24 godziny temu
Widzenie bezoczne.
Nasza fizyczna ¶mieræ trwa ju¿ od wielu godzin. Wkroczyli¶my nieodwracalnie, g³êboko w wymiary pozamaterialne. Pogoda jest tu do¶æ s³oneczna, morze spokojne.
Zredukowani do postaci wektorów mentalnych mamy g³ównie liniow± swobodê ruchów. Poruszamy siê, jak ka¿dy wektor, po swojej linii dzia³ania, która przypomina promieñ laserowego wska¼nika. Zmiana kierunku poruszania siê wymaga wcze¶niejszej zmiany po³o¿enia linii dzia³ania. Dokonujemy tego si³± woli.
Otaczaj±ca nas rzeczywisto¶æ jest tu bardziej geometryczna ni¿ by³a w ¶wiecie materialnym, chocia¿ nowe otoczenie bardzo ten miniony ¶wiat przypomina. Jest niebo, s³oñce, nasza arka i woda wokó³ nas; bardzo du¿o wody.
Przystosowali¶my siê do niematerialno¶ci do¶æ szybko. Nie by³o to trudne ani nieprzyjemne, dzia³o siê automatycznie, bez naszej ingerencji.
Widzialno¶æ bezoczna przekracza wszelkie wyobra¿alne zakresy. Morze pod nami jest przezroczyste a¿ do odleg³ego dna. Widzia³em ju¿ m±twy, meduzoidy, egoch³ony i krabostwory; czasem nawet rybostrzykwy. Wszystko w Technikolorze, plus barwy dodane, które w ¶wiecie materialnym nie wystêpuj±.
Przesuwamy siê, lekko wibruj±c, ponad zatopionymi, sub-egzystencjonalnymi wylêgarniami biblijnych diab³ów, antropomorficznych anio³ów i ich wspólnych najstarszych przodków ophrofonów trzonop³etwych. W wielu gniazdach widaæ nawet skamienia³e resztki duchowej ikry.
Nasza arka nie przypomina tej z biblijnych rycin, jest raczej podobna do wielkich, p³askich barek rzecznych, najbardziej chyba do tych, które przewo¿± odpady lub nawozy sztuczne. Ma ona potê¿ny silnik Diesla i czasem dwa, a czasem sze¶æ, lub nawet osiem ¿urawi pok³adowych rozmieszczonych równomiernie, wzd³u¿ obu burt ¶ródokrêcia. Ilo¶æ ¿urawi zale¿y od pory dnia i od intensywno¶ci patrzenia.
Niektóre fragmenty arki robi± zaskakuj±co materialne wra¿enie; szczególnie silnik, burty i knagi; ¿urawie raczej nie, one s± jakby rozmyte, przepuszczaj± s³oneczne promienie. Pozosta³e czê¶ci arki przypominaj± zagêszczon± mg³ê w ró¿nych odcieniach szaro¶ci i br±zów. Spaceruj±c po niej, ¶lizgamy siê jak wektory po swojej linii dzia³ania. D³ugo¶æ od dziobu do rufy zmienia siê, czasami jest to nie wiêcej ni¿ czterdzie¶ci metrów, a czasem arka ci±gnie siê ca³ymi kilometrami. W chwilach jej maksymalnych wyd³u¿eñ ka¿dy z nas czuje siê tu bardzo samotny.
*
Nasza obecna egzystencja przypomina wykres sinusoidy, od maksymalnego, wyrazistego poczucia istnienia, a¿ do minimalnej, niemal ¶ladowej ¶wiadomo¶ci bytu. Jednak staramy siê unikaæ ekstremów. Maksima i minima budz± bolesn± têsknotê; maksima za ¶wiatem materialnym, minima za pe³n± i ostateczn± ¶mierci± duchow±. Staramy siê wiêc kultywowaæ umiarkowane stany po¶rednie, istnienie na granicy snu.
Nie zawsze nam siê to udaje.
*
Przez ca³e ¿ycie najbardziej ba³em siê tego jednego, nieuniknionego dla ka¿dego cz³owieka momentu; momentu fizycznego umierania. Jak to bêdzie, my¶la³em nie raz, kiedy moje serce siê zatrzyma, kiedy zabraknie oddechu i ¿aden miesieñ, pomimo strasznego ¶miertelnego bólu nie bêdzie siê móg³ poruszyæ. A ona, moja ¶mieræ, przesz³a tak szybko i prawie bezbole¶nie, ¿e ledwo zd±¿y³em siê zorientowaæ. Samochód jad±cy z przeciwka zjecha³ nagle na mój pas szosy, zapiszcza³y jego i moje hamulce; no i by³o po wszystkim. Znalaz³em siê po prostu poza materi±, czysty i rze¶ki jak matematyczne pojêcie, opisane kilkoma prostymi równaniami, zachowuj±c przy tym pamiêæ wszystkiego co by³o, a oprócz tego ca³kiem spory, w swych g³ównych parametrach, zakres wyobra¼ni, scharakteryzowany wspó³czynnikami jednego z równañ.
