24 godziny temu
Telefon dzwoni uparcie, zrywam siê w koñcu, ¿eby nie jêcza³ d³u¿ej, zniecierpliwionym g³osem odpieram atak.
- S³ucham – mówiê, lecz druga strona milczy uparcie. – S³ucham – powtarzam bezmy¶lnie. Rozcieram d³oni± kurz na czarnym ekranie aparatu.
- To ja. Przyjed¼ – mówi – bo rozerw± mnie swym milczeniem na strzêpy. Przyjed¼ do mnie na chwilê. – Odk³adam s³uchawkê, podchodzê do okna, otwieram je i wdycham ch³odny zapach poranka.
Mg³a wdziera siê w±skim korytarzem my¶li, tka mi jej prawie zatarty ju¿ dzisiaj obraz. Mieszka³a tu, blisko. Przez grube szk³a w okularach i krótkie spódniczki ods³aniaj±ce ¶miesznie krzywe nogi skupia³a na sobie wzrok mijaj±cych j± istot. Mê¿czy¼ni, wyprowadzani z dum± na spacer, niczym pokraczne istoty, wymagaj±ce opieki pisklêta, które za szybko wypad³y z gniazda, stawali siê przy niej silni jak ramy z gipsu, jak przês³a mostu nios±ce na betonowych taflach szerokie ulice ich pokrêconych losów. Niczym znachorka leczy³a rany krwawi±ce wiecznym pragnieniem mi³o¶ci, liza³a blizny, karmi³a. A z j±dra ziemi, nieustannie, nawo³ywa³ j± g³os nakazuj±cy brniêcie w coraz to innym kierunku.
Niestrudzenie przeciera³a kawa³kiem szmatki szk³a, pozwalaj±ce jej - prawie ¶lepej, swobodnie dostrzegaæ to, o czym inni woleli zapomnieæ. Zawala³a sesje oddaj±c w ostatniej chwili potrzebuj±cym swoje notatki, spó¼nia³a siê na poci±g, by kto¶ móg³ na niego zd±¿yæ, ³ata³a rozdarte rany zagubionej ¶wiadomo¶ci naiwnie wierz±c, ¿e ¶wiat jest cudowny, ¿e sklejaj±c go ka¿dego dnia z mozo³em i po kawa³ku, uda siê stworzyæ szczelnie zamkniêt± przestrzeñ w kolorach têczy, woln± od zmartwieñ i niepokoi.
Nie wiem jak to siê sta³o. Nikt nie powiedzia³ mi g³o¶no. Po prostu pewnego mro¼nego ranka, jaka¶ czê¶æ niej stwierdzi³a, ¿e starczy, ¿e d³u¿ej nie zniesie wspó³czucia i w±sk± szpark± wla³a siê w±t³a jeszcze i niedojrza³a my¶l, przykra i rozwalaj±ca g³owê niczym grube korzenie, ¿e ¶wiat jest przegni³y i poro¶niêty mchem smutku. I zaraz potem by³o ju¿ za pó¼no. Powsta³a luka, przeci±g, który przepêdzi³ ³agodnie snuj±ce siê my¶li i powsta³ ferment, co¶ siê popsu³o, uchem wypad³a ma³a ¶rubka, oko zatrzepota³o powiekami i niczym ciê¿ka fala spad³o na ni± ol¶nienie. Jak odwrócona z lewej na praw± rêkawiczka, wszystko, co powsta³o z chaosu zaczê³o do siebie pasowaæ. U³amki sekund u³o¿y³y kalejdoskop najdrobniejszych wydarzeñ. Lustro pêk³o na dwie strony i nie mo¿na go by³o ju¿ skleiæ bez pozostawienia ¶ladu.
Teraz spokojnie pakujê torebkê, zamykam drzwi, idê na tramwaj. Siadam, gdy tylko zwalnia siê miejsce, wyci±gam z kieszeni ksi±¿kê, lecz zdania mi uciekaj±, ich sens rozmywa siê, wiêc chowam j± zaraz z powrotem i têpo gapiê siê w okno. Z letargu wyrywa mnie dwóch z plakietkami, na których kto¶ wypisa³ ¶mieszne nazwiska.
– Bilecik paniusia ma? –Pyta jeden, a ja my¶lê, ¿e to zupe³nie nie w porê, ¿e trac± mój czas kiwaj±c siê na lekko ugiêtych nogach.
– Mam – odpowiadam i patrzê na nich znudzona. Ich twarze s± takie same, p³askie, zaciête; bezmy¶lnie powtarzaj± wyuczone s³owa. Spokojnie wyci±gam bilet i ju¿, ju¿ chcê im daæ, ale moja d³oñ zdradza mnie i w ostatniej chwili wk³adam go sobie do ust, nas±czam ¶lin±, zaciskam zêbami. Jêzykiem toczê kulkê, chwytam d³oñ tego, co stoi bli¿ej i k³adê na niej to, co zosta³o z g³adkiego wcze¶niej kawa³ka papieru.
– Proszê – mówiê, gdy z obrzydzeniem cofa d³oñ. Wypluta kulka toczy siê do otwartych w³a¶nie drzwi, wypada wprost pod buty t³umu, ginie gdzie¶ na chodniku. Dostajê mandat, lecz mogê jechaæ dalej. Pukaj± siê w g³owy, odchodz±.
Po chwili targana nadludzk± ciekawo¶ci± i podniecona, jadê ju¿ do niej zdezelowan±, obdart± z farby wind±, która skrzypi zatrzymuj±c siê na kolejnych piêtrach.
Drzwi otwiera jej ciotka, która wpierw u¶miechniêtymi, a po chwili przera¿onymi oczami daje znak bym wesz³a, kiwaj±c g³ow± na moje „Dzieñ Dobry”. Zgarbiona i przyt³oczona ciê¿arem ostatnich wydarzeñ, chc±c jak najszybciej doprowadziæ mnie do niej, odwraca siê i pow³ócz±c nogami prowadzi na inny poziom, by jak najszybciej pozbyæ siê tego, co uwiera. Boi siê, my¶lê, boi, ¿e zburzy ich spokój zamkniêty w miodowej meblo¶ciance i piêtnastoletnim telewizorze Sony. Tego, co powiedz± s±siedzi ni¿ej i wy¿ej, po prawej i po lewej, nie mówi±c ju¿ o ksiêdzu, który przyjdzie po kolêdzie. Z przedpokoju dochodzi mnie zapach grozy, która szczelnie wypcha³a przestrzeñ kordonem lêków.
W domu panuje ha³as, wszystkie odbiorniki przekrzykuj± siê wzajemnie, gadaj±ce radio i wypluwaj±cy tre¶ci telewizor, nie pozwalaj± zapomnieæ gdzie jestem i po co przybywam. Ba³agan rozpanoszy³ siê tu z tendencj± do rozrastania, jakby kto¶ przerwa³ kolacjê w pó³ zdania, wiêc trwa bez koñca czekaj±c na zakoñczenie. Lecz ono nie zamierza prêdko nadej¶æ.
Stojê chwilê pod uchylonymi drzwiami, przez w±sk± szparê patrzê jak siedzi na dywanie utkanym z miliona kartek i ¶wistków.
- Cze¶æ kochana – pewnie rzuca w stronê szpary – czeka³am na ciebie - po czym krzyczy do ciotki – Niech ciocia zrobi jak±¶ herbatê i nie trzyma siê tak za g³owê! Nic mi nie jest!
Stoj±ca obok mnie ciotka, prêdko odejmuje rêce od g³owy i patrzy na mnie szukaj±c wsparcia, lecz ura¿ona ciê¿kim do zniesienia milczeniem szura po zdartej pod³odze do kuchni.
Wchodzê do ¶rodka. Wtedy rzuca mi siê na szyjê i ¶ciska rado¶nie.
- Oni tu wszyscy siê mnie boj± – stwierdza nie bez dumy i zaraz dodaje – przebiorê siê i mo¿emy i¶æ.
Siedzi w pi¿amie, tej samej, któr± w³o¿y³a k³ad±c siê spaæ 5 dni temu, lecz sen, niewierny kochanek opu¶ci³ j± w³a¶nie na zawsze. Wyznaczyli dy¿ury, dopasowali grafiki prac, poprzestawiali noc z dniem, by nigdy nie by³a sama, nie ¿eby siê bali o ni±, ile raczej o to, co mo¿e zrobiæ.
-Trzeba jej pilnowaæ dzieñ i noc, choæ te tryby straci³y dla niej znaczenie. Ona przesta³a siê mêczyæ, czym jeszcze bardziej mêczy nas – zagaja wychodz±cy z pokoju syn ciotki.
- Dok±d mamy i¶æ? Przecie¿ w³a¶nie do ciebie przysz³am – szeptam, bo czujê siê jako¶ dziwacznie.- Tak d³ugo Ciê nie widzia³am, kochana.
Delikatny niczym szum skrzyde³ motyla d¼wiêk zatrzyma³ siê ko³o jej ucha. Praw± rêk± niezdarnie próbowa³a go chwyciæ? Nie wiem, mo¿e odgoniæ. Nie wiem te¿, czy jej siê uda³o. A potem siê zaczyna. Jak gdyby nigdy nic, i ¿aden szmer, ¿adne przywrócenie do rzeczywisto¶ci nie by³o warte ju¿ nigdy wiêcej jej uwagi, prócz tego nag³ego machniêcia rêk±. Na przekór marnemu, nic nieznacz±cemu, chwilowemu istnieniu.
- Jak to, dok±d? Na imprezê, ju¿ siê nasiedzia³am u cioci. Ciociu – sylabizuje w stronê drzwi – Gdzie s± moje ubrania? Ciocia przestanie siê wyg³upiaæ i mi je odda. Idziemy na miasto!
- Poczekaj – mówiê – wypijmy herbatê.
Idziemy do kuchni, siadam na krze¶le, ogl±dam swoje paznokcie zastanawiaj±c siê, czy mogê je tu, w domu jej ciotki, swobodnie obgryzaæ. Spogl±dam na jej drobne d³onie. Przy jej do¶æ pe³nych kszta³tach, du¿ych piersiach, szerokich biodrach wygl±daj± jak ma³e korzonki, które nie zd±¿y³y dorosn±æ i stercz± jak krótkie kikuty, wyciête z papieru palce. Skórki oczywi¶cie rzetelnie ob¿arte.
Dochodz±ce zewsz±d d¼wiêki odbijaj± siê od rur kaloryfera i wpadaj± mi do ucha niczym mia¿d¿±cy spokój wodospad. Zdaje mi siê, ¿e mi siê przygl±da przez swoje grube szk³a, tych samych, co kiedy¶, dzi¶ niemodnych ju¿ okularów. Zdaje mi siê, bo to ja przygl±dam siê jej, doszukuj±c siê ¶ladów, gestów, szelestów i zgrzytów ma³ych trybików. Nie widzê nic, lub mo¿e nie potrafiê dostrzec jej ciemnych zakamarków, drobnych pêkniêæ, które przecie¿ musi w sobie nosiæ.
Jej piersi niespokojnie faluj± pod rozci±gniêt± pi¿am±, kiedy macha rêkami. – Stanik te¿ mi ciotka odda – dodaje ironicznie, bo zauwa¿y³a mój wzrok. Wiêc teraz bêdziemy siê badaæ, dotykaæ swoich my¶li, szukaj±c jakiego¶ ³±cznika, tajnej ¶cie¿ki zrozumienia, w koñcu po to mnie tu wezwa³a.
- Przepuszczam przez siebie informacje, filtrujê je. Sczytuj±c te, które minê³y, uk³adam siatkê nowych zdarzeñ. Przebiorê siê i mo¿emy i¶æ – mówi przekrzywiaj±c g³owê, jak s³uchaj±cy pana pies.
Nie zna³am jej takiej wcze¶niej. Nie, nie s±dzê te¿, wbrew opinii innych, którzy ju¿ j± widzieli, ¿e to wszechogarniaj±ce rozche³stanie w ubraniu, rozdygotanie cia³a, brak makija¿u, rozbiegany wzrok i rozczochrane w³osy s± objawem. Ka¿dy z nas bowiem bywa roz³o¿ony na czê¶ci i wiele razy zdarza³o mi obudziæ nie w jednym kawa³ku. Moja rêka szukaj±ca po omacku reszty cia³a, odarta ze snu g³owa. Wiele godzin, czasem dni, potrzeba nieraz ¿eby na powrót siê posk³adaæ, podokrêcaæ i nasmarowaæ, by da³o radê przez nastêpne 10 tysiêcy godzin brn±æ bez utraty si³, w tym samym, co wszyscy kierunku.
W³a¶ciwie nie muszê nic mówiæ, zreszt± sk±d wiedzieæ, jakie pytanie powinnam zadaæ. Ona wy³uszcza mi wszystko dok³adnie. Nawet gdybym chcia³a, nie jestem w stanie jej przerwaæ. Chyba, ¿e wstanê i gwa³townie przetnê d³oni± powietrze, wtedy na chwilê mechanizm siê zatrzymuje , jej twarz prê¿y siê i napina, zanim kto¶ z powrotem naci¶nie w³±cznik. Tylko, kto to jest ten Kto¶.
- Kiedy¶ by³a tylko Prawda i wszyscy siê z ni± zgadzali, nie popadli w z³o¶æ, nie czuli strachu. Lecz nagle, z niewiadomych przyczyn, kto¶ ¼le rozpisa³ równanie i powsta³ z³y wynik a wraz z nim pierwsze K³amstwo, które stanê³o w szeregu z Prawd±. Kto¶, komu znudzi³a siê Prawda otworzy³ drzwi do chaosu i jednym s³owem zamieni³ twarde ska³y w rozpadaj±ce siê grudki ziemi, w ciep³e powietrze tchn±³ wieczny mróz, my¶l±ce i wolne dot±d zwierzêta, zamieni³ w s³u¿alcze i têpe istoty, a to, czego dot±d starcza³o - w ci±g³y g³ód i niedostatek. Odwróci³ bieg wydarzeñ, tchn±³ ¿ycie w ¶mieræ, która zapanowa³a nad ¶wiatem, zachwia³ równowagê i nim ktokolwiek siê zorientowa³ nic nie da³o siê ju¿ zrobiæ. Lecz nikt go nie zauwa¿y³, nikt nie czuwa³, dotychczas nie by³o takiej potrzeby. A K³amstwo podstawiane w równaniach namna¿a³o siê szybko i coraz wiêcej go by³o po¶ród wydarzeñ. I przez to wszystkie wojny, rzezie i holokausty. To proste – mówi, kiedy herbata powoli stygnie – nagle wszystko sta³o siê logiczne. Wszystko zmierza ku jednemu porz±dkowi, nic ju¿ nie bêdzie siê chwia³o, pouk³adane puzzle ludzko¶ci. Ja je u³o¿ê. Ty je u³o¿ysz. Znam wzór.
Mówi ju¿ teraz bez przerwy. Otwiera usta a s³owa wypadaj± z nich na wdechu i na wydechu, bez przecinka, pocz±tku zdania i kropki, bez sk³adu i ³adu przelatuj± jak wypuszczone na wolno¶æ ptaki, ich skrzyd³a uderzaj± mnie w twarz. Mog³abym j± chwyciæ za gard³o, potrz±sn±æ, ale nie chcê zrobiæ jej krzywdy. Te s³owa to jej broñ, my¶lê, bez nich nie bêdzie nic warta, zwiêdnie a potem zapadnie siê w sobie, wyro¶nie na niej mech, po którym przejdzie g±sienica, skóra zamieni siê w drzazgi. Zostanie grudka ziemi. Nic wiêcej.
Nagle wstaje, otrzepuje siê nerwowo jak gdyby oblaz³y j± niewidzialne owady, bierze mnie za rêkê i prowadzi do pokoju, pokazuje migaj±cy telewizor.
– Siadaj – mówi i pcha mnie w stronê pod³ogi. – Nape³nij siê s³owami, zabawa dopiero siê zaczyna.
Migaj± mi twarze polityków, spikerów, aktorów i wszystkie zlewaj± siê w jeden obraz. A ona, jak makler, obstawia na gie³dzie wydarzeñ, podbija cenê s³ów, obni¿a warto¶æ zdañ, dodaje i zabiera. Nie jestem w stanie us³yszeæ jednego pe³nego zdania, bo w jego trakcie zmienia kana³. 27 kana³ów! Wlepia swe oczy w mówi±ce usta, czyta informacje p³yn±ce strumieniem na dole ekranu, uchem wy³apuje, co mówi± w radio, biegnie do komputera i tworzy dla mnie ba¶ñ.
- Widzisz – mówi, – je¶li podzielisz s³owa przez ludzi, usuniesz usta, z których padaj±, wyci±gniesz wektor z programu, w którym wystêpuj± i skorelujesz to z radiem uzyskasz odpowied¼. Bêdziesz wiedzia³a, kto mówi Prawdê, kto K³amie, bo liczby nigdy nie k³ami±. - I zaraz przelicza dla mnie na próbê. Wyci±ga ze zdania 2 s³owa, sprawdza nr programu, powtarza to na kilku kolejnych twarzach, biegnie do radia i szybko wraca, ¿eby mi powiedzieæ: PRAWDA.
- Wysz³o, ¿e Prawda, rozumiesz?
- Nie – kiwam g³ow±.
- Popatrz – i bierze tym razem kartkê papieru, powtarza czynno¶æ: kilka programów, twarze, pourywane informacje, tajemne wzory, poprzestawiane s³owa, bez skre¶leñ rozpisuje w równaniu tworz±cym logiczny ci±g liczb. – Wysz³o, ¿e k³amie, widzisz? Cholerny oszust. Wiedzia³am.
- Nie, przykro mi, nic nie widzê – oprócz rozczarowania w jej oczach. – A radio? Co z radiem? - pytam.
- Wszystko uk³ada siê w ca³o¶æ, nawet s³owa banalnych piosenek. Gdybym wcze¶niej zna³a formu³ê mog³abym unikn±æ wielu rozczarowañ. To banalne równanie, trzeba tylko nauczyæ siê s³uchaæ, wy³apywaæ w³a¶ciwe s³owa z sieci pe³nych szlamu! – krzyczy podniecona, a papier prawie spala siê pod naciskiem pióra. Góra kartek piêtrzy siê coraz wy¿ej, a ona, niestrudzona liczy. - Prawda! – krzyczy co jaki¶ czas – K³amie! – I tak przy ka¿dej wiadomo¶ci.
- A ci, co k³ami± s± jak psy, i jest ich coraz wiêcej, chc± zagry¼æ tych co mówi± prawdê. Kiedy¶ nie by³o ich tak wielu – i biegnie do pokoju kuzynów, przynosi ksi±¿ki z historii. Za ni± wyskakuj± ch³opaki. Uk³ute haczykiem ryby z przepe³nionego jeziora. Patrz± na mnie uwa¿nie, sprawdzaj± czy siê nie zarazi³am.
- Zobacz – mówi kartkuj±c grube ksi±¿ki – mo¿na tu wszystko znale¼æ. Liczby daj± odpowied¼. Kiedy¶ najwiêcej by³o Prawdy. Ten, który K³ama³ gin±³ prêdko od miecza, zagubionej strza³y, wypalano mu oczy, ³amano ko¶ci. Nie widzisz? Tu wszystko jest, czarno na bia³ym – brudnym od atramentu placem wskazuje kolejne s³owa. - Im wiêcej K³amstwa tym bli¿ej Koñca. KOÑCA. Jednego, wielkiego i ostatecznego. I temu s³u¿± równania. A znaj±c s³owa klucze i proporcjonalne do nich liczby mo¿esz wy³uskaæ z nich Prawdê, odwróciæ bieg KOÑCA. Ci, co k³ami± rozmna¿aj± siê szybciej, dlatego zachwiana jest równowaga, dlatego ci±gle wokó³ wyj± wilki, dlatego s³ychaæ ponadludzki lament, zgrzyt istnienia. Ci, z ust których pada, ³ataj± nim dziury w chodnikach, cementuj± drogi, buduj± mosty przenosz±ce tre¶ci, wrzucaj± na barki p³yn±ce do morza, mieszaj± z piachem, szukaj± dla nich mocnej zaprawy, zimnej i twardej podstawy istnienia.
- A teraz to, co najtrudniejsze – mówi ¶ciskaj±c moj± twarz w d³oniach. – Zamieniæ s³owa w formu³ê, znale¼æ w³a¶ciwe równanie, podstawiæ litery, przestawiæ szyk zdania, wynik jest jednoznaczny i ostateczny.
To dziwne, my¶lê, tyle s³ów zatrzepota³o w jej g³owie, a ¿adne nie wyjdzie poza ten pokój, ¿adne nie stanie siê drogowskazem, przepadn± w opas³ych czelu¶ciach mojej pamiêci.
- Czy kto¶ ciê ostatnio rzuci³? – Pytam zadziornie, by roz³adowaæ napiêcie szczelnie wype³niaj±ce przestrzeñ .
- Nie. Zabawne, ka¿dego z moich by³ych podstawi³am do tego równania i wysz³o K³amstwo. Nawet nauczycieli do niego wrzuci³am i wiesz co, tylko matematyk da³ wynik: Prawda. Reszta to szmaty. Mog³am sobie spokojnie darowaæ szko³ê.Gdybym wiedzia³a to wcze¶niej da³abym radê ochroniæ siê przed nimi. A teraz muszê sprawdziæ ka¿d± decyzjê podjêt± przeze mnie od kiedy pamiêtam, potem - ca³± resztê. Równañ bêdzie miliony. Dlatego tu przyjecha³am, do ciotki, gdzie bêdê mieæ wzglêdny spokój. Potem muszê zadzwoniæ do prasy, Radia, TV, powiedzieæ im kto k³amie, kogo maj± usun±æ. Muszê, inaczej nadejdzie Koniec.
Wstajê, dreptam zniecierpliwiona po pokoju. Patrzê, jak zmêczona moim nierozumieniem, powoli ju¿ cedzi ka¿de s³owo, pie¶ci je i miêdli w ustach jak landrynkê. Muska czubkiem jêzyka jak najdrobniejsze ziarnka cukru, a¿ roztopione znikaj± by rozrosn±æ siê w krwiobiegu tworz±c kolejn± tre¶æ.
- Te, które od pierwszego li¼niêcia s± gorzkie, nale¿y od razu wypluæ jak truj±cego grzyba, podrzeæ na kawa³ki, ¿eby nie mia³y szansy wróciæ – t³umaczy uparcie. I wiem, ¿e mówi najszczersz± prawdê, byæ mo¿e powinni siê jej baæ. Wiem te¿, ¿e ich nie przekonam, ¿e nie ub³agalnie nadejdzie KONIEC.
Próbujê jeszcze zrozumieæ system przez jego obalenie, ale moje wywody, md³e argumenty trafiaj± w pustkê, ¶miesznie roztrzaskuj±c siê o wyblak³e ¶ciany. Mija dwudziesta godzina, a ja nie jestem w stanie znale¼æ ¿adnej luki, ¿adnego drobnego nawet odstêpstwa od regu³y, cienkiego wyj±tku. S³owa tworz± w niej sieci, nadziemne i podziemne, a te tworz± warstwy, które nas³uchuj± siê wzajemnie, odbijaj± od swych membran i zwielokrotniaj± znaczenie. Opadam z si³.
Zadaj mi jakie¶ pytanie - czytam w jej wyblak³ych od braku snu oczach - popro¶ mnie o co¶ -wo³a ca³e jej cia³o - nie wahaj siê, nie zatrzymuj. -A ja czuje siê marna, nijaka, w³a¶ciwie nie wiem po co mnie tu wezwa³a, mnie która rozumie tylko tyle, co inni.
- Spokojnie – mówiê i próbujê podej¶æ j± inaczej, dotykam jej twarzy. Jest sucha i twarda, ponaci±gana do granic mo¿liwo¶ci, napiêta od ci±g³ego niepokoju i ciemna jak chmura gradowa. – Nie mo¿esz im tego mówiæ – rozcieram kciukiem ¶linê na wyschniêtych ustach, poprawiam jej w³osy – Zamkn± ciê, ubezw³asnowolni±, od³±cz± od biegu wydarzeñ, utopi± w codziennych troskach, w powtarzalno¶ci wschodów i zachodów, w paradzie tych samych twarzy, w strzykawkach z codziennie wiêksz± ilo¶ci± – próbujê ni± wstrz±sn±æ, wystraszyæ by nie uleg³a z³udzeniu w³asnej mocy, choæ wiem, ¿e ju¿ j± straci³am, ¿e mnie nie pos³ucha, ¿e jest ju¿ po tamtej stronie i ju¿ nie potrafi z powrotem nie s³yszeæ, nie widzieæ, nie szukaæ.
Przygarniam jej cia³o, ca³ujê zmêczone czo³o. Wychodzê. S³oñce bezczelnie zagarnia mi twarz, potem ramiona i ca³± resztê. Nie zauwa¿am ¿adnej zmiany. Po¶piech dnia codziennego, jak zawsze, ma zapach kurzu i spalin. Auta uparcie zatrzymuj± siê na czerwonym, strudzeni piesi pêdz± na zielonym. Podmuch wiatru rozbiera drzewa okryte ko³dr± po¿ó³k³ych li¶ci.
Po b³êkitnym niebie ledwo widoczny sunie powoli czerwony balonik, którego sznurek niechc±cy wysun±³ siê z czyich¶ niezgrabnych r±czek, tr±cych teraz oczy zalane ³zami pierwszej rozpaczy. Wszystko jest takie samo i wszystko jest inne. Dopiero teraz czujê jak bardzo jestem zmêczona, a ka¿dy krok oddala mnie od niej.
Udaje mi siê doj¶æ do przystanku tramwajowego, siadam na ³awce, lecz kiedy podje¿d¿a mój numer nie jestem w stanie siê ruszyæ. Kolejne minuty rozci±gaj± siê obok, przystanek powoli opustoszeje, ci, co wysiedli poszli ju¿ sobie, nowi kiedy¶ nadejd±. Rozk³adam wiêc cia³o na ³awce, zamykam oczy, spocon± d³oni± pieszczê przestrzeñ kieszeni, tam gdzie schowa³a mi drobny ¶wistek papieru.
- S³ucham – mówiê, lecz druga strona milczy uparcie. – S³ucham – powtarzam bezmy¶lnie. Rozcieram d³oni± kurz na czarnym ekranie aparatu.
- To ja. Przyjed¼ – mówi – bo rozerw± mnie swym milczeniem na strzêpy. Przyjed¼ do mnie na chwilê. – Odk³adam s³uchawkê, podchodzê do okna, otwieram je i wdycham ch³odny zapach poranka.
Mg³a wdziera siê w±skim korytarzem my¶li, tka mi jej prawie zatarty ju¿ dzisiaj obraz. Mieszka³a tu, blisko. Przez grube szk³a w okularach i krótkie spódniczki ods³aniaj±ce ¶miesznie krzywe nogi skupia³a na sobie wzrok mijaj±cych j± istot. Mê¿czy¼ni, wyprowadzani z dum± na spacer, niczym pokraczne istoty, wymagaj±ce opieki pisklêta, które za szybko wypad³y z gniazda, stawali siê przy niej silni jak ramy z gipsu, jak przês³a mostu nios±ce na betonowych taflach szerokie ulice ich pokrêconych losów. Niczym znachorka leczy³a rany krwawi±ce wiecznym pragnieniem mi³o¶ci, liza³a blizny, karmi³a. A z j±dra ziemi, nieustannie, nawo³ywa³ j± g³os nakazuj±cy brniêcie w coraz to innym kierunku.
Niestrudzenie przeciera³a kawa³kiem szmatki szk³a, pozwalaj±ce jej - prawie ¶lepej, swobodnie dostrzegaæ to, o czym inni woleli zapomnieæ. Zawala³a sesje oddaj±c w ostatniej chwili potrzebuj±cym swoje notatki, spó¼nia³a siê na poci±g, by kto¶ móg³ na niego zd±¿yæ, ³ata³a rozdarte rany zagubionej ¶wiadomo¶ci naiwnie wierz±c, ¿e ¶wiat jest cudowny, ¿e sklejaj±c go ka¿dego dnia z mozo³em i po kawa³ku, uda siê stworzyæ szczelnie zamkniêt± przestrzeñ w kolorach têczy, woln± od zmartwieñ i niepokoi.
Nie wiem jak to siê sta³o. Nikt nie powiedzia³ mi g³o¶no. Po prostu pewnego mro¼nego ranka, jaka¶ czê¶æ niej stwierdzi³a, ¿e starczy, ¿e d³u¿ej nie zniesie wspó³czucia i w±sk± szpark± wla³a siê w±t³a jeszcze i niedojrza³a my¶l, przykra i rozwalaj±ca g³owê niczym grube korzenie, ¿e ¶wiat jest przegni³y i poro¶niêty mchem smutku. I zaraz potem by³o ju¿ za pó¼no. Powsta³a luka, przeci±g, który przepêdzi³ ³agodnie snuj±ce siê my¶li i powsta³ ferment, co¶ siê popsu³o, uchem wypad³a ma³a ¶rubka, oko zatrzepota³o powiekami i niczym ciê¿ka fala spad³o na ni± ol¶nienie. Jak odwrócona z lewej na praw± rêkawiczka, wszystko, co powsta³o z chaosu zaczê³o do siebie pasowaæ. U³amki sekund u³o¿y³y kalejdoskop najdrobniejszych wydarzeñ. Lustro pêk³o na dwie strony i nie mo¿na go by³o ju¿ skleiæ bez pozostawienia ¶ladu.
Teraz spokojnie pakujê torebkê, zamykam drzwi, idê na tramwaj. Siadam, gdy tylko zwalnia siê miejsce, wyci±gam z kieszeni ksi±¿kê, lecz zdania mi uciekaj±, ich sens rozmywa siê, wiêc chowam j± zaraz z powrotem i têpo gapiê siê w okno. Z letargu wyrywa mnie dwóch z plakietkami, na których kto¶ wypisa³ ¶mieszne nazwiska.
– Bilecik paniusia ma? –Pyta jeden, a ja my¶lê, ¿e to zupe³nie nie w porê, ¿e trac± mój czas kiwaj±c siê na lekko ugiêtych nogach.
– Mam – odpowiadam i patrzê na nich znudzona. Ich twarze s± takie same, p³askie, zaciête; bezmy¶lnie powtarzaj± wyuczone s³owa. Spokojnie wyci±gam bilet i ju¿, ju¿ chcê im daæ, ale moja d³oñ zdradza mnie i w ostatniej chwili wk³adam go sobie do ust, nas±czam ¶lin±, zaciskam zêbami. Jêzykiem toczê kulkê, chwytam d³oñ tego, co stoi bli¿ej i k³adê na niej to, co zosta³o z g³adkiego wcze¶niej kawa³ka papieru.
– Proszê – mówiê, gdy z obrzydzeniem cofa d³oñ. Wypluta kulka toczy siê do otwartych w³a¶nie drzwi, wypada wprost pod buty t³umu, ginie gdzie¶ na chodniku. Dostajê mandat, lecz mogê jechaæ dalej. Pukaj± siê w g³owy, odchodz±.
Po chwili targana nadludzk± ciekawo¶ci± i podniecona, jadê ju¿ do niej zdezelowan±, obdart± z farby wind±, która skrzypi zatrzymuj±c siê na kolejnych piêtrach.
Drzwi otwiera jej ciotka, która wpierw u¶miechniêtymi, a po chwili przera¿onymi oczami daje znak bym wesz³a, kiwaj±c g³ow± na moje „Dzieñ Dobry”. Zgarbiona i przyt³oczona ciê¿arem ostatnich wydarzeñ, chc±c jak najszybciej doprowadziæ mnie do niej, odwraca siê i pow³ócz±c nogami prowadzi na inny poziom, by jak najszybciej pozbyæ siê tego, co uwiera. Boi siê, my¶lê, boi, ¿e zburzy ich spokój zamkniêty w miodowej meblo¶ciance i piêtnastoletnim telewizorze Sony. Tego, co powiedz± s±siedzi ni¿ej i wy¿ej, po prawej i po lewej, nie mówi±c ju¿ o ksiêdzu, który przyjdzie po kolêdzie. Z przedpokoju dochodzi mnie zapach grozy, która szczelnie wypcha³a przestrzeñ kordonem lêków.
W domu panuje ha³as, wszystkie odbiorniki przekrzykuj± siê wzajemnie, gadaj±ce radio i wypluwaj±cy tre¶ci telewizor, nie pozwalaj± zapomnieæ gdzie jestem i po co przybywam. Ba³agan rozpanoszy³ siê tu z tendencj± do rozrastania, jakby kto¶ przerwa³ kolacjê w pó³ zdania, wiêc trwa bez koñca czekaj±c na zakoñczenie. Lecz ono nie zamierza prêdko nadej¶æ.
Stojê chwilê pod uchylonymi drzwiami, przez w±sk± szparê patrzê jak siedzi na dywanie utkanym z miliona kartek i ¶wistków.
- Cze¶æ kochana – pewnie rzuca w stronê szpary – czeka³am na ciebie - po czym krzyczy do ciotki – Niech ciocia zrobi jak±¶ herbatê i nie trzyma siê tak za g³owê! Nic mi nie jest!
Stoj±ca obok mnie ciotka, prêdko odejmuje rêce od g³owy i patrzy na mnie szukaj±c wsparcia, lecz ura¿ona ciê¿kim do zniesienia milczeniem szura po zdartej pod³odze do kuchni.
Wchodzê do ¶rodka. Wtedy rzuca mi siê na szyjê i ¶ciska rado¶nie.
- Oni tu wszyscy siê mnie boj± – stwierdza nie bez dumy i zaraz dodaje – przebiorê siê i mo¿emy i¶æ.
Siedzi w pi¿amie, tej samej, któr± w³o¿y³a k³ad±c siê spaæ 5 dni temu, lecz sen, niewierny kochanek opu¶ci³ j± w³a¶nie na zawsze. Wyznaczyli dy¿ury, dopasowali grafiki prac, poprzestawiali noc z dniem, by nigdy nie by³a sama, nie ¿eby siê bali o ni±, ile raczej o to, co mo¿e zrobiæ.
-Trzeba jej pilnowaæ dzieñ i noc, choæ te tryby straci³y dla niej znaczenie. Ona przesta³a siê mêczyæ, czym jeszcze bardziej mêczy nas – zagaja wychodz±cy z pokoju syn ciotki.
- Dok±d mamy i¶æ? Przecie¿ w³a¶nie do ciebie przysz³am – szeptam, bo czujê siê jako¶ dziwacznie.- Tak d³ugo Ciê nie widzia³am, kochana.
Delikatny niczym szum skrzyde³ motyla d¼wiêk zatrzyma³ siê ko³o jej ucha. Praw± rêk± niezdarnie próbowa³a go chwyciæ? Nie wiem, mo¿e odgoniæ. Nie wiem te¿, czy jej siê uda³o. A potem siê zaczyna. Jak gdyby nigdy nic, i ¿aden szmer, ¿adne przywrócenie do rzeczywisto¶ci nie by³o warte ju¿ nigdy wiêcej jej uwagi, prócz tego nag³ego machniêcia rêk±. Na przekór marnemu, nic nieznacz±cemu, chwilowemu istnieniu.
- Jak to, dok±d? Na imprezê, ju¿ siê nasiedzia³am u cioci. Ciociu – sylabizuje w stronê drzwi – Gdzie s± moje ubrania? Ciocia przestanie siê wyg³upiaæ i mi je odda. Idziemy na miasto!
- Poczekaj – mówiê – wypijmy herbatê.
Idziemy do kuchni, siadam na krze¶le, ogl±dam swoje paznokcie zastanawiaj±c siê, czy mogê je tu, w domu jej ciotki, swobodnie obgryzaæ. Spogl±dam na jej drobne d³onie. Przy jej do¶æ pe³nych kszta³tach, du¿ych piersiach, szerokich biodrach wygl±daj± jak ma³e korzonki, które nie zd±¿y³y dorosn±æ i stercz± jak krótkie kikuty, wyciête z papieru palce. Skórki oczywi¶cie rzetelnie ob¿arte.
Dochodz±ce zewsz±d d¼wiêki odbijaj± siê od rur kaloryfera i wpadaj± mi do ucha niczym mia¿d¿±cy spokój wodospad. Zdaje mi siê, ¿e mi siê przygl±da przez swoje grube szk³a, tych samych, co kiedy¶, dzi¶ niemodnych ju¿ okularów. Zdaje mi siê, bo to ja przygl±dam siê jej, doszukuj±c siê ¶ladów, gestów, szelestów i zgrzytów ma³ych trybików. Nie widzê nic, lub mo¿e nie potrafiê dostrzec jej ciemnych zakamarków, drobnych pêkniêæ, które przecie¿ musi w sobie nosiæ.
Jej piersi niespokojnie faluj± pod rozci±gniêt± pi¿am±, kiedy macha rêkami. – Stanik te¿ mi ciotka odda – dodaje ironicznie, bo zauwa¿y³a mój wzrok. Wiêc teraz bêdziemy siê badaæ, dotykaæ swoich my¶li, szukaj±c jakiego¶ ³±cznika, tajnej ¶cie¿ki zrozumienia, w koñcu po to mnie tu wezwa³a.
- Przepuszczam przez siebie informacje, filtrujê je. Sczytuj±c te, które minê³y, uk³adam siatkê nowych zdarzeñ. Przebiorê siê i mo¿emy i¶æ – mówi przekrzywiaj±c g³owê, jak s³uchaj±cy pana pies.
Nie zna³am jej takiej wcze¶niej. Nie, nie s±dzê te¿, wbrew opinii innych, którzy ju¿ j± widzieli, ¿e to wszechogarniaj±ce rozche³stanie w ubraniu, rozdygotanie cia³a, brak makija¿u, rozbiegany wzrok i rozczochrane w³osy s± objawem. Ka¿dy z nas bowiem bywa roz³o¿ony na czê¶ci i wiele razy zdarza³o mi obudziæ nie w jednym kawa³ku. Moja rêka szukaj±ca po omacku reszty cia³a, odarta ze snu g³owa. Wiele godzin, czasem dni, potrzeba nieraz ¿eby na powrót siê posk³adaæ, podokrêcaæ i nasmarowaæ, by da³o radê przez nastêpne 10 tysiêcy godzin brn±æ bez utraty si³, w tym samym, co wszyscy kierunku.
W³a¶ciwie nie muszê nic mówiæ, zreszt± sk±d wiedzieæ, jakie pytanie powinnam zadaæ. Ona wy³uszcza mi wszystko dok³adnie. Nawet gdybym chcia³a, nie jestem w stanie jej przerwaæ. Chyba, ¿e wstanê i gwa³townie przetnê d³oni± powietrze, wtedy na chwilê mechanizm siê zatrzymuje , jej twarz prê¿y siê i napina, zanim kto¶ z powrotem naci¶nie w³±cznik. Tylko, kto to jest ten Kto¶.
- Kiedy¶ by³a tylko Prawda i wszyscy siê z ni± zgadzali, nie popadli w z³o¶æ, nie czuli strachu. Lecz nagle, z niewiadomych przyczyn, kto¶ ¼le rozpisa³ równanie i powsta³ z³y wynik a wraz z nim pierwsze K³amstwo, które stanê³o w szeregu z Prawd±. Kto¶, komu znudzi³a siê Prawda otworzy³ drzwi do chaosu i jednym s³owem zamieni³ twarde ska³y w rozpadaj±ce siê grudki ziemi, w ciep³e powietrze tchn±³ wieczny mróz, my¶l±ce i wolne dot±d zwierzêta, zamieni³ w s³u¿alcze i têpe istoty, a to, czego dot±d starcza³o - w ci±g³y g³ód i niedostatek. Odwróci³ bieg wydarzeñ, tchn±³ ¿ycie w ¶mieræ, która zapanowa³a nad ¶wiatem, zachwia³ równowagê i nim ktokolwiek siê zorientowa³ nic nie da³o siê ju¿ zrobiæ. Lecz nikt go nie zauwa¿y³, nikt nie czuwa³, dotychczas nie by³o takiej potrzeby. A K³amstwo podstawiane w równaniach namna¿a³o siê szybko i coraz wiêcej go by³o po¶ród wydarzeñ. I przez to wszystkie wojny, rzezie i holokausty. To proste – mówi, kiedy herbata powoli stygnie – nagle wszystko sta³o siê logiczne. Wszystko zmierza ku jednemu porz±dkowi, nic ju¿ nie bêdzie siê chwia³o, pouk³adane puzzle ludzko¶ci. Ja je u³o¿ê. Ty je u³o¿ysz. Znam wzór.
Mówi ju¿ teraz bez przerwy. Otwiera usta a s³owa wypadaj± z nich na wdechu i na wydechu, bez przecinka, pocz±tku zdania i kropki, bez sk³adu i ³adu przelatuj± jak wypuszczone na wolno¶æ ptaki, ich skrzyd³a uderzaj± mnie w twarz. Mog³abym j± chwyciæ za gard³o, potrz±sn±æ, ale nie chcê zrobiæ jej krzywdy. Te s³owa to jej broñ, my¶lê, bez nich nie bêdzie nic warta, zwiêdnie a potem zapadnie siê w sobie, wyro¶nie na niej mech, po którym przejdzie g±sienica, skóra zamieni siê w drzazgi. Zostanie grudka ziemi. Nic wiêcej.
Nagle wstaje, otrzepuje siê nerwowo jak gdyby oblaz³y j± niewidzialne owady, bierze mnie za rêkê i prowadzi do pokoju, pokazuje migaj±cy telewizor.
– Siadaj – mówi i pcha mnie w stronê pod³ogi. – Nape³nij siê s³owami, zabawa dopiero siê zaczyna.
Migaj± mi twarze polityków, spikerów, aktorów i wszystkie zlewaj± siê w jeden obraz. A ona, jak makler, obstawia na gie³dzie wydarzeñ, podbija cenê s³ów, obni¿a warto¶æ zdañ, dodaje i zabiera. Nie jestem w stanie us³yszeæ jednego pe³nego zdania, bo w jego trakcie zmienia kana³. 27 kana³ów! Wlepia swe oczy w mówi±ce usta, czyta informacje p³yn±ce strumieniem na dole ekranu, uchem wy³apuje, co mówi± w radio, biegnie do komputera i tworzy dla mnie ba¶ñ.
- Widzisz – mówi, – je¶li podzielisz s³owa przez ludzi, usuniesz usta, z których padaj±, wyci±gniesz wektor z programu, w którym wystêpuj± i skorelujesz to z radiem uzyskasz odpowied¼. Bêdziesz wiedzia³a, kto mówi Prawdê, kto K³amie, bo liczby nigdy nie k³ami±. - I zaraz przelicza dla mnie na próbê. Wyci±ga ze zdania 2 s³owa, sprawdza nr programu, powtarza to na kilku kolejnych twarzach, biegnie do radia i szybko wraca, ¿eby mi powiedzieæ: PRAWDA.
- Wysz³o, ¿e Prawda, rozumiesz?
- Nie – kiwam g³ow±.
- Popatrz – i bierze tym razem kartkê papieru, powtarza czynno¶æ: kilka programów, twarze, pourywane informacje, tajemne wzory, poprzestawiane s³owa, bez skre¶leñ rozpisuje w równaniu tworz±cym logiczny ci±g liczb. – Wysz³o, ¿e k³amie, widzisz? Cholerny oszust. Wiedzia³am.
- Nie, przykro mi, nic nie widzê – oprócz rozczarowania w jej oczach. – A radio? Co z radiem? - pytam.
- Wszystko uk³ada siê w ca³o¶æ, nawet s³owa banalnych piosenek. Gdybym wcze¶niej zna³a formu³ê mog³abym unikn±æ wielu rozczarowañ. To banalne równanie, trzeba tylko nauczyæ siê s³uchaæ, wy³apywaæ w³a¶ciwe s³owa z sieci pe³nych szlamu! – krzyczy podniecona, a papier prawie spala siê pod naciskiem pióra. Góra kartek piêtrzy siê coraz wy¿ej, a ona, niestrudzona liczy. - Prawda! – krzyczy co jaki¶ czas – K³amie! – I tak przy ka¿dej wiadomo¶ci.
- A ci, co k³ami± s± jak psy, i jest ich coraz wiêcej, chc± zagry¼æ tych co mówi± prawdê. Kiedy¶ nie by³o ich tak wielu – i biegnie do pokoju kuzynów, przynosi ksi±¿ki z historii. Za ni± wyskakuj± ch³opaki. Uk³ute haczykiem ryby z przepe³nionego jeziora. Patrz± na mnie uwa¿nie, sprawdzaj± czy siê nie zarazi³am.
- Zobacz – mówi kartkuj±c grube ksi±¿ki – mo¿na tu wszystko znale¼æ. Liczby daj± odpowied¼. Kiedy¶ najwiêcej by³o Prawdy. Ten, który K³ama³ gin±³ prêdko od miecza, zagubionej strza³y, wypalano mu oczy, ³amano ko¶ci. Nie widzisz? Tu wszystko jest, czarno na bia³ym – brudnym od atramentu placem wskazuje kolejne s³owa. - Im wiêcej K³amstwa tym bli¿ej Koñca. KOÑCA. Jednego, wielkiego i ostatecznego. I temu s³u¿± równania. A znaj±c s³owa klucze i proporcjonalne do nich liczby mo¿esz wy³uskaæ z nich Prawdê, odwróciæ bieg KOÑCA. Ci, co k³ami± rozmna¿aj± siê szybciej, dlatego zachwiana jest równowaga, dlatego ci±gle wokó³ wyj± wilki, dlatego s³ychaæ ponadludzki lament, zgrzyt istnienia. Ci, z ust których pada, ³ataj± nim dziury w chodnikach, cementuj± drogi, buduj± mosty przenosz±ce tre¶ci, wrzucaj± na barki p³yn±ce do morza, mieszaj± z piachem, szukaj± dla nich mocnej zaprawy, zimnej i twardej podstawy istnienia.
- A teraz to, co najtrudniejsze – mówi ¶ciskaj±c moj± twarz w d³oniach. – Zamieniæ s³owa w formu³ê, znale¼æ w³a¶ciwe równanie, podstawiæ litery, przestawiæ szyk zdania, wynik jest jednoznaczny i ostateczny.
To dziwne, my¶lê, tyle s³ów zatrzepota³o w jej g³owie, a ¿adne nie wyjdzie poza ten pokój, ¿adne nie stanie siê drogowskazem, przepadn± w opas³ych czelu¶ciach mojej pamiêci.
- Czy kto¶ ciê ostatnio rzuci³? – Pytam zadziornie, by roz³adowaæ napiêcie szczelnie wype³niaj±ce przestrzeñ .
- Nie. Zabawne, ka¿dego z moich by³ych podstawi³am do tego równania i wysz³o K³amstwo. Nawet nauczycieli do niego wrzuci³am i wiesz co, tylko matematyk da³ wynik: Prawda. Reszta to szmaty. Mog³am sobie spokojnie darowaæ szko³ê.Gdybym wiedzia³a to wcze¶niej da³abym radê ochroniæ siê przed nimi. A teraz muszê sprawdziæ ka¿d± decyzjê podjêt± przeze mnie od kiedy pamiêtam, potem - ca³± resztê. Równañ bêdzie miliony. Dlatego tu przyjecha³am, do ciotki, gdzie bêdê mieæ wzglêdny spokój. Potem muszê zadzwoniæ do prasy, Radia, TV, powiedzieæ im kto k³amie, kogo maj± usun±æ. Muszê, inaczej nadejdzie Koniec.
Wstajê, dreptam zniecierpliwiona po pokoju. Patrzê, jak zmêczona moim nierozumieniem, powoli ju¿ cedzi ka¿de s³owo, pie¶ci je i miêdli w ustach jak landrynkê. Muska czubkiem jêzyka jak najdrobniejsze ziarnka cukru, a¿ roztopione znikaj± by rozrosn±æ siê w krwiobiegu tworz±c kolejn± tre¶æ.
- Te, które od pierwszego li¼niêcia s± gorzkie, nale¿y od razu wypluæ jak truj±cego grzyba, podrzeæ na kawa³ki, ¿eby nie mia³y szansy wróciæ – t³umaczy uparcie. I wiem, ¿e mówi najszczersz± prawdê, byæ mo¿e powinni siê jej baæ. Wiem te¿, ¿e ich nie przekonam, ¿e nie ub³agalnie nadejdzie KONIEC.
Próbujê jeszcze zrozumieæ system przez jego obalenie, ale moje wywody, md³e argumenty trafiaj± w pustkê, ¶miesznie roztrzaskuj±c siê o wyblak³e ¶ciany. Mija dwudziesta godzina, a ja nie jestem w stanie znale¼æ ¿adnej luki, ¿adnego drobnego nawet odstêpstwa od regu³y, cienkiego wyj±tku. S³owa tworz± w niej sieci, nadziemne i podziemne, a te tworz± warstwy, które nas³uchuj± siê wzajemnie, odbijaj± od swych membran i zwielokrotniaj± znaczenie. Opadam z si³.
Zadaj mi jakie¶ pytanie - czytam w jej wyblak³ych od braku snu oczach - popro¶ mnie o co¶ -wo³a ca³e jej cia³o - nie wahaj siê, nie zatrzymuj. -A ja czuje siê marna, nijaka, w³a¶ciwie nie wiem po co mnie tu wezwa³a, mnie która rozumie tylko tyle, co inni.
- Spokojnie – mówiê i próbujê podej¶æ j± inaczej, dotykam jej twarzy. Jest sucha i twarda, ponaci±gana do granic mo¿liwo¶ci, napiêta od ci±g³ego niepokoju i ciemna jak chmura gradowa. – Nie mo¿esz im tego mówiæ – rozcieram kciukiem ¶linê na wyschniêtych ustach, poprawiam jej w³osy – Zamkn± ciê, ubezw³asnowolni±, od³±cz± od biegu wydarzeñ, utopi± w codziennych troskach, w powtarzalno¶ci wschodów i zachodów, w paradzie tych samych twarzy, w strzykawkach z codziennie wiêksz± ilo¶ci± – próbujê ni± wstrz±sn±æ, wystraszyæ by nie uleg³a z³udzeniu w³asnej mocy, choæ wiem, ¿e ju¿ j± straci³am, ¿e mnie nie pos³ucha, ¿e jest ju¿ po tamtej stronie i ju¿ nie potrafi z powrotem nie s³yszeæ, nie widzieæ, nie szukaæ.
Przygarniam jej cia³o, ca³ujê zmêczone czo³o. Wychodzê. S³oñce bezczelnie zagarnia mi twarz, potem ramiona i ca³± resztê. Nie zauwa¿am ¿adnej zmiany. Po¶piech dnia codziennego, jak zawsze, ma zapach kurzu i spalin. Auta uparcie zatrzymuj± siê na czerwonym, strudzeni piesi pêdz± na zielonym. Podmuch wiatru rozbiera drzewa okryte ko³dr± po¿ó³k³ych li¶ci.
Po b³êkitnym niebie ledwo widoczny sunie powoli czerwony balonik, którego sznurek niechc±cy wysun±³ siê z czyich¶ niezgrabnych r±czek, tr±cych teraz oczy zalane ³zami pierwszej rozpaczy. Wszystko jest takie samo i wszystko jest inne. Dopiero teraz czujê jak bardzo jestem zmêczona, a ka¿dy krok oddala mnie od niej.
Udaje mi siê doj¶æ do przystanku tramwajowego, siadam na ³awce, lecz kiedy podje¿d¿a mój numer nie jestem w stanie siê ruszyæ. Kolejne minuty rozci±gaj± siê obok, przystanek powoli opustoszeje, ci, co wysiedli poszli ju¿ sobie, nowi kiedy¶ nadejd±. Rozk³adam wiêc cia³o na ³awce, zamykam oczy, spocon± d³oni± pieszczê przestrzeñ kieszeni, tam gdzie schowa³a mi drobny ¶wistek papieru.
źródło:
http://www.portalliteracki.pl
Aktualna ocena::
3
Wyślij odnośnik znajomym::
Tags:
¿eby />- S³ucham – – S³ucham – Rozcieram
/>- To Przyjed¼ – – bo Przyjed¼ – Odk³adam
/>
/>Mg³a Mieszka³a Przez ¶miesznie Mê¿czy¼ni, Niczym
/>
/>Niestrudzenie ¶lepej, Zawala³a ³ata³a ¶wiadomo¶ci ¿e ¶wiat ¿e
/>
/>Nie Nikt ¿e ¿e ¿e ¶wiat Powsta³a ³agodnie ¶rubka, Jak U³amki Lustro ¶ladu.
/>
/>
/>Teraz Siadam, ¶mieszne
/>– Bilecik –Pyta ¿e ¿e
/>– Mam – Ich Spokojnie ¶lin±, Jêzykiem
/>– Proszê – Wypluta Dostajê Pukaj±
/>
/>
/>Po
/>Drzwi „Dzieñ Dobry”. Zgarbiona Boi ¿e Sony. Tego,
/>
/>W Ba³agan Lecz
/>
/>Stojê ¶wistków.
/>- Cze¶æ – – czeka³am – Niech Nic
/>Stoj±ca />
/>Wchodzê ¶rodka. Wtedy ¶ciska
/>- Oni – – przebiorê
/>
/>Siedzi Wyznaczyli ¿eby
/>-Trzeba Ona –
/>
/>- Dok±d Przecie¿ – Tak Ciê />Delikatny Praw± Nie Nie Jak ¿aden ¿adne
/>
/>- Jak Ciociu – – Gdzie Ciocia Idziemy />- Poczekaj – – wypijmy />
/>Idziemy Spogl±dam Przy Skórki
/>
/>Dochodz±ce Zdaje ¿e Zdaje ¶ladów, Nie
/>
/>Jej – Stanik – Wiêc ³±cznika, ¶cie¿ki
/>
/>- Przepuszczam Sczytuj±c Przebiorê –
/>
/>Nie Nie, ¿e Ka¿dy Moja Wiele ¿eby />
/>W³a¶ciwie Ona Nawet Chyba, ¿e Tylko, Kto¶.
/>
/>- Kiedy¶ Prawda Lecz ¼le K³amstwo, Prawd±. Kto¶, Prawda Odwróci³ ¿ycie ¶mieræ, ¶wiatem, Lecz K³amstwo – – nagle Wszystko Znam />
/>Mówi Otwiera ³adu Mog³abym Zostanie Nic
/>
/>Nagle
/>– Siadaj – – Nape³nij />Migaj± Nie Wlepia
/>
/>- Widzisz – – je¶li Bêdziesz Prawdê, K³amie, - Wyci±ga ¿eby PRAWDA.
/>- Wysz³o, ¿e Prawda, />- Nie – />- Popatrz – – Wysz³o, ¿e Cholerny Wiedzia³am.
/>- Nie, – – A - />- Wszystko Gdybym – Góra - Prawda! – – K³amie! – />
/>- A Kiedy¶ – Uk³ute Patrz±
/>
/>- Zobacz – – mo¿na Liczby Kiedy¶ Prawdy. Ten, K³ama³ ³amano Nie – Im K³amstwa Koñca. KOÑCA. Jednego, Prawdê, KOÑCA. Ci, Ci, ³ataj± />
/>- A – ¶ciskaj±c – Zamieniæ />To ¿adne ¿adne />
/>- Czy – Pytam .
/>- Nie. Zabawne, K³amstwo. Nawet Prawda. Reszta Mog³am Równañ Dlatego Potem Radia, TV, Muszê, Koniec.
/>
/>Wstajê, Patrzê, Muska
/>
/>- Te, ¿eby – ¿e Wiem ¿e ¿e KONIEC.
/>
/>Próbujê ¶miesznie ¶ciany. Mija ¿adnej ¿adnego S³owa Opadam
/>
/>Zadaj popro¶ -wo³a nie -A
/>
/>- Spokojnie – Jest – Nie – ¶linê – Zamkn± – ¿e ¿e ¿e />
/>Przygarniam Wychodzê. S³oñce Nie ¿adnej Po¶piech Auta Podmuch
/>
/>Po ³zami Wszystko Dopiero />
/>Udaje ³awce, Kolejne Rozk³adam ³awce, ¶wistek />
/>
/>
/>
/>
/>
/>- To Przyjed¼ – – bo Przyjed¼ – Odk³adam
/>
/>Mg³a Mieszka³a Przez ¶miesznie Mê¿czy¼ni, Niczym
/>
/>Niestrudzenie ¶lepej, Zawala³a ³ata³a ¶wiadomo¶ci ¿e ¶wiat ¿e
/>
/>Nie Nikt ¿e ¿e ¿e ¶wiat Powsta³a ³agodnie ¶rubka, Jak U³amki Lustro ¶ladu.
/>
/>
/>Teraz Siadam, ¶mieszne
/>– Bilecik –Pyta ¿e ¿e
/>– Mam – Ich Spokojnie ¶lin±, Jêzykiem
/>– Proszê – Wypluta Dostajê Pukaj±
/>
/>
/>Po
/>Drzwi „Dzieñ Dobry”. Zgarbiona Boi ¿e Sony. Tego,
/>
/>W Ba³agan Lecz
/>
/>Stojê ¶wistków.
/>- Cze¶æ – – czeka³am – Niech Nic
/>Stoj±ca />
/>Wchodzê ¶rodka. Wtedy ¶ciska
/>- Oni – – przebiorê
/>
/>Siedzi Wyznaczyli ¿eby
/>-Trzeba Ona –
/>
/>- Dok±d Przecie¿ – Tak Ciê />Delikatny Praw± Nie Nie Jak ¿aden ¿adne
/>
/>- Jak Ciociu – – Gdzie Ciocia Idziemy />- Poczekaj – – wypijmy />
/>Idziemy Spogl±dam Przy Skórki
/>
/>Dochodz±ce Zdaje ¿e Zdaje ¶ladów, Nie
/>
/>Jej – Stanik – Wiêc ³±cznika, ¶cie¿ki
/>
/>- Przepuszczam Sczytuj±c Przebiorê –
/>
/>Nie Nie, ¿e Ka¿dy Moja Wiele ¿eby />
/>W³a¶ciwie Ona Nawet Chyba, ¿e Tylko, Kto¶.
/>
/>- Kiedy¶ Prawda Lecz ¼le K³amstwo, Prawd±. Kto¶, Prawda Odwróci³ ¿ycie ¶mieræ, ¶wiatem, Lecz K³amstwo – – nagle Wszystko Znam />
/>Mówi Otwiera ³adu Mog³abym Zostanie Nic
/>
/>Nagle
/>– Siadaj – – Nape³nij />Migaj± Nie Wlepia
/>
/>- Widzisz – – je¶li Bêdziesz Prawdê, K³amie, - Wyci±ga ¿eby PRAWDA.
/>- Wysz³o, ¿e Prawda, />- Nie – />- Popatrz – – Wysz³o, ¿e Cholerny Wiedzia³am.
/>- Nie, – – A - />- Wszystko Gdybym – Góra - Prawda! – – K³amie! – />
/>- A Kiedy¶ – Uk³ute Patrz±
/>
/>- Zobacz – – mo¿na Liczby Kiedy¶ Prawdy. Ten, K³ama³ ³amano Nie – Im K³amstwa Koñca. KOÑCA. Jednego, Prawdê, KOÑCA. Ci, Ci, ³ataj± />
/>- A – ¶ciskaj±c – Zamieniæ />To ¿adne ¿adne />
/>- Czy – Pytam .
/>- Nie. Zabawne, K³amstwo. Nawet Prawda. Reszta Mog³am Równañ Dlatego Potem Radia, TV, Muszê, Koniec.
/>
/>Wstajê, Patrzê, Muska
/>
/>- Te, ¿eby – ¿e Wiem ¿e ¿e KONIEC.
/>
/>Próbujê ¶miesznie ¶ciany. Mija ¿adnej ¿adnego S³owa Opadam
/>
/>Zadaj popro¶ -wo³a nie -A
/>
/>- Spokojnie – Jest – Nie – ¶linê – Zamkn± – ¿e ¿e ¿e />
/>Przygarniam Wychodzê. S³oñce Nie ¿adnej Po¶piech Auta Podmuch
/>
/>Po ³zami Wszystko Dopiero />
/>Udaje ³awce, Kolejne Rozk³adam ³awce, ¶wistek />
/>
/>
/>
/>
/>
Komentarze::
Dodaj komentarz
Powiązane wiadomosci
- Rodzynki i orzechy /wiersz/
- tinnitus auris /wiersz/ ?
- 'Kryszta³owe s³owa' /bajka dla maleñstwa/
- Monochrom z czerwonym akcentem /wiersz/ x
- Miasto /wiersz/ ~
- Po werdykcie, czyli subiektywne podsumowanie konkursu prozatorskiego KLON
- Nienazwany wybiegacz wsam /wiersz/ x
- dzieciñstwo /cykl miniaturek/ ?
- pocztówka z wakacji /wiersz/ x-> X
- Lekcje domowe /wiersz/
- Gra pó³s³ówek ( konkurs OLJ)
- Efekt odparowania? Bóg zap³aæ! /wiersz/