ nad sob±. Co¶ jeszcze?

          - Tak. Powiedz mi jak zmar³a moja nieod¿a³owana matka?

          - Na zawa³, w wannie, pe³nej zbyt gor±cej wody. Jeszcze?

          - Nie, nie. Dziêkujê - Giannini by³ oszo³omiony przebiegiem tego testu. W gruncie rzeczy zawierzy³ zjawie w pe³ni ju¿ wczoraj, jednak maleñkie potwierdzenie nikomu przecie¿ jeszcze nie zaszkodzi³o. Mimo kilku dodatkowych, przesz³ych faktów, które powinien w podobny sposób sprawdziæ, zrezygnowa³ z tego. Ju¿ teraz by³ przekonany bez reszty, co do wiedzy go¶cia. Pozostawa³ problem jego pochodzenia.

          - A wiêc? - Silvestro Ponti by³ najwyra¼niej osob± cierpliw±.

          - Wybacz mi ponownie, zw³aszcza prymitywizm tego co chcê zrobiæ, lecz muszê sprawdziæ wa¿n± rzecz - Giannini b³yskawicznie wyci±gn±³ spod ko³dry lew± rêkê, w której trzyma³ przez ca³y czas drewniany, misternie rze¼biony krucyfiks z lakierowan± na br±z postaci± Chrystusa, zwieszaj±cego przekonywuj±co ucierniê¿on± g³owê, i wycelowa³ precyzyjnie ten przyrz±d w zjawê. Jednocze¶nie praw± rêk± uchwyci³ stoj±c± obok kropielnicê, zanurzon± w naczyniu z wod± ¶wiêcon±, po czym machn±³ ni± dwukrotnie w kierunku fosforyzuj±cego rozmówcy.

          - Co to niby mia³o byæ? - Ponti owszem, by³ zaskoczony, jednak takie traktowanie nie wywar³o na nim innego, bardziej fizycznego, widocznego skutku.

          - Wy... bacz - Giannini naprawdê poczu³ siê jak ostatni idiota. - Musia³em siê przekonaæ jakie si³y reprezentujesz.

          - No i?

          - To..., to by³o g³upie.

          - Zgadzam siê ca³kowicie. S±dzisz, ¿e z twojego, z ludzkiego poziomu, mo¿na przekonuj±co rozwiaæ tego typu rozterki, stwierdziæ co¶ na pewno?

          - Nie?

          - Oczywi¶cie, ¿e nie. A poza tym, zasadniczo wszystko jest wzglêdne, nawet dobro i z³o, piek³o i niebo. Punkt widzenia zale¿y od..., no dokoñcz Antonio.

          - Daj spokój. Przecie¿ to bana³ - Giannini nie chcia³ byæ traktowany jak ma³y ch³opaczek, jednak czu³, ¿e po tym co zrobi³ przed chwil±, Ponti ma pewne prawo by go choæ troszeczkê o¶mieszyæ.

          - Owszem, lecz ty o nim zapomnia³e¶ . Ale do rzeczy. Czas mija, a my ci±gle jeste¶my na etapie wstêpnym. Zdecyduj Antonio czy mo¿emy przej¶æ do meritum, czy te¿ jeszcze co¶ ciê trapi w zwi±zku z moj± osob±?

          - Tak.

          - Co, tak?

          - Zacznijmy wreszcie.

          - Nie bêdziesz ju¿ eksperymentowa³?

          - Nie.

          ¦wietlana postaæ Pontiego rozjarzy³a siê nieco i przybra³a bardziej ciep³y kolor. Wêdliniarz od³o¿y³ kropielnicê i krucyfiks, nala³ sobie po ciemku odrobinê zimnego mleka do szklanki i rozsiad³ wygodnie w ³ó¿ku. Sesja mog³a siê rozpocz±æ bez przeszkód.

          - Tak wiêc widzisz Antonio - Ponti mówi³ jasnym, sugestywnym g³osem - wszech¶wiat jest nieskoñczony w czasie, przestrzeni oraz w swoich mo¿liwo¶ciach. Nie mówiê tu o Kosmosie, tym rzeczywi¶cie ograniczonym zbiorowisku gwiazd i planet, które obserwujemy z uzasadnionym podziwem co noc. Mówiê o wszystkim co istnieje lub bêdzie istnieæ. Równie¿ o miliardach takich niezale¿nych, samodzielnych Kosmosów. I jak siê nad tym w ciszy i samotno¶ci zastanowisz, to dojdziesz do wniosku, ¿e w³a¶nie tak powinno byæ. A je¶li powinno, to w³a¶nie jest.

          - Czy kto¶ to wszystko... stworzy³?

          - Nie s±dzê.

          - W takim razie...

          - W takim razie, kto mia³by stworzyæ owego kogo¶?

          - Tak, to jest problem.

          - Jednak nie to jest najwa¿niejsze. Najistotniejsze w tym wszystkim to to, ¿e wszêdzie wszystko rozwija siê, zmienia, ma siê rozumieæ na bazie do¶wiadczeñ, przesz³o¶ci. Przyczyna i skutek. A ka¿de najmarniejsze istnienie, ka¿dy okruch ¿ycia, w miarê mo¿no¶ci buduje wokó³ siebie swój maleñki ¶wiatek, swój ogródek, który zagospodarowuje na swój w³asny, niepowtarzalny sposób, wed³ug w³asnego uznania. Nie bez wp³ywów zewnêtrznych, rzecz jasna. W koñcu musi mieæ jakie¶ wzorce, jakie¶ odniesienia. No i ta ca³a gama ograniczeñ.

          - To oczywiste.

          - Jednak gdyby owa konstrukcja, realizowana z takim wysi³kiem, z takim nak³adem kosztów, mia³a byæ zmarnowana wraz ze ¶mierci± maleñkiego choæby autora, jej konstruktora, to wszystko to rzeczywi¶cie nie mia³oby ¿adnego sensu. Co chwila ów rozwój by³by uniewa¿niany, co chwila trzeba by zaczynaæ wszystko od pocz±tku.

          - A wiêc?

          - A wiêc wszystkie te maleñkie i wiêksze ¶wiaty, ³±cznie z ich w³a¶cicielami, istniej± wiecznie, oczywi¶cie zmieniaj±c siê systematycznie, ewoluuj±c, dostosowuj±c do s±siednich, do otaczaj±cej rzeczywisto¶ci. Nieraz tak intensywnie, ¿e po stosunkowo krótkim czasie s± zupe³nie czym¶ innym ni¿ przed chwil±. Nie trac± jednak ci±g³o¶ci, nie nikn± bezpowrotnie. Rzecz jasna im bardziej taki mikro¶wiat skomplikowany, im wiêkszy, powiedzmy w stosunku do jego jedynego w³a¶ciciela, tym trudniej tê ci±g³o¶æ zachowaæ. Jednak s± to wy³±cznie problemy techniczne, do przezwyciê¿enia. Czemu zreszt± sprzyja sama natura... wszystkiego. Rodzaj wszechogarniaj±cego instynktu samozachowawczego i nieogarnionej pamiêci zdarzeñ.

          - Co¶ mi zaczyna ¶witaæ - Giannini rzeczywi¶cie zaczyna³ inaczej patrzeæ na ¶wiat. Ten Ponti to naprawdê kto¶.

          - S± oczywi¶cie problemy. Je¶li dajmy na to samobójca, dojdzie do wniosku, ¿e obecna rzeczywisto¶æ nie odpowiada mu totalnie, to po w³asnorêcznej ¶mierci, znajdzie siê w czystej potencjalno¶ci, gdzie zagubiony, niezorientowany, bêdzie próbowa³ budowaæ swoje nowe otoczenie, bazuj±c jedynie na w³asnych, w gruncie rzeczy mglistych i ci±gle s³abn±cych wzorcach, wyobra¿eniach. W efekcie do niczego konkretnego nie dojdzie, zmarnuje swoj± energiê i czas, i prêdzej czy pó¼niej bêdzie zdany na pomoc jakiego¶ przypadkowego bytu, który albo zbuduje mu znowu nie akceptowalny ¶wiat, albo usadowi go we w³asnym otoczeniu, nie bezinteresownie jak siê pewnie domy¶lasz. Ca³o¶æ, na wszystkich poziomach, funkcjonuje na zasadzie konkurencji, walki i ekonomii dzia³ania.

          - Dziêki temu odbywa siê rozwój?

          - Naturalnie.

          Giannini coraz wyra¼niej konstatowa³, ¿e pogl±dy, wizje, roztaczane przez jego przewodnika, s± zupe³nie zbie¿ne z tym, co tak naprawdê s±dzi³ o rzeczywisto¶ci. Niewa¿ne, ¿e g³ównie pod¶wiadomie, ¿e dopiero teraz, po tak jasnej ich werbalizacji, identyfikuje siê z nimi w zasadzie ca³kowicie. Nigdy nie mia³ okazji rozmawiaæ z nikim na podobne tematy i w podobny sposób. Co prawda trudno na razie mówiæ o prawdziwej rozmowie - na razie jest tylko aktywnym s³uchaczem, ale i na to pewnie przyjdzie czas. W ka¿dym razie wydaje siê, ¿e tak naprawdê to nie zmarnowa³ ¿ycia, jak równie¿ pod¶wiadomie, w cicho¶ci ducha, podejrzewa³.

