24 godziny temu
Sklepy w ma³ych miasteczkach czêsto nie oferuj± tyle, co w mie¶cie. Go¶ka nie narzeka³a i zamiast je¼dziæ do oddalonego Tesco, zadowala³a siê w zupe³no¶ci towarami dostêpnymi na miejscu. Go¶ka w ogóle przywyk³a do nowego miejsca zamieszkania szybko, a nawet je polubi³a. Choæ gdy Robert zaproponowa³ kupienie domu tutaj, a nie w oddalonym o kilkana¶cie kilometrów mie¶cie, ostro zaoponowa³a. A w³a¶ciwie u¿y³a wyra¿enia „ocipia³e¶?”. Myli³a siê bardzo i nie wstydzi³a siê przyznaæ do b³êdu. Robert mia³ bezproblemowy dojazd, ca³a rodzina ogromny, jak na krajowy standard, dom do dyspozycji. A przede wszystkim by³o tu spokojnie, zw³aszcza, ¿e mieszkali zdecydowanie na uboczu, na granicy miasteczka. No i inne przyjemno¶ci – lasy, pola, ¶wie¿e powietrze.
Przeprowadzka by³a trafionym pomys³em. Dostrzega³a to zw³aszcza teraz, wiosn±, tak piêkn± i tak inn± od wiosny w mie¶cie, odczuwalnej jedynie w parkach.
Z szerokim u¶miechem na ustach po¿egna³a sklepow± i innych kupuj±cych i wysz³a na zewn±trz. Zostawi³a zakupy w aucie, wypali³a spokojnie papierosa i ju¿ mia³a wracaæ, gdy przypomnia³a sobie o z³o¿onej niedawno obietnicy. Zamknê³a samochód. Ruszy³a w prawo i zaraz skrêci³a w w±sk±, piaskow± uliczkê.
Pan Marian siedzia³ w ogródku, jak zwykle, wpatrzony w kwitn±ce kwiaty. Obok kó³ wózka inwalidzkiego drepta³ w t± i z powrotem grubiutki, rudy kociak. ¯ona kaleki, pracuj±ca w pobliskiej fabryce, nie mia³a czasu za³atwiaæ spraw dla mê¿a, a pan Marian by³ tak przeuroczy, ¿e Go¶ka w wolnej chwili czêsto zagl±da³a do niego, dotrzymaæ mu towarzystwa.
- Dzieñ dobry pani Ma³gorzato! – krzykn±³, gdy tylko j± zauwa¿y³.
- Dzieñ dobry! Mam co¶ dla pana! – odpowiedzia³a.
Po chwili wyjmowa³a z torebki trzy cienkie ksi±¿ki, które Robert przywióz³ z Empiku w mie¶cie. Wrêczy³a panu Marianowi, a ten u¶miechn±³ siê lekko.
- Nawet nie wie pani, jak± przyjemno¶æ mi sprawi³a. Kasiula pracuje tak ciê¿ko, ¿e nie ma si³y pojechaæ po ksi±¿ki nawet w niedziele. A z biblioteki ju¿ wszystko przeczyta³em.
- Wiem, panie Marianie. Dla mnie to nie problem. To wszystkie brakuj±ce czê¶ci?
- Tak, tak. Teraz bêdê mia³ przeczytany ca³y cykl. Serdecznie dziêkujê.
- Drobiazg.
- Wie Pani, ¿e kiedy¶ te¿ chcia³em pisaæ krymina³y? Jeszcze za PRL-u. Ale nigdy nie by³em dobry w wymy¶laniu zagadek, a krymina³ bez porz±dnej zagadki to jak baba bez pizdy, wiadomo.
Roze¶mia³a siê, s³ysz±c wulgarne porównanie w ustach znajomego. Pan Marian tymczasem wzi±³ siê za czytanie opisu z ty³u ksi±¿ki. Nagle, nie odrywaj±c oczu od literek, spyta³:
- A jak siê ¿yje w nowym domu? Ile tam mieszkacie, miesi±c?
- Trochê wiêcej.
- Nic ciekawego siê nie dzieje?
- A co mia³oby siê dziaæ? Tak raczej na uboczu jeste¶my, panie Marianie, pod lasem.
- Wiem, wiem, ale wyobrazi sobie pani, ten dom ma swoj± specyfikê, historiê, i to mnie ciekawi. S³ysza³a pani co¶ o tym?
- Jako¶ nie.
- Proszê usi±¶æ, d³uga opowie¶æ…
Nagle us³ysza³a niepokoj±cy d¼wiêk. Alarm swojego samochodu, bardzo g³o¶ny mimo odleg³o¶ci od miejsca zaparkowania. Poczu³a rodz±c± siê panikê. Kto móg³ siê dobieraæ do auta w ¶rodku dnia?
- Przepraszam, panie Marianie, muszê lecieæ! – krzyknê³a i rzuci³a siê do biegu.
Gdy dotar³a, z ulg± zauwa¿y³a, ¿e nic siê nie dziejê. Wy³±czy³a alarm pilotem. Westchnê³a. Nie pierwszy raz stare auto wy³o bez powodu. Pomy¶la³a, ¿e powinna naci±gn±æ Roberta na nowe, choæ nie mia³a serca wiedz±c, ile wydali na dom.
Odetchnê³a, potem wci±gnê³a powietrze. Poczu³a zapach bzu, mocny i obezw³adniaj±co s³odki. Nic dziwnego. Piêknie kwitn±cych krzewów nie brakowa³o w okolicy. Lekko jeszcze podenerwowana, zapali³a jeszcze jednego papierosa i dopiero po kilku minutach odjecha³a w kierunku domu.
Przeprowadzka by³a trafionym pomys³em. Dostrzega³a to zw³aszcza teraz, wiosn±, tak piêkn± i tak inn± od wiosny w mie¶cie, odczuwalnej jedynie w parkach.
Z szerokim u¶miechem na ustach po¿egna³a sklepow± i innych kupuj±cych i wysz³a na zewn±trz. Zostawi³a zakupy w aucie, wypali³a spokojnie papierosa i ju¿ mia³a wracaæ, gdy przypomnia³a sobie o z³o¿onej niedawno obietnicy. Zamknê³a samochód. Ruszy³a w prawo i zaraz skrêci³a w w±sk±, piaskow± uliczkê.
Pan Marian siedzia³ w ogródku, jak zwykle, wpatrzony w kwitn±ce kwiaty. Obok kó³ wózka inwalidzkiego drepta³ w t± i z powrotem grubiutki, rudy kociak. ¯ona kaleki, pracuj±ca w pobliskiej fabryce, nie mia³a czasu za³atwiaæ spraw dla mê¿a, a pan Marian by³ tak przeuroczy, ¿e Go¶ka w wolnej chwili czêsto zagl±da³a do niego, dotrzymaæ mu towarzystwa.
- Dzieñ dobry pani Ma³gorzato! – krzykn±³, gdy tylko j± zauwa¿y³.
- Dzieñ dobry! Mam co¶ dla pana! – odpowiedzia³a.
Po chwili wyjmowa³a z torebki trzy cienkie ksi±¿ki, które Robert przywióz³ z Empiku w mie¶cie. Wrêczy³a panu Marianowi, a ten u¶miechn±³ siê lekko.
- Nawet nie wie pani, jak± przyjemno¶æ mi sprawi³a. Kasiula pracuje tak ciê¿ko, ¿e nie ma si³y pojechaæ po ksi±¿ki nawet w niedziele. A z biblioteki ju¿ wszystko przeczyta³em.
- Wiem, panie Marianie. Dla mnie to nie problem. To wszystkie brakuj±ce czê¶ci?
- Tak, tak. Teraz bêdê mia³ przeczytany ca³y cykl. Serdecznie dziêkujê.
- Drobiazg.
- Wie Pani, ¿e kiedy¶ te¿ chcia³em pisaæ krymina³y? Jeszcze za PRL-u. Ale nigdy nie by³em dobry w wymy¶laniu zagadek, a krymina³ bez porz±dnej zagadki to jak baba bez pizdy, wiadomo.
Roze¶mia³a siê, s³ysz±c wulgarne porównanie w ustach znajomego. Pan Marian tymczasem wzi±³ siê za czytanie opisu z ty³u ksi±¿ki. Nagle, nie odrywaj±c oczu od literek, spyta³:
- A jak siê ¿yje w nowym domu? Ile tam mieszkacie, miesi±c?
- Trochê wiêcej.
- Nic ciekawego siê nie dzieje?
- A co mia³oby siê dziaæ? Tak raczej na uboczu jeste¶my, panie Marianie, pod lasem.
- Wiem, wiem, ale wyobrazi sobie pani, ten dom ma swoj± specyfikê, historiê, i to mnie ciekawi. S³ysza³a pani co¶ o tym?
- Jako¶ nie.
- Proszê usi±¶æ, d³uga opowie¶æ…
Nagle us³ysza³a niepokoj±cy d¼wiêk. Alarm swojego samochodu, bardzo g³o¶ny mimo odleg³o¶ci od miejsca zaparkowania. Poczu³a rodz±c± siê panikê. Kto móg³ siê dobieraæ do auta w ¶rodku dnia?
- Przepraszam, panie Marianie, muszê lecieæ! – krzyknê³a i rzuci³a siê do biegu.
Gdy dotar³a, z ulg± zauwa¿y³a, ¿e nic siê nie dziejê. Wy³±czy³a alarm pilotem. Westchnê³a. Nie pierwszy raz stare auto wy³o bez powodu. Pomy¶la³a, ¿e powinna naci±gn±æ Roberta na nowe, choæ nie mia³a serca wiedz±c, ile wydali na dom.
Odetchnê³a, potem wci±gnê³a powietrze. Poczu³a zapach bzu, mocny i obezw³adniaj±co s³odki. Nic dziwnego. Piêknie kwitn±cych krzewów nie brakowa³o w okolicy. Lekko jeszcze podenerwowana, zapali³a jeszcze jednego papierosa i dopiero po kilku minutach odjecha³a w kierunku domu.
Zdziwi³a siê, gdy na frontowym tarasie zobaczy³a p³acz±c± córkê. Dziewczynka siedzia³a na bujanym fotelu, ogromnym w porównaniu do jej drobnej sylwetki. Ca³± twarz mia³a czerwon±, a z oczu jeszcze wyp³ywa³y ³zy. Gdy zobaczy³a matkê, uspokoi³a siê nieco.
- Co siê sta³o? Gdzie jest tatu¶?
- ¦pi… - odpowiedzia³a dr¿±cym g³osikiem Milenka.
- Co siê sta³o, co, dziecinko?
- Nie bêdziesz z³a?
- Sk±d, maleñka, mów szybciutko, dobrze?
Kiwnê³a g³ow±.
- To wazon. Ten du¿y, na kwiatki.
- Zbi³ siê? – zgad³a Go¶ka.
- Tak, ale… ale…
- Ty go zrzuci³a¶ z pó³ki i martwisz siê, ¿e mnie zdenerwujesz?
- Nie! – krzyknê³a dziewczynka, oburzona. – Nieprawda! To by³o straszne, mamusiu, tak bardzo straszne!
- Co?
- On lata³. Tak fiuu, do góry podfrun±³, a potem spad³. Hukn±³!
Go¶ka pokrêci³a g³ow±. Dzieci to jednak potrafi± wymy¶laæ pokraczne usprawiedliwienia, pomy¶la³a. Nie mia³a jednak ochoty na dydaktyczne pogadanki o k³amstwach.
- Nie martw siê, Mileniu, to nic takiego – odpowiedzia³a. – Chod¼ ze mn± do ¶rodka, dobrze, kupi³am ci co¶ dobrego. No, chod¼.
Otworzy³a drzwi do domu i od razu ruszy³a do kuchni, rozpakowaæ zakupy. Milenka podrepta³a za ni± pos³usznie, ale gdyby Go¶ka zwróci³a uwagê na jej minê, wiedzia³aby, ¿e wcale nie zdo³a³a uspokoiæ córeczki.
- Co siê sta³o? Gdzie jest tatu¶?
- ¦pi… - odpowiedzia³a dr¿±cym g³osikiem Milenka.
- Co siê sta³o, co, dziecinko?
- Nie bêdziesz z³a?
- Sk±d, maleñka, mów szybciutko, dobrze?
Kiwnê³a g³ow±.
- To wazon. Ten du¿y, na kwiatki.
- Zbi³ siê? – zgad³a Go¶ka.
- Tak, ale… ale…
- Ty go zrzuci³a¶ z pó³ki i martwisz siê, ¿e mnie zdenerwujesz?
- Nie! – krzyknê³a dziewczynka, oburzona. – Nieprawda! To by³o straszne, mamusiu, tak bardzo straszne!
- Co?
- On lata³. Tak fiuu, do góry podfrun±³, a potem spad³. Hukn±³!
Go¶ka pokrêci³a g³ow±. Dzieci to jednak potrafi± wymy¶laæ pokraczne usprawiedliwienia, pomy¶la³a. Nie mia³a jednak ochoty na dydaktyczne pogadanki o k³amstwach.
- Nie martw siê, Mileniu, to nic takiego – odpowiedzia³a. – Chod¼ ze mn± do ¶rodka, dobrze, kupi³am ci co¶ dobrego. No, chod¼.
Otworzy³a drzwi do domu i od razu ruszy³a do kuchni, rozpakowaæ zakupy. Milenka podrepta³a za ni± pos³usznie, ale gdyby Go¶ka zwróci³a uwagê na jej minê, wiedzia³aby, ¿e wcale nie zdo³a³a uspokoiæ córeczki.
Go¶ka nienawidzi³a myæ kibla. Zwykle zrzuca³a upierdliw± czynno¶æ na barki mê¿a, ale Robert mia³ ciê¿kie negocjacje w pracy i odsypia³. Chc±c nie chc±c, kucnê³a nad muszl± i zajê³a siê niewdziêczn± robot±.
Nagle przesta³a szorowaæ. Wydawa³o siê jej, ¿e s³ysza³a stukanie w drzwi ³azienki.
- Kochanie? – zawo³a³a.
Nikt nie odpowiedzia³.
- Mileniu?
Zero reakcji.
- Co do cholery? – syknê³a i ruszy³a w stronê drzwi. Otworzy³a je, przest±pi³a przez próg. Nic. Korytarz by³ pusty, nie pali³o siê ¶wiat³o. Zaczê³a siê zastanawiaæ, który z domowników sprawi³ jej psikusa.
Wtedy us³ysza³a za sob± niepokoj±cy zgrzyt.
Odwróci³a siê, przestraszona. Zobaczy³a od razu, co by³o powodem ha³asu. Na g³adkiej tafli lustra pojawi³a siê d³uga rysa w poprzek. Zbli¿y³a siê. Nie przewidzia³o siê jej. Zamar³a, wpatruj±c siê we w³asne odbicie. I nagle, k±tem oka, zauwa¿y³a sylwetkê kogo¶, kto sta³ w wannie. Krzyknê³a. Odwróci³a siê natychmiast.
Nikogo tam nie by³o.
Nagle przesta³a szorowaæ. Wydawa³o siê jej, ¿e s³ysza³a stukanie w drzwi ³azienki.
- Kochanie? – zawo³a³a.
Nikt nie odpowiedzia³.
- Mileniu?
Zero reakcji.
- Co do cholery? – syknê³a i ruszy³a w stronê drzwi. Otworzy³a je, przest±pi³a przez próg. Nic. Korytarz by³ pusty, nie pali³o siê ¶wiat³o. Zaczê³a siê zastanawiaæ, który z domowników sprawi³ jej psikusa.
Wtedy us³ysza³a za sob± niepokoj±cy zgrzyt.
Odwróci³a siê, przestraszona. Zobaczy³a od razu, co by³o powodem ha³asu. Na g³adkiej tafli lustra pojawi³a siê d³uga rysa w poprzek. Zbli¿y³a siê. Nie przewidzia³o siê jej. Zamar³a, wpatruj±c siê we w³asne odbicie. I nagle, k±tem oka, zauwa¿y³a sylwetkê kogo¶, kto sta³ w wannie. Krzyknê³a. Odwróci³a siê natychmiast.
Nikogo tam nie by³o.
Robert pokrêci³ g³ow±, wyra¼nie za¿enowany zachowaniem ¿ony. Go¶ka zamilk³a, ¶ciska³a kurczowo kubek z herbat±. Czu³a, ¿e dr¿y.
- Przewidzia³o ci siê, mówiê ci. Jaki¶ cieñ.
- Widzia³e¶ rysê na lustrze! – W Go¶ce wezbra³a z³o¶æ. Postawi³a herbatê na stole i stanê³a przed nim, spojrza³a mu w oczy.
- Duchy? Widmowe kobiety stoj±ce w wannie? Kochanie, pos³uchaj siebie!
- Ona tam by³a! Chwilê, sekundê, ale widzia³am j± kurewsko wyra¼nie! I wazon!
- Panikujesz. Mo¿e przemêczy³a¶ siê, ostatnio nie najlepiej ¶pisz. Jak jeste¶ zmêczona, rozdra¿niona, czasem ró¿ne rzeczy…
- Masz mnie za wariatkê?
- Tego nie powiedzia³em!
Ucichli. Zorientowali siê, ¿e zaraz rozpêta siê k³ótnia, obudz± córkê i strac± pó³ wieczora na uspokajanie jej i siebie. Robert zacisn±³ usta. Minê mia³ ponur±.
- Przytul mnie po prostu, okej? – poprosi³a Go¶ka cicho.
Pos³ucha³, poca³owa³ j± w czo³o, obj±³ mocno. Jednak minê³o sporo czasu, zanim uspokoi³ ¿onê na tyle, by mogli siê po³o¿yæ spaæ.
- Przewidzia³o ci siê, mówiê ci. Jaki¶ cieñ.
- Widzia³e¶ rysê na lustrze! – W Go¶ce wezbra³a z³o¶æ. Postawi³a herbatê na stole i stanê³a przed nim, spojrza³a mu w oczy.
- Duchy? Widmowe kobiety stoj±ce w wannie? Kochanie, pos³uchaj siebie!
- Ona tam by³a! Chwilê, sekundê, ale widzia³am j± kurewsko wyra¼nie! I wazon!
- Panikujesz. Mo¿e przemêczy³a¶ siê, ostatnio nie najlepiej ¶pisz. Jak jeste¶ zmêczona, rozdra¿niona, czasem ró¿ne rzeczy…
- Masz mnie za wariatkê?
- Tego nie powiedzia³em!
Ucichli. Zorientowali siê, ¿e zaraz rozpêta siê k³ótnia, obudz± córkê i strac± pó³ wieczora na uspokajanie jej i siebie. Robert zacisn±³ usta. Minê mia³ ponur±.
- Przytul mnie po prostu, okej? – poprosi³a Go¶ka cicho.