Ten kierowca z przeciwka te¿ tu jest, ale nie próbowa³em jeszcze z nim rozmawiaæ.
¦mieræ ? Naprawdê ¿aden strach przed ni± nie mia³ sensu.
Bêd±c ju¿ z drugiej strony, ale nie od razu, chyba nawet nie po godzinach, ale dopiero po kilku dniach podró¿y, zacz±³em powoli przeczuwaæ, ¿e dopiero tutaj, naprawdê jest siê czego baæ.
Czujê to, zupe³nie nie wiedz±c co mi grozi, odbieram to jakby zagro¿enie pe³nym unicestwieniem, ostatecznym, tym razem prawdziwym. Dziwne, ¿e czujê to tym mocniej, im g³êbiej nasza arka zag³êbia siê w wieczno¶æ, w ten spokojny, pogodny bezkres oceanu nie¶miertelno¶ci, którego niematerialnych, l¶ni±cych w s³oñcu wód nie marszczy najmniejsza nawet fala.
*
Zdarza siê nam, ale bardzo rzadko, przep³ywaæ w pobli¿u martwych, pustynnych wysp, czy mo¿e l±dów. S± one zawsze w kolorze zbli¿onym do koloru skóry lwa, lub wielb³±da. Ich krótkie masywne pó³wyspy przypominaj±ce ³apy gigantycznych p³azów ¶pi±cych na dewoñskich mieliznach, ocieraj± siê czasem prawie o burty naszej nierzeczywistej arki.
Na odleg³ych wzgórzach widaæ czêsto ¶redniej wielko¶ci piramidy lub ogromne figury szachowe porozstawiane bez ³adu i sk³adu. Niektóre z nich, czê¶ciej czarne ni¿ bia³e, s± przewrócone, tak jakby gigantyczni gracze zrezygnowali z gry i opu¶cili pole rozgrywki.
Ju¿ czterokrotnie widzia³em te¿ odleg³e ruiny staro¿ytnych miast, które w ¶wiecie materialnym nigdy nie zaistnia³y. Komandor wyja¶ni³ nam, ¿e s± to ruiny miast, których istnienie przepowiadali co prawda prorocy ró¿nych religii, ale z powodu niespodziewanej zmiany przebiegu szlaków handlowych staro¿ytno¶ci, ich powstanie nie okaza³o siê mo¿liwe.
Zaobserwowa³em, ¿e prowadz± do tych rozsypuj±cych siê ze staro¶ci, odrzuconych idei miast, wij±ce siê miêdzy wzgórzami drogi, wysypane duchem, czy raczej niematerialn± istot± popio³u ze starotestamentowych krwawych ofiar ca³opalnych. Najwyra¼niej od tysiêcy lat ¿aden byt nie wêdrowa³ po tych popielnych go¶ciñcach.
Pogodne majolikowe przestrzenie nieba nad nami s± lekko przykurzone i pociête sieci± drobnych pêkniêæ, a nad lini± horyzontu zwisaj± gdzieniegdzie ogromne pajêczyny poruszane powiewami wiatru. Jednak ani kurz, ani pajêczyny, ani nawet pêkniêcia nie s± zwi±zane z ¿adn± niebiesk± powierzchni±. W niezrozumia³y dla mnie sposób znajduj± siê one w przestrzeni, a raczej jakby na niej. Ma to chyba zwi±zek z niedorozwojem jednego lub kilku wymiarów czasoprzestrzeni, czy mo¿e z ich starcz± demencj±.
Niewykluczone, ¿e cechy przestrzeni zaczynaj± tu zawê¿aæ siê do cech p³aszczyzny, a cechy p³aszczyzn ewoluuj± w kierunku liniowo¶ci. Je¶li tak jest rzeczywi¶cie, to zapewne twory liniowe te¿ podlegaj± powolnemu samoograniczeniu i w koñcu wielowymiarowa przestrzeñ skupi siê w jednym, bezwymiarowym punkcie, od którego podobno wszystko siê zaczê³o.