W gruncie rzeczy, g³êboko w ¶rodku, nie ocenia³ siê zbyt wysoko - wrêcz przeciwnie. Brakowa³o mu wykszta³cenia, oczytania, a co za tym idzie, stosownych gustów i pragnieñ. Ciê¿k± prac± dorobi³ siê niez³ego maj±tku, lecz, ¿e nie by³ jakim¶ tam ekstrawagantem, nieobliczalnym utopist± czy r±bniêtym snobem, folguj±cym swoim wydumanym kaprysom - nie mia³ ich po prostu - pozosta³ zwyk³ym, prostolinijnym, konkretnym przedsiêbiorc±. Ciê¿kiego charakteru co prawda, zwykle nieokrzesanym gburem, jednak tak naprawdê to nikogo nie skrzywdzi³ niezas³u¿enie. Tak mniema³ i nie by³o to wcale dalekie od prawdy.

          - Tyle mo¿e tytu³em wprowadzenia, dobrze? - Ponti najwidoczniej mia³ do¶æ jasno sprecyzowany plan rozmowy. - Je¶li bêdzie ciê co¶ gnêbiæ, to mów. Wyja¶nimy to od rêki. A teraz przejd¼my do zarysów konstrukcyjnych twojego nowego, lepszego naturalnie, ¶wiata. Nie jeste¶ chyba Antonio zmêczony?

          - Ale¿ sk±d - zaperzy³ siê Giannini nie chc±c traciæ ani chwili - Wyspa³em siê przecie¿ w dzieñ, mam tutaj zapasy picia i przek±ski.

          - W takim razie zaczynamy. Budowa, czy choæby drobna modyfikacja ca³ego ¶wiata to nie byle co. Musisz mieæ mo¿liwie szczegó³owe wyobra¿enie o... wszystkim. W twojej sytuacji, gdy odpowiednio wcze¶niej dysponujesz w³asnym przewodnikiem, ¿yczliwym doradc±, jest to trochê ³atwiejsze, jednak ci±gle do¶æ trudne. Zaczniemy od Przestrzeni, to znaczy jej wymiarów, rozmieszczeniu materii, gwiazd i tak dalej. Masz tu jakie¶ sugestie?

          - Ale¿ ja siê na tym kompletnie nie znam.

          - Mo¿e jednak próbowa³e¶ kiedy¶ skonstruowaæ w my¶li jaki¶ swój uk³ad, czy choæby ustosunkowaæ siê do tego, co jest tutaj?

          - Nie. Chocia¿... chwileczkê - Giannini zacz±³ dobieraæ siê do dawno nieu¿ywanych zakamarków pamiêci - Kiedy¶, jeszcze na froncie, pomy¶la³em sobie, ¿e te wszystkie gwiazdy, te miliony nocnych, migoc±cych punkcików na czarnym niebie, powinny byæ przecie¿ bardziej kolorowe. G³upie, prawda?

          - Sk±d¿e. Tyle tylko, ¿e tak naprawdê to one w³a¶nie takie s±. Niesamowite, przyt³aczaj±ce zatrzêsienie barw. To atmosfera ziemska t³amsi wszystko i niweluje. A poza tym Antonio, czy nie nu¿y ciê ta wszechobecna pstrokacizna na ka¿dym kroku, te jarmarczne, jaskrawe reklamy, napisy, samochody, pisma, telewizja? Nie masz tego do¶æ?

          - Rzeczywi¶cie, masz racjê - przyzna³ Giannini po namy¶le - Czasami jest to nie do wytrzymania.

          - A mo¿e inne zmiany?

          - Nie, chyba jednak nie.

          - A rozmiary, ten przyt³aczaj±cy ogrom?      

          - No, tutaj nie mam zdania. Chyba jednak dobrze, ¿e jest a¿ tyle do poznania, do zbadania. Poza tym cz³owiek czuje, ¿e na pewno nie jest Bogiem, ¿e musi siê z kim¶..., z czym¶, liczyæ.

          - ¦wietnie Antonio. Wyj±³e¶ mi to z ust - Ponti by³ wyra¼nie zadowolony - A co z prêdko¶ci± ¶wiat³a, z gêsto¶ci± Kosmosu, ze sta³± grawitacyjn±, z w³a¶ciwo¶ciami materii?

          - Ha, prawdê mówi±c nie wiem niestety o czym mówisz.

          - Mówiê o tych wszystkich, tak istotnych szczegó³ach fizycznych, na skutek których ¶wiat wokó³ nas wygl±da jak wygl±da, i dzia³a jak dzia³a. Ka¿da najdrobniejsza zmiana w tych sprawach, mog³aby skutkowaæ licho wie jak powa¿nymi zmianami. Zwolennicy tak zwanej zasady antropicznej twierdz±, ¿e ¿ycie jako takie, w ogóle, mo¿e zaistnieæ tylko przy tej niepowtarzalnej kombinacji, szczegó³owo i precyzyjnie wywa¿onych sta³ych kosmologicznych, fizycznych. Nie maj± racji do koñca, lecz to ju¿ inna rzecz. Gdyby¶my chcieli co¶ tu zmieniaæ, musia³bym siêgn±æ do zestawu alternatywnych wzorców i kolejno je z tob± analizowaæ. A jest tego trochê.

          - Czy warto? - stropi³ siê masarz.

          - Có¿, my¶lê, ¿e chyba jednak nie. S±dzê, ¿e je¿eli oczekujesz jakich¶ innowacji, to raczej tylko w zakresie stosunków miêdzyludzkich. Zgadzam siê, ¿e nienajlepszych. Mam racjê?

          - W zupe³no¶ci.

          - W takim razie zostawiamy?

          - Zostawiamy - zgodzi³ siê ostatecznie konstruktor generalny Giannini.

          Nast±pi³a chwila milczenia. Antonio analizowa³ zgrubnie niesamowite w³adze jakimi niby to dysponowa³. Nie mia³ na razie zamiaru tego sprawdzaæ, a ju¿ na pewno praktycznie. Wystarcza³ mu sam pomys³, samo czyste wyobra¿enie mo¿liwo¶ci, i¿ mo¿e w zasadzie swobodnie przemy¶liwaæ o konstrukcji, zasadach funkcjonowania i tych wszystkich najdrobniejszych szczegó³ach przysz³ego, w³asnego ¶wiata. To nic, ¿e nie dysponuje choæby bilionow± czê¶ci± owej potwornej wiedzy, koniecznej do rzeczywi¶cie samodzielnego budowania. Jak siê okazuje, mo¿e do woli korzystaæ z gotowych szablonów, zalegaj±cych pewnie nieogarnione pó³ki jakiego¶ na o¶cie¿ teraz otwartego magazynu… niebieskiego.

          - Przejd¼my zatem do twojej planety. Je¶li oczywi¶cie chcesz byæ w dalszym ci±gu cz³owiekiem. Lub przynajmniej kim¶ podobnym?

          - A... kim innym móg³bym byæ?

          - Och, Antonio. Kim tylko zapragniesz. Lub czym zapragniesz. Mo¿esz byæ dajmy na to... gwiazd±, planet±, komet±. Mo¿esz byæ ca³± galaktyk±, lub nawet ca³ym kosmosem. Mo¿esz byæ maleñkim atomem, kamieniem, ¿ab±, my¶l±cym oceanem, wiatrem, bu³k±, zmêczon± stop±, drzewem, d³ugopisem, czymkolwiek, co tylko potrafisz sobie wyobraziæ. Równie¿ wszystkim tym naraz. W zale¿no¶ci od tego, czego chcesz siê nauczyæ.

          - Matko Bo¿a - Giannini by³ zafascynowany - Jak to mo¿liwe?

          - Na naszym poziomie mo¿emy bardzo, bardzo wiele. Tak wiele, ¿e nawet najwiêksi ludzcy wizjonerzy, arty¶ci czy mistycy, nie byli i nigdy nie bêd± sobie tego w stanie wyobraziæ. Z kolei nastêpny poziom, mo¿e odpowiednio wiêcej.

          - Ile tego jest?

          - Czego?

          - Tych... poziomów?

          - Któ¿ to wie? - zamy¶li³ siê na chwilê Ponti - Na to pytanie nie jestem ci w stanie odpowiedzieæ.

          Wêdliniarz poczu³ siê nagle jak najmarniejszy robaczek, jak jaka¶ maleñka, nic nie znacz±ca, zapomniana cz±steczka py³u, pod czyj±¶ star± szaf± wyrzucon± na zapuszczony strych. Zda³ sobie sprawê, lub przynajmniej zacz±³ to przeczuwaæ, z nieogarnionego ogromu istnienia, z nieskoñczonego skomplikowania choæby tej najbli¿szej, tak wydawa³oby siê znajomej i opatrzonej rzeczywisto¶ci. Nigdy, pomimo nieraz k³opotów i zw³aszcza ludzkich przeszkód, nie mia³ wiêkszych problemów z wpasowaniem siê, z adaptacj±. Jednak to, co siê teraz przed nim zaczê³o zaledwie leciutko otwieraæ, to czego drobny refleks ujrza³ poprzez mikroskopijn± szparkê uchylanych w³a¶nie drzwi, przerasta³o go niepomiernie, niewyobra¿alnie.

          - Dobrze siê czujesz? - dotar³o do niego pe³ne szczerego zaniepokojenia pytanie Pontiego.

          - Chryste Panie. Bojê siê - przyzna³ otwarcie.

          - Nie dziwiê siê. Sam to kiedy¶ prze¿ywa³em.

          - To wszystko jest jakie¶... takie... ogromne.

          - Có¿. To w³a¶nie nieskoñczono¶æ. Przestrzeni, czasu, potencji, dobroci, mi³o¶ci, z³a, g³upoty, i wszystkiego, czego tylko chcesz.

          - Czy to w³a¶nie... On?

          - Niewykluczone.

          Giannini mia³ chwilowo do¶æ. Stwierdzi³, ¿e jest straszliwie zmêczony i senny. Jednak musia³ jeszcze sprawdziæ pewn± rzecz, jedn± z tych, które sobie zaplanowa³. Orze¼wi³ siê ³ykiem soku, po czym odezwa³ do Pontiego.

          - Wybacz mi Silvestro, ale gnêbi± mnie resztki nieufno¶ci. Czy móg³by¶ moc± swojego... szczególnego istnienia, tego wy¿szego ni¿ mój poziomu, sprawiæ co¶ co mnie ju¿ do koñca uspokoi?

          - Co masz na my¶li?

          Giannini zdêbia³. Ca³y czas s±dzi³, ¿e duchy, czy te¿ mówi±c eufemistycznie, byty pozacielesne, dysponuj± czym¶ co czasem nazywa siê zdolno¶ci± kontaktów telepatycznych. S³ysza³ o tym przy jakiej¶ okazji, czy mo¿e przeczyta³ w jakim¶ popularnym pi¶mie. I by³ o tym ca³kowicie przekonany. Mimo rzecz jasna swojego ateistycznego sceptycyzmu w stosunku do ca³o¶ci. Ten jego s±d tkwi³ w nim tak mocno, ¿e w ogóle siê nad tym nie zastanawia³ i nie analizowa³ przebiegu nocnych rozmów pod tym k±tem. A tu nagle s³yszy tak absurdalne w tym kontek¶cie pytanie.

          - Jak¿e¿? Czy... nie znasz na bie¿±co zawarto¶ci... no..., mojej g³owy? Czy musisz mnie pytaæ o to co my¶lê?

          - Owszem, ciebie tak.

          - A innych?

          - A innych nie. Inni s± dla mnie jak otwarta ksi±¿ka.

          - Dlaczego? - zdumia³ siê Giannini.

          - Ogólnie bior±c dlatego, ¿e my obaj jeste¶my ju¿... partnerami i przynajmniej mentalnie, nie powinni¶my mieæ ró¿nych, ¿e tak powiem, wzajemnych szans.

          - I nawet gdyby¶ chcia³, nie mo¿esz wiedzieæ, o czym my¶lê?

          - Nie.

          Có¿, to by³o w porz±dku. Giannini kolejny raz uzna³, ¿e nocne kontakty s± nad wyraz owocne i tak naprawdê ca³kiem optymistyczne. Gdzie¶ tam, wszystko jest najwyra¼niej urz±dzone znacznie rozs±dniej ni¿... tutaj. Nie zapomnia³ jednak o swoim, byæ mo¿e ostatnim te¶cie.

          - Pozwolisz w takim razie, ¿e dokoñczymy zaczêty w±tek?

          - Proszê bardzo.

          - A wiêc, jak mówi³em, czy móg³by¶ wykonaæ co¶..., no co¶ ekstra?

          - Jak to? Co?

          - Nie wiem. Co¶, co pozwoli mi wyzbyæ siê resztek w±tpliwo¶ci.

          - Jaki¶ maleñki... cudzik? - Ponti by³ najwyra¼niej zdolny do zgry¼liwo¶ci.

          - Choæby.

          Zaleg³a chwila ciszy. Niematerialny Ponti pewnie rozwa¿a³ celowo¶æ jakiej¶ demonstracji lub te¿ jej rodzaj. Zblad³ lekko, zafalowa³ delikatnie, jednak po kilku sekundach odezwa³ siê ponownie.

          - Pal ciê licho Antonio. Nie wolno mi tego robiæ, ale niech tam. Jeste¶ do¶æ trudnym przypadkiem, wiêc pewnie bêdzie mi to wybaczone. A wiêc uwa¿aj. Za chwilê wejdzie tutaj twoja ¿ona, by sprawdziæ czy wszystko z tob± w porz±dku. To siê jej oczywi¶cie chwali, ty niewdziêczny, samolubny ma³¿onku. Jednak z uwagi na moj± wra¿liwo¶æ e... optyczn±, nie pozwól jej zapalaæ ¶wiat³a i... reszta zale¿y od ciebie. Pozwolisz, ¿e troszkê poobserwujê?

          - Zgoda - potwierdzi³ Giannini i u³o¿y³ siê wygodnie.

          Silvestro Ponti w dalszym ci±gu ja¶nia³ upiornym, sinym blaskiem, który jednak w ¿aden sposób nie roz¶wietla³ mroku sypialni. Po chwili Giannini us³ysza³ delikatne st±pniêcia bosych stóp i drzwi sypialni otworzy³y siê powolutku.

          - Antonio - rozpozna³ ledwie s³yszalny szept ¿ony, która sprawdza³a w ten sposób czy jej m±¿ ¶pi.

          - Tak? - równie¿ szeptem zareagowa³ Giannini.

          - Nie ¶pisz? Wydawa³o mi siê, ¿e s³yszê u ciebie jak±¶ rozmowê.

          - To nic. Tak sobie mruczê.

          - Nie mo¿esz spaæ? - Pani Laura wydawa³a siê bardzo zatroskan± - Co tu tak zimno?

          - Zimno? - Giannini przyzna³ w duchu, ¿e istotnie, w pokoju jest zimniej ni¿by wynika³o to z w³a¶ciwo¶ci klimatu i zewnêtrznej temperatury.

          - Zapalê ¶wiat³o i sprawdzê, dobrze?

          - Nie! - prawie krzykn±³ - Wszystko w porz±dku. Chod¼ no tutaj.

          Pani Laura zbli¿y³a siê po omacku do ³ó¿ka i natrafi³a na wyci±gniêt± rêkê mê¿a. Ten poci±gn±³ j± ku sobie tak, ¿e usiad³a obok na ko³drze.

          - Powiedz mi Lauro, martwisz siê o mnie?

          - Antonio - w g³osie ¿ony brzmia³o ca³e morze ³agodnego, kobiecego wyrzutu - Jak mo¿esz o to pytaæ?

          - No dobrze. Powiedz mi jeszcze czy widzisz co¶ tam na ¶cianie?

          - Gdzie Antonio?

          - No tam, gdzie wisi nasza fotografia ¶lubna.

          - Przecie¿ jest ciemno - Pani Laura niczego nie mog³a dostrzec - Mo¿e jednak zapalê ¶wiat³o?

          - Nie, do cholery! - sykn±³ ponownie Giannini - Przecie¿ mogê sobie sam zapaliæ. Pytam ciê jeszcze raz, czy widzisz tam cokolwiek. Popatrz uwa¿nie.

          Zdziwiona kobieta zaczê³a wpatrywaæ siê intensywnie w gêstniej±c± przed ni± ciemno¶æ, jednak niczego nie uda³o siê jej zobaczyæ.

          - Niczego nie widzê Antonio. A co tam ma byæ?

          - Niewa¿ne. Id¼ ju¿ do siebie.

          - Podaæ ci co¶? - jeszcze raz zatroska³a siê pani Laura - I dlaczego tak tu przera¼liwie zimno?

          - Wszystko w porz±dku. Id¼ ju¿.

          - Nie przeziêbisz siê?

          - Na Boga, id¼ ju¿!

          - Dobranoc Antonio.

          - Dobranoc.

          Pani Laura wsta³a wreszcie ostro¿nie z ³ó¿ka i równie delikatnie zamknê³a za sob± drzwi. Giannini odczeka³ chwilê a¿ zamilk³y g³uche st±pniêcia ¿ony, po czym przeniós³ wzrok na fosforyzuj±cego nieprzerwanie w tym samym miejscu Pontiego.

          - No i co? - spyta³ sino blady przewodnik.

          - Rzeczywi¶cie, ona ciê nie widzi.

          - A mo¿e ja jestem tylko wytworem twojej sko³owanej wyobra¼ni, co Antonio? - zjawa ponownie da³a wyraz swojej ³agodnej zgry¼liwo¶ci.

          - Nie s±dzê - Giannini by³ zupe³nie szczery - S³ysza³a przecie¿ nasz± rozmowê i czu³a twój ch³ód. Musimy ciszej mówiæ. I powiedz mi dlaczego tak wych³adzasz pokój?

          - Nareszcie mówisz rozs±dnie. A ch³ód to energetyczne koszta mojej tutaj manifestacji. Zwyk³e prawo fizyki.

          Wêdliniarz kolejny raz przekona³ siê o realno¶ci i prawdomówno¶ci Pontiego. Porozmawia tylko jeszcze jutro z ¿on± i potwierdzi jej nocne spostrze¿enia. A raczej ich brak. Musi te¿ uzasadniæ jako¶ tê dziwn± z ni± rozmowê, wygl±daj±c± pewnie na co¶ w rodzaju majaków wycieñczonego chorob± organizmu. Na dzisiaj mia³ ju¿ do¶æ. Odwróci³ siê od zjawy i spojrza³ na pod¶wietlany blado zegarek stoj±cy na stoliku. By³a czwarta trzydzie¶ci.

          - Koñczymy na dzisiaj? - Ponti by³ kim¶ nadzwyczaj domy¶lnym.

          - Tak. Muszê to wszystko przetrawiæ w samotno¶ci.

          - A zatem... do jutra Antonio? O zwyk³ej porze?

          - Tak. Do jutra.

          Silvestro Ponti w znajomy ju¿ sposób zszarza³ ³agodnie i znik³ zupe³nie. Giannini opad³ bezw³adnie na poduszkê i le¿±c z otwartymi oczami patrzy³ w czarny sufit. Mo¿e spodziewa³ siê tam ujrzeæ te niezrozumia³e tryliony gwiazd tego, lub te¿ swojego, przysz³ego ¶wiata? Mo¿e próbowa³ wyobraziæ sobie sw± now± naturê, swoje w nowym ¶wiecie miejsce, pozycjê? W ka¿dym razie po nieca³ych trzech minutach usn±³, w dalszym ci±gu trzymaj±c w zaci¶niêtej d³oni twardy, drewniany koniec rze¼bionego misternie krucyfiksu.

--------------------------------------------------------

          Pani Laura by³a w widocznej wszem i wobec rozterce. M±¿, nie do¶æ, ¿e nie zdrowia³, to jeszcze zacz±³ siê dziwnie zachowywaæ. Opowiedzia³a Marcie o nocnej z nim rozmowie, o jego dziwnych pytaniach. Ponownie zadzwoni³a po doktora Finna, zastanawia³a siê te¿ czy nie ¶ci±gn±æ syna. Z Mart± by³y z¿yte na tyle, ¿e mówi³y sobie prawie o wszystkim, zw³aszcza o sprawach dotycz±cych Gianniniego. Martwi³y siê wiêc obie.

          Doktor Finn przyszed³ wieczorem, i tym razem Giannini postanowi³ z nim porozmawiaæ, rozmówiæ siê ostatecznie. By³ to szczup³y, wysportowany mê¿czyzna oko³o czterdziestki, ubrany w ¶wietnie skrojony garnitur z markowej we³ny. Wszed³ do sypialni pewnie, energicznie, jak do codziennie obs³ugiwanej, podlegaj±cej mu sali szpitalnej. Natychmiast otworzy³ poka¼n± walizkê lekarsk±, i przyst±pi³ do os³uchiwania ponurego rekonwalescenta. Gdy skoñczy³, usiad³ obok Gianniniego i popatrzy³ nañ bez s³owa. Jego zimne, rybie oczy nie wyra¿a³y ¿adnych uczuæ, chyba tylko medyczne, rzeczowe zainteresowanie.

          - No i co? - spyta³ Giannini po skoñczonym badaniu, opatulaj±c siê szczelnie ko³dr± po sam± szyjê. Nie lubi³ lekarzy, a tego przystojnego, wyperfumowanego gogusia szczególnie.

          - Bez zmian panie Giannini - odrzek³ Finn ogólnikowo - Bez zmian.

          - Có¿ to do cholery znaczy?

          - Dok³adnie to co powiedzia³em - Doktor te¿ nie by³ zbyt serdeczny. - Ani gorzej, ani lepiej.

          - ¬le czy dobrze? - Wêdliniarz spojrza³ mu ostro w oczy - Niech¿e pan mówi!

          Doktor wsta³ z krzes³a i pocz±³ przechadzaæ siê po pokoju, lustruj±c wszystko uwa¿nie. Zainteresowa³ go stolik, biblioteczka, szafa, wreszcie przestrzelona fotografia ma³¿eñska. Na koniec odwróci³ siê do pacjenta, i przybieraj±c powa¿ny wyraz twarzy, powiedzia³ cicho:

          - ¬le panie Giannini.

          - A... szczegó³y?

          - Serce ma pan jeszcze silne, choæ to ju¿ jakby... nie ma znaczenia. Gorzej z... g³ow±.

          - No?!

          - Czy naprawdê chce pan wiedzieæ?

          - Do cholery, przecie¿ w³a¶nie po to siê pytam! - Giannini denerwowa³ siê coraz bardziej.

          - No tak, tak - Finn zwleka³ - Dobrze, powiem panu. Ma pan... - zawiesi³ g³os na chwilê.

          - No?!

          - Ma pan... nieoperowalny, z³o¶liwy guz nowotworowy w mózgu - wyrzuci³ wreszcie z siebie tê straszn± informacjê.

          Giannini mia³ jeszcze mikroskopijn± nadziejê, i¿ Ponti, i¿ nocne rozmowy, to z³udzenie lub sen. Teraz jednak pozby³ siê jej ca³kowicie, nieodwracalnie. I jedyn± jego, dostrzegaln± w tym momencie przez doktora reakcj±, by³o lekkie przymru¿enie powiek.

          - Ile... pan mi jeszcze daje? - pyta³ dalej niewzruszony pacjent.

          - Có¿... - Finn wydawa³ siê wa¿yæ s³owa - nie wiêcej ni¿... dwa tygodnie - poinformowa³ w koñcu - A gdyby nie to nieszczêsne uderzenie w g³owê, to móg³by pan jeszcze... przez d³ugie lata.

          I to siê zgadza, skonstatowa³ Giannini, nie bez szczególnego rodzaju satysfakcji. Satysfakcji, która zdziwi³a jego samego. Widocznie jednak ju¿ w znacznym stopniu uleg³ fascynacji tymi nowymi, obiecywanymi tak przekonuj±co przez Pontiego, mo¿liwo¶ciami.

          - Czy..., czy bêdê cierpia³? - ponownie, spokojnie spyta³ przystojnego lekarza.

          - Nie, w ¿adnym razie - Finn jakby siê o¿ywi³ - Jest to przypad³o¶æ tego rodzaju, ¿e daje o sobie znaæ dopiero w... w momencie… hm… zej¶cia.

          - Czy ¿ona wie?

          - Tak. Od samego pocz±tku.

          - A... syn?

          - Tego niestety nie wiem.

          No tak. Laura pewnie nie powiedzia³a niczego. Nie chce przecie¿ martwiæ Pietra przedwcze¶nie, zreszt± i po co. I tak niczego tym nie zmieni.

          - Dziêkujê panu w takim razie - Giannini zapomnia³ w tym momencie o niechêci do Finna, a mo¿e tylko stara³ siê nie byæ zbyt obcesowym - I có¿, chyba siê po¿egnamy na... zawsze.

          - Przykro mi - odrzek³ krótko doktor, i pozbierawszy resztê swoich narzêdzi, wyszed³ wreszcie z ch³odnej sypialni.

          Giannini zosta³ sam. Rozmowa z Finnem niewiele zmieni³a w jego stosunku do sprawy, tyle tylko, ¿e upewni³ siê wreszcie do koñca co do swojej sytuacji. Ma jeszcze kilka dni, i chyba najwy¿szy czas poza³atwiaæ tu, po tej stronie, wszystkie zwi±zane z jego odej¶ciem formalno¶ci. Musi przecie¿ rozporz±dziæ najwiêkszym w mie¶cie maj±tkiem, firm±, wspania³ym domem. Nie my¶la³ o tym nigdy przedtem, lecz przecie¿ nie mo¿e zostawiæ tych rzeczy samym sobie. W koñcu jeszcze jest kim¶, a z prawnego punktu widzenia, ostatnia wola zmar³ego jest czym¶ ¶wiêtym, niepodwa¿alnym. I tak powinno byæ. Postanowi³ jednak zaczekaæ do nastêpnej nocnej rozmowy, poradziæ siê Pontiego.

          Krótko po pó³nocy, w ciemnym pokoju pojawi³ siê Ponti.

          - Witaj Antonio - przywita³ siê uprzejmie - Jak siê dzi¶ czujesz?

          - Bez zmian - u¶miechn±³ siê Giannini - Chcia³bym po¶wiêciæ dzisiejsz± noc na sprawy maj±tkowe. Testament, firma, wiesz przecie¿ o co chodzi.

          Zupe³nie logicznie s±dzi³, ¿e je¿eli kto¶ taki jak Ponti, potrafi±cy doradzaæ w budowie nowego ¶wiata, kosmosu, istota, byt, egzystuj±cy na wy¿szym ni¿ ludzki poziomie, jest jego serdecznym opiekunem przed¶miertnym, jego przewodnikiem, to czemu nie mia³by pomóc w tak banalnych, przyziemnych kwestiach. Dysponuj±c tak± wiedz±, takimi mo¿liwo¶ciami?

          - Nie mamy zbyt wiele czasu. - przypomnia³a zjawa.

          - Jedn± noc.

          - Niech ci bêdzie - zgodzi³ siê wreszcie Ponti - Masz jakie¶ sugestie?

          - Nnie... - zastanawia³ siê wêdliniarz. - Powiedz mi tylko czy dobrze robiê...

          - Mianowicie?

          - Chcê skorygowaæ testament w ten sposób, by podzieliæ maj±tek pomiêdzy syna i ¿onê. ¯onie jedn± czwart±, synowi resztê.

          - Zrobisz jak zechcesz, lecz... - Ponti rozmy¶la³ nad czym¶.

          - Co jest?

          - Nie wiem, czy wolno mi o tym mówiæ..., z drugiej strony, to mo¿e byæ hm... pouczaj±ce.

          - O czym? Co pouczaj±ce?

          - Twój syn Antonio...

          - Co z nim?

          - Pozna³ pewn±... kobietê - w g³osie Pontiego s³ychaæ by³o wyra¼nie rozterkê - która...

          - No?! Mów¿e do jas..., przepraszam.

          - Ona by³a, ona jest... prostytutk±. - Duch wymówi³ to s³owo z niezwyk³± odraz±.

          - Psiakrew! - Giannini podskoczy³ z wra¿enia - Czy Laura..., czy Pietro o tym wie?

          - Niestety nie.

          - No to mu powiem! - postanowi³ natychmiast Giannini.

          - Nie rób tego! - prawie krzyknê³a zjawa. - On jest... zakochany.

          - O cholera, rzeczywi¶cie.

          To by³ problem. Pietro, niezwykle delikatny, wra¿liwy ch³opak, nie mia³ szczê¶cia do kobiet, poza tym stworzy³ sobie wewnêtrzny idea³, do którego ci±gle porównywa³ kolejne dziewczyny. Giannini wiedzia³ o tym bardzo dobrze od Laury, z któr± Pietro utrzymywa³ bli¿sze, serdeczniejsze stosunki. Czasem przecie¿ rozmawiali o jedynaku - w koñcu ojciec i matka. W ka¿dym razie jak dot±d syn nie zakocha³ siê. Nie spotka³ jeszcze swojego wymarzonego idea³u. A teraz, kiedy to siê ju¿ wreszcie sta³o, trafi³ na... kurwê.

          - Czy..., czy ona go mo¿e te¿... kocha? - spyta³ niepewnie z odrobin± nadziei w g³osie.

          - ¯artujesz Antonio - zjawa by³a bezlitosna. - To jest do¶wiadczona... prostytutka z dwójk± dzieci. Omota³a Pietra bez reszty. Wydaje na ni± wszystkie zarobione pieni±dze, ³asi siê do niej jak francuski piesek, ¶wiata poza ni± nie widzi.

          - A niech to szlag! - Giannini zapomnia³ o swoim przyrzeczeniu - Co tu zrobiæ?

          Ponti milcza³ chwilê wyrozumiale, wreszcie zacz±³ g³o¶no siê zastanawiaæ:

          - Ty Antonio, my, odchodzimy za kilka dni. Je¶li Pietro nie ma zmarnowaæ twojej fortuny, dorobku twojego ¿ycia, to trzeba to zrobiæ inaczej. Przynajmniej do czasu gdy nie zm±drzeje.

          - A kiedy to nast±pi?

          - Nie wiem Antonio. My¶lê, ¿e do¶æ prêdko. Lecz.... czekaj, chyba jest wyj¶cie.

          - Tak?

          - Zrób tak - Ponti o¿ywi³ siê jakby - Ca³y maj±tek...., a propos, ile tego masz?

          - No, na koncie w Krammer Bank prawie pó³tora miliona, firma jest warta jakie¶ piêæ, dom dwa. Razem prawie siedem i pó³ miliona.

          - Ho, ho Antonio. Sporo.

          - Dziêkujê Silvestro, ale to nie wszystko. S± jeszcze akcje General Electric i Microsoftu. W tej chwili warte razem oko³o sze¶ciu milionów.

          - Czyli w sumie trzyna¶cie i pó³ miliona. Gratulujê - Ponti by³ zachwycony swoim podopiecznym.

          - Pracowa³em na to trzydzie¶ci lat.

          - A wiêc tym bardziej nie nale¿y tego zmarnowaæ.

          - Zgadzam siê.

          - Wiêc zrobimy tak. Zapiszesz wszystko ¿onie, Laurze, która przecie¿ kocha syna, prawda?

          - No... tak - Giannini s³ucha³ uwa¿nie.

          - Dobrze. W testamencie umie¶cisz klauzulê, ¿e je¶li uzna, i¿ Pietro zm±drza³ na tyle, by rozumnie dysponowaæ twoim maj±tkiem, przeka¿e mu jego stosown± czê¶æ. Innego wyj¶cia nie ma.

          Giannini rozmy¶la³. Od kilku lat nie dowierza³ Laurze tak jak kiedy¶ - denerwowa³a go coraz bardziej. Nie mia³ jej nic do zarzucenia pod wzglêdem ma³¿eñskim, jednak z biegiem lat okazywa³a siê zwyk³±, g³upi±, a przy tym w pewnym sensie cwan± jêdz±. G³upota przecie¿ wycwanienia nie wyklucza. Z³o¶liw± przy tym i upart±. Firma, problemy mê¿a, nie interesowa³y jej zupe³nie. Raczej spotkania towarzyskie, nadête imprezki dobroczynne, znajomi, plotki. Gdyby nie kontrolowa³ jej wydatków, rozpu¶ci³aby ca³y maj±tek w pó³ roku. Z tego równie¿ powodu zatrudnia³ od lat Martê, której ufa³ bezgranicznie, a która pod nieobecno¶æ szefa, mia³a na wszystko oko. Zreszt± ¶wietnie gotowa³a, a bêd±c kobiet± stateczn±, wyrozumia³± i ma³omówn±, zupe³nie mu w tej roli odpowiada³a. Podejrzewa³ te¿, ¿e podkochuje siê w nim trochê, ale mo¿e to i dobrze - jest przez to jeszcze bardziej lojalna. By³a zaprzyja¼niona z wszystkimi jego dobrymi znajomymi.

          Jednak Laura to mimo wszystko jego ¿ona - spêdzili razem ca³e ¿ycie. Dobra matka, wydaje siê, ¿e kocha Pietra i dba o niego. Tak, Ponti chyba ma racjê. Wstawi siê do testamentu taki zapis, a gdy syn przekona siê wreszcie o prawdziwej naturze swej fatalnej wybranki, odzyska natychmiast przeznaczon± mu czê¶æ dorobku. Tak¿e pod warunkiem, ¿e przejmie kierownictwo firmy. Tak naprawdê jednak, to ma³o mu ju¿ zale¿a³o na losach jego maj±tku a nawet rodziny. Có¿ to za problemy w obliczu przysz³ych mo¿liwo¶ci?

          - Masz racjê Silvestro - Giannini zdecydowa³ siê ostatecznie - Jutro, dzisiaj, ¶ci±gnê tu notariusza i sporz±dzimy nowy dokument. A teraz przejd¼my wreszcie do tego, co najwa¿niejsze.

          - Zgoda Antonio - Ponti chyba tak¿e nie wydawa³ siê zbytnio uradowany dotychczasowym tematem rozmowy.

          I znowu kilka nocnych godzin spêdzili na budowaniu nowego, przysz³ego ¶wiata. ¦wiata doskona³ego, a w ka¿dym razie zupe³nie odpowiadaj±cego jego g³ównemu sprawcy, tak przecie¿ zaanga¿owanemu w to dzie³o stwórcy neofity.

--------------------------------------------------------

          Notariusz Stander, wieloletni przyjaciel Gianniniego, dziwi³ siê temu ca³emu po¶piechowi. Gdyby w³a¶nie nie za¿y³o¶æ z Antonio, prze³o¿y³by podobne zlecenie na znacznie pó¼niejszy termin. Tu jednak sprawa by³a wyj±tkowa, zw³aszcza, i¿ niecierpliwy klient argumentowa³ swój po¶piech przy u¿yciu do¶æ mocnych, niewybrednych s³ów. Zna³ go od tej strony i wcale nie by³ tak± form± nacisku zaskoczony. Koniec koñców przyby³ do Gianniniego oko³o czwartej po po³udniu, zabieraj±c z sob± stosowne dokumenty i zaprzysiê¿onego sekretarza, który czêsto wystêpowa³ w roli wiarygodnego w takich razach ¶wiadka. Drugim, milcz±cym ponuro ¶wiadkiem by³a kucharka Marta.

          Zdziwienie Standera wzros³o wielokrotnie, gdy spisuj±c nowy testament zapozna³ siê z ostatnimi rozporz±dzeniami spadkodawcy. Jako formalnemu urzêdnikowi, bêd±cemu w³a¶nie w trakcie wykonywania obowi±zków, nie wolno by³o niczego kwestionowaæ, czy sugerowaæ. Jednak dla spokoju sumienia, pyta³ siê Gianniniego wielokrotnie i znacz±co o potwierdzenie zmian, o ich sens i istotê. Ten jednak by³ stanowczy i zupe³nie jakby nie odczytywa³ intencji notariusza. Dokument sporz±dzono, opieczêtowano, po czym urzêdnicy opu¶cili wreszcie dom swojego nerwowego, bogatego klienta.

          Giannini by³ ca³kowicie zadowolony. Za³atwi³ w koñcu wszystko co zamierza³, rozporz±dzi³ sensownie maj±tkiem i firm±, mia³ czyste sumienie. Nic go ju¿ nie wi±za³o emocjonalnie z tym ¶wiatem, nie mia³ tu nic do zrobienia. Czeka³ tylko z niecierpliwo¶ci± na nocne rozmowy, niepokoi³ siê, czy zd±¿y przemy¶leæ, zapamiêtaæ, wszystkie szczegó³owe aspekty bytu nastêpnego. Do tego stopnia, i¿ nie móg³ nawet spaæ.

          Nadszed³ wreszcie dzieñ dwudziestego trzeciego stycznia, dzieñ odej¶cia. Gianini, wymêczony kilkudniowym brakiem snu zeszczupla³ i zszarza³. Oczy mia³ podkr±¿one, usta sine. Wszyscy domownicy wiedzieli ju¿ o jego tragicznej przypad³o¶ci i chodz±c wokó³ na paluszkach, zachowuj±c absolutn± ciszê, nie dziwili siê niczemu. Po kolejnej, bardzo rutynowej wizycie doktora Finna, Giannini ogoli³ siê porz±dnie, wyk±pa³, i przebra³ w najlepszy garnitur. Tu¿ przed pó³noc± wszed³ do sypialni, któr± zamkn±³ od ¶rodka na klucz. Chcia³ mieæ pewno¶æ, ¿e nikt mu nie przeszkodzi w ostatniej rozmowie i w spokojnym, tak dobrze zaplanowanym odej¶ciu. Ponti by³ jak zwykle punktualny.

          - Witaj Antonio - mia³ wyj±tkowo mi³y, ciep³y g³os, ale te¿ i okazja by³a wyj±tkowa – To… ostatnia noc.

          - Witaj Silvestro. Tak, wiem o tym i jestem ca³kowicie przygotowany.

          - To dobrze. Przerobili¶my ju¿ wszystko co by³o do przerobienia i zosta³o nam kilka chwil na ostatnie refleksje. Czy masz jeszcze jakie¶ uwagi?

          - Nie - Giannini mówi³ cicho, spokojnie. Zmieni³ siê wyra¼nie przez te kilka dni. - Choæ muszê przyznaæ, ¿e trochê mi smutno opuszczaæ to wszystko. W koñcu ¿y³em tutaj sze¶ædziesi±t dwa lata.

          - Rozumiem ciê. To naturalne. Jednak pamiêtaj, dok±d idziesz. A muszê ci powiedzieæ, ¿e urz±dzi³e¶ to swoje... niebo, ten nowy ¶wiat, zupe³nie nie¼le.

          - Naprawdê? Dziêkujê.

          - Niewiele zmieni³e¶, prawie nic, ale te innowacje które wprowadzasz, rzeczywi¶cie s± buduj±ce.

          - Tak? A co ci siê najbardziej podoba?

          - Chyba..., chyba to, ¿e wszystko co ¿yje, nie wy³±czaj±c ludzi, bêdzie siê ¿ywiæ pokarmem wy³±cznie ro¶linnym, choæ znacznie bogatszym ni¿ tutaj.

          - Prawda? Te rosn±ce na krzewach kie³basy, szynki, te odporne na wszystko hektary parówek, rolad. To mi siê te¿ podoba, mimo, i¿ jestem przecie¿ masarzem.

          - Tym bardziej. Ju¿ przez samo to, ¶wiat bêdzie w du¿ej mierze pozbawiony agresji i konieczno¶ci zabijania - zachwyca³ siê Ponti - Ludzie stan± siê przyjació³mi.

          - No i bêdzie ich znacznie, znacznie mniej - doda³ Giannini.

          - Tak. To te¿ wa¿ne. Radykalnie zmaleje konkurencja, rywalizacja. A najlepsze jest to, ¿e kobiet bêdzie dziesiêciokrotnie wiêcej ni¿ mê¿czyzn.

          - Piêknych kobiet, m³odych.

          - I ludzie nie bêd± siê starzeæ, ani chorowaæ - Ponti by³ wniebowziêty.

          - A banki bêd± udzielaæ wszystkim wysokich, bezterminowych kredytów. Nisko oprocentowanych.

          - Tak Antonio, to te¿ jest dobre.

          Obaj rozmarzyli siê do tego stopnia, ¿e zapomnieli zupe³nie o obowi±zkach. Jednak po chwili Ponti, nadzoruj±cy przecie¿ ca³o¶æ, otrze¼wia³ wreszcie i trze¼wo, racjonalnie skonstatowa³.

          - Antonio. Nadszed³ czas.

          Giannini spojrza³ na fosforyzuj±cy zegar i stwierdzi³, ¿e rzeczywi¶cie dochodzi³a druga. U³o¿y³ siê wiêc wygodnie na plecach, poprawi³ ko³nierzyk i krawat, wyg³adzi³ marynarkê. Wykona³, tak jak ju¿ to æwiczyli, solidny wdech i zamkn±³ oczy.

          - Czy ju¿? - zapyta³a zjawa.

          - Tak - potwierdzi³ cicho.

          - A wiêc odliczam. Piêæ, cztery, trzy...

          Giannini powoli traci³ ¶wiadomo¶æ. Oddech usta³, serce przesta³o biæ.

          - Dwa, jeden...

          Ostatnim szcz±tkiem czuwaj±cej ja¼ni, dostrzeg³ jak±¶ bia³± iskierkê, która rozrastaj±c siê b³yskawicznie, przerodzi³a siê nagle w nieskoñczenie d³ugi tunel, z ciep³ym, z³otym ¶wiat³em u jego wylotu. Ruszy³ ku niemu bezzw³ocznie.

          - Zero. Koniec.

          Dotar³ do ¶wiat³a i prawie o¶lepiony, w u³amku sekundy zrozumia³ prawdê. By³o ju¿ jednak za pó¼no, gdy¿ tunel, zgodnie ze swym przeznaczeniem, by³ tylko jednokierunkowym, wyd³u¿onym kana³em odka¿aj±cym i niestety uniemo¿liwia³ powrót.

Antonio Giannini nieodwracalnie umar³. Nie s³ysza³ wiêc ju¿ otwieranych drzwi, rumoru przewracanych sprzêtów, krzyku i z³orzeczeñ Marty oraz ciê¿kich kroków mundurowych policjantów, sprowadzonych przez notariusza Standera, maj±cych aresztowaæ pani± Laurê i ukrytego w jej pokoju kochanka, doktora Finna, tego poszukiwanego od lat oszusta. Wraz z jego szczególn± aparatur± projekcyjn± audio video.

--------------------------------------------------------

          Komisarz Warren skoñczy³ nareszcie pisanie raportu. Teraz tylko parafa, data i do prokuratury. To jednak by³a piêkna, bezprecedensowa sprawa, choæ rozwik³ana tak bez ¿adnego prawie wysi³ku. Có¿ - z nie byle przeciwnikiem mia³ do czynienia i gdyby nie przypadek, to kto wie? Ten przystojny doktorek da³ siê jednak wyj±tkowo g³upio nakryæ na gor±cym uczynku.

No, ale trzeba przyznaæ, ¿e lojalny niepokój Marty, oraz zawodowa podejrzliwo¶æ Standera i jego upór, zrobi³y swoje. Wy³±cznie dziêki nim, policja zd±¿y³a przy³apaæ Finna w pokoju pani Laury, wraz z ca³ym sprzêtem projekcyjnym i mikrofonami. Te¿ niez³e zió³ko. Nie podoba³o jej siê nudne ¿ycie u boku zapracowanego mê¿a. Obrzyd³ jej dom, syn, zatêskni³a za szerokim, eleganckim ¶wiatem w towarzystwie ulizanego, pachn±cego playboya. Tfu!

Sytuacja, co prawda zupe³nie banalna, gdyby nie ten cwany, oczytany konowa³, który trzeba to przyznaæ, ma ³eb na karku. No, ale gdy idzie o takie pieni±dze, to w zasadzie wszyscy siêgaj± szczytów. Taki zasrany ¶wiat - stwierdzi³ na koniec Warren i z rozmachem zamkn±³ niebiesk± teczkê.

KONIEC

źródło:

http://www.portalliteracki.pl

Oceń informacje:

Aktualna ocena::

3

Wyślij odnośnik znajomym::

Tags:

/> /> Nie, Nie ...Tak ... /> Od³o¿y³a Firmy W³a¶ciciela Zak³adu Przegina³a Pewnie /> By³o Jako Jej Antonio Giannini, Kucharka Marta Chocia¿ Marta ¶wiadkiem Antonio Dianê Odt±d Marta Czego¶, Dobrze ¿e /> Laura Antonio Giannini, ³ysiej±cego ³ba. Pochód Marta /> Bo¿e, Bo¿e! /> Cicho Popychany Sanitariusze Sk³adaj± ¯ona Diana Marta /> Giannini Jeszcze ¿yjê.
/> Pani Laura Odwraca Giannini ¿onê /> Robisz /> Ale¿ Antonio ¿ona Nie /> No, Giannini, /> Podczas ¿yciem Pietro. Normalnie, Santa Fe, ¶wie¿o Prawdê Nic G³ównie Ricco, Rozmawia³ Przypuszczalnie Pietra, /> Nic Nie Pietro Pan Ricco /> P³acê Giannini Lew± Antonio Od³upa³ Lekarz, /> Panie Giannini Diana Pan Karbone
/> /> Pyta³ /> Dobrze Giannini Nie /> Kucharka Rodzina Giannini ¿onê Nie Ca³y ¿yciu Zawsze /> ¿onê.
/> Nie Antonio. Zaraz ³ó¿ka.
/> Tak, ³ó¿ka. /> No... Karbone /> Ricco /> Dlaczego Doktor Finn /> Ten Giannini /> Ale¿ Pani Laura /> Przed /> No... Antonio, /> Nie. /> Jak Przed... ¶mierci± Antonio. /> Bzdura! Takie /> Lecz ³eb, /> Mimo /> Mimo Laura ¶rodka /> Giannini Rzeczywi¶cie. Ten Wpada³ Laur±. Najwyra¼niej Có¿, ¿ona /> Pietro? /> Papo, /> Ale /> No... Pietro Zawsze /> Niech Giannini Mimo, ¿e ¿e Lub ¶ci¶lej, Pietro, Przewija³y Pietra Có¿, Syn Giannini Zwa¿ywszy /> Wesz³a Diana, Postawi³a Giannini Westchn±³ Przynajmniej /> ¯ona Gianini Stêkaj±c ¿e Có¿, W³o¿y³ /> ¶wiñstwo? ¿onê. /> Dieta Antonio, Laura, /> Niech Giannini Idê /> Wsta³ By³a /> ¿e ¶wiadomie, ¿e Giannini Otworzy³ /> Laura? /> Spojrza³ ¶lubna ¿ony, Niewyra¼na, Postaæ Nie ¶wiat³o, Gianniniemu /> Co..., ³ó¿ku. /> Nieoczekiwanie /> Przepraszam /> S³owa Mówi±cy W³ochem, /> Co..., Giannini. /> Proszê Jestem /> Kim Giannini /> Nazywam Silvestro Ponti, Sycylii /> Giannini Mo¿e Laura Diana ¶wiadomo¶ci /> Du... Brednie. Nie ¿adne Antonio /> Có¿, ¿e ¶wiat³o. /> Masarz ... Us³ysza³ ¿ona. /> Antonio? /> Zapal ¶wiat³o! Giannini. /> Sypialniê ¶wiat³o Szybko ¿ony Równie¿ /> /> Nic Zwali³em /> Nic /> Nie. Id¼ Aha, /> Antonio? /> Gdzie /> Schowa³am /> Giannini ³ó¿ka Wyj±³ Spojrza³ By³o Skrzywi³ ³ó¿ka. ¯ona /> Uderzy³a¶ /> Tak. /> Id¼ /> ¶wiat³o Poprawi³ ¿e ³ó¿ku ¶cianê. Odbezpieczy³ Obawia³ ¿e Bra³ Jednak ówdzie /> ¿e Zabezpieczy³ /> Panie Giannini, /> G³os Giannini ¿e /> Mów. /> Dziêkujê. My¶lê, My¶lê ¿e ¿e /> Ale /> Jak Jednak Jestem /> Pomóc? /> Teraz ¿e Có¿, /> Gianniniemu Musia³ ¶cisn±³ Broñ Nast±pi³ /> Wszyscy Gianniniego ¿ona ¶wiat³o /> Mój Bo¿e, Antonio. /> Wêdliniarz ³ó¿ku ¶lubn±. Ca³y Pokój ³uska, Madonny Istne Diana Marta, Joanna Wszyscy /> Pietro /> Papo, /> Giannini /> Wiedzia³am, Laura, Marta, /> Czemu ³agodnie Tak Marta Dianê Dba³a Pietra, /> Id¼cie Giannini, ³ó¿ka ³azienki ¶wie¿± Gdy ¿e Jednak ¿e Marty. Nie ¶rodku ¿ony. /> Niech By³a ¶witu ³adnych Nie /> ¶wiat³o Ksi±¿ka Zacz±³ Proszê, /> Przy ¶ciegom Oczekiwania Trudno Postanowi³ Podci±gn±³ Czeka³, Ca³kiem /> Nie /> /> Dobrze. Niech Jestem Giannini /> No, Cieszê Przypominam, ¿e Silvestro Ponti /> Pamiêtam, /> /> Trudno. /> Piêknie. Widzisz Antonio St±d /> Trudno Giannini /> Pamiêtasz Pamiêtasz Finne’a Laury? /> Ba. /> Krótko Antonio, /> Tak? Jak /> Bardzo, /> Mo¿e /> Masz. /> Co? Zaskoczony Giannini /> Masz... Poka¼ny Finne’a. /> Czy¿by? /> Tak Antonio. /> Dlaczego Giannini ¶rodku, ¿al, /> Nie /> Jakie /> Teraz ¿e... ¿e ¶wiêtego Klemensa, /> To..., Giannini Jakim¶ Poza Cholera /> To... ¿a³osne /> Tak Antonio. /> I... /> /> Jak /> Muszê Muszê /> Nie Giannini Ca³e ¿ycie Mimo Maryjnym. /> Tak Antonio Druga Trzecia Tak, ¿e ¿adnego /> Giannini ¿ycie. /> Ale Czy ¼ród³o Bardziej ¶ledczego. Mimo /> ¿e ¿e Równie¿ ¿ycia. Kurcze, /> Ale¿ Chcia³bym Wszak Mamy /> Tak? Giannini Zjawa /> By³ ¶redniego ¦nie¿nobia³a Poci±g³a, ¶wiecie Spotka³ Anglii, Resistance. Jednym Mimo /> Antonio, ¿e ³agodnie /> Kaperstwo? /> Có¿ Antonio Ponti, Chodzi ³agodn± /> Giannini /> Tutaj Raz Sam Mamy ¶mierci ¿e Zdarza /> Czy... /> Absolutnie. /> Nawet ¶mieci ... /> Tak¿e. /> No, /> Spokojnie. Jeszcze /> Zaleg³a Wêdliniarz /> Gianniniemu /> Có¿, Lecz Przyjdzie Teraz ¿e /> Chryste! /> Mówi³e¶ /> No..., /> Tak ¿e Jednym ¶wiata ¶wiata, Nieba Problem ¿e ³atwo /> Faktycznie Giannini /> Innymi /> Prawdê Giannini W³asne, Cudo. /> Czy..., /> No, Przemy¶l Antonio. /> Jeszcze Giannini ³ó¿ku. Powiedz On? /> Kto? /> On, Stwórca. /> Zjawa /> Proszê Musisz Jego Mówi±c /> Prze... Antonio, Jak /> Ano Zostawimy Teraz /> Silvestro Ponti, ³agodnie, Giannini, By³a /> /> Gianiniego Marta Pietro ³ó¿kiem, Dostawiono Wezwany Podobno ¶pi±cych /> Wszyscy ¶mieli Gianniniego. Karbone, Dzwoni³ ¶wiadectwo Produkcja /> Finn Giannini Zapowiedzia³ ¿e ³ykaæ ¿adnych Sko³owany, Laur± Najpewniej /> Pietro, Spakowa³ Martê, Oczywi¶cie Giannini Mimo, ¿e ³ó¿ka, /> ¶wie¿utki Wszystkie Tak /> Zgodnie Ponti. /> Witaj Antonio /> Dzieñ Witaj Giannini /> Jeste¶ /> Tak. /> /> To..., /> Antonio ¿e ¶wiat³a. Jak /> To..., /> Bardzo Spokojnie, /> Giannini Teraz, Nie Przygotowa³ Jednym Giannini æwiczy³ Mia³ ¶wiadom. /> Wybacz  do /> Rozumiem Pytaj. Ponti /> ¿onê, Laurê? Giannini. /> Nietypowo Antonio, Przy Wybi³e¶ /> By³em /> Powinni¶my Co¶ /> Tak. Powiedz /> Jeszcze? /> Nie, Dziêkujê Giannini Mimo Ju¿ Pozostawa³ /> Silvestro Ponti /> Wybacz Giannini Chrystusa, Jednocze¶nie ¶wiêcon±, /> Ponti /> Wy... Giannini Musia³em /> /> To..., /> Zgadzam S±dzisz, ¿e /> Nie? /> Oczywi¶cie, ¿e Punkt Antonio. /> Daj Przecie¿ Giannini ¿e Ponti /> Owszem, Ale Czas Zdecyduj Antonio /> Tak. /> Co, /> Zacznijmy /> Nie /> Nie. /> ¦wietlana Pontiego Wêdliniarz ³ó¿ku. Sesja /> Tak Antonio Ponti Nie Kosmosie, Mówiê Równie¿ Kosmosów. ¿e /> Czy /> Nie /> /> /> Tak, /> Jednak Najistotniejsze ¿e Przyczyna ¿ycia, ¶wiatek, Nie /> /> Jednak ¶mierci± ¿adnego ów /> /> ¶wiaty, ³±cznie Nieraz ¿e Nie Rzecz Jednak Czemu Rodzaj /> Co¶ ¶witaæ Giannini ¶wiat. Ten Ponti /> Je¶li ¿e ¶mierci, ¶wiat, Ca³o¶æ, /> Dziêki /> Naturalnie. /> Giannini ¿e Niewa¿ne, ¿e ¿e Nigdy ¿e ¿ycia, /> ¶rodku, Brakowa³o Ciê¿k± ¿e Ciê¿kiego Tak /> Tyle Ponti Je¶li Wyja¶nimy ¶wiata. Nie Antonio /> Ale¿ Giannini Wyspa³em /> Budowa, ¶wiata Musisz ¿yczliwym ³atwiejsze, Zaczniemy Przestrzeni, Masz /> Ale¿ /> Mo¿e /> Nie. Chocia¿... Giannini Kiedy¶, ¿e G³upie, /> Sk±d¿e. Tyle ¿e Niesamowite, Antonio, Nie /> Rzeczywi¶cie, Giannini Czasami /> /> Nie, /> /> No, Chyba ¿e Poza ¿e Bogiem, ¿e /> ¦wietnie Antonio. Wyj±³e¶ Ponti ¶wiat³a, Kosmosu, /> Ha, /> Mówiê ¶wiat Ka¿da Zwolennicy ¿e ¿ycie Nie Gdyby¶my /> Czy /> Có¿, ¿e S±dzê, ¿e Zgadzam ¿e Mam /> /> /> Zostawiamy Giannini. /> Nast±pi³a Antonio Nie Wystarcza³ ¶wiata. ¿e Jak /> Przejd¼my Je¶li Lub /> A... /> Och, Antonio. Kim Lub Mo¿esz Mo¿esz Mo¿esz ¿ab±, Równie¿ /> Matko Bo¿a Giannini Jak /> Tak ¿e /> Ile /> Czego? /> Tych... /> Któ¿ Ponti /> Wêdliniarz Zda³ Nigdy, Jednak /> Dobrze Pontiego. /> Chryste Panie. Bojê /> Nie Sam /> /> Có¿. Przestrzeni, /> Czy On? /> Niewykluczone. /> Giannini Stwierdzi³, ¿e Jednak Orze¼wi³ ³ykiem Pontiego. /> Wybacz Silvestro, Czy /> /> Giannini Ca³y ¿e S³ysza³ Mimo Ten ¿e /> Jak¿e¿? Czy... Czy /> Owszem, /> /> Inni /> Dlaczego? Giannini. /> Ogólnie ¿e ¿e /> /> Nie. /> Có¿, Giannini ¿e Gdzie¶ Nie /> Pozwolisz ¿e /> Proszê /> /> Jak Co? /> Nie Co¶, /> Jaki¶ Ponti /> Choæby. /> Zaleg³a Niematerialny Ponti Zblad³ /> Pal Antonio. Nie Jeste¶ ¿ona, Jednak ¶wiat³a Pozwolisz, ¿e /> Zgoda Giannini /> Silvestro Ponti ¿aden Giannini /> Antonio ¿ony, ¶pi. /> Tak? Giannini. /> Nie ¶pisz? Wydawa³o ¿e /> Tak /> Nie Pani Laura /> Zimno? Giannini ¿e /> Zapalê ¶wiat³o /> Nie! Wszystko Chod¼ /> Pani Laura ³ó¿ka Ten ¿e /> Powiedz Lauro, /> Antonio ¿ony ³agodnego, Jak /> Powiedz ¶cianie? /> Gdzie Antonio? /> ¶lubna. /> Przecie¿ Pani Laura Mo¿e ¶wiat³o? /> Nie, Giannini Przecie¿ Pytam Popatrz /> Zdziwiona /> Niczego Antonio. /> Niewa¿ne. Id¼ /> Podaæ Laura /> Wszystko Id¼ /> Nie /> Boga, /> Dobranoc Antonio. /> Dobranoc. /> Pani Laura ³ó¿ka Giannini ¿ony, Pontiego. /> /> Rzeczywi¶cie, /> Antonio? ³agodnej /> Nie Giannini S³ysza³a Musimy /> Nareszcie Zwyk³e /> Wêdliniarz Pontiego. Porozmawia ¿on± Musi Odwróci³ By³a /> Koñczymy Ponti /> Tak. Muszê /> Antonio? /> Tak. /> Silvestro Ponti ³agodnie Giannini Mo¿e ¶wiata? Mo¿e ¶wiecie /> /> Pani Laura M±¿, ¿e Opowiedzia³a Marcie Ponownie Finna, ¶ci±gn±æ Mart± ¿e Gianniniego. Martwi³y /> Doktor Finn Giannini By³ ¶wietnie Wszed³ Natychmiast Gdy Gianniniego Jego ¿adnych /> Giannini Nie /> Bez Giannini Finn Bez /> Có¿ /> Dok³adnie Doktor Ani /> ¬le Wêdliniarz Niech¿e /> Doktor Zainteresowa³ /> ¬le Giannini. /> A... /> Serce Gorzej /> No?! /> Czy /> Giannini /> Finn Dobrze, /> No?! /> /> Giannini Ponti, Teraz /> Ile... /> Có¿... Finn /> Giannini, Satysfakcji, Widocznie Pontiego, /> Czy..., /> Nie, ¿adnym Finn Jest ¿e /> Czy ¿ona /> Tak. /> A... /> Tego /> Laura Nie Pietra /> Dziêkujê Giannini Finna, /> Przykro /> Giannini Rozmowa Finnem ¿e Musi Nie ¶wiêtym, Postanowi³ Pontiego. /> Krótko Ponti. /> Witaj Antonio Jak /> Bez Giannini Chcia³bym Testament, /> Zupe³nie ¿e Ponti, ¶wiata, Dysponuj±c /> Nie /> Jedn± /> Niech Ponti Masz /> Nnie... Powiedz /> Mianowicie? /> Chcê ¿onê. ¯onie /> Zrobisz Ponti /> /> Nie /> /> Twój Antonio... /> /> Pozna³ Pontiego /> No?! Mów¿e /> Ona Duch /> Psiakrew! Giannini Czy Laura..., Pietro /> Niestety /> Giannini. /> Nie /> /> Pietro, Giannini Laury, Pietro Czasem Nie /> Czy..., /> ¯artujesz Antonio Omota³a Pietra Wydaje ³asi ¶wiata /> Giannini /> Ponti /> Antonio, Je¶li Pietro ¿ycia, Przynajmniej /> /> Nie Antonio. My¶lê, ¿e Lecz.... /> Tak? /> Zrób Ponti Ca³y /> No, Krammer Bank Razem /> Ho, Antonio. Sporo. /> Dziêkujê Silvestro, General Electric Microsoftu. /> Czyli Gratulujê Ponti /> Pracowa³em /> /> Zgadzam /> Wiêc Zapiszesz ¿onie, Laurze, /> No... Giannini /> Dobrze. ¿e Pietro Innego /> Giannini Laurze Nie G³upota Z³o¶liw± Firma, Raczej Gdyby Martê, Zreszt± ¶wietnie Podejrzewa³ ¿e By³a /> Jednak Laura ¿ona ¿ycie. Dobra ¿e Pietra Tak, Ponti Wstawi Tak¿e ¿e Tak Có¿ /> Masz Silvestro Giannini Jutro, ¶ci±gnê /> Zgoda Antonio Ponti /> ¶wiata. ¦wiata /> /> Notariusz Stander, Gianniniego, Gdyby Antonio, Zna³ Koniec Gianniniego ¶wiadka. Drugim, ¶wiadkiem Marta. /> Zdziwienie Standera Jako Jednak Gianniniego Ten Dokument /> Giannini Za³atwi³ Nic ¶wiatem, Czeka³ /> Nadszed³ Gianini, Oczy Wszyscy Finna, Giannini Tu¿ ¶rodka Chcia³ ¿e Ponti /> Witaj Antonio To… /> Witaj Silvestro. Tak, /> Przerobili¶my Czy /> Nie Giannini Zmieni³ Choæ ¿e ¿y³em /> Rozumiem Jednak ¿e ¶wiat, /> Naprawdê? Dziêkujê. /> Niewiele /> Tak? /> Chyba..., ¿e ¿yje, ¿ywiæ /> Prawda? /> Tym Ju¿ ¶wiat Ponti Ludzie /> Giannini. /> Tak. Radykalnie ¿e /> Piêknych /> Ponti /> Nisko /> Tak Antonio, /> Obaj ¿e Jednak Ponti, /> Antonio. Nadszed³ /> Giannini ¿e U³o¿y³ Wykona³, æwiczyli, /> Czy /> Tak /> Piêæ, /> Giannini ¶wiadomo¶æ. Oddech /> Dwa, /> Ostatnim ¶wiat³em Ruszy³ /> Zero. Koniec. /> Dotar³ ¶wiat³a By³o /> Giannini Nie Marty Standera, Laurê Finna, Wraz /> /> Komisarz Warren Teraz ¿adnego Có¿ Ten /> ¿e Marty, Standera Wy³±cznie Finna Laury, Te¿ Nie ¿ycie Obrzyd³ ¶wiatem Tfu! /> ³eb No, Taki ¶wiat Warren />

Komentarze::


Dodaj komentarz

Twój podpis:
Twój komentarz
adres WWW:
Aby dodać komentarz należy wypełnić pola komentarz i podpis.
Twój komentarz zostanie wyemitowany po zatwierdzeniu jego treści przez moderatora.


Powiązane wiadomosci