Pos³ucha³, poca³owa³ j± w czo³o, obj±³ mocno. Jednak minê³o sporo czasu, zanim uspokoi³ ¿onê na tyle, by mogli siê po³o¿yæ spaæ.
Poranek by³ okropny. Go¶ka nie wyspa³a siê, bola³a j± g³owa i trwa³a w ci±g³ym napiêciu, obawiaj±c siê, ¿e zaraz przydarzy siê kolejne przera¿aj±ce spotkanie. Podczas ¶niadania nikt siê nie odezwa³, a gdy tylko Robert odjecha³ z Milenk± ku miasteczku, Go¶ka poczu³a, ¿e nie usiedzi w domu sama. Postanowi³a wyj¶æ na taras, mo¿e porobiæ co¶ w ogrodzie. Byle nie zostaæ w czterech ¶cianach ze zjaw±, urojon± czy nie.
Gdy znudzi³o siê jej siedzenie w bujanym fotelu, zaczê³a spacerowaæ bez celu po placu, depcz±c dawno nie koszony trawnik. Bez pachnia³ obezw³adniaj±co i ta znajoma, wszechobecna woñ jako¶ j± uspokaja³a. Niebawem rozchmurzy³a siê na tyle, na ile by³a w stanie po tak niedorzecznie przera¿aj±cym prze¿yciu.
Podesz³a do p³otu i wtedy zobaczy³a, ¿e po drugiej stronie ulicy, na skraju gêstego i prawie nietkniêtego ludzk± rêk± lasu, krêci siê jaki¶ mê¿czyzna. Poczu³a uk³ucie strachu.
Obcy chodzi³ w wysokiej trawie i co chwile siê nachyla³, w koñcu kucn±³. Wygl±da³o na to, ¿e czego¶ szuka, chyba mia³ te¿ w rêku jaki¶ ma³y przedmiot. Mia³ na sobie szarego t-shirta i wygodne sztruksy, na g³owie czapkê patrolówkê. Przy lewym boku wisia³a mêska torba koloru ciemnego br±zu.
Go¶ka prze³ama³a strach, wysz³a za bramê, ostro¿nie przekroczy³a jezdniê i ruszy³a w stronê nieznajomego.
Ten dopiero po chwili zorientowa³ siê, ¿e kto¶ idzie. Podniós³ siê i u¶miechn±³ szeroko na widok kobiety. Teraz, z bliska, zauwa¿y³a, ¿e w d³oni trzyma³ lupê. Zauwa¿y³a te¿ ma³y aparat fotograficzny, zawieszony na si³y. Obcy mia³ niebieskie oczy i blad± cerê, z wyra¼nie rysuj±cymi siê workami pod oczyma.
- Przepraszam? – odezwa³ siê.
- Witam. Jestem Ma³gorzata Zdunek – odpowiedzia³a, teraz trochê speszona. – Mieszkam w tym domu, o tam. Zauwa¿y³am pana i chcia³am siê spytaæ, co tu pan w³a¶ciwie robi?
- A co? Nie mo¿na tu chodziæ? Ten teren to pani w³asno¶æ?
- Nie, oczywi¶cie. Ale widzi pan, rzadko kto¶ tu siê zjawia.
Zrozumia³. Wyci±gn±³ rêkê w stronê Go¶ki.
- Leszek Biela, entomolog – przedstawi³ siê. – Mi³o poznaæ.
U¶cisnê³a d³oñ. By³a pewna, ¿e na twarzy ma rumieñce, bo wstydzi³a siê swojego zachowania. Sz³a tu z pretensjami, a trafi³a na zwyk³ego naukowca, w dodatku ca³kiem uprzejmego.
- Aha, pan musi tu szukaæ jakich¶ rzadkich owadów, prawda?
- Nie rzadkich, ale owszem, insektów. Przeje¿d¿a³em przez okolicê i natura badacza mnie zatrzyma³a. Musia³em sobie pochodziæ. Mam nadziejê, ¿e nie przeszkadzam?
- Sk±d¿e. – Stara³a siê nie daæ po sobie poznaæ, jak± panikê w niej wzbudzi³.
- Chce pani zobaczyæ co ogl±dam? – zaproponowa³.
Przytaknê³a. D³oni± pokaza³, ¿eby siê zbli¿y³a i przykucn±³. Niewiele my¶l±c, zrobi³a to samo. Na li¶ciu wyj±tkowo okaza³ego chwastu siedzia³ ¿ó³ty owad. Biela poda³ jej lupê.
- Proszê siê przyjrzeæ i spróbowaæ zgadn±æ, co to za insekt?
- Na oko to jaka¶ osa. Dziwna trochê, ale tak, chyba osa – odpowiedzia³a po chwili obserwacji.
- B³±d laika, ale zrozumia³y. Natura jest sprytna. To motyl.
- ¯artuje pan? – Autentycznie j± to zaskoczy³o.
- Przeziernik osowiec. Niez³y w mimikrze, prawda?
Przytaknê³a, bo stwierdzi³a, ¿e nie ma ochoty wchodziæ w temat owadów.
- Tak to ju¿ jest. S³absze, ale cwañsze ¿yj±tka lubi± siê podszywaæ – mówi³, nie przejmuj±c siê brakiem odzewu. – Same korzy¶ci, gdy potrafi siê upodobniæ do czego¶, co odstraszy i zmyli wroga. Podejrzewam, ¿e okoliczne brzozy nied³ugo bêd± pe³ne chodników wydr±¿onych przez larwy. Du¿a populacja musi tu byæ. No, ale widzê, ¿e pani a¿ tak to nie pasjonuje.
- Nie, to ciekawe, naprawdê – sk³ama³a.
Rozmawiali jeszcze przez chwilê, niezobowi±zuj±co. Entomolog okaza³ siê przyjemnym cz³owiekiem, wiêc w koñcu spyta³a:
- Mo¿e wst±pi pan na co¶ zimnego do picia? Straszny dzi¶ gor±c.
- Nie, dziêkujê. Czas nagli, muszê i¶æ. Zostawi³em samochód po drugiej stronie lasu, kawa³ek jest. Ale mi³o, ¿e pani proponuje.
Po¿egnali siê, a Biela istotnie zaraz znikn±³ w lesie. Go¶ka sta³a jeszcze chwilê w trawie, po czym zdecydowa³a, ¿e na ni± te¿ pora. Czu³a siê du¿o lepiej, widaæ kontakt z drugim cz³owiekiem wypar³ z jej g³owy my¶li o nieprzyjemnym zdarzeniu.
Nie na d³ugo.
Gdy wróci³a do domu, dozna³a szoku. Nie wszystkie meble sta³y na swoim miejscu.
Gdy znudzi³o siê jej siedzenie w bujanym fotelu, zaczê³a spacerowaæ bez celu po placu, depcz±c dawno nie koszony trawnik. Bez pachnia³ obezw³adniaj±co i ta znajoma, wszechobecna woñ jako¶ j± uspokaja³a. Niebawem rozchmurzy³a siê na tyle, na ile by³a w stanie po tak niedorzecznie przera¿aj±cym prze¿yciu.
Podesz³a do p³otu i wtedy zobaczy³a, ¿e po drugiej stronie ulicy, na skraju gêstego i prawie nietkniêtego ludzk± rêk± lasu, krêci siê jaki¶ mê¿czyzna. Poczu³a uk³ucie strachu.
Obcy chodzi³ w wysokiej trawie i co chwile siê nachyla³, w koñcu kucn±³. Wygl±da³o na to, ¿e czego¶ szuka, chyba mia³ te¿ w rêku jaki¶ ma³y przedmiot. Mia³ na sobie szarego t-shirta i wygodne sztruksy, na g³owie czapkê patrolówkê. Przy lewym boku wisia³a mêska torba koloru ciemnego br±zu.
Go¶ka prze³ama³a strach, wysz³a za bramê, ostro¿nie przekroczy³a jezdniê i ruszy³a w stronê nieznajomego.
Ten dopiero po chwili zorientowa³ siê, ¿e kto¶ idzie. Podniós³ siê i u¶miechn±³ szeroko na widok kobiety. Teraz, z bliska, zauwa¿y³a, ¿e w d³oni trzyma³ lupê. Zauwa¿y³a te¿ ma³y aparat fotograficzny, zawieszony na si³y. Obcy mia³ niebieskie oczy i blad± cerê, z wyra¼nie rysuj±cymi siê workami pod oczyma.
- Przepraszam? – odezwa³ siê.
- Witam. Jestem Ma³gorzata Zdunek – odpowiedzia³a, teraz trochê speszona. – Mieszkam w tym domu, o tam. Zauwa¿y³am pana i chcia³am siê spytaæ, co tu pan w³a¶ciwie robi?
- A co? Nie mo¿na tu chodziæ? Ten teren to pani w³asno¶æ?
- Nie, oczywi¶cie. Ale widzi pan, rzadko kto¶ tu siê zjawia.
Zrozumia³. Wyci±gn±³ rêkê w stronê Go¶ki.
- Leszek Biela, entomolog – przedstawi³ siê. – Mi³o poznaæ.
U¶cisnê³a d³oñ. By³a pewna, ¿e na twarzy ma rumieñce, bo wstydzi³a siê swojego zachowania. Sz³a tu z pretensjami, a trafi³a na zwyk³ego naukowca, w dodatku ca³kiem uprzejmego.
- Aha, pan musi tu szukaæ jakich¶ rzadkich owadów, prawda?
- Nie rzadkich, ale owszem, insektów. Przeje¿d¿a³em przez okolicê i natura badacza mnie zatrzyma³a. Musia³em sobie pochodziæ. Mam nadziejê, ¿e nie przeszkadzam?
- Sk±d¿e. – Stara³a siê nie daæ po sobie poznaæ, jak± panikê w niej wzbudzi³.
- Chce pani zobaczyæ co ogl±dam? – zaproponowa³.
Przytaknê³a. D³oni± pokaza³, ¿eby siê zbli¿y³a i przykucn±³. Niewiele my¶l±c, zrobi³a to samo. Na li¶ciu wyj±tkowo okaza³ego chwastu siedzia³ ¿ó³ty owad. Biela poda³ jej lupê.
- Proszê siê przyjrzeæ i spróbowaæ zgadn±æ, co to za insekt?
- Na oko to jaka¶ osa. Dziwna trochê, ale tak, chyba osa – odpowiedzia³a po chwili obserwacji.
- B³±d laika, ale zrozumia³y. Natura jest sprytna. To motyl.
- ¯artuje pan? – Autentycznie j± to zaskoczy³o.
- Przeziernik osowiec. Niez³y w mimikrze, prawda?
Przytaknê³a, bo stwierdzi³a, ¿e nie ma ochoty wchodziæ w temat owadów.
- Tak to ju¿ jest. S³absze, ale cwañsze ¿yj±tka lubi± siê podszywaæ – mówi³, nie przejmuj±c siê brakiem odzewu. – Same korzy¶ci, gdy potrafi siê upodobniæ do czego¶, co odstraszy i zmyli wroga. Podejrzewam, ¿e okoliczne brzozy nied³ugo bêd± pe³ne chodników wydr±¿onych przez larwy. Du¿a populacja musi tu byæ. No, ale widzê, ¿e pani a¿ tak to nie pasjonuje.
- Nie, to ciekawe, naprawdê – sk³ama³a.
Rozmawiali jeszcze przez chwilê, niezobowi±zuj±co. Entomolog okaza³ siê przyjemnym cz³owiekiem, wiêc w koñcu spyta³a:
- Mo¿e wst±pi pan na co¶ zimnego do picia? Straszny dzi¶ gor±c.
- Nie, dziêkujê. Czas nagli, muszê i¶æ. Zostawi³em samochód po drugiej stronie lasu, kawa³ek jest. Ale mi³o, ¿e pani proponuje.
Po¿egnali siê, a Biela istotnie zaraz znikn±³ w lesie. Go¶ka sta³a jeszcze chwilê w trawie, po czym zdecydowa³a, ¿e na ni± te¿ pora. Czu³a siê du¿o lepiej, widaæ kontakt z drugim cz³owiekiem wypar³ z jej g³owy my¶li o nieprzyjemnym zdarzeniu.
Nie na d³ugo.
Gdy wróci³a do domu, dozna³a szoku. Nie wszystkie meble sta³y na swoim miejscu.
Poprzesuwanie mebli przez nieznan± si³ê rozpoczê³o tydzieñ piek³a. Robert reagowa³ z opó¼nieniem, ci±gle jej nie dowierzaj±c, ale sam s³ysza³ ha³asy i dziwne stukania ju¿ tej samej nocy. Niepokoj±ce zdarzenia mno¿y³y siê a¿ za szybko. Odg³osy kroków. Gasn±ce ¶wiat³a, telewizor, nag³e braki wody w kranach. Drzwi od szaf same siê otwiera³y, podobnie okna. Ale najwiêcej zdarza³o siê Go¶ce. Nocami budzi³ j± kobiecy g³os, choæ nie by³a w stanie zrozumieæ s³ów. Raz s³ysza³a przera¼liwy krzyk, gdy sz³a sama korytarzem. Znalaz³a bazgro³y na ¶cianie, ale zniknê³y, gdy wróci³a na miejsce z Robertem. Widzia³a te¿, jak przedmioty zostawione na szafce nocnej unios³y siê parê dobrych centymetrów do góry i wisia³y w powietrzu parê minut, tak po prostu.
Nawet sceptyczny Robert musia³ przyznaæ, ¿e stali siê ofiar± klasycznego, wrêcz hollywoodzkiego przypadku nawiedzenia przez ducha. Przez pracê dotyka³o go to jednak najmniej, spa³ nawet spokojnie w nocy i zwleka³ z pojêciem jakichkolwiek dzia³añ. O dziwo Milenka, która pierwsza widzia³a nadprzyrodzone harce, wydawa³a siê w ogóle nie¶wiadoma tego, co siê dzieje. Bawi³a siê, cieszy³a i spa³a mocnym, zdrowym snem. W takim uk³adzie Go¶ka musia³a siê mierzyæ nie tylko z ci±g³ym, dojmuj±cym strachem, ale i z prze¶wiadczeniem, ¿e zosta³a z niedorzeczn± sytuacj± zupe³nie sama.
Po tygodniu dziwnych zdarzeñ i coraz gorszego samopoczucia, nie wytrzyma³a. Si³± niemal zaci±gnê³a mê¿a do salonu, na powa¿n± rozmowê. Która szybko przeistacza³a siê w k³ótnie.
- Musimy co¶ zrobiæ! – krzycza³a. – Nie wa¿ne, czy to duchy, krasnoludki czy zbiorowe haluny! Ty to osrywasz, a ja siedzê ca³y dzieñ w domu i spodziewam siê, ¿e wyskoczy na mnie potwór z szafy! Masz pojêcie, jak ja siê czujê? Nerwica, paranoja, ja tak nie mogê ¿yæ!
- Dam wodê do zbadania, mo¿e sprowadzê kolesia, który sprawdzi³by, czy nie ulatnia siê jaki¶ gaz. – Robert próbowa³ za³agodziæ konflikt. – Co wiêcej mogê zrobiæ?
- S± chyba od tego specjali¶ci, musz± byæ!
- Od czego!?
- Od duchów! Pe³no ich w telewizjach, lataj± z kamerami, widzia³e¶ na pewno z raz! W Polsce te¿ musz± byæ jacy¶!
- I co jeszcze, mo¿e sprowadziæ jebanego egzorcystê!? – Robert traci³ panowanie nad sob±.
- Je¶li bêdzie trzeba!
- To absurd!
- Mo¿e, ale to mnie zniszczy!
- Wytrzymasz trochê ha³asów i tego tam. Nie dzieje siê nic z³ego. B±d¼my rozs±dni.
- Mam czekaæ, a¿ co¶ siê stanie!? Ocipia³e¶!? A dziecko?
- Nie przeklinaj, Go¶ka, nienawidzê tego!
- Nie o tym rozmawiamy.
- Mo¿e samo przejdzie. To tylko jaka¶ faza, nie wiem, nie znam siê. Poczekajmy, proszê. – Zmieni³ tonacjê, widzia³, ¿e ¿ona jest na krawêdzi eksplozji. – Poszukam na Internecie ludzi, którzy mieli takie problemy, poszperam na temat okolicy. Mo¿na pogadaæ z miejscowymi. Spokojnie, co¶ siê zaradzi.
- Dwa dni, masz dwa dni. Je¶li nie ruszysz dupy i nie zaczniesz czego¶ robiæ, to biorê Milenkê i jadê do Wawy, do matki. Rozumiesz?
Nie czeka³a, a¿ m±¿ odpowie. Wysz³a z salonu, trzasnê³a przy tym z reszt± drzwiami du¿ó g³o¶niej, ni¿ ich nowy, widmowy lokator potrafi³.
- ¦wietnie. Tylko typowej gadki brakowa³o – doda³ Robert, choæ ju¿ nie mog³a s³yszeæ.
Nawet sceptyczny Robert musia³ przyznaæ, ¿e stali siê ofiar± klasycznego, wrêcz hollywoodzkiego przypadku nawiedzenia przez ducha. Przez pracê dotyka³o go to jednak najmniej, spa³ nawet spokojnie w nocy i zwleka³ z pojêciem jakichkolwiek dzia³añ. O dziwo Milenka, która pierwsza widzia³a nadprzyrodzone harce, wydawa³a siê w ogóle nie¶wiadoma tego, co siê dzieje. Bawi³a siê, cieszy³a i spa³a mocnym, zdrowym snem. W takim uk³adzie Go¶ka musia³a siê mierzyæ nie tylko z ci±g³ym, dojmuj±cym strachem, ale i z prze¶wiadczeniem, ¿e zosta³a z niedorzeczn± sytuacj± zupe³nie sama.
Po tygodniu dziwnych zdarzeñ i coraz gorszego samopoczucia, nie wytrzyma³a. Si³± niemal zaci±gnê³a mê¿a do salonu, na powa¿n± rozmowê. Która szybko przeistacza³a siê w k³ótnie.
- Musimy co¶ zrobiæ! – krzycza³a. – Nie wa¿ne, czy to duchy, krasnoludki czy zbiorowe haluny! Ty to osrywasz, a ja siedzê ca³y dzieñ w domu i spodziewam siê, ¿e wyskoczy na mnie potwór z szafy! Masz pojêcie, jak ja siê czujê? Nerwica, paranoja, ja tak nie mogê ¿yæ!
- Dam wodê do zbadania, mo¿e sprowadzê kolesia, który sprawdzi³by, czy nie ulatnia siê jaki¶ gaz. – Robert próbowa³ za³agodziæ konflikt. – Co wiêcej mogê zrobiæ?
- S± chyba od tego specjali¶ci, musz± byæ!
- Od czego!?
- Od duchów! Pe³no ich w telewizjach, lataj± z kamerami, widzia³e¶ na pewno z raz! W Polsce te¿ musz± byæ jacy¶!
- I co jeszcze, mo¿e sprowadziæ jebanego egzorcystê!? – Robert traci³ panowanie nad sob±.
- Je¶li bêdzie trzeba!
- To absurd!
- Mo¿e, ale to mnie zniszczy!
- Wytrzymasz trochê ha³asów i tego tam. Nie dzieje siê nic z³ego. B±d¼my rozs±dni.
- Mam czekaæ, a¿ co¶ siê stanie!? Ocipia³e¶!? A dziecko?
- Nie przeklinaj, Go¶ka, nienawidzê tego!
- Nie o tym rozmawiamy.
- Mo¿e samo przejdzie. To tylko jaka¶ faza, nie wiem, nie znam siê. Poczekajmy, proszê. – Zmieni³ tonacjê, widzia³, ¿e ¿ona jest na krawêdzi eksplozji. – Poszukam na Internecie ludzi, którzy mieli takie problemy, poszperam na temat okolicy. Mo¿na pogadaæ z miejscowymi. Spokojnie, co¶ siê zaradzi.
- Dwa dni, masz dwa dni. Je¶li nie ruszysz dupy i nie zaczniesz czego¶ robiæ, to biorê Milenkê i jadê do Wawy, do matki. Rozumiesz?
Nie czeka³a, a¿ m±¿ odpowie. Wysz³a z salonu, trzasnê³a przy tym z reszt± drzwiami du¿ó g³o¶niej, ni¿ ich nowy, widmowy lokator potrafi³.
- ¦wietnie. Tylko typowej gadki brakowa³o – doda³ Robert, choæ ju¿ nie mog³a s³yszeæ.
Nastêpnego dnia Robert pojecha³ do pracy wyj±tkowo rano. Na g³owie Go¶ki zosta³o powiezienie dziecka do szko³y. Wsta³a ledwo, bo usnê³a dopiero nad ranem. Nie wesz³a do ³azienki siê umyæ, nie mog³a patrzeæ na rysê na lustrze. Milenka wysz³a z pokoju i od razu zaczê³a szczebiotaæ o kole¿ankach, kolegach i wycieczce szkolnej za tydzieñ. Po ¶niadaniu pe³nym dzieciêcej gadki o b³ahostkach, Go¶ka mia³a ochotê siê poci±æ. Nigdy nie czu³a siê tak beznadziejnie.
- Mamo, zawi±¿esz mi buciki? – spyta³a Milenka, gdy ju¿ siê ubiera³y.
- Nie za du¿a jeste¶ na to, co, ³obuziaro?
- Proszê! Proszê ciê mamusiu bardzo!
- Okej, jak tak ³adnie prosisz. Ale w drodze wyj±tku, umawiamy siê.
Przytaknê³a. Go¶ka nachyli³a siê i szybko zawi±za³a sznurówki ma³ych bucików. Potem wsta³a i poca³owa³a córkê w g³ówkê, zanurzaj±c przy okazji nos w jej gêstych w³osach. Wtedy poczu³a co¶ nietypowego.
- Milenko, tatu¶ kupi³ ci nowy szampon?
- Nie, mamo.
G³upie pytanie, pomy¶la³a Go¶ka, przecie¿ to ja kupujê jej kosmetyki, pomagam w myciu g³owy, wiedzia³abym.
- Co¶ nie tak, mamo? Znowu jeste¶ smutna?
- Nie, skarbie. Nic. Chod¼my ju¿ – odpowiedzia³a, a dziecko nie wyczu³o jej rozkojarzenia.
Droga do szko³y d³u¿y³a siê, choæ ta by³a blisko, d³u¿y³a siê. Go¶ka nie w³±czy³a nawet radia, wszystko j± denerwowa³o. Gdy wreszcie dojecha³a i przebrnê³a przez rytua³ po¿egnania z niechêtnie rozstaj±c± siê dziewczynk±, odetchnê³a z ulg±. Nie ruszy³a jednak. Zastanawia³a siê, co zrobiæ, by nie siedzieæ znowu w domu, nie czekaæ na kolejne demonstracje ducha.
Wreszcie wpad³a na pomys³.
Tydzieñ by³ koszmarny i nie pozwala³ pamiêtaæ o takich duperelach, ale teraz j± ol¶ni³o. Pan Marian mia³ opowiedzieæ jej historiê domu, tego dnia, kiedy wszystko siê zaczê³o. Kto wie, wnioskowa³a, mo¿e miejscowi naprawdê wiedz± co¶, o czym nikt nie omieszka³ przy nas wspomnieæ. Nie my¶la³a d³u¿ej, przekrêci³a kluczyk w stacyjce i ruszy³a wybadaæ sprawê.
W miêdzyczasie zorientowa³a siê, co dziwnego by³o w zapachu w³osów Mileny. Bez. W³osy córki pachnia³y bzem. Nie by³a jednak pewna, czy nie wydawa³o jej siê to. Woñ bzowych kwiatów by³a w koñcu wszechobecna o tej porze roku.
Nie zaprz±ta³a tym sobie d³u¿ej g³owy.
Gdy podjecha³a pod zawsze otwart± bramê posesji pana Mariana, od razu poczu³a, ¿e co¶ jest nie w porz±dku. Jej znajomy nie siedzia³ na podwórku, ale widzia³a, ¿e pod jego ukochan±, do¶æ kar³owat± jab³onk± stoi wózek inwalidzki. Wysiad³a z auta, teraz ju¿ pe³na z³ych my¶li.
- Panie Marianie? – zawo³a³a, choæ zdawa³a sobie sprawê, ¿e tak go nie znajdzie.
Nic. Postanowi³a wej¶æ do domu, ale drzwi by³y zamkniête na klucz. Znalaz³a tylko rudego kociaka, wyleguj±cego siê na kocyku pod oknem. Nachyli³a siê i pog³aska³a zwierzê po g³ówce. Kot zamrucza³. Go¶ka westchnê³a smutno.
Nagle us³ysza³a kobiecy, dono¶ny g³os:
- Za kim pani szuka?
Go¶ka odwróci³a siê w stronê, z której dobiega³. Okaza³o siê, ¿e do p³otu podesz³a pani Renia, s±siadka pana Mariana, która musia³a widocznie wróciæ ju¿ z sanatorium.
- Gospodarza szukam – odpowiedzia³a Go¶ka, id±c w stronê p³otu.
- To pani nic ni wie?
- Nie wiem.
- Zmar³o siê ch³opinie. Jaki¶ czas temu ju¿ to by³o, ze tydzieñ.
Go¶ka zblad³a. Poczu³a siê bardzo, bardzo s³abo.
- Co?
- We ¶nie odszed³. Serce mu stanê³o. Biedna Kasiula, no, za³amana, do szpitala j± wziêli a¿. On pono wygl±da³, jakby mu siê jaki¶ koszmar najokropniejszy przy¶ni³. Niektórzy mawiaj±, ¿e Marian to ze strachu zeszed³. Tragedia, mówiê pani!
Go¶ka nie mog³a uwierzyæ. Czu³a nienaturalne zimno wêdruj±ce po ca³ym ciele, mimo wyj±tkowo upalnej aury. Nie tylko odszed³ najsympatyczniejszy cz³owiek, jakiego ostatnio pozna³a. Odszed³ w tym samym czasie, gdy j± zaczê³y nêkaæ paranormalne zjawiska.
Jako¶ nie wierzy³a, ¿e to przypadek.
- Mamo, zawi±¿esz mi buciki? – spyta³a Milenka, gdy ju¿ siê ubiera³y.
- Nie za du¿a jeste¶ na to, co, ³obuziaro?
- Proszê! Proszê ciê mamusiu bardzo!
- Okej, jak tak ³adnie prosisz. Ale w drodze wyj±tku, umawiamy siê.
Przytaknê³a. Go¶ka nachyli³a siê i szybko zawi±za³a sznurówki ma³ych bucików. Potem wsta³a i poca³owa³a córkê w g³ówkê, zanurzaj±c przy okazji nos w jej gêstych w³osach. Wtedy poczu³a co¶ nietypowego.
- Milenko, tatu¶ kupi³ ci nowy szampon?
- Nie, mamo.
G³upie pytanie, pomy¶la³a Go¶ka, przecie¿ to ja kupujê jej kosmetyki, pomagam w myciu g³owy, wiedzia³abym.
- Co¶ nie tak, mamo? Znowu jeste¶ smutna?
- Nie, skarbie. Nic. Chod¼my ju¿ – odpowiedzia³a, a dziecko nie wyczu³o jej rozkojarzenia.
Droga do szko³y d³u¿y³a siê, choæ ta by³a blisko, d³u¿y³a siê. Go¶ka nie w³±czy³a nawet radia, wszystko j± denerwowa³o. Gdy wreszcie dojecha³a i przebrnê³a przez rytua³ po¿egnania z niechêtnie rozstaj±c± siê dziewczynk±, odetchnê³a z ulg±. Nie ruszy³a jednak. Zastanawia³a siê, co zrobiæ, by nie siedzieæ znowu w domu, nie czekaæ na kolejne demonstracje ducha.
Wreszcie wpad³a na pomys³.
Tydzieñ by³ koszmarny i nie pozwala³ pamiêtaæ o takich duperelach, ale teraz j± ol¶ni³o. Pan Marian mia³ opowiedzieæ jej historiê domu, tego dnia, kiedy wszystko siê zaczê³o. Kto wie, wnioskowa³a, mo¿e miejscowi naprawdê wiedz± co¶, o czym nikt nie omieszka³ przy nas wspomnieæ. Nie my¶la³a d³u¿ej, przekrêci³a kluczyk w stacyjce i ruszy³a wybadaæ sprawê.
W miêdzyczasie zorientowa³a siê, co dziwnego by³o w zapachu w³osów Mileny. Bez. W³osy córki pachnia³y bzem. Nie by³a jednak pewna, czy nie wydawa³o jej siê to. Woñ bzowych kwiatów by³a w koñcu wszechobecna o tej porze roku.
Nie zaprz±ta³a tym sobie d³u¿ej g³owy.
Gdy podjecha³a pod zawsze otwart± bramê posesji pana Mariana, od razu poczu³a, ¿e co¶ jest nie w porz±dku. Jej znajomy nie siedzia³ na podwórku, ale widzia³a, ¿e pod jego ukochan±, do¶æ kar³owat± jab³onk± stoi wózek inwalidzki. Wysiad³a z auta, teraz ju¿ pe³na z³ych my¶li.
- Panie Marianie? – zawo³a³a, choæ zdawa³a sobie sprawê, ¿e tak go nie znajdzie.
Nic. Postanowi³a wej¶æ do domu, ale drzwi by³y zamkniête na klucz. Znalaz³a tylko rudego kociaka, wyleguj±cego siê na kocyku pod oknem. Nachyli³a siê i pog³aska³a zwierzê po g³ówce. Kot zamrucza³. Go¶ka westchnê³a smutno.
Nagle us³ysza³a kobiecy, dono¶ny g³os:
- Za kim pani szuka?
Go¶ka odwróci³a siê w stronê, z której dobiega³. Okaza³o siê, ¿e do p³otu podesz³a pani Renia, s±siadka pana Mariana, która musia³a widocznie wróciæ ju¿ z sanatorium.
- Gospodarza szukam – odpowiedzia³a Go¶ka, id±c w stronê p³otu.
- To pani nic ni wie?
- Nie wiem.
- Zmar³o siê ch³opinie. Jaki¶ czas temu ju¿ to by³o, ze tydzieñ.
Go¶ka zblad³a. Poczu³a siê bardzo, bardzo s³abo.
- Co?
- We ¶nie odszed³. Serce mu stanê³o. Biedna Kasiula, no, za³amana, do szpitala j± wziêli a¿. On pono wygl±da³, jakby mu siê jaki¶ koszmar najokropniejszy przy¶ni³. Niektórzy mawiaj±, ¿e Marian to ze strachu zeszed³. Tragedia, mówiê pani!
Go¶ka nie mog³a uwierzyæ. Czu³a nienaturalne zimno wêdruj±ce po ca³ym ciele, mimo wyj±tkowo upalnej aury. Nie tylko odszed³ najsympatyczniejszy cz³owiek, jakiego ostatnio pozna³a. Odszed³ w tym samym czasie, gdy j± zaczê³y nêkaæ paranormalne zjawiska.
Jako¶ nie wierzy³a, ¿e to przypadek.
Przed trzynast± miejscowy bar by³ nieczynny, wiêc kupi³a po³ówkê w sklepie i ruszy³a w stronê domu. Zamierza³a siê upiæ. Rzadko to robi³a, alkoholizowanie siê jej nie s³u¿y³o, ale nadmiar z³ych wra¿eñ a¿ prosi³ o zalanie wódk±. Mia³a nadziejê, ¿e to j± choæ na chwilê wy³±czy. Wys³a³a esemesa do Roberta, ¿eby urwa³ siê z pracy i odebra³ dziecko. Nie odpowiedzia³, ale nie by³a w stanie nawet pomy¶leæ o odpowiedzialno¶ci. Nie w takiej chwili. Uzna³a, ¿e to wystarczy.
Zaparkowa³a na podje¼dzie, nie chcia³o jej siê nawet otwieraæ gara¿u. Stanê³a w progu i, nie zdejmuj±c nawet butów, wkroczy³a do salonu. Siad³a na fotelu i zapali³a papierosa. Przymknê³a oczy.
Kto¶ krzykn±³. Raz, drugi, niesamowicie g³o¶no. I nie by³ to kobiecy krzyk widma.
Go¶ka wbieg³a na schody, przebieg³a korytarz i wparowa³a do pokoju Milenki. By³ tam Robert. Le¿a³ na pod³odze, z rozwi±zanym krawatem i rozpiêt± koszul±. Os³ania³ siê rêkoma, jakby co¶ mia³o go zaatakowaæ.
- Co ty tu robisz? – zapyta³a niezbyt przytomnie.
- Pali siê! Uciekaj! Mnie nie uratujesz!
- Co!?
- Nie podniesiesz tej belki!
- Jakiej belki? Ten dom nawet nie jest drewniany!
Robert oszala³. Zupe³nie jej nie s³ucha³, zacz±³ krzyczeæ.
- Uspokój siê! – Sama zaczê³a wrzeszczeæ. – Pijany jeste¶, do kurwy nêdzy?
- Milenia! Milenka! Spali³a siê! Przepraszam! Ja przepraszam! Nie mog³em nic zrobiæ! Jej skóra… czarna… Bo¿ê, ona spali³a siê na wiór!!!
Go¶ka nie mog³a tego d³u¿ej s³uchaæ. Zebra³a wszystkie si³y, podnios³a mê¿a z pod³ogi i powoli, pilnuj±c, ¿eby siê nie wyrywa³, wyprowadzi³a na taras. Usadzi³a go w bujanym fotelu i gdy zobaczy³a, ¿e nieco siê uspokoi³, wróci³a do ¶rodka. Zadzwoni³a na pogotowie, potem posz³a do kuchni. W szafce, która s³u¿y³a za apteczkê, zaczê³a szukaæ prochów na uspokojenie. Oczywi¶cie, nie znalaz³a. Rzadko ich u¿ywa³.
Nagle us³ysza³a dziwny d¼wiêk. Spodziewa³a siê ich, ale to by³o co¶ nowego. Jakby szuranie.
Bardzo nie chcia³a, ale ruszy³a w poszukiwaniu ¼ród³a. D¼wiêk zdawa³ siê jednak przemieszczaæ. Gdy dosz³a do miejsca, z którego dochodzi³, przesun±³ siê wy¿ej. W kierunku sufitu. Zrozumia³a.
Co¶ rusza³o siê w ¶cianach.
D¼wiêk zanikn±³, ale Go¶ka nie wierzy³a, ¿e to koniec. Ostro¿nie przemie¶ci³a siê w kierunku schodów. Powoli wdrapa³a siê na górê. Gdy znalaz³a siê w korytarzu na piêtrze, d¼wiêk powróci³. Przy³o¿y³a ucho do ¶ciany.
Szuranie, g³o¶ne szuranie. Jakby co¶ przeciska³o siê z trudem w w±skiej przestrzeni.
Wtedy sta³o siê co¶ jeszcze gorszego. Go¶ka ze zgroz± poczu³a, ¿e co¶ j± dotyka. Chcia³a siê odwróciæ, ale kompletnie j± sparali¿owa³o. Czu³a w±skie palce, przesuwaj±ce siê po biodrach. Potem paznokcie wpijaj±ce siê w brzuch. W³osy dotykaj±ce jej szyi. Pachnia³y bzem.
Wreszcie uda³o jej siê wyrwaæ, obróciæ.
Nikogo nie by³o.
Go¶ka da³a krok w przód, jeszcze dwa. Przed sob± mia³a tylko wytapetowan± ¶cianê. Serce jej dudni³o, wydawa³o siê, ¿e zaraz eksploduje w klatce piersiowej. Odwróci³a siê znowu.
Tylko po to, by zobaczyæ widmo.
Sina dziewczyna w bieli, o d³ugich, nitkowatych w³osach. Opada³y jej na oczy, ale Go¶ka dobrze widzia³a nabrzmia³e, pokryte krostami usta zjawy. Z³o¿one w u¶miech. Widmo zaczê³o siê cofaæ, zygzakuj±c, bez ruchu stóp. Wreszcie rozp³ynê³o siê w powietrzu.
Go¶ka nigdy nie bieg³a tak szybko, jak wtedy.
Gdy wydosta³a siê z domu, pad³a na kolana. Tu¿ przed Robertem, rozpartym na fotelu. Gdy zdo³a³a z³apaæ oddech, unie¶æ g³owê do góry, zobaczy³a, ¿e jej m±¿ odlecia³. Spogl±da³ pustymi oczyma w przestrzeñ. Popad³ w jak±¶ katatoniê.
Zazdro¶ci³a mu. Te¿ by tak chcia³a. Przynajmniej nie czu³aby, jak epileptycznie dr¿y ca³e jej cia³o, jak je¿y siê ka¿dy najmniejszy w³osek.
Rozleg³o siê wycie syren ambulansu.
Zaparkowa³a na podje¼dzie, nie chcia³o jej siê nawet otwieraæ gara¿u. Stanê³a w progu i, nie zdejmuj±c nawet butów, wkroczy³a do salonu. Siad³a na fotelu i zapali³a papierosa. Przymknê³a oczy.
Kto¶ krzykn±³. Raz, drugi, niesamowicie g³o¶no. I nie by³ to kobiecy krzyk widma.
Go¶ka wbieg³a na schody, przebieg³a korytarz i wparowa³a do pokoju Milenki. By³ tam Robert. Le¿a³ na pod³odze, z rozwi±zanym krawatem i rozpiêt± koszul±. Os³ania³ siê rêkoma, jakby co¶ mia³o go zaatakowaæ.
- Co ty tu robisz? – zapyta³a niezbyt przytomnie.
- Pali siê! Uciekaj! Mnie nie uratujesz!
- Co!?
- Nie podniesiesz tej belki!
- Jakiej belki? Ten dom nawet nie jest drewniany!
Robert oszala³. Zupe³nie jej nie s³ucha³, zacz±³ krzyczeæ.
- Uspokój siê! – Sama zaczê³a wrzeszczeæ. – Pijany jeste¶, do kurwy nêdzy?
- Milenia! Milenka! Spali³a siê! Przepraszam! Ja przepraszam! Nie mog³em nic zrobiæ! Jej skóra… czarna… Bo¿ê, ona spali³a siê na wiór!!!
Go¶ka nie mog³a tego d³u¿ej s³uchaæ. Zebra³a wszystkie si³y, podnios³a mê¿a z pod³ogi i powoli, pilnuj±c, ¿eby siê nie wyrywa³, wyprowadzi³a na taras. Usadzi³a go w bujanym fotelu i gdy zobaczy³a, ¿e nieco siê uspokoi³, wróci³a do ¶rodka. Zadzwoni³a na pogotowie, potem posz³a do kuchni. W szafce, która s³u¿y³a za apteczkê, zaczê³a szukaæ prochów na uspokojenie. Oczywi¶cie, nie znalaz³a. Rzadko ich u¿ywa³.
Nagle us³ysza³a dziwny d¼wiêk. Spodziewa³a siê ich, ale to by³o co¶ nowego. Jakby szuranie.
Bardzo nie chcia³a, ale ruszy³a w poszukiwaniu ¼ród³a. D¼wiêk zdawa³ siê jednak przemieszczaæ. Gdy dosz³a do miejsca, z którego dochodzi³, przesun±³ siê wy¿ej. W kierunku sufitu. Zrozumia³a.
Co¶ rusza³o siê w ¶cianach.
D¼wiêk zanikn±³, ale Go¶ka nie wierzy³a, ¿e to koniec. Ostro¿nie przemie¶ci³a siê w kierunku schodów. Powoli wdrapa³a siê na górê. Gdy znalaz³a siê w korytarzu na piêtrze, d¼wiêk powróci³. Przy³o¿y³a ucho do ¶ciany.
Szuranie, g³o¶ne szuranie. Jakby co¶ przeciska³o siê z trudem w w±skiej przestrzeni.
Wtedy sta³o siê co¶ jeszcze gorszego. Go¶ka ze zgroz± poczu³a, ¿e co¶ j± dotyka. Chcia³a siê odwróciæ, ale kompletnie j± sparali¿owa³o. Czu³a w±skie palce, przesuwaj±ce siê po biodrach. Potem paznokcie wpijaj±ce siê w brzuch. W³osy dotykaj±ce jej szyi. Pachnia³y bzem.
Wreszcie uda³o jej siê wyrwaæ, obróciæ.
Nikogo nie by³o.
Go¶ka da³a krok w przód, jeszcze dwa. Przed sob± mia³a tylko wytapetowan± ¶cianê. Serce jej dudni³o, wydawa³o siê, ¿e zaraz eksploduje w klatce piersiowej. Odwróci³a siê znowu.
Tylko po to, by zobaczyæ widmo.
Sina dziewczyna w bieli, o d³ugich, nitkowatych w³osach. Opada³y jej na oczy, ale Go¶ka dobrze widzia³a nabrzmia³e, pokryte krostami usta zjawy. Z³o¿one w u¶miech. Widmo zaczê³o siê cofaæ, zygzakuj±c, bez ruchu stóp. Wreszcie rozp³ynê³o siê w powietrzu.
Go¶ka nigdy nie bieg³a tak szybko, jak wtedy.
Gdy wydosta³a siê z domu, pad³a na kolana. Tu¿ przed Robertem, rozpartym na fotelu. Gdy zdo³a³a z³apaæ oddech, unie¶æ g³owê do góry, zobaczy³a, ¿e jej m±¿ odlecia³. Spogl±da³ pustymi oczyma w przestrzeñ. Popad³ w jak±¶ katatoniê.
Zazdro¶ci³a mu. Te¿ by tak chcia³a. Przynajmniej nie czu³aby, jak epileptycznie dr¿y ca³e jej cia³o, jak je¿y siê ka¿dy najmniejszy w³osek.
Rozleg³o siê wycie syren ambulansu.
Nie da³a siê zatrzymaæ w szpitalu, wy³ga³a siê z tego mówi±c, ¿e jej stan wynika ze zmartwienia o mê¿a. Dali jej tylko naparstek jakiego¶ oble¶nego lekarstwa na uspokojenie. Nie mia³a odwagi zostaæ przy Robercie. Pozwoli³a, by zajêli siê tym lekarze. Jednak strach nie pozwala³ jej wracaæ. Zadzwoni³a do starszej opiekunki, któr± wynajmowali w razie potrzeby. Poprosi³a, by odebra³a Milenê i zabra³a do siebie. Pozbawiona obaw o dziecko, postanowi³a zrealizowaæ wcze¶niejszy plan.
Wyl±dowa³a w barze.
Nie zwraca³a uwagi na kilku troglodytów, s±cz±cych piwo przy stolikach. Usiad³a przy barze, jak w amerykañskim filmie, i zamówi³a lufkê wódki. Drug±. Trzeci±. Przy czwartej poczu³a, ¿e zwymiotuje. Zamówi³a wiêc wino. Tanie i s³odkie, ale wystarczy³o.
- To dom, prawda? – odezwa³ siê niski g³os.
Mówi³ w±saty barman, dot±d milcz±cy i ponury jak pogrzeb. Patrzy³ na Go¶kê tak, jakby rozumia³, co siê dzieje.
- Co jest nie tak z tym domem? – odpar³a p³aczliwie. – Nikt mi nic nie mówi³. Nikt!
- To dziwne. W okolicy opowie¶ci kr±¿± szybko – stwierdzi³ barman tonem znawcy.
- Mów pan! Duchy, prawda? Na pewno duchy, kochacie takie bajdu³y!
- Ano duchy. Zawsze tam by³y, jeszcze zanim przebudowali i próbowali to sprzedaæ. Ju¿ zaraz po wojnie by³y. Dwie rodziny uciek³y, choæ nie mia³y nawet gdzie. A to pocz±tek.
- Mów! – rozkaza³a.
- By³ taki Stefaniuk. Mia³ ¿onê i dwóch synów, robi³ w pegieerze niedaleko, ale zamieszka³ tu, w tym w³a¶nie domu. Nie minê³y dwa miechy, a zaczê³o z nim siê robiæ co¶ nie tak. Rozpi³ siê, a przy okazji zacz±³ wariowaæ. Opowiada³ kolegom o g³osach, d¼wiêkach, ogólnie takie brednie. Nikt mu nie wierzy³, traktowali go jak pijaka, pewno s³usznie. A z nim coraz gorzej...
- Zwariowa³?
- No. I gorzej. Podpali³ ¿onê. Jak spa³a. Zwêgli³a siê we w³asnym ³ó¿ku. Potem m³odszego syna, zadusi³ zwyczajnie poduszk±. W miêdzyczasie po¿ar siê zrobi³. Ludzie ró¿nie gadaj±, jak dalej siê potoczy³o, ale stra¿ po¿arowa znalaz³a tylko starszego syna, le¿a³ nieprzytomny w tym lasku, co jest po drugiej stronie drogi. Stefaniuk spali³ siê w po¿arze, czê¶æ domu ocala³a, to i odbudowali.
- A dalej?
- Dalej straszy³o. Ka¿dy kto chcia³ mieszkaæ, wynosi³ siê zaraz i nikt go wiêcej nie widzia³, daleko spierdalali. W osiemdziesi±tych nikt nie próbowa³, pusty dom sta³. Dzieci chodzi³y, a potem wraca³y lej±c w gacie. Odpowiada³y o duchu ¿ony Stefaniuka, o¿ywaj±cych ¶cianach, krwi sp³ywaj±cej po oknach. Na pocz±tku lat dziewiêædziesi±tych przebudowali, sprzedali. Rodzina mieszka³a parê lat, ale te¿ ich gdzie¶ wynios³o. Potem ró¿ni kupowali, ale nikt siê nie wprowadza³. Do teraz.
- Czemu nikt mi nic nie powiedzia³?
- W³a¶ciciel poprzedni pewno milczenie kupi³. Tutaj ³atwo, gotówk± nikt nie sra. Inaczej by¶cie nie nabyli, no nie?
Go¶ka przytaknê³a. I zaczê³a piæ wino prosto z butelki.
Wyl±dowa³a w barze.
Nie zwraca³a uwagi na kilku troglodytów, s±cz±cych piwo przy stolikach. Usiad³a przy barze, jak w amerykañskim filmie, i zamówi³a lufkê wódki. Drug±. Trzeci±. Przy czwartej poczu³a, ¿e zwymiotuje. Zamówi³a wiêc wino. Tanie i s³odkie, ale wystarczy³o.
- To dom, prawda? – odezwa³ siê niski g³os.
Mówi³ w±saty barman, dot±d milcz±cy i ponury jak pogrzeb. Patrzy³ na Go¶kê tak, jakby rozumia³, co siê dzieje.
- Co jest nie tak z tym domem? – odpar³a p³aczliwie. – Nikt mi nic nie mówi³. Nikt!
- To dziwne. W okolicy opowie¶ci kr±¿± szybko – stwierdzi³ barman tonem znawcy.
- Mów pan! Duchy, prawda? Na pewno duchy, kochacie takie bajdu³y!
- Ano duchy. Zawsze tam by³y, jeszcze zanim przebudowali i próbowali to sprzedaæ. Ju¿ zaraz po wojnie by³y. Dwie rodziny uciek³y, choæ nie mia³y nawet gdzie. A to pocz±tek.
- Mów! – rozkaza³a.
- By³ taki Stefaniuk. Mia³ ¿onê i dwóch synów, robi³ w pegieerze niedaleko, ale zamieszka³ tu, w tym w³a¶nie domu. Nie minê³y dwa miechy, a zaczê³o z nim siê robiæ co¶ nie tak. Rozpi³ siê, a przy okazji zacz±³ wariowaæ. Opowiada³ kolegom o g³osach, d¼wiêkach, ogólnie takie brednie. Nikt mu nie wierzy³, traktowali go jak pijaka, pewno s³usznie. A z nim coraz gorzej...
- Zwariowa³?
- No. I gorzej. Podpali³ ¿onê. Jak spa³a. Zwêgli³a siê we w³asnym ³ó¿ku. Potem m³odszego syna, zadusi³ zwyczajnie poduszk±. W miêdzyczasie po¿ar siê zrobi³. Ludzie ró¿nie gadaj±, jak dalej siê potoczy³o, ale stra¿ po¿arowa znalaz³a tylko starszego syna, le¿a³ nieprzytomny w tym lasku, co jest po drugiej stronie drogi. Stefaniuk spali³ siê w po¿arze, czê¶æ domu ocala³a, to i odbudowali.
- A dalej?
- Dalej straszy³o. Ka¿dy kto chcia³ mieszkaæ, wynosi³ siê zaraz i nikt go wiêcej nie widzia³, daleko spierdalali. W osiemdziesi±tych nikt nie próbowa³, pusty dom sta³. Dzieci chodzi³y, a potem wraca³y lej±c w gacie. Odpowiada³y o duchu ¿ony Stefaniuka, o¿ywaj±cych ¶cianach, krwi sp³ywaj±cej po oknach. Na pocz±tku lat dziewiêædziesi±tych przebudowali, sprzedali. Rodzina mieszka³a parê lat, ale te¿ ich gdzie¶ wynios³o. Potem ró¿ni kupowali, ale nikt siê nie wprowadza³. Do teraz.
- Czemu nikt mi nic nie powiedzia³?
- W³a¶ciciel poprzedni pewno milczenie kupi³. Tutaj ³atwo, gotówk± nikt nie sra. Inaczej by¶cie nie nabyli, no nie?
Go¶ka przytaknê³a. I zaczê³a piæ wino prosto z butelki.
Wytoczy³a siê z baru, kompletnie pijana. Zataczaj±c siê, ruszy³a do auta. Z³apa³a siê p³otu jedn± rêk±, bo nie trzyma³a równowagi, i sz³a tak powoli, mamrocz±c niesk³adnie. Nawet nie my¶la³a, ¿e nie powinna prowadziæ. W³a¶ciwie, w ogóle nie my¶la³a, przynajmniej w tym osi±gnê³a cel. Na szczê¶cie, zanim zd±¿y³a doj¶æ do samochodu, upad³a. Nie zdo³a³a siê podnie¶æ do pionu, usiad³a rozkraczona pod p³otem. Powieki jej siê klei³y, nadchodzi³ pijacki sen.
Usnê³aby bez w±tpienia, ale w³a¶nie wtedy szaleñstwo postanowi³o powróciæ.
To co¶ wype³z³o z krzaków. Gdy tylko zobaczy³a bia³y, wyró¿niaj±cy siê na tle ciemno¶ci kszta³t, od razu wróci³a cz±stka trze¼wego my¶lenia. Nic dziwnego, zbli¿aj±ca siê istota by³a ca³kowicie nienaturalna i tak ohydna, ¿e jej widok zaalarmowa³by nawet ¶lepego. Mia³a ob³e, d³ugie cia³o, jak robak. Glista. Z jednej strony zakoñczone kulistym, majtaj±cym siê na wszystkie strony wybrzuszeniem, ale bez oczu, bez aparatu gêbowego. Robacze skojarzenie nie pasowa³o do wielu króciutkich odnó¿y, bardziej pasuj±cych do g±sienicy – stworzenie porusza³o siê nawet wzorem larwy motyla. Najgorsze by³y jednak dwie d³ugie, grube wici wyrastaj±ce w po³owie cia³a i skierowane w stronê Go¶ki. Na ich koñcach widzia³a zarys ciemnych, hakowatych szponów.
Istota sz³a po ni±, nie mia³a w±tpliwo¶æ. Nie mia³a jednak si³y wstaæ, a upojenie nie pozwoli³oby jej daleko uciec. Mog³a wiêc tylko czekaæ biernie, a¿ siê dokona, wpatruj±c siê w pokraczn± kreaturê jak w nadchodz±cego anio³a ¶mierci.
Gdy potwór by³ w po³owie drogi przez jezdniê, zatrzyma³ siê. Kulisty organ przesta³ siê ruszaæ, zamar³, wyra¼nie wycelowany w Go¶kê. Stworzenie wyda³o z siebie zgrzytliwy, jakby komputerowo modulowany skrzek, choæ przecie¿ nie mia³o gêby. Hakowate narzêdzia na wiciach unios³y siê wy¿ej.
Gotowa³o siê do skoku. Go¶ka spróbowa³a krzykn±æ, ale z jej ust wydoby³ siê tylko potêpieñczy jêk.
Potwór nie rzuci³ siê na bezbronn± kobietê. Nie zd±¿y³. Co¶ huknê³o od strony szpaleru krzewów i piekielny robak po prostu eksplodowa³. Rozbryzgn±³ siê na miliony strzêpów. Kilka trafi³o w twarz i ubranie Go¶ki. Z przera¿eniem stwierdzi³a, ¿e s± ciek³e i zaczê³y sp³ywaæ po skórze. Spróbowa³a wstaæ i rzeczywi¶cie, zrobi³a to i przesz³a parê kroków, ale zaraz runê³a twarz± w dó³.
Kto¶ podbieg³ i j± z³apa³, uratowa³ przed upadkiem. To ostatnie, co zapamiêta³a.
Usnê³aby bez w±tpienia, ale w³a¶nie wtedy szaleñstwo postanowi³o powróciæ.
To co¶ wype³z³o z krzaków. Gdy tylko zobaczy³a bia³y, wyró¿niaj±cy siê na tle ciemno¶ci kszta³t, od razu wróci³a cz±stka trze¼wego my¶lenia. Nic dziwnego, zbli¿aj±ca siê istota by³a ca³kowicie nienaturalna i tak ohydna, ¿e jej widok zaalarmowa³by nawet ¶lepego. Mia³a ob³e, d³ugie cia³o, jak robak. Glista. Z jednej strony zakoñczone kulistym, majtaj±cym siê na wszystkie strony wybrzuszeniem, ale bez oczu, bez aparatu gêbowego. Robacze skojarzenie nie pasowa³o do wielu króciutkich odnó¿y, bardziej pasuj±cych do g±sienicy – stworzenie porusza³o siê nawet wzorem larwy motyla. Najgorsze by³y jednak dwie d³ugie, grube wici wyrastaj±ce w po³owie cia³a i skierowane w stronê Go¶ki. Na ich koñcach widzia³a zarys ciemnych, hakowatych szponów.
Istota sz³a po ni±, nie mia³a w±tpliwo¶æ. Nie mia³a jednak si³y wstaæ, a upojenie nie pozwoli³oby jej daleko uciec. Mog³a wiêc tylko czekaæ biernie, a¿ siê dokona, wpatruj±c siê w pokraczn± kreaturê jak w nadchodz±cego anio³a ¶mierci.
Gdy potwór by³ w po³owie drogi przez jezdniê, zatrzyma³ siê. Kulisty organ przesta³ siê ruszaæ, zamar³, wyra¼nie wycelowany w Go¶kê. Stworzenie wyda³o z siebie zgrzytliwy, jakby komputerowo modulowany skrzek, choæ przecie¿ nie mia³o gêby. Hakowate narzêdzia na wiciach unios³y siê wy¿ej.
Gotowa³o siê do skoku. Go¶ka spróbowa³a krzykn±æ, ale z jej ust wydoby³ siê tylko potêpieñczy jêk.
Potwór nie rzuci³ siê na bezbronn± kobietê. Nie zd±¿y³. Co¶ huknê³o od strony szpaleru krzewów i piekielny robak po prostu eksplodowa³. Rozbryzgn±³ siê na miliony strzêpów. Kilka trafi³o w twarz i ubranie Go¶ki. Z przera¿eniem stwierdzi³a, ¿e s± ciek³e i zaczê³y sp³ywaæ po skórze. Spróbowa³a wstaæ i rzeczywi¶cie, zrobi³a to i przesz³a parê kroków, ale zaraz runê³a twarz± w dó³.
Kto¶ podbieg³ i j± z³apa³, uratowa³ przed upadkiem. To ostatnie, co zapamiêta³a.
Ocknê³a siê, ale z pocz±tku nie otworzy³a oczu. Od razu poczu³a dojmuj±cy ból g³owy, kacow± s³abo¶æ. Po chwili, ku w³asnemu zdumieniu, stwierdzi³a te¿, ¿e jest naga od pasa w górê. Zerwa³a siê do pozycji siedz±cej, wyci±gnê³a rêkê po zwiniêty u podnó¿a ³ó¿ka koc i zakry³a nim piersi.
Ze strachem pomy¶la³a, ¿e wpad³a z deszczu pod rynnê, z r±k potworów w ³apy jakiego¶ zboczeñca.
Rozejrza³a siê. W ma³ym pokoju nie by³o du¿o mebli, tylko szafa, ³ó¿ko i telewizor. Okno przes³ania³y zas³ony koloru wyp³owia³ego br±zu. Panowa³ pó³mrok i przyjemny, musia³a przyznaæ, ch³odek. Zawinê³a siê dok³adnie w koc i wsta³a. Na rogu szafki, na której sta³ telewizor, wisia³a jej bluzka. Spojrza³a w lewo i w prawo, nikt nie nadchodzi³, wiêc odrzuci³a koc i ubra³a siê czym prêdzej.
W sam± porê. Zaraz otworzy³y siê drzwi wej¶ciowe.
Obróci³a siê i przyjê³a co¶, co w jej mniemaniu by³o postaw± obronn±. Jednak gdy zobaczy³a, kto przyszed³, rêce dos³ownie jej opad³. Takiego zwrotu akcji siê nie spodziewa³a.
Leszek Biela. Entomolog.
- Co pan ze mn± zrobi³!? – wrzasnê³a bez zastanowienia.
- Uratowa³em pani±.
- ¯eby mnie rozbieraæ, tak? Zbok od robali!
- Proszê usi±¶æ, jest pani bardzo roztrzêsiona A co do rozebrania, przepraszam, ale by³a potrzeba. Musia³em sprawdziæ, czy cz³on dosta³ siê do pani cia³a. I kiedy.
- Cz³on?
- Co¶ jak cz³on tasiemca. Wiem, wysoce nieprecyzyjna nazwa. Pamiêta pani istotê z wczoraj, czy by³a pani zbyt nietrze¼wa?
Przypomina³a sobie. Bia³a glista ze szponami. A¿ zadr¿a³a.
- Tak… to pan j± zabi³?
- Tak.
- I co¶ takiego ma… byæ we mnie? – spyta³a, w tym samym czasie cofnê³a siê i usiad³a z powrotem na ³ó¿ku.
- Nie. Znalaz³em ¶lady na plecach, widzi pani, to atakuje skacz±c od ty³u. Zakotwicza siê szponami, wspina do szyi, po czym wpuszcza czê¶æ siebie do ust, do ¶rodka ofiary. Reszta odpada i ucieka, obumrzeæ w bezpiecznym miejscu. Pani mia³a jednego w sobie, fakt, ale zneutralizowa³a.
- Jak?
- Pij±c. By³em w barze, gdy s³ucha³a pani opowie¶ci. Pamiêta pani Stefaniuka, najbardziej znan± ofiarê? On mia³ dobry pomys³. Zapijaæ siê. Alkohol zabija cz³ony, s± wra¿liwe na tê toksynê. Przynajmniej, dopóki nie zakorzeni± siê na dobre w organizmie. Szkoda, ¿e gaz i tak zd±¿y³ doprowadziæ Stefaniuka do utraty zmys³ów.
Go¶ka schowa³a rêce w d³oniach, westchnê³a ciê¿ko.
- Zaraz, jak gaz? Jakie cz³ony? Tu chodzi o duchy, prawda? Mój dom jest nawiedzony, sk±d nagle jakie¶… jakie¶ stwory?
Biela zbli¿y³ siê, ostro¿nie, by jej nie przestraszyæ. Usiad³ na drugim krañcu ³ó¿ka, postawi³ na pod³odze reklamówkê, któr± przyniós³ ze sob±. Wyj±³ butelkê niegazowanej wody, poda³ Go¶ce. Odkrêci³a i pi³a ³apczywie, a on opowiada³, spokojnym i opanowanym g³osem:
- Cz³ony to, jak nazwa wskazuje, czê¶æ wiêkszej istoty. Formuj± siê swobodnie na jej ciele, a potem odrywaj± jako semi-autonomiczny byt, który jednak nadal jest elementem stworzenia. Rozumiesz?
- Tak jakby.
- Cz³ony patroluj± okolicê, w której ¿yje stworzenie. Szperaj± w miejscach, do których nie siêgaj± rozrosty istoty w³a¶ciwej. I potrafi± opêtaæ ludzi. Wchodz± do naszych cia³, podpinaj± siê pod uk³ad nerwowy. Mog± wtedy manipulowaæ zachowaniem ofiary, w delikatny sposób, nie steruj± ni± jak robotem, ale potrafi± wywo³aæ po¿±dany efekt. Potrafi± te¿ wyczytaæ wspomnienia i obawy nosiciela, u¿ywaj± to, ¿eby gaz by³ skuteczny.
- Gaz?
- Opar wypuszczany przez istotê-matkê, w³a¶ciwie te¿ jej cia³o, tylko w gazowej formie. Niesamowite, ale musi pani uwierzyæ. To dyskretniejsza metoda, nie wystawia siê wtedy na widok, mo¿e manipulowaæ z ukrycia. Zaprogramowany na okre¶lone efekty halucynogen, niewykrywalny znanymi nam metodami. Poza jedn±, w±tpliw±. Nie wiem czemu, ale gaz ma zapach, choæ ka¿da osoba czuje inny. To niewinny zapach, pasuj±cy do otoczenia, czêsto wzbudzaj±cy na przyk³ad przyjemne skojarzenia. Przypominaj±cy dzieciñstwo, czy inny radosny okres. Czu³a pani co¶ takiego?
- Bez. Kr±¿y za mn± zapach bzu.
- Nic dziwnego, ¿e nie wyda³ siê podejrzany, prawda? Istota jest sprytna, trzeba przyznaæ.
Go¶ka przekaza³a niemal opró¿nion± butelkê Bieli. Siêgnê³a po swoj± torebkê, któr± znalaz³a obok ³ó¿ka, wyjê³a papierosy. Zapali³a jednego, jej towarzysz nawet nie protestowa³.
- Mam wra¿enie, ¿e nie zacz±³ pan od pocz±tku – powiedzia³a po chwil. – Za³ó¿my, ¿e stworzenie istnieje? Czemu to robi? Ten gaz i tak dalej?
- Mimikra. Udaje nawiedzenie.
- Podszywa siê pod duchy? Nie, proszê wybaczyæ, ju¿ w ogóle nie widzê w tym sensu.
- A czemu motyl udaje osê? Dla bezpieczeñstwa, by odsun±æ zagro¿enie. Widzi pani, je¶li kto¶ odkry³by, ¿e dzia³a ¿ywa, materialna istota, doszed³by do logicznego wniosku. To da siê zabiæ. Co innego z duchem. Na nawiedzenie nie ma ³atwego sposobu. Mamy do czynienia z czym¶, co nie ma cia³a, dawno nie ¿yje. Widma pani nie zastrzeli, nie uszkodzi. Wytwarzanie przekonania o nawiedzeniu pozwala istocie ¿yæ w spokoju i u³atwia po¿ywiane siê.
- Zaraz, co?
- To bêdzie brzmia³o idiotycznie, ale trudno, taki jest stan mojej wiedzy. Lepszego wyja¶nienia nie znam. Kreatura, o której opowiadam, ¿ywi siê emocjami. Strachem i szaleñstwem. Wierzy pani w parapsychologiczne w³a¶ciwo¶ci ludzkiego mózgu?
- Panie Biela, ja w tej chwili we wszystko ju¿ wierzê.
- Nasze emocje, my¶li, zostawiaj± po sobie ¶lad w otoczeniu. Aurê, energiê, zwa³ jak zwa³. Zw³aszcza silne uczucia, traumatyczne prze¿ycia, te szczególnie silnie oddzia³uj±. Stworzenie, które upatrzy³o sobie pani rodzinê na ¿ywicieli, celowo wywo³uje te uczucia, za pomoc± teatrzyku udawanego nawiedzenia, a potem spija je z otoczenia.
- Rzeczywi¶cie, nie brzmi najlepiej, ale chyba musze panu uwierzyæ… Proszê poczekaæ, jak to w ogóle jest w stanie udawaæ duchy?
- Mówi³em, ¿e cz³ony czytaj± z nosiciela. Proste, popkultura. Jak wygl±da³a zjawa, bo widzia³a pani zjawê, prawda?
- Dziewczyna w bieli. D³ugie w³osy opadaj±ce na twarz… o cholera! Jak w japoñskim horrorze!
- Dok³adanie. Ka¿dy objaw fa³szywego nawiedzenia jest stereotypowy, hollywoodzki do cna. Istota wzbogaca klisze z opowie¶ci grozy smaczkiem miejscowym, elementami miejskich legend, tragediami ze wspomnieñ nosiciela. Formatuje dzia³anie gazu zgodnie z oczekiwaniami i fobiami. Oczywi¶cie, w ci±g³ym strachu ofiary nawet siê nie zorientuj±, ¿e to konstrukcja z fikcji.
Zamilk³. Go¶ka mia³a problemy z przetrawieniem nadmiaru informacji, ale te¿ poczu³a, ¿e rozja¶nia jej siê w g³owie. Jakby usystematyzowana wiedza o zjawisku przynios³a nieco ulgi. Nie za du¿o, niewyobra¿alna istota ¿ywi±ca siê emocjami budzi³a mo¿e nawet wiêksze przera¿enie. Ale Biela powiedzia³, ¿e da siê j± zabiæ. A to siê liczy³o.
- Pomogê pani, obiecujê – zapewni³, jakby czyta³ Go¶ce w my¶lach. – Nale¿ê do grupy ludzi, która je¼dzi po ¶wiecie i na w³asn± rêkê usuwa to plugastwo. Ale najpierw musimy zadbaæ o bezpieczeñstwo pani bliskich.
Robert. Milenka. Go¶kê zszokowa³o, jak bardzo d³ugo nie pomy¶la³a o nich nawet przez sekundê. Jak bardzo samolubnie uciek³a od przyt³aczaj±cych j± zjawisk. Biela u¶wiadomi³ jej ponownie, ¿e nie tylko ona jest zagro¿ona.
Ze strachem pomy¶la³a, ¿e wpad³a z deszczu pod rynnê, z r±k potworów w ³apy jakiego¶ zboczeñca.
Rozejrza³a siê. W ma³ym pokoju nie by³o du¿o mebli, tylko szafa, ³ó¿ko i telewizor. Okno przes³ania³y zas³ony koloru wyp³owia³ego br±zu. Panowa³ pó³mrok i przyjemny, musia³a przyznaæ, ch³odek. Zawinê³a siê dok³adnie w koc i wsta³a. Na rogu szafki, na której sta³ telewizor, wisia³a jej bluzka. Spojrza³a w lewo i w prawo, nikt nie nadchodzi³, wiêc odrzuci³a koc i ubra³a siê czym prêdzej.
W sam± porê. Zaraz otworzy³y siê drzwi wej¶ciowe.
Obróci³a siê i przyjê³a co¶, co w jej mniemaniu by³o postaw± obronn±. Jednak gdy zobaczy³a, kto przyszed³, rêce dos³ownie jej opad³. Takiego zwrotu akcji siê nie spodziewa³a.
Leszek Biela. Entomolog.
- Co pan ze mn± zrobi³!? – wrzasnê³a bez zastanowienia.
- Uratowa³em pani±.
- ¯eby mnie rozbieraæ, tak? Zbok od robali!
- Proszê usi±¶æ, jest pani bardzo roztrzêsiona A co do rozebrania, przepraszam, ale by³a potrzeba. Musia³em sprawdziæ, czy cz³on dosta³ siê do pani cia³a. I kiedy.
- Cz³on?
- Co¶ jak cz³on tasiemca. Wiem, wysoce nieprecyzyjna nazwa. Pamiêta pani istotê z wczoraj, czy by³a pani zbyt nietrze¼wa?
Przypomina³a sobie. Bia³a glista ze szponami. A¿ zadr¿a³a.
- Tak… to pan j± zabi³?
- Tak.
- I co¶ takiego ma… byæ we mnie? – spyta³a, w tym samym czasie cofnê³a siê i usiad³a z powrotem na ³ó¿ku.
- Nie. Znalaz³em ¶lady na plecach, widzi pani, to atakuje skacz±c od ty³u. Zakotwicza siê szponami, wspina do szyi, po czym wpuszcza czê¶æ siebie do ust, do ¶rodka ofiary. Reszta odpada i ucieka, obumrzeæ w bezpiecznym miejscu. Pani mia³a jednego w sobie, fakt, ale zneutralizowa³a.
- Jak?
- Pij±c. By³em w barze, gdy s³ucha³a pani opowie¶ci. Pamiêta pani Stefaniuka, najbardziej znan± ofiarê? On mia³ dobry pomys³. Zapijaæ siê. Alkohol zabija cz³ony, s± wra¿liwe na tê toksynê. Przynajmniej, dopóki nie zakorzeni± siê na dobre w organizmie. Szkoda, ¿e gaz i tak zd±¿y³ doprowadziæ Stefaniuka do utraty zmys³ów.
Go¶ka schowa³a rêce w d³oniach, westchnê³a ciê¿ko.
- Zaraz, jak gaz? Jakie cz³ony? Tu chodzi o duchy, prawda? Mój dom jest nawiedzony, sk±d nagle jakie¶… jakie¶ stwory?
Biela zbli¿y³ siê, ostro¿nie, by jej nie przestraszyæ. Usiad³ na drugim krañcu ³ó¿ka, postawi³ na pod³odze reklamówkê, któr± przyniós³ ze sob±. Wyj±³ butelkê niegazowanej wody, poda³ Go¶ce. Odkrêci³a i pi³a ³apczywie, a on opowiada³, spokojnym i opanowanym g³osem:
- Cz³ony to, jak nazwa wskazuje, czê¶æ wiêkszej istoty. Formuj± siê swobodnie na jej ciele, a potem odrywaj± jako semi-autonomiczny byt, który jednak nadal jest elementem stworzenia. Rozumiesz?
- Tak jakby.
- Cz³ony patroluj± okolicê, w której ¿yje stworzenie. Szperaj± w miejscach, do których nie siêgaj± rozrosty istoty w³a¶ciwej. I potrafi± opêtaæ ludzi. Wchodz± do naszych cia³, podpinaj± siê pod uk³ad nerwowy. Mog± wtedy manipulowaæ zachowaniem ofiary, w delikatny sposób, nie steruj± ni± jak robotem, ale potrafi± wywo³aæ po¿±dany efekt. Potrafi± te¿ wyczytaæ wspomnienia i obawy nosiciela, u¿ywaj± to, ¿eby gaz by³ skuteczny.
- Gaz?
- Opar wypuszczany przez istotê-matkê, w³a¶ciwie te¿ jej cia³o, tylko w gazowej formie. Niesamowite, ale musi pani uwierzyæ. To dyskretniejsza metoda, nie wystawia siê wtedy na widok, mo¿e manipulowaæ z ukrycia. Zaprogramowany na okre¶lone efekty halucynogen, niewykrywalny znanymi nam metodami. Poza jedn±, w±tpliw±. Nie wiem czemu, ale gaz ma zapach, choæ ka¿da osoba czuje inny. To niewinny zapach, pasuj±cy do otoczenia, czêsto wzbudzaj±cy na przyk³ad przyjemne skojarzenia. Przypominaj±cy dzieciñstwo, czy inny radosny okres. Czu³a pani co¶ takiego?
- Bez. Kr±¿y za mn± zapach bzu.
- Nic dziwnego, ¿e nie wyda³ siê podejrzany, prawda? Istota jest sprytna, trzeba przyznaæ.
Go¶ka przekaza³a niemal opró¿nion± butelkê Bieli. Siêgnê³a po swoj± torebkê, któr± znalaz³a obok ³ó¿ka, wyjê³a papierosy. Zapali³a jednego, jej towarzysz nawet nie protestowa³.
- Mam wra¿enie, ¿e nie zacz±³ pan od pocz±tku – powiedzia³a po chwil. – Za³ó¿my, ¿e stworzenie istnieje? Czemu to robi? Ten gaz i tak dalej?
- Mimikra. Udaje nawiedzenie.
- Podszywa siê pod duchy? Nie, proszê wybaczyæ, ju¿ w ogóle nie widzê w tym sensu.
- A czemu motyl udaje osê? Dla bezpieczeñstwa, by odsun±æ zagro¿enie. Widzi pani, je¶li kto¶ odkry³by, ¿e dzia³a ¿ywa, materialna istota, doszed³by do logicznego wniosku. To da siê zabiæ. Co innego z duchem. Na nawiedzenie nie ma ³atwego sposobu. Mamy do czynienia z czym¶, co nie ma cia³a, dawno nie ¿yje. Widma pani nie zastrzeli, nie uszkodzi. Wytwarzanie przekonania o nawiedzeniu pozwala istocie ¿yæ w spokoju i u³atwia po¿ywiane siê.
- Zaraz, co?
- To bêdzie brzmia³o idiotycznie, ale trudno, taki jest stan mojej wiedzy. Lepszego wyja¶nienia nie znam. Kreatura, o której opowiadam, ¿ywi siê emocjami. Strachem i szaleñstwem. Wierzy pani w parapsychologiczne w³a¶ciwo¶ci ludzkiego mózgu?
- Panie Biela, ja w tej chwili we wszystko ju¿ wierzê.
- Nasze emocje, my¶li, zostawiaj± po sobie ¶lad w otoczeniu. Aurê, energiê, zwa³ jak zwa³. Zw³aszcza silne uczucia, traumatyczne prze¿ycia, te szczególnie silnie oddzia³uj±. Stworzenie, które upatrzy³o sobie pani rodzinê na ¿ywicieli, celowo wywo³uje te uczucia, za pomoc± teatrzyku udawanego nawiedzenia, a potem spija je z otoczenia.
- Rzeczywi¶cie, nie brzmi najlepiej, ale chyba musze panu uwierzyæ… Proszê poczekaæ, jak to w ogóle jest w stanie udawaæ duchy?
- Mówi³em, ¿e cz³ony czytaj± z nosiciela. Proste, popkultura. Jak wygl±da³a zjawa, bo widzia³a pani zjawê, prawda?
- Dziewczyna w bieli. D³ugie w³osy opadaj±ce na twarz… o cholera! Jak w japoñskim horrorze!
- Dok³adanie. Ka¿dy objaw fa³szywego nawiedzenia jest stereotypowy, hollywoodzki do cna. Istota wzbogaca klisze z opowie¶ci grozy smaczkiem miejscowym, elementami miejskich legend, tragediami ze wspomnieñ nosiciela. Formatuje dzia³anie gazu zgodnie z oczekiwaniami i fobiami. Oczywi¶cie, w ci±g³ym strachu ofiary nawet siê nie zorientuj±, ¿e to konstrukcja z fikcji.
Zamilk³. Go¶ka mia³a problemy z przetrawieniem nadmiaru informacji, ale te¿ poczu³a, ¿e rozja¶nia jej siê w g³owie. Jakby usystematyzowana wiedza o zjawisku przynios³a nieco ulgi. Nie za du¿o, niewyobra¿alna istota ¿ywi±ca siê emocjami budzi³a mo¿e nawet wiêksze przera¿enie. Ale Biela powiedzia³, ¿e da siê j± zabiæ. A to siê liczy³o.
- Pomogê pani, obiecujê – zapewni³, jakby czyta³ Go¶ce w my¶lach. – Nale¿ê do grupy ludzi, która je¼dzi po ¶wiecie i na w³asn± rêkê usuwa to plugastwo. Ale najpierw musimy zadbaæ o bezpieczeñstwo pani bliskich.
Robert. Milenka. Go¶kê zszokowa³o, jak bardzo d³ugo nie pomy¶la³a o nich nawet przez sekundê. Jak bardzo samolubnie uciek³a od przyt³aczaj±cych j± zjawisk. Biela u¶wiadomi³ jej ponownie, ¿e nie tylko ona jest zagro¿ona.
Biela zszed³ siê wymeldowaæ, a Go¶ka wygrzeba³a z torebki komórkê. By³a wy³±czona, ale na szczê¶cie bateria siê nie wyczerpa³a. Dwa nieodebrane po³±czenia od Roberta. Odetchnê³a z ulg±, ¿e m±¿ siê ockn±³. Kilka od pani Stasi, opiekunki Mileny. I parê z nieznanego numeru stacjonarnego.
Szpital, pomy¶la³a trze¼wo i z lêkiem. Natychmiast oddzwoni³a.
- Halo?
- Szpital miejski, w czym mogê pomóc? – Odezwa³ siê kobiecy, zmêczony g³os.
- Moje nazwisko Zdunek Ma³gorzata. Dzwoniono do mnie z tego numeru, mój m±¿ jest u was na obserwacji.
- Proszê chwileczkê poczekaæ.
Przed³u¿aj±ca siê cisza w s³uchawce wydawa³a siê z³owieszcza. I nie bez powodu.
- Przepraszam… nie wiem, jak to pani powiedzieæ, proszê usi±¶æ… dzwoni³ do pani doktor Dêbski. Pani m±¿… pani m±¿ odszed³ tej nocy.
Szpital, pomy¶la³a trze¼wo i z lêkiem. Natychmiast oddzwoni³a.
- Halo?
- Szpital miejski, w czym mogê pomóc? – Odezwa³ siê kobiecy, zmêczony g³os.
- Moje nazwisko Zdunek Ma³gorzata. Dzwoniono do mnie z tego numeru, mój m±¿ jest u was na obserwacji.
- Proszê chwileczkê poczekaæ.
Przed³u¿aj±ca siê cisza w s³uchawce wydawa³a siê z³owieszcza. I nie bez powodu.
- Przepraszam… nie wiem, jak to pani powiedzieæ, proszê usi±¶æ… dzwoni³ do pani doktor Dêbski. Pani m±¿… pani m±¿ odszed³ tej nocy.
Przez ca³± drogê do szpitala Biela nie odezwa³ siê ani s³owem, skupiaj±c siê na prowadzeniu auta Go¶ki. Ona za¶ czu³a siê jak we ¶nie, zupe³nie oderwana od rzeczywisto¶ci, obojêtna wobec wydarzeñ. Raz ju¿ to prze¿ywa³a, gdy umar³ ojciec. Nie s±dzi³a, ¿e nastêpny bêdzie jej w³asny m±¿. To nie mia³o siê zdarzyæ.
Ocknê³a siê dopiero podczas rozmowy z doktorem, gdy Biela, przedstawiony jako brat zmar³ego, spyta³:
- Czy mo¿emy zobaczyæ cia³o?
- Oczywi¶cie, proszê za mn±.
Ruszyli niedo¶wietlonymi korytarzami. Doktor t³umaczy³, ¿e przyczyna ¶mierci jest jeszcze ustalana. Zarz±dzono sekcjê, zw³aszcza, ¿e Robert czu³ siê wieczorem bardzo dobrze, ale nie przyjecha³ jeszcze specjalista, pracuj±cy na pó¼n± zmianê. Wreszcie, gdy znale¼li siê przed nakrytym p³acht± cia³em, w przejmuj±co ch³odnej kostnicy, doktor zamilk³. Ods³oni³ twarz Roberta, blad± i nieruchom±.
- Mo¿e nas pan zostawiæ na chwilê? – spyta³ Biela.
- Oczywi¶cie – odpar³ lekarz.
Gdy doktor opu¶ci³ pomieszczenie, Biela odrzuci³ ca³kowicie p³achtê, ods³aniaj±c nagie cia³o. Go¶ka chcia³a odwróciæ wzrok, ale zmusi³a siê, ¿eby patrzeæ. Biela ostro¿nie i nie bez trudu uniós³ zw³oki, spojrza³ na plecy.
D³ugie ¶lady, jakby po pazurach. Bez w±tpienia po hakowatych szponach glisty.
- Tak jak my¶la³em – mówi³ szeptem. – Zabi³ go cz³on. Chod¼my.
Parê minut pó¼niej siedzieli na krzese³kach w poczekali. Go¶ka szlocha³a. Biela obj±³ j± ramieniem, nie potraktowa³a tego jako naruszenia prywatno¶ci, potrzebowa³a teraz oparcia. Gdy ucich³a trochê, jej towarzysz zacz±³ mówiæ. S³owa przychodzi³y mu z trudem.
- Przepraszam. To moja wina.
Nie zareagowa³a.
- Stworzenie musia³o wyczuæ, ¿e go szukam, ¿e mu zagra¿am. Przyspieszy³o po¿ywianie siê, normalnie mêczy ofiary miesi±cami, ale teraz musia³o siê na¿reæ szybko, na zapas. Czu³o, ¿e mo¿e mieæ problemy. Robert by³ ma³o podatny na dzia³anie gazu. Zbyt racjonalny, jak mówi³a¶. Wiêc istota wys³a³a cz³ony, pozby³a siê marnego ¿ywiciela, by skupiæ siê na lepszym. Na tobie. Przepraszam.
Nie odpowiedzia³a, ale wsta³a. Opar³a siê o ¶cianê, spojrza³a w lewo, w puste korytarze szpitala. Odezwa³a siê w koñcu:
- Milenka. Musimy wywie¼æ st±d Milenkê.
Ocknê³a siê dopiero podczas rozmowy z doktorem, gdy Biela, przedstawiony jako brat zmar³ego, spyta³:
- Czy mo¿emy zobaczyæ cia³o?
- Oczywi¶cie, proszê za mn±.
Ruszyli niedo¶wietlonymi korytarzami. Doktor t³umaczy³, ¿e przyczyna ¶mierci jest jeszcze ustalana. Zarz±dzono sekcjê, zw³aszcza, ¿e Robert czu³ siê wieczorem bardzo dobrze, ale nie przyjecha³ jeszcze specjalista, pracuj±cy na pó¼n± zmianê. Wreszcie, gdy znale¼li siê przed nakrytym p³acht± cia³em, w przejmuj±co ch³odnej kostnicy, doktor zamilk³. Ods³oni³ twarz Roberta, blad± i nieruchom±.
- Mo¿e nas pan zostawiæ na chwilê? – spyta³ Biela.
- Oczywi¶cie – odpar³ lekarz.
Gdy doktor opu¶ci³ pomieszczenie, Biela odrzuci³ ca³kowicie p³achtê, ods³aniaj±c nagie cia³o. Go¶ka chcia³a odwróciæ wzrok, ale zmusi³a siê, ¿eby patrzeæ. Biela ostro¿nie i nie bez trudu uniós³ zw³oki, spojrza³ na plecy.
D³ugie ¶lady, jakby po pazurach. Bez w±tpienia po hakowatych szponach glisty.
- Tak jak my¶la³em – mówi³ szeptem. – Zabi³ go cz³on. Chod¼my.
Parê minut pó¼niej siedzieli na krzese³kach w poczekali. Go¶ka szlocha³a. Biela obj±³ j± ramieniem, nie potraktowa³a tego jako naruszenia prywatno¶ci, potrzebowa³a teraz oparcia. Gdy ucich³a trochê, jej towarzysz zacz±³ mówiæ. S³owa przychodzi³y mu z trudem.
- Przepraszam. To moja wina.
Nie zareagowa³a.
- Stworzenie musia³o wyczuæ, ¿e go szukam, ¿e mu zagra¿am. Przyspieszy³o po¿ywianie siê, normalnie mêczy ofiary miesi±cami, ale teraz musia³o siê na¿reæ szybko, na zapas. Czu³o, ¿e mo¿e mieæ problemy. Robert by³ ma³o podatny na dzia³anie gazu. Zbyt racjonalny, jak mówi³a¶. Wiêc istota wys³a³a cz³ony, pozby³a siê marnego ¿ywiciela, by skupiæ siê na lepszym. Na tobie. Przepraszam.
Nie odpowiedzia³a, ale wsta³a. Opar³a siê o ¶cianê, spojrza³a w lewo, w puste korytarze szpitala. Odezwa³a siê w koñcu:
- Milenka. Musimy wywie¼æ st±d Milenkê.
Pani Stasia wygl±da³a dziwnie. By³a blada jak ¶ciana, usta mia³a spierzchniête, a zmarszczki wyg³adzi³y siê nienaturalnie w paru miejscach. Jej twarz wygl±da³a jak z wosku. I, co gorsza, wydawa³a siê nie poznawaæ Go¶ki.
- Nie rozumiem, co pani mówi, rozumie pani? – odpowiada³a za ka¿dym razem. – Proszê sobie i¶æ!
- Pani Milczewska, proszê… - Go¶ka nie wiedzia³a, jak do niej dotrzeæ.
- Nie zabra³am ¿adnego dzieciaka! Proszê st±d i¶æ! – odpar³a starsza pani i trzasnê³a Go¶ce drzwiami przed nosem. Ta zwinê³a d³oñ w piê¶æ, gotowa dobijaæ siê do drzwi, ale Biela z³apa³ j± za rêkê.
- To na nic. Opêta³y j±, to pewne, nic od niej nie wyci±gniesz – stwierdzi³ stanowczo.
Go¶ka wyrwa³a mu siê i zaczê³a i tak waliæ w drzwi, obiema d³oñmi. Jak najmocniej potrafi³a. A¿ odrapa³a sobie piê¶ci do krwi.
- Gdzie zabra³a¶ moje dziecko!? Ty spróchnia³a suko, oddawaj moj± Milenkê! Zabili mi dziecko!!! – wrzeszcza³a, a raczej wy³a. – To moja wina! Moja! Jak mog³am j± tak zostawiæ, co ze mnie za matka!? Zabili Milenkê!
Biela próbowa³ j± odci±gn±æ, wreszcie mu siê uda³o. Natychmiast pad³a na kolana, zaczê³a p³akaæ, jeszcze bardziej rozpaczliwie, ni¿ po oglêdzinach zw³ok mê¿a. Próbowa³ do niej mówiæ, nie s³ucha³a, wiêc czeka³ a¿ minie atak histerii. Wreszcie, gdy ³zy przesta³y p³yn±æ strugam, a szloch zmieni³ siê w ¿a³osne chlipanie, rzuci³ tylko:
- Ona ¿yje.
Go¶ka wsta³a, spojrza³a mu prosto w oczy. Przygryz³a usta.
- Istota, która ciê gnêbi… ona jest inteligentna, na swój sposób – t³umaczy³. – Zabra³a Milenê, to pewne, ale nie ma powodu jej zabijaæ. U¿yje jej jako zak³adnika. Karty przetargowej. Bêdzie gra³a na twoich emocjach. Bêdzie próbowa³a ciê szanta¿owaæ, je¶li spróbujesz j± wypêdziæ, rozumiesz?
- Tak - odpowiedzia³a cichutko.
- Zniszczymy j±, dzi¶, w nocy. Po to tu przyby³em i nie zamierzam siê poddaæ. Odzyskamy twoj± córkê, obiecujê! Ale musisz mi pomóc, okej?
Przytaknê³a. Co innego mog³a zrobiæ?
- Nie rozumiem, co pani mówi, rozumie pani? – odpowiada³a za ka¿dym razem. – Proszê sobie i¶æ!
- Pani Milczewska, proszê… - Go¶ka nie wiedzia³a, jak do niej dotrzeæ.
- Nie zabra³am ¿adnego dzieciaka! Proszê st±d i¶æ! – odpar³a starsza pani i trzasnê³a Go¶ce drzwiami przed nosem. Ta zwinê³a d³oñ w piê¶æ, gotowa dobijaæ siê do drzwi, ale Biela z³apa³ j± za rêkê.
- To na nic. Opêta³y j±, to pewne, nic od niej nie wyci±gniesz – stwierdzi³ stanowczo.
Go¶ka wyrwa³a mu siê i zaczê³a i tak waliæ w drzwi, obiema d³oñmi. Jak najmocniej potrafi³a. A¿ odrapa³a sobie piê¶ci do krwi.
- Gdzie zabra³a¶ moje dziecko!? Ty spróchnia³a suko, oddawaj moj± Milenkê! Zabili mi dziecko!!! – wrzeszcza³a, a raczej wy³a. – To moja wina! Moja! Jak mog³am j± tak zostawiæ, co ze mnie za matka!? Zabili Milenkê!
Biela próbowa³ j± odci±gn±æ, wreszcie mu siê uda³o. Natychmiast pad³a na kolana, zaczê³a p³akaæ, jeszcze bardziej rozpaczliwie, ni¿ po oglêdzinach zw³ok mê¿a. Próbowa³ do niej mówiæ, nie s³ucha³a, wiêc czeka³ a¿ minie atak histerii. Wreszcie, gdy ³zy przesta³y p³yn±æ strugam, a szloch zmieni³ siê w ¿a³osne chlipanie, rzuci³ tylko:
- Ona ¿yje.
Go¶ka wsta³a, spojrza³a mu prosto w oczy. Przygryz³a usta.
- Istota, która ciê gnêbi… ona jest inteligentna, na swój sposób – t³umaczy³. – Zabra³a Milenê, to pewne, ale nie ma powodu jej zabijaæ. U¿yje jej jako zak³adnika. Karty przetargowej. Bêdzie gra³a na twoich emocjach. Bêdzie próbowa³a ciê szanta¿owaæ, je¶li spróbujesz j± wypêdziæ, rozumiesz?
- Tak - odpowiedzia³a cichutko.
- Zniszczymy j±, dzi¶, w nocy. Po to tu przyby³em i nie zamierzam siê poddaæ. Odzyskamy twoj± córkê, obiecujê! Ale musisz mi pomóc, okej?
Przytaknê³a. Co innego mog³a zrobiæ?
Go¶ka opu¶ci³a miasteczko i ca³y dzieñ spêdzi³a w ukryciu, w mie¶cie. Miota³y ni± ró¿ne my¶li, nie by³a w stanie siê skupiæ, ale przynajmniej stara³a siê. Wiedzia³a, ¿e teraz musi to zakoñczyæ, z pomoc± nieoczekiwanego sprzymierzeñca. Przynajmniej mia³a w nim oparcie, wiedzia³ tyle o tym niewyobra¿alnym stworze, który z jakiego¶ powodu wybra³ sobie rodzinê Go¶ki i zamierza³ j± wykorzystaæ, potem zniszczyæ.
Gdy S³oñce zasz³o, wsiad³a do samochodu i ruszy³a w drogê powrotn±. Umówili siê w opuszczonej stodole na granicy miasteczka, na jego przeciwnym do domu Go¶ki krañcu. Gdy wysiad³a z auta, od razu zauwa¿y³a mokre plamy na ¿wirowej drodze. Przy wej¶ciu le¿a³o parê ³usek po pociskach. Dobrze wiedzia³a, ¿e by³y tu cz³ony.
Biela wyszed³, zanim zd±¿y³a zapukaæ w wielkie drzwi budynku. Musia³ us³yszeæ samochód.
- Jeste¶ ju¿. Jak siê czujesz?
- Sama nie wiem, nie potrafiê ju¿ chyba… Niewa¿ne. Walczy³e¶ z nimi, prawda?
- Szuka³y ciebie. Mieli¶my szczê¶cie, ¿e ¿aden nie wkrad³ siê do twojego auta, dziêki Bogu w dzieñ s± mniej aktywne.
- Jak ludzie tego nie zauwa¿aj±? Przecie¿ tu roi siê od… tego czego¶?
- Korzeñ, g³ówna czê¶æ istoty, tkwi gdzie¶ g³êboko pod ziemi±, ale rozrosty mog± siêgaæ bardzo daleko. Z pewno¶ci± wypuszcza gaz do miasteczka, mówi³a¶, ¿e tam te¿ non stop czu³a¶ zapach bzu. Poza tym, cz³ony mog³y ju¿ opêtaæ wielu miejscowych. Przemawia za tym fakt, ¿e nikt nie powiedzia³ wam o historii domu, nikt nie próbowa³ was ostrzegaæ.
Przypomina³a sobie pana Mariana, jego nag³± ¶mieræ. Nie mog³a zaprzeczyæ.
- Wchod¼, przygotowa³em ju¿ wszystko! – zaprosi³ j±.
Stodo³a by³a niemal pusta, nie licz±c czarnego SUV-a Bieli. Na masce samochodu roz³o¿y³ za¶ sprzêt. Strzelba, ze dwa pistolety i rz±d butelek z wetkniêt± szmatk±. Za paskiem mia³ te¿ spory nó¿ w pokrowcu. Wygl±da³ na gotowego do bitwy i to nieco uspokoi³o Go¶kê.
- Usi±d¼ na tych deskach po prawej, przepraszam, krzese³ nie mia³em czasu skombinowaæ.
- Nie szkodzi – odpar³a. Gdy rozsiad³a siê na tyle wygodnie, na ile siê da³o, skoncentrowa³a uwagê na towarzyszu. Stara³a siê wy³apaæ i zapamiêtaæ ka¿de najdrobniejsze s³ówko. Wiedzia³a, ¿e ka¿de mo¿e pomóc uratowaæ Milenê.
- Bardzo ¼le, ¿e dom przebudowywano praktycznie bez burzenia ¶cian. Wtedy skurwysyn musia³by pozbyæ siê rozrostów. Wszystkie remonty, z tego co mi wiadomo, robiono po tanio¶ci – t³umaczy³ Biela. – Po¿ar w latach siedemdziesi±tych prawie zniszczy³ istotê, ale korzeñ pozosta³ ¿ywy. Gdy na miejscu drewniaka postawili ceglany dom, bestia szybko siê zregenerowa³a, wwierci³a siê w strukturê budynku. Gdyby nie ostatni remont, widzia³aby¶ pêkniêcia na ¶cianach, ¶lady wewnêtrznego ruchu.
- Czyli mo¿e oplataæ ca³o¶æ, to chcesz powiedzieæ?
- Tak. Plan jest taki. Wzi±³em ze sob± m³ot do burzenia. Módlmy siê, ¿eby wystarczy³. Na rozrostach powinny byæ zgrubienia, wêz³y wypuszczaj±ce gaz. Mo¿na przewidzieæ, gdzie siê znajduj±. Musimy je ods³oniæ i przytwierdziæ ³adunki wybuchowe bezpo¶rednio do nich.
- Bomby?
- Wojskowy sprzêt do wysadzania. Nie pytaj sk±d. Mam dosyæ, ¿eby ca³y dom implodowa³. Wybuch inicjowany na pilota, nie musimy siê spieszyæ.
Wyraz twarzy Go¶ki sugerowa³, ¿e pow±tpiewa.
- Zaraz, mówi³e¶, ¿e podczas po¿aru korzeñ nie ucierpia³? – zapyta³a takim g³osem, jakby zwalcza³a podziemne demony od lat. – Sk±d wiesz, ¿e eksplozja co¶ zdzia³a?
- Po¿ar rozprzestrzenia siê wolno. Istota ma czas wycofaæ siê, odseparowaæ rozrosty od reszty cia³a. To niesamowity organizm. Mo¿e siê dowolnie dzieliæ, jego cia³o kurczy siê i rozci±ga w ekspresowym tempie. Na szczê¶cie, ¿eby oderwane elementy prze¿y³y, potrzebna jest blisko¶æ korzenia. Nie ucieknie w kawa³kach. W ka¿dym razie, eksplozja uszkodzi wszystkie rozrosty w jednym momencie. To potrafi odczuwaæ ból. Prze¿yje szok i bêdzie chcia³o uciekaæ, tak nakazuje logika.
- I co wtedy?
- Zniszczymy go. W krótkim czasie nie zd±¿y ukryæ siê g³êbiej, nie wydr±¿y nowych tuneli tak szybko. Ale ma drogê ucieczki, przygotowan± przez cz³ony, to pewne. Taki tunel, którym mo¿e siê przecisn±æ korzeñ, dora¼nie poszerzyæ na si³ê. Bêdzie ucieka³ na powierzchniê.
- Sam mówi³e¶, ¿e istota jest rozro¶niêta. Sk±d wiemy gdzie wyjdzie?
- Znalaz³em jamê w lesie, g³êbok± i dobrze ukryt±. Zbyt w±sk±, ¿ebym sam ni± przecisn±³, ale roi³o siê wokó³ niej od cz³onów. Domy¶lam siê, ¿e to uj¶cie drogi ucieczki.
- Czemu nie nawrzuca³e¶ tam, bo ja wiem, granatów?
- Nie. Je¶li jest cieñ szansy, ¿e istotna czê¶æ korzenia przetrwa³a, wszystko psu na budê. A ja muszê to zabiæ. Nie, tylko wywabienie go na powierzchniê jest pewne.
- Wtedy koktajle Mo³otowa, tak? – spyta³a, wskazuj±c na butelki.
- Bestia bêdzie siê porusza³a ¶lamazarnie poza swoim ¶rodowiskiem. A ogieñ to, przy w³a¶ciwo¶ciach jej cia³a, najlepsza metoda. Przypalimy j±, a¿ zdechnie.
- Nie mamy tego za du¿o.
- Wystarczy. Mam te¿ parê pocisków zapalaj±cych do strzelby. W³a¶nie, umiesz korzystaæ z gnata?
- ¯artujesz. Jestem kur± domow±. Jedyne gnaty, na których siê znam, to takie na których gotuje siê zupê. Ciekawi mnie poza tym jedno. Jak przy tych eksplozjach i podpalaniu mamy zamiar uratowaæ moja córkê? Bo mnie to interesuje najbardziej, wiesz?
- Istota bêdzie j± chroniæ. Wystawi j± na widok, ¿eby odwie¶æ ciê od ataku. Jako¶ j± wtedy przechwycimy, zaufaj mi.
- Staram siê.
Milczeli chwilê. W tym czasie Go¶ka us³ysza³a szuranie i chroboty gdzie¶ na zewn±trz. Cz³ony. Musia³y otaczaæ stodo³ê, mog³y ju¿ przeciskaæ siê do ¶rodka. Biela by³ jednak spokojny, wiêc ona te¿ nie panikowa³a.
Postanowi³a za to zadaæ trudne pytanie.
- Czemu nie interweniowa³e¶ na samym pocz±tku? Rozumiem, ¿e ludzie nie wierz± w potwora pod ziemi±, ale mog³e¶ nas ostrzec, odci±gn±æ, nie wiem. Robert móg³ prze¿yæ.
Biela wyra¼nie spochmurnia³. Spojrza³ jej w twarz i domy¶li³a siê, ¿e spodziewa³ siê tego pytania, choæ nie spieszy³o mu siê do odpowiadania.
- Nie mia³em pojêcia, ¿e kto¶ tu mieszka. Mia³em stare informacje, my¶la³em, ¿e dom stoi pusty. Gdy ciebie zobaczy³em, nie wiedzia³em, co zrobiæ – zacz±³ siê t³umaczyæ. – Musia³em rozpoznaæ teren, przygotowaæ plan, znale¼æ rozwi±zanie. My¶la³em, ¿e istota bêdzie dzia³aæ powoli, nie przewidzia³em, ¿e mnie przejrzy. Zanim siê zorientowa³em, nast±pi³ incydent z Robertem i…
- A nie wykorzystywa³e¶ tego, ¿e potwór bawi siê w nawiedzanie nas, ¿eby spokojnie przygotowaæ siê do walki? – skontrowa³a Go¶ka.
- Mo¿e. Teraz nie ma to ju¿ znaczenia, prawda? – odpar³ bez emocji.
- Prawda.
Co¶ zaczê³o skrobaæ w drewniane ¶ciany stodo³y. Go¶ka przysiêg³aby te¿, ¿e co¶ ³azi wysoko, po belkach pod sufitem. Biela spakowa³ wszystko do auta, chwyci³ strzelbê, zacz±³ obserwowaæ otoczenie.
- Jedziemy. Te paskudztwa nie pozostan± bierne – zadecydowa³.
Gdy S³oñce zasz³o, wsiad³a do samochodu i ruszy³a w drogê powrotn±. Umówili siê w opuszczonej stodole na granicy miasteczka, na jego przeciwnym do domu Go¶ki krañcu. Gdy wysiad³a z auta, od razu zauwa¿y³a mokre plamy na ¿wirowej drodze. Przy wej¶ciu le¿a³o parê ³usek po pociskach. Dobrze wiedzia³a, ¿e by³y tu cz³ony.
Biela wyszed³, zanim zd±¿y³a zapukaæ w wielkie drzwi budynku. Musia³ us³yszeæ samochód.
- Jeste¶ ju¿. Jak siê czujesz?
- Sama nie wiem, nie potrafiê ju¿ chyba… Niewa¿ne. Walczy³e¶ z nimi, prawda?
- Szuka³y ciebie. Mieli¶my szczê¶cie, ¿e ¿aden nie wkrad³ siê do twojego auta, dziêki Bogu w dzieñ s± mniej aktywne.
- Jak ludzie tego nie zauwa¿aj±? Przecie¿ tu roi siê od… tego czego¶?
- Korzeñ, g³ówna czê¶æ istoty, tkwi gdzie¶ g³êboko pod ziemi±, ale rozrosty mog± siêgaæ bardzo daleko. Z pewno¶ci± wypuszcza gaz do miasteczka, mówi³a¶, ¿e tam te¿ non stop czu³a¶ zapach bzu. Poza tym, cz³ony mog³y ju¿ opêtaæ wielu miejscowych. Przemawia za tym fakt, ¿e nikt nie powiedzia³ wam o historii domu, nikt nie próbowa³ was ostrzegaæ.
Przypomina³a sobie pana Mariana, jego nag³± ¶mieræ. Nie mog³a zaprzeczyæ.
- Wchod¼, przygotowa³em ju¿ wszystko! – zaprosi³ j±.
Stodo³a by³a niemal pusta, nie licz±c czarnego SUV-a Bieli. Na masce samochodu roz³o¿y³ za¶ sprzêt. Strzelba, ze dwa pistolety i rz±d butelek z wetkniêt± szmatk±. Za paskiem mia³ te¿ spory nó¿ w pokrowcu. Wygl±da³ na gotowego do bitwy i to nieco uspokoi³o Go¶kê.
- Usi±d¼ na tych deskach po prawej, przepraszam, krzese³ nie mia³em czasu skombinowaæ.
- Nie szkodzi – odpar³a. Gdy rozsiad³a siê na tyle wygodnie, na ile siê da³o, skoncentrowa³a uwagê na towarzyszu. Stara³a siê wy³apaæ i zapamiêtaæ ka¿de najdrobniejsze s³ówko. Wiedzia³a, ¿e ka¿de mo¿e pomóc uratowaæ Milenê.
- Bardzo ¼le, ¿e dom przebudowywano praktycznie bez burzenia ¶cian. Wtedy skurwysyn musia³by pozbyæ siê rozrostów. Wszystkie remonty, z tego co mi wiadomo, robiono po tanio¶ci – t³umaczy³ Biela. – Po¿ar w latach siedemdziesi±tych prawie zniszczy³ istotê, ale korzeñ pozosta³ ¿ywy. Gdy na miejscu drewniaka postawili ceglany dom, bestia szybko siê zregenerowa³a, wwierci³a siê w strukturê budynku. Gdyby nie ostatni remont, widzia³aby¶ pêkniêcia na ¶cianach, ¶lady wewnêtrznego ruchu.
- Czyli mo¿e oplataæ ca³o¶æ, to chcesz powiedzieæ?
- Tak. Plan jest taki. Wzi±³em ze sob± m³ot do burzenia. Módlmy siê, ¿eby wystarczy³. Na rozrostach powinny byæ zgrubienia, wêz³y wypuszczaj±ce gaz. Mo¿na przewidzieæ, gdzie siê znajduj±. Musimy je ods³oniæ i przytwierdziæ ³adunki wybuchowe bezpo¶rednio do nich.
- Bomby?
- Wojskowy sprzêt do wysadzania. Nie pytaj sk±d. Mam dosyæ, ¿eby ca³y dom implodowa³. Wybuch inicjowany na pilota, nie musimy siê spieszyæ.
Wyraz twarzy Go¶ki sugerowa³, ¿e pow±tpiewa.
- Zaraz, mówi³e¶, ¿e podczas po¿aru korzeñ nie ucierpia³? – zapyta³a takim g³osem, jakby zwalcza³a podziemne demony od lat. – Sk±d wiesz, ¿e eksplozja co¶ zdzia³a?
- Po¿ar rozprzestrzenia siê wolno. Istota ma czas wycofaæ siê, odseparowaæ rozrosty od reszty cia³a. To niesamowity organizm. Mo¿e siê dowolnie dzieliæ, jego cia³o kurczy siê i rozci±ga w ekspresowym tempie. Na szczê¶cie, ¿eby oderwane elementy prze¿y³y, potrzebna jest blisko¶æ korzenia. Nie ucieknie w kawa³kach. W ka¿dym razie, eksplozja uszkodzi wszystkie rozrosty w jednym momencie. To potrafi odczuwaæ ból. Prze¿yje szok i bêdzie chcia³o uciekaæ, tak nakazuje logika.
- I co wtedy?
- Zniszczymy go. W krótkim czasie nie zd±¿y ukryæ siê g³êbiej, nie wydr±¿y nowych tuneli tak szybko. Ale ma drogê ucieczki, przygotowan± przez cz³ony, to pewne. Taki tunel, którym mo¿e siê przecisn±æ korzeñ, dora¼nie poszerzyæ na si³ê. Bêdzie ucieka³ na powierzchniê.
- Sam mówi³e¶, ¿e istota jest rozro¶niêta. Sk±d wiemy gdzie wyjdzie?
- Znalaz³em jamê w lesie, g³êbok± i dobrze ukryt±. Zbyt w±sk±, ¿ebym sam ni± przecisn±³, ale roi³o siê wokó³ niej od cz³onów. Domy¶lam siê, ¿e to uj¶cie drogi ucieczki.
- Czemu nie nawrzuca³e¶ tam, bo ja wiem, granatów?
- Nie. Je¶li jest cieñ szansy, ¿e istotna czê¶æ korzenia przetrwa³a, wszystko psu na budê. A ja muszê to zabiæ. Nie, tylko wywabienie go na powierzchniê jest pewne.
- Wtedy koktajle Mo³otowa, tak? – spyta³a, wskazuj±c na butelki.
- Bestia bêdzie siê porusza³a ¶lamazarnie poza swoim ¶rodowiskiem. A ogieñ to, przy w³a¶ciwo¶ciach jej cia³a, najlepsza metoda. Przypalimy j±, a¿ zdechnie.
- Nie mamy tego za du¿o.
- Wystarczy. Mam te¿ parê pocisków zapalaj±cych do strzelby. W³a¶nie, umiesz korzystaæ z gnata?
- ¯artujesz. Jestem kur± domow±. Jedyne gnaty, na których siê znam, to takie na których gotuje siê zupê. Ciekawi mnie poza tym jedno. Jak przy tych eksplozjach i podpalaniu mamy zamiar uratowaæ moja córkê? Bo mnie to interesuje najbardziej, wiesz?
- Istota bêdzie j± chroniæ. Wystawi j± na widok, ¿eby odwie¶æ ciê od ataku. Jako¶ j± wtedy przechwycimy, zaufaj mi.
- Staram siê.
Milczeli chwilê. W tym czasie Go¶ka us³ysza³a szuranie i chroboty gdzie¶ na zewn±trz. Cz³ony. Musia³y otaczaæ stodo³ê, mog³y ju¿ przeciskaæ siê do ¶rodka. Biela by³ jednak spokojny, wiêc ona te¿ nie panikowa³a.
Postanowi³a za to zadaæ trudne pytanie.
- Czemu nie interweniowa³e¶ na samym pocz±tku? Rozumiem, ¿e ludzie nie wierz± w potwora pod ziemi±, ale mog³e¶ nas ostrzec, odci±gn±æ, nie wiem. Robert móg³ prze¿yæ.
Biela wyra¼nie spochmurnia³. Spojrza³ jej w twarz i domy¶li³a siê, ¿e spodziewa³ siê tego pytania, choæ nie spieszy³o mu siê do odpowiadania.
- Nie mia³em pojêcia, ¿e kto¶ tu mieszka. Mia³em stare informacje, my¶la³em, ¿e dom stoi pusty. Gdy ciebie zobaczy³em, nie wiedzia³em, co zrobiæ – zacz±³ siê t³umaczyæ. – Musia³em rozpoznaæ teren, przygotowaæ plan, znale¼æ rozwi±zanie. My¶la³em, ¿e istota bêdzie dzia³aæ powoli, nie przewidzia³em, ¿e mnie przejrzy. Zanim siê zorientowa³em, nast±pi³ incydent z Robertem i…
- A nie wykorzystywa³e¶ tego, ¿e potwór bawi siê w nawiedzanie nas, ¿eby spokojnie przygotowaæ siê do walki? – skontrowa³a Go¶ka.
- Mo¿e. Teraz nie ma to ju¿ znaczenia, prawda? – odpar³ bez emocji.
- Prawda.
Co¶ zaczê³o skrobaæ w drewniane ¶ciany stodo³y. Go¶ka przysiêg³aby te¿, ¿e co¶ ³azi wysoko, po belkach pod sufitem. Biela spakowa³ wszystko do auta, chwyci³ strzelbê, zacz±³ obserwowaæ otoczenie.
- Jedziemy. Te paskudztwa nie pozostan± bierne – zadecydowa³.
Ju¿ na drodze od szopy do szosy rozjechali kilka pokracznych stworzeñ. Mimo ha³asu silnika, Go¶ce wydawa³o siê, ¿e s³yszy jak rozchlapuj± siê pod ko³ami. Jedno chyba wskoczy³o na dach, s³yszeli g³o¶ne stukniêcie, ale widaæ nie utrzyma³o równowagi, bo nic dalej siê nie dzia³o. Zasunêli szyby. ¯eby nic siê nie dosta³o i poniewa¿ Go¶ce wydawa³o siê, ¿e czuæ zapach bzu. Wjechali do miasteczka. Ulice puste, nawet meneli nie minêli po drodze. Jakby wszyscy pod¶wiadomie, lub pod wp³ywem gazu, zamknêli siê w domach, oczekuj±c na fina³ starcia dwóch niemal przypadkowych osób z ukrytym z³em. Samochodu nie próbowa³y te¿ atakowaæ cz³ony, ani tym bardziej opêtani ludzie.
- Niedobrze – skomentowa³ stan rzeczy Biela. – Cholerstwo koncentruje si³y na obronie swojego le¿a… twojego domu.
Dojechali wreszcie na miejsce. Biela wjecha³ na pobocze i zaparkowa³ w trawach pod lasem, w bezpiecznej odleg³o¶ci od domu. Ten, nieo¶wietlony i porzucony, wydawa³ siê a¿ promieniowaæ groz±, jak prawdziwy nawiedzony dwór. Wysiedli z samochodu, stanêli w pewnej odleg³o¶ci, szukaj±c wzrokiem ma³ych paskudztw. Nie znale¼li. By³o wyj±tkowo cicho. Biela spakowa³ ³adunki do plecaka, przypi±³ do niego strzelbê i ¶cisn±³ mocno rêkoje¶æ sporego m³ota. Spojrza³ na towarzyszkê.
- Jeszcze dwie sprawy – zacz±³. – Po pierwsze, pozby³a¶ siê paso¿yta, ale nadal jeste¶ podatna na gaz. W schowku jest maska z filtrem, za³ó¿ j±. Nie spodziewaj siê jednak, ¿e du¿o pomo¿e. Mo¿esz mieæ wizje, halucynacje, reaguj na wszelkie niepokoj±ce symptomy i na choæby najl¿ejsz± bzow± woñ.
- Okej. A ty? Nie bierzesz maski?
- Mam tylko jedn±. Poradzê sobie.
- A druga sprawa?
- W najgorszym razie mo¿e zwaliæ siê tu ca³a okolica. Ludzie. Opêtani, ale ludzie. Bêdziemy musieli dzia³aæ szybko, równie prêdko uciekaæ, a mo¿e i zabijaæ. Jeste¶ gotowa na to?
- Gotowa w takim stopniu, jak na polowanie na dziwaczne monstrum udaj±ce duchy. – Nie mog³a siê powstrzymaæ od sarkastycznych uwag.
- Dobra, ruszamy. Trzy cztery.
Go¶ka przypali³a benzynow± zapalniczk± Bieli prowizoryczn± pochodniê. Ogieñ powinien odstraszaæ mniejsze paskudztwa. Potem zaczêli biec. Po tarasie spacerowa³o kilka cz³onów, ale rozpierzch³y siê, gdy tylko zjawili siê ludzie. Drzwi by³y otwarte. Zapali³a ¶wiat³a, na szczê¶cie dzia³a³y, choæ upiornie mruga³y. Biela wszed³ przodem, Go¶ka stanê³a w progu i odwróci³a siê w stronê ogrodu, machaj±c pochodni±. Us³ysza³a za sob± wystrza³, potem drugi. Wtedy wbieg³a za towarzyszem. Okaza³o siê, ¿e rozwali³ dwa dorodne okazy glistopodobnych istot, panosz±ce siê w salonie. Zaraz potem po³o¿y³ broñ na kanapie, podniós³ porzucony m³ot i podszed³ do ¶ciany dziel±cej ten pokój od sypialni dla go¶ci. Zamachn±³ siê i uderzy³ m³otem, huk by³ niesamowity. Z sufitu spad³y okruchy. Uderzy³ jeszcze raz, a¿ ¶ciana popêka³a w tym miejscu. Zacz±³ wyjmowaæ obluzowane kawa³ki pokruszonej ceg³y. Go¶ka podesz³a bli¿ej, by zobaczyæ, co ods³oni³.
Twarz Roberta. Za ¶cian± by³a twarz jej mê¿a, z ustami z³o¿onymi w szyderczy u¶miech.
Nie krzyknê³a, bo czu³a ulotne strzêpki zapachu bzu, nawet przez maseczkê. Wiedzia³a, ¿e zaczynaj± siê omamy. I rzeczywi¶cie, gdy skupi³a siê, zobaczy³a, ¿e nie ma tam ludzkiej g³owy. Zamiast tego widzia³a gruby, bia³y zwój. Wielko¶ci orzecha kokosowego, ale sp³aszczony. Na powierzchni co¶ w rodzaju szpary, z której s±czy³a siê gêsta, mlecznobia³a ciecz. Skroplony gaz, tak jej siê wydawa³o. Wêze³ s³u¿±cy bestii do zatruwania domowników.
Biela postawi³ plecak na ziemi, wyj±³ jeden z wybuchowych pakunków i przyklei³ do paskudnego organu. W tym samym momencie Go¶ka us³ysza³a kroki na górze. Odruchowo spojrza³a na sufit.
- Gaz! – ostrzeg³ Biela. – Nie reaguj!
Za³o¿y³ plecak, wzi±³ m³ot i przeszli przez pokój do przej¶cia prowadz±cego do gara¿u. Go¶ka widzia³a, jak po ¶cianie przemkn±³ cz³on, ale zignorowa³a swój w³asny strach. Póki nie atakowa³y, nie powinna ich niepokoiæ. Biela pokaza³ rêk±, ¿eby siê zatrzyma³a. Po³o¿y³ m³ot przy ¶cianie. Ostro¿nie, powolutku otworzy³ drzwi do gara¿u. W ¶rodku by³o ciemno, w³±cznik ¶wiat³a nie dzia³a³. Go¶ka przybli¿y³a pochodniê
.
W gara¿u roi³o siê od cz³onów. Pe³za³y po pod³o¿u, po pó³ka, po aucie Roberta.
Biela zamkn±³ drzwi.
- Daj mi pochodniê i leæ po strzelbê. Huk wystrza³u powinien je rozgoniæ.
Pos³ucha³a. Wbieg³a do salonu, dopad³a broñ na kanapie. Chwyci³a j± i wtedy zauwa¿y³a, ¿e drzwi na zewn±trz s± otwarte. Wiedzia³a, ¿e to mo¿e byæ podstêp. Mimo to ruszy³a powoli w tamt± stronê. Gdy by³a parê kroków od progu, w drzwiach ukaza³a siê kobieca sylwetka. Widmo z japoñskich dreszczowców. Wyci±gnê³o d³oñ w kierunku Go¶ki, wskaza³o j± chudym palcem. Ze ¶cian zaczê³o dobiegaæ g³o¶ne szuranie. To przemieszcza³y siê rozrosty bestii, oble¶ne macki oplataj±ce dom od wewn±trz. Widmo nie rusza³o siê. Go¶ka te¿ zamar³a, potem da³a krok do ty³u. Wtedy zjawa odrzuci³a swoje d³ugie w³osy z twarzy, ukazuj±c roze¶miane i zakrwawione oblicze Roberta.
Go¶ka nie wytrzyma³a. Wystrzeli³a, odrzut broni prawie wybi³ jej rêkê z ramienia.
Widmo oczywi¶cie zniknê³o. Go¶ka przeklina³a swoj± s³abo¶æ, a zaraz us³ysza³a g³os Bieli:
- Co siê kurwa dziejê?
- Gaz! Lecê do ciebie!
Gdy dobieg³a do gara¿owych drzwi, zobaczy³a, ¿e Biela opiera siê o nie plecami, powstrzymuj±c napór istot. Wrêczy³a mu strzelbê, a on przekaza³ jej pochodniê. Bez s³owa prze³adowa³ broñ.
- Odsuñ siê! – krzykn±³.
Odbieg³a na bezpieczny dystans. Biela odskoczy³ od drzwi, obróci³ siê b³yskawicznie i wystrzeli³ w sk³êbion± masê okropnych stworzeñ. Pocisk jarzy³ siê jasno, Biela musia³ za³adowaæ smugow± amunicjê. Trafi³ w centrum skupiska istot i podpali³ jedn± z nich. To wystarczy³o, ¿eby porzuci³y próby ataku i rzuci³y siê do ucieczki w k±ty gara¿u.
- Czy¶ciej nie bêdzie! Wbiegam tam, zostawiam ³adunek! – poinformowa³. – Musimy siê spieszyæ. We¼ jeden pakunek i obok kratki wentylacji w ³azience na piêtrze. Tam bêdzie wêze³!
- Sk±d wiesz?
- Tam mia³a¶ pierwszy kontakt! Leæ!
Opu¶ci³a go i ruszy³a wykonaæ polecenie. Wbieg³a na schody, by³a tak zmêczona, ¿e niemal potknê³a siê przez nieuwagê. Na szczê¶cie dotar³a na górê bez szwanku. Korytarz by³ pusty i ciemny. Przy¶wiecaj±c sobie przygasaj±c± pochodni±, odnalaz³a w³±cznik ¶wiat³a. Wtedy us³ysza³a znajome stukania i odleg³e krzyki. Protesty nieistniej±cego ducha. Stara³a siê nie s³uchaæ. Sz³a szybkim krokiem w kierunku drzwi do ³azienki.
Otoczy³a j± intensywna woñ ciemnych kwiatów.
- Ma³gosiu! Ma³goniu! – Zza pleców nawo³ywa³ znajomy g³os.
Odwróci³a siê. Po przeciwnej stronie korytarza, przy schodach, sta³ jej zmar³y nie tak dawno ojciec. Jego twarz nie zdradza³a ¶ladu walki z rakiem, by³a pulchna i ogorza³a. U¶miecha³ siê. Wyci±ga³ do niej rêce. Za nim by³o tylko ¶wiat³o, jasne, niebiañskie. Wydawa³o siê jej, ¿e dostrzega w jego blasku upragnione sylwetki Roberta i Milenki.
- Ciebie nie ma! – krzyknê³a. – Was tu nie ma! To tylko bez!
Ojciec wykrzywi³ usta, potem otworzy³ szeroko w grymasie przera¿enia. Ca³ym jego cia³em wstrz±snê³y drgawki. Z ust wystrzeli³a chuda, blada rêka kobiety. Macha³a palcami, jakby próbowa³a z³apaæ powietrze. ¦ciany po lewej i po prawej zaczê³y pêkaæ, ukazuj±c ci±gn±ce siê przez ca³± d³ugo¶æ korytarza, pokryte bia³± ciecz± wici. Twarz ojca rozszerzy³a siê, napuch³a i eksplodowa³a w krwawych strzêpach. Zjawa wysz³a z cia³a ojca, zrzucaj±c je jak p³aszcz. U¶miechnê³a siê potwornie.
Go¶ka obróci³a siê i rzuci³a do ucieczki.
Dopad³a drzwi ³azienki, otworzy³a i zatrzasnê³a za sob±. Zerwa³a maskê z twarzy, ju¿ nie pomaga³a, a wrêcz utrudnia³a oddychanie. Spojrza³a na scianê. Kratka wentylacji by³a za wysoko dla niej. Przysunê³a wiadro od mopa, przewróci³a do góry nogami. Mia³a nadziejê, ¿e plastik nie pêknie za szybko, w koñcu nie by³a gruba. Odetchnê³a i unios³a pakunek do góry. W chwili, gdy przylepi³a ³adunek, kratka wystrzeli³a jej prosto w twarz. Wiadro z³ama³o siê, wygas³a pochodnia wypad³a z rêki, a Go¶ka wyl±dowa³a na zimnej pod³odze. Z otworu wentylacji wynurzy³a siê d³uga macka, zakoñczona kulistym czym¶, jak u cz³onów. Zaraz pe³z³a po kafelkach ku bezbronnej Go¶ce.
Kobieta siêgnê³a ku upuszczonej pochodni i wsta³a, kieruj±c koniec patyka w stronê ohydnej kuli. Na szczê¶cie, zwêglona koñcówka by³a jeszcze gor±ca. Bole¶nie oparzone paskudztwo wycofa³o siê do wentylacji.
Go¶ka wsta³a z pod³ogi, wybieg³a na korytarz. Zjawy nie by³o. Albo bestia siê poddawa³a, albo zbiera³a si³y na kolejny pokaz.
W salonie znalaz³a Bielê. Sta³ przy zburzonym kominku. U jego stóp le¿a³o kilka g±sienicowatych truche³, zmia¿d¿onych m³otem. Ten trzyma³ oparty o pod³o¿e, drug± rêk± ³apa³ siê za pier¶. Biela nie wygl±da³ dobrze.
- Co ci jest? Zrani³y ciê?
- Nie – odpowiedzia³, a w jego g³osie s³ysza³a ból. – Jestem po prostu ju¿ trochê za stary. Zmêczy³em siê. Ale mam dobre wie¶ci.
- Jakie?
- W kominie znalaz³em przero¶niêty wêze³. Bestia przyzwyczai³a siê do braku lokatorów, ¿e umo¶ci³a siê w tak oczywistym miejscu. Nikt od lat nie pali³ w piecu, wygodnie tam jej…
- Nie mów tyle.
- Przyczepi³em do niego trzy ³adunki. Wici siê cofaj±, ale zabior± ze sob±. Chod¼. Musimy wysadziæ cha³upê jak najszybciej! – powiedzia³, po czym upu¶ci³ ju¿ niepotrzebny m³ot.
- Wezmê strzelbê! – zaproponowa³a.
Wybiegli z domu, a zza pleców s³yszeli odg³osy rozrywania ¶cian przez wici potwora szukaj±ce drogi ucieczki. Przedostali siê przez ogród, omijaj±c wype³zaj±ce z krzaków cz³ony. Szybko znale¼li siê za bram±, przebiegli drogê.
W trawie roi³o siê od ma³ych paskudztw.
- Cholera! – krzykn±³ Biela. – Biegnij jak najszybciej!
Przestrzeñ miêdzy jezdni± a autem przesadzili niemal w podskokach. Jeden ze stworów wskoczy³ na plecy Bieli, ale ten zrzuci³ go b³yskawicznie rêk±. Inny dos³ownie wyskoczy³ w górê tu¿ przed Go¶k±, ale zareagowa³a wyj±tkowo sprawnie. Uderzy³a go strzelb±, odrzucaj±c w trawê. Gdy dobiegali do ciemnego kszta³tu samochodu, szpon której¶ z istot chlasn±³ jej nogê tu¿ nad kostk±. Nabuzowana adrenalin± nie odczu³a nawet bólu.
- Do auta! – krzykn±³.
Zamknêli siê w SUV-ie, Biela natychmiast przekrêci³ kluczyk w stacyjce. Poda³ Go¶ce detonator.
- Naci¶nij przycisk!
W momencie, gdy samochód ruszy³ rozje¿d¿aj±c napieraj±ce potwory, wdusi³a guzik. Blask eksplozji roz¶wietli³ na chwilê noc.
- Niedobrze – skomentowa³ stan rzeczy Biela. – Cholerstwo koncentruje si³y na obronie swojego le¿a… twojego domu.
Dojechali wreszcie na miejsce. Biela wjecha³ na pobocze i zaparkowa³ w trawach pod lasem, w bezpiecznej odleg³o¶ci od domu. Ten, nieo¶wietlony i porzucony, wydawa³ siê a¿ promieniowaæ groz±, jak prawdziwy nawiedzony dwór. Wysiedli z samochodu, stanêli w pewnej odleg³o¶ci, szukaj±c wzrokiem ma³ych paskudztw. Nie znale¼li. By³o wyj±tkowo cicho. Biela spakowa³ ³adunki do plecaka, przypi±³ do niego strzelbê i ¶cisn±³ mocno rêkoje¶æ sporego m³ota. Spojrza³ na towarzyszkê.
- Jeszcze dwie sprawy – zacz±³. – Po pierwsze, pozby³a¶ siê paso¿yta, ale nadal jeste¶ podatna na gaz. W schowku jest maska z filtrem, za³ó¿ j±. Nie spodziewaj siê jednak, ¿e du¿o pomo¿e. Mo¿esz mieæ wizje, halucynacje, reaguj na wszelkie niepokoj±ce symptomy i na choæby najl¿ejsz± bzow± woñ.
- Okej. A ty? Nie bierzesz maski?
- Mam tylko jedn±. Poradzê sobie.
- A druga sprawa?
- W najgorszym razie mo¿e zwaliæ siê tu ca³a okolica. Ludzie. Opêtani, ale ludzie. Bêdziemy musieli dzia³aæ szybko, równie prêdko uciekaæ, a mo¿e i zabijaæ. Jeste¶ gotowa na to?
- Gotowa w takim stopniu, jak na polowanie na dziwaczne monstrum udaj±ce duchy. – Nie mog³a siê powstrzymaæ od sarkastycznych uwag.
- Dobra, ruszamy. Trzy cztery.
Go¶ka przypali³a benzynow± zapalniczk± Bieli prowizoryczn± pochodniê. Ogieñ powinien odstraszaæ mniejsze paskudztwa. Potem zaczêli biec. Po tarasie spacerowa³o kilka cz³onów, ale rozpierzch³y siê, gdy tylko zjawili siê ludzie. Drzwi by³y otwarte. Zapali³a ¶wiat³a, na szczê¶cie dzia³a³y, choæ upiornie mruga³y. Biela wszed³ przodem, Go¶ka stanê³a w progu i odwróci³a siê w stronê ogrodu, machaj±c pochodni±. Us³ysza³a za sob± wystrza³, potem drugi. Wtedy wbieg³a za towarzyszem. Okaza³o siê, ¿e rozwali³ dwa dorodne okazy glistopodobnych istot, panosz±ce siê w salonie. Zaraz potem po³o¿y³ broñ na kanapie, podniós³ porzucony m³ot i podszed³ do ¶ciany dziel±cej ten pokój od sypialni dla go¶ci. Zamachn±³ siê i uderzy³ m³otem, huk by³ niesamowity. Z sufitu spad³y okruchy. Uderzy³ jeszcze raz, a¿ ¶ciana popêka³a w tym miejscu. Zacz±³ wyjmowaæ obluzowane kawa³ki pokruszonej ceg³y. Go¶ka podesz³a bli¿ej, by zobaczyæ, co ods³oni³.
Twarz Roberta. Za ¶cian± by³a twarz jej mê¿a, z ustami z³o¿onymi w szyderczy u¶miech.
Nie krzyknê³a, bo czu³a ulotne strzêpki zapachu bzu, nawet przez maseczkê. Wiedzia³a, ¿e zaczynaj± siê omamy. I rzeczywi¶cie, gdy skupi³a siê, zobaczy³a, ¿e nie ma tam ludzkiej g³owy. Zamiast tego widzia³a gruby, bia³y zwój. Wielko¶ci orzecha kokosowego, ale sp³aszczony. Na powierzchni co¶ w rodzaju szpary, z której s±czy³a siê gêsta, mlecznobia³a ciecz. Skroplony gaz, tak jej siê wydawa³o. Wêze³ s³u¿±cy bestii do zatruwania domowników.
Biela postawi³ plecak na ziemi, wyj±³ jeden z wybuchowych pakunków i przyklei³ do paskudnego organu. W tym samym momencie Go¶ka us³ysza³a kroki na górze. Odruchowo spojrza³a na sufit.
- Gaz! – ostrzeg³ Biela. – Nie reaguj!
Za³o¿y³ plecak, wzi±³ m³ot i przeszli przez pokój do przej¶cia prowadz±cego do gara¿u. Go¶ka widzia³a, jak po ¶cianie przemkn±³ cz³on, ale zignorowa³a swój w³asny strach. Póki nie atakowa³y, nie powinna ich niepokoiæ. Biela pokaza³ rêk±, ¿eby siê zatrzyma³a. Po³o¿y³ m³ot przy ¶cianie. Ostro¿nie, powolutku otworzy³ drzwi do gara¿u. W ¶rodku by³o ciemno, w³±cznik ¶wiat³a nie dzia³a³. Go¶ka przybli¿y³a pochodniê
.
W gara¿u roi³o siê od cz³onów. Pe³za³y po pod³o¿u, po pó³ka, po aucie Roberta.
Biela zamkn±³ drzwi.
- Daj mi pochodniê i leæ po strzelbê. Huk wystrza³u powinien je rozgoniæ.
Pos³ucha³a. Wbieg³a do salonu, dopad³a broñ na kanapie. Chwyci³a j± i wtedy zauwa¿y³a, ¿e drzwi na zewn±trz s± otwarte. Wiedzia³a, ¿e to mo¿e byæ podstêp. Mimo to ruszy³a powoli w tamt± stronê. Gdy by³a parê kroków od progu, w drzwiach ukaza³a siê kobieca sylwetka. Widmo z japoñskich dreszczowców. Wyci±gnê³o d³oñ w kierunku Go¶ki, wskaza³o j± chudym palcem. Ze ¶cian zaczê³o dobiegaæ g³o¶ne szuranie. To przemieszcza³y siê rozrosty bestii, oble¶ne macki oplataj±ce dom od wewn±trz. Widmo nie rusza³o siê. Go¶ka te¿ zamar³a, potem da³a krok do ty³u. Wtedy zjawa odrzuci³a swoje d³ugie w³osy z twarzy, ukazuj±c roze¶miane i zakrwawione oblicze Roberta.