Za ¿ycia zawsze pasjonowa³a mnie fizyka, ale pasja ta nie by³a po³±czona ze szczególnymi zdolno¶ciami w tym kierunku, dlatego wybra³em zawód ksiêgowego. Nie maj±c akademickich podstaw muszê teraz b³±dziæ w gmatwaninie amatorskich hipotez, ale przypuszczam, ¿e wobec fizyki za¶wiatów, nawet twórca teorii wzglêdno¶ci by³by bezradny.
Bezradno¶æ ta spowodowana jest nie tylko alogiczn± z³o¿ono¶ci± Za¶wiatu, ale wynika te¿ po czê¶ci z samego mechanizmu naszego w nim istnienia. Nawet zrozumienie prostych jednostopniowych zale¿no¶ci bywa tu dla mnie trudne. Powierzchnia zjawisk wydaje siê prosta, ale ich g³êbsza istota zupe³nie wymyka siê poznaniu.
Pomimo wysokiej, wstêpnej rozpoznawalno¶ci, nic nie daje siê tu jednak g³êbiej oceniæ, porównaæ, ani przefiltrowaæ intelektualnie.
*
Z³o¿ono¶æ Za¶wiatu wydaje siê polegaæ g³ównie na odmienno¶ci praw jego fizyki i na swoistej, geometrycznej degeneracji czasoprzestrzeni, bo je¶li chodzi o jego elementy sk³adowe, to prawie wszystkie s± odbiciami tych ze ¶wiata materialnego.
Poza nowymi kolorami nie mieszcz±cymi siê w widmie rozszczepionego ¶wiat³a bia³ego, których nikt z nas nie potrafi nazwaæ, wszystko jest tu dla mnie, dziwnie, powiedzia³bym przed-pamiêciowo, swojskie. Nawet to co niezrozumia³e, sk±d¶ sobie przypominam. Czujê siê zupe³nie tak, jakbym by³ ju¿ tutaj, bardzo dawno temu i bardzo d³ugo.
Nie s± to jednak ¿adne konkretne wspomnienia, raczej co¶ na kszta³t pamiêci genetycznej materia³u duchowego z którego siê sk³adamy.
Sam nie rozumiej±c tego co tu wyczuwam, nie potrafiê dok³adniej o tym opowiedzieæ, jestem wiêc zdany tylko na u³omne w swej s³ownej istocie opisywanie moich odczuæ i obserwacji.
*
O zmroku Komandor zawsze zapala dwie lampy naftowe; jedn± na dziobie naszej arki, a drug± na jej rufie. P³omienie lamp odbijaj± siê w czarnej wodzie za¶wiatów, ich dr¿±ce odbicia sun± obok nas a¿ do ¶witu.
Ju¿ w chwilê po zapaleniu lamp, zaczynaj± wokó³ nich kr±¿yæ tutejsze æmy, duchowe refleksy ciem widzianych przez nas, podczas naszego minionego ¿ycia w ¶wiecie materialnym. Æmy te, s± dla ka¿dego z nas, na tyle ukszta³towane, dokoñczone, na ile zosta³y przez niego zapamiêtane z materialnej przesz³o¶ci. To wszystko, co nie zosta³o zapamiêtane z ich rzeczywistego wygl±du, pozostaje tu nieokre¶lone, jakby rozmyte i nie podlega ¿adnemu poznaniu. Ja na przyk³ad nie zapamiêta³em ile nóg ma æma i teraz, tutaj, nie mogê ju¿ ich policzyæ. Nawet je¶li trzymam schwytan± æmê tu¿ przed oczami, bez wzglêdu jak d³ugo to robiê, ilo¶æ nóg ju¿ na zawsze pozostaje dla mnie nieokre¶lona.
Noce s± tu ogromne, g³uche, szumi±ce nieskoñczono¶ci±. Arka ucieka z mroku za ruf±, sunie poprzez otaczaj±cy nas mrok, prosto w mrok przed dziobem. Dwa ciep³e ¶wiat³a, ko³ysz±c siê, p³yn± po czarnej tafli otaczaj±cej nas idei wody, wydaj±cej siê nam zupe³nie materialn±, gêst± i t³ust± jak smo³a. Widzialno¶æ duchowa zatopionych podwodnych ¶wiatów spada noc± do zera.
Mam wra¿enie, ¿e w tych d³ugich okresach, od zmierzchu do ¶witu, kiedy nikt podwodnych ¶wiatów nie obserwuje, one, pozbawione obserwatorów, przestaj± istnieæ, by odrodziæ siê w swoim bogactwie dopiero rankiem, w promieniach ¶wiat³a za¶wiatów; ¶wiat³a jak¿e tu bogatego w dodane kolory, zawarte w jego nie rozszczepionej bieli.
Ale aby doczekaæ ¶witu, trzeba d³ugo p³yn±æ poprzez noc, w której dwa ¶wiat³a, dziobowe i rufowe oraz ich odbicia na wodzie, a wysoko nad nami drobne, zapamiêtane z minionego ¿ycia, punkciki gwiazd przeciwstawiaj± siê ciê¿arowi mroku. Czasem widzê te¿ jakie¶ dalekie migoc±ce ¶wiate³ko na mijanym l±dzie, ale jest to raczej martwy p³ód mojej pamiêci ni¿ rzeczywisto¶æ tego opustosza³ego Za¶wiatu.
Zdarza siê, ¿e ko³o lampy przeleci bezg³o¶nie idea nietoperza poluj±cego na niematerialne owady tutejszych nocy, czasem co¶ innego, jak rozmazane wspomnienie zamajaczy w mroku swoj± jeszcze czarniejsz± ciemno¶ci± i zniknie, tak nagle, jak siê pojawi³o. My¶lê, ¿e mog± to byæ stwory z moich koszmarnych ziemskich snów, zupe³nie nieokre¶lone obrazy strachu.
*
Przypuszczam, ¿e prawie wszystko co nas tu otacza, zarówno w czasie ogromnych nocy za¶wiatów, jak i podczas wlok±cych siê mozolnie dni; wszystko to, nawet je¶li w swym uk³adzie, w kolejnej kompozycji ogó³u ze szczegó³ów, wydaje siê nowe, dotychczas nieznane, to jednak w rzeczywisto¶ci, zawsze jest jakim¶ zestawem elementów, które zachowali¶my w pamiêci ze ¶wiata materialnego. Nowe, czasem zaskakuj±ce, s± tylko kombinacje tych cegie³ek-szczegó³ów, ale same cegie³ki, to zawsze tylko nasze wspomnienia, na tyle konkretne i skoñczone, na ile pozosta³y w naszej pamiêci. Na przyk³ad rybostrzykwy to po³±czenie ryby ze strzykw±, meduzoidy to meduzy z naro¶lami ró¿nych dziwnych przedmiotów takich jak warzywa, ksi±¿ki, a nawet drobny sprzêt gospodarstwa domowego. Podobnie krabostwory zamiast lewych czy prawych szczypiec maj± ró¿ne dziwne przedmioty, no¿yce, obcêgi, albo jakie¶ narzêdzia ¶lusarskie. Drugie szczypce zawsze pozostaj± normalne.
Zarówno naro¶le meduzoid, jak te¿ dziwne dodatki krabostworów s± zniekszta³cone, odmienione w kierunku naturalnego materia³u cia³ morskich stworzeñ i poro¶niête nalotami podwodnych mchów lub drobnych koralowców.
Przypuszczam, ¿e w tym podwodnym ¶wiecie my zmarli podró¿nicy niekoniecznie widzimy to samo. Ka¿dy ma jaki¶ zestaw zapamiêtanych przedmiotów, swoich indywidualnych od³amków pamiêci ze ¶wiata który opu¶ci³ i z nich sk³adaj± siê jego kombinacje.
Jedyny wyj±tek to kolory. Jest ich tu o wiele wiêcej ni¿ w ¶wiecie materialnym, ni¿ by³o ich tam, w widmie rozszczepionego przez pryzmat ¶wiat³a bia³ego. Tu, ¶wiat³o bia³e, chocia¿ pozornie wygl±da tak samo jak je z mojego ¿ycia zapamiêta³em, musi jednak byæ du¿o bardziej z³o¿one, bogatsze w ukryte w nim dodane kolory.
Ujawniaj± siê one kiedy promienie padaj± na powierzchnie, które selektywnie czê¶æ barw sk³adowych poch³aniaj±, a wybrane odbijaj±, nabieraj±c w ten sposób koloru barwy odbitej.
Wiem, ¿e ju¿ o tutejszym ¶wietle wspomina³em. Pewnie te¿ jeszcze do niego wrócê, tak niesamowicie mnie ono fascynuje.
*
Chocia¿ p³yniemy ju¿ bardzo d³ugo, to nie napotkali¶my tu ¿adnych ¶ladów Boga, ani nawet naszych zmar³ych przodków.
O ile brak Boga mo¿na sobie na ró¿ne sposoby wyt³umaczyæ, to nieobecno¶æ ludzi wcze¶niej zmar³ych, budzi mój niepokój. Przecie¿ musia³y ich byæ ogromne t³umy, bo czy¿ na ka¿dego ¿ywego mieszkañca Ziemi nie przypadaj± tysi±ce ludzi zmar³ych przez kilka minionych tysi±cleci ?
Przynajmniej najlepsi z nich powinni zostawiæ jakie¶ ¶lady na mijanych przez nasz± arkê wyspach i l±dach.
Gdzie s± ci, którzy zas³u¿yli na wieczne szczê¶cie w za¶wiatach ?
Co sta³o siê z najlepszymi z ludzi, z dobroczyñcami ubogich, ascetami, mêczennikami, czy z dziewicami, tymi z wyboru oczywi¶cie, a nie z przymusu ?
Dlaczego nie ma tu tych, którzy po¶wiêcili swoje ziemskie ¿ycie ubogim, chorym lub upo¶ledzonym ?
Gdzie podziali siê bohaterscy obroñcy prze¶ladowanych, którzy nie wahali siê oddaæ za nich ¿ycia; czy w koñcu sami prze¶ladowani, którzy swoj± nagrodê mieli otrzymaæ po ¶mierci ?
Czy naprawdê tylko tych kilkunastu pasa¿erów naszej arki zas³u¿y³o ¿eby tu trafiæ ? Ten kierowca alkoholik, albo ta g³upia jak pustak gospodyni domowa, albo ta myszowata studentka cichodajka ? Czy nawet ja, starszy ksiêgowy, który niejeden przekrêt mia³ na sumieniu ?
Tak, tak, niejeden. I nie ma siê co dziwiæ. Ka¿dy chce jako¶ ¿yæ, a ¿ycie w ¶wiecie materialnym kosztuje. Trudno nie byæ materialist±, kiedy wokó³ ciebie ci±gle tylko materia i materia. Na materiê trzeba kasy.
No, bo niby za co kupi³bym moje, rozbite ju¿ kompletnie z winy tego alkoholika Volvo, z czego utrzymywa³bym dwoje dzieci na studiach i ¿onê pijawkê ? A kiedy by³em trochê m³odszy mia³em jeszcze ¶redniej klasy kochankê na utrzymaniu. To wszystko kosztowa³o. I trzeba by³o kombinowaæ.
Prawdê mówi±c nie spodziewa³em siê niczego dobrego w ¿yciu pozagrobowym, zw³aszcza ¿e na materialnym padole cierpieñ doczesnych by³o trochê ludzi lepszych ode mnie i naprawdê zas³uguj±cych na wieczn± nagrodê. Trudno by³oby mi siê z nimi porównywaæ.
A jednak poza nami, pasa¿erami arki, nie widzia³em ani jednego zredukowanego cz³owieka, ani jednego mentalnego wektora. Mijane l±dy i wyspy s± puste. Po prostu przera¼liwa pustka.
*
Mówi±c o pustce, nie biorê oczywi¶cie pod uwagê cykolopo-podobnych po³awiaczy egoch³onów przemierzaj±cych samotnie wody wiekuiste w swoich malutkich ³ódeczkach. Te prymitywne stwory, które mo¿na co parê dni spostrzec w oddali, a czasem nawet z bliska, nie wydaj± siê byæ zwi±zane z jak±kolwiek sfer±, inn± ni¿ Za¶wiat. Pomimo cz³ekokszta³tnego wygl±du, robi± wra¿enie bardziej prymitywnych ni¿ najprostsze zwierzêta, a ich jedno oko umieszczone na ¶rodku czo³a ma wyj±tkowo têpy wyraz. Nastawione s± one wy³±cznie na wykonywanie swojej pracy i nie zwracaj± najmniejszej uwagi na otoczenie.
Po co i dla kogo ³owione s± egoch³ony, te d³ugie bia³e robale o grubo¶ci ludzkiego przedramienia, wyposa¿one groteskowo w g³owy smutnych ¶ledzi, pozostaje dla mnie zagadk±. Zreszt± nawet nie próbujê jej rozwi±zaæ, jest tu wiele bardziej frapuj±cych mnie tajemnic.
Oczywi¶cie, od pocz±tku podró¿y, nie ma komu analizowaæ danych po¶rednich, nie ma te¿ ¿adnych mo¿liwo¶ci powrotu do zastarza³ej logiki materialnej. Dominuje tu pozaczasowa jednokierunkowo¶æ.
*
Nasza arka nie jest przepe³niona; w sumie podró¿uje ni± nie wiêcej ni¿ kilkunastu zmar³ych. Poza dwoma katatonicznymi waranami komandora nie zauwa¿y³em te¿ ¿adnych zwierz±t.
Kobiety i mê¿czy¼ni skupiaj± siê na pok³adzie w mono-p³ciowych grupkach. Rzadko kto¶ decyduje siê na prze³amanie dobrowolnej segregacji. Wynika to zapewne z nieistnienia w Za¶wiecie jakichkolwiek namiastek seksu, czy nawet jego pozorów. Mê¿czy¼ni czuj± siê z tego powodu upo¶ledzeni, a kobiety niedocenione.
Wektor w którym rozpozna³em kierowcê winnego mojemu wypadkowi, próbowa³ w pierwszych dniach podró¿y opowiadaæ spro¶ne dowcipy, ale napotykaj±c smutne, wstydliwe milczenie pozosta³ych mêskich wektorów zrezygnowa³.
Panie rozmawiaj± w swoich grupkach o jakich¶ niewa¿nych sprawach; jak to baby. Panowie przewa¿nie milcz±, albo wymieniaj± krótkie uwagi na temat przesuwaj±cego siê obok nas niematerialnego otoczenia.
- Ale pogoda – powie jeden z nich.
- A morze jakie spokojne – odpowie mu po trzech kwadransach inny.
- No i co z tego? – przy³±czy siê po godzinie do rozmowy ten, który nic jeszcze w tym dniu nie mówi³.
I tak up³ywa nam wieczno¶æ.
Je¶li chodzi o miejsca spotkañ, to panie przewa¿nie zbieraj± siê na fallicznie zakoñczonym dziobie arki, a panowie najwyra¼niej preferuj± rufê.
Nikt nie wydaje siê podzielaæ mojego niewyt³umaczalnego lêku, a zaciekawienie nowym przecie¿ dla ka¿dego z nas, niematerialnym ¶rodowiskiem z tygodnia na tydzieñ maleje.
Przestrzenie Za¶wiatu przesycone s± martw± cisz±. Bia³e ob³oki znieruchomia³y w nie remontowanych od wieków, popêkanych przestrzeniach nieba.
Arka p³ynie jednostajnie i zapewne wygl±da z wysoko¶ci ob³oków jak ma³y, ciemny, mrucz±cy silnikiem punkcik na ogromnych, l¶ni±cych w spokojnym s³oñcu p³aszczyznach wód wiekuistych.
*
Jakkolwiek jeste¶my tylko wektorami, to jednak ka¿dy mentalny wektor otoczony jest mglist± aur± w kszta³cie odpowiadaj±cym minionej materialnej postaci, aur± oddaj±c± wiernie jej dawny wygl±d.
Przypuszczam, ¿e w chwili ¶mierci nastêpuje transmutacja jakich¶ nie znanych jeszcze nauce, cz±stek elementarnych zawartych w atomach cia³a ludzkiego, w elementarne mikro-¶wiate³ka, których ogromna ilo¶æ, odpowiadaj±ca ilo¶ci atomów zawartych w ciele zmar³ego tworzy t± aurê. Aura, chocia¿ niematerialna, nie musi mieæ nic wspólnego z materia³em duchowym. To mo¿e byæ co¶ jeszcze innego; ani duch, ani materia. Trzecia energetyczna forma rzeczywisto¶ci.
Ka¿da oko³o-wektorowa aura, w granicach swojego kszta³tu dr¿y jak p³omyk, lub jak obraz zu¿ytego monitora i mo¿na w tym migotaniu odnale¼æ mimikê, a nawet zobaczyæ sporo z osobowo¶ci zmar³ego.
W materialnym ¿yciu, aby poznaæ osobowo¶æ cz³owieka potrzeba by³o miesiêcy, czasem lat, a i tak niektóre cechy pozostawa³y ukryte. Tu, w mgnieniu oka, ca³± osobowo¶æ widzi siê jak na d³oni, wszystkie jej cechy osiowe i powierzchowne, ukrywane kompleksy, a nawet niewa¿ne ju¿ tutaj predyspozycje. Dziêki temu zorientowa³em siê na przyk³ad, ¿e mój znajomy kierowca by³ za ¿ycia ca³kiem zaawansowanym alkoholikiem. ¯e te¿ nie zabrano mu w porê prawa jazdy.
Gdyby w ¶wiecie materialnym przynajmniej policja drogowa mog³a widzieæ ludzkie aury, pewnie nie podró¿owa³bym jeszcze po za¶wiatach.
Aury pozwalaj± dowiadywaæ siê bardzo wiele o osobach z którymi p³yniemy. Jednak osadzone na wektorach auro-postacie bardzo nieprzyjemnie przypominaj± mi dygoc±ce kukie³ki, nadziane na patyki.
Za to siebie samego ka¿dy z nas widzi takim jakim by³ w nieodwracalnie utraconej ziemskiej postaci. Widzê swoje, o dwa numery za du¿e w stosunku do mojego niskiego wzrostu stopy, ow³osione nogi i rêce, a nawet swój wydatny brzuch. Ubrany bywam ró¿nie, ale zawsze w jaki¶ zestaw moich zapamiêtanych z minionego ¿ycia ciuchów.
Nic nowego ju¿ tu nie ponoszê. Inni pasa¿erowie maj± ten sam problem. Wektory kobiece znosz± to du¿o gorzej.
*
Ka¿dy z nas przywyk³ ju¿ do nowego, ¶lizgowego sposobu poruszania siê. Nie jest on mo¿e do¶æ dostojny, jak na istoty duchowe, ale przynajmniej nie wymaga od nas tego ci±g³ego, idiotycznego przebierania nogami, na które byli¶my skazani, chodz±c za ¿ycia w ¶wiecie materialnym.
Kiedy stoimy, linie dzia³ania naszych wektorów pozostaj± pionowe, a kiedy chcemy znale¼æ siê w innej czê¶ci naszej arki, przechylamy swoj± liniê do poziomu, ukierunkowujemy j±, jak promieñ lasera, na wybrany punkt i po prostu suniemy po niej, niby kawa³ek rurki nadzianej na sztywny, prosty drut.
Czasem dotarcie do miejsca przeznaczenia, z powodu przeszkód na trasie, wymaga od nas kilkakrotnego przestawiania linii dzia³ania, a przebyta droga sk³ada siê wtedy z kolejnych odcinków linii ³amanej.
Przemieszczanie siê w przestrzeni zawsze wymaga tu od nas przybrania pozycji poziomej; czyli jak siê idzie, to zawsze siê le¿y; albo na wznak, albo twarz± w dó³, albo na jednym lub drugim boku. Jak kto woli. Mo¿na te¿ sun±æ obracaj±c siê wokó³ swojej osi. Ja nigdy tego nie robiê, bo krêci mi siê wtedy w aurycznej g³owie. Za ¿ycia nie lubi³em karuzeli, ani diabelskiego ko³a; nawet jako dziecko.
Po dotarciu na miejsce zatrzymujemy siê, a nasze linie automatycznie wracaj± do pionu., chyba, ¿e chcemy jeszcze sobie trochê pole¿eæ.
Je¶li zbli¿yli¶my siê w taki sposób do burty, aby wychyliæ siê i popatrzeæ na podwodny ¶wiat, bez trudu mo¿emy odchyliæ swoj± liniê o kilka stopni od pionu, na tyle, ¿eby by³o nam wygodnie patrzeæ.
Nie wiemy tylko, czy mogliby¶my wy¶lizn±æ siê parê metrów poza barkê i po zakoñczeniu obserwacji powróciæ szczê¶liwie na pok³ad; nie wiemy, bo dotychczas nikt nie odwa¿y³ siê tego spróbowaæ.
Poza tym w wywieszonym na ¶cianie budki sterowej „Regulaminie Podró¿y”, Komandor napisa³, ¿e ka¿de samowolne opuszczenie arki bêdzie surowo karane. Jak ma wygl±daæ ta kara, nikt z nas nie wie, ale te¿ nikt nie ma odwagi spytaæ, a tym bardziej spróbowaæ.
Chc±c pole¿eæ w s³oñcu na niskich, pochy³ych dachach ³adowni, ustawiamy nasze linie dzia³ania tu¿ nad nimi, równolegle do nich i odpoczywamy jak szasz³yki na patykach. Nie jest to mo¿e przyjemne porównanie, ale najlepiej oddaje ono charakter naszego wypoczynku.
c.d.(najprawdopodobniej) n.
(zale¿nie od zainteresowania i oceny Fabrykantów)
źródło:
http://www.portalliteracki.pl
Aktualna ocena::
3
Wyślij odnośnik znajomym::
Tags:
Widzenie />/>
/>Nasza ¶mieræ Wkroczyli¶my Pogoda />Zredukowani Poruszamy Zmiana Dokonujemy
/>Otaczaj±ca ¶wiecie ¶wiat Jest />Przystosowali¶my Nie />Widzialno¶æ Morze Widzia³em Wszystko Technikolorze, ¶wiecie />Przesuwamy />Nasza Diesla ¿urawi ¶ródokrêcia. Ilo¶æ ¿urawi
/>Niektóre ¿urawie Pozosta³e Spaceruj±c ¶lizgamy D³ugo¶æ />
/>*
/>
/>Nasza ¶ladowej ¶wiadomo¶ci Jednak Maksima ¶wiatem ¶mierci± Staramy
/>Nie />
/>*
/>
/>Przez ¿ycie Jak ¿aden ¶miertelnego ¶mieræ, ¿e Samochód Znalaz³em />Ten />¦mieræ Naprawdê ¿aden />Bêd±c ¿e
/>Czujê Dziwne, ¿e />
/>*
/>
/>Zdarza S± Ich ³apy ¶pi±cych
/>Na ¶redniej ³adu Niektóre
/>Ju¿ ¶wiecie Komandor ¿e />Zaobserwowa³em, ¿e Najwyra¼niej ¿aden />Pogodne Jednak ¿adn±
/>Niewykluczone, ¿e Je¶li
/>Za ¿ycia Nie ¿e />Bezradno¶æ Za¶wiatu, Nawet Powierzchnia
/>Pomimo />
/>*
/>
/>Z³o¿ono¶æ Za¶wiatu ¶wiata />Poza ¶wiat³a Nawet Czujê />Nie ¿adne
/>Sam
/>
/>*
/>
/>O Komandor P³omienie ¶witu.
/>Ju¿ æmy, ¿ycia ¶wiecie Æmy ¿adnemu æma Nawet æmê />Noce Arka Dwa ¶wiat³a, Widzialno¶æ ¶wiatów
/>Mam ¿e ¶witu, ¶wiatów ¶wiat³a ¶wiat³a />Ale ¶witu, ¶wiat³a, ¿ycia, Czasem ¶wiate³ko Za¶wiatu.
/>Zdarza ¿e My¶lê, ¿e />
/>*
/>
/>Przypuszczam, ¿e ¶wiata Nowe, Podobnie ¶lusarskie. Drugie />Zarówno />Przypuszczam, ¿e ¶wiecie Ka¿dy ¶wiata />Jedyny Jest ¶wiecie ¶wiat³a Tu, ¶wiat³o ¿ycia
/>Ujawniaj±
/>Wiem, ¿e ¶wietle Pewnie />
/>*
/>
/>Chocia¿ ¿adnych ¶ladów Boga,
/>O Boga Przecie¿ ¿ywego Ziemi
/>Przynajmniej ¶lady />Gdzie
/>Co
/>Dlaczego ¿ycie
/>Gdzie ¿ycia; ¶mierci ?
/>Czy ¿eby Ten Czy ?
/>Tak, Ka¿dy ¿yæ, ¿ycie ¶wiecie Trudno />No, Volvo, ¿onê ¶redniej />Prawdê ¿yciu ¿e Trudno />A Mijane />
/>*
/>
/>Mówi±c ³ódeczkach. Za¶wiat. Pomimo ¶rodku Nastawione
/>Po ³owione ¶ledzi, Zreszt± />Oczywi¶cie, ¿adnych Dominuje />
/>*
/>
/>Nasza Poza ¿adnych />Kobiety Rzadko Wynika Za¶wiecie Mê¿czy¼ni
/>Wektor />Panie Panowie />- Ale – />- – />- –
/>I />Je¶li />Nikt ¶rodowiskiem />Przestrzenie Za¶wiatu Bia³e />Arka />
/>*
/>
/>Jakkolwiek />Przypuszczam, ¿e ¶mierci Aura, Trzecia />Ka¿da
/>W ¿yciu, Tu, Dziêki ¿e ¿ycia ¯e />Gdyby ¶wiecie />Aury Jednak />Za Widzê Ubrany ¿ycia
/>Nic Inni Wektory />
/>*
/>
/>Ka¿dy ¶lizgowego Nie ¿ycia ¶wiecie
/>Kiedy
/>Czasem ³amanej.
/>Przemieszczanie Jak Mo¿na ¿ycia />Po ¿e
/>Je¶li ¶wiat, ¿eby />Nie
/>Poza ¶cianie „Regulaminie Podró¿y”, Komandor ¿e Jak />Chc±c ³adowni, Nie />
/> />(zale¿nie Fabrykantów)
Komentarze::
Dodaj komentarz
Powiązane wiadomosci
- Bóg nie wchodzi na facebooka
- Ba¶ñ o wysokiej wie¿y i niezwyk³ej owieczce
- Przys³uga/debiut
- Mi³o¶æ spod latarni
- Dialog z rogaczem/debiut
- przydro¿na Giocondo
- Pó¼n± noc± piszê na balkonie Ty siê przygl±dasz /wiersz/ x
- Saga Turkus *Sen* /powie¶æ/ X
- maskarada /wiersz/ x
- Niemoc /wiersz/ x
- Dzwony /wiersz/ X
- Pani C. pakuje swoje rzeczy rozrzucone w nie³adzie /wiersz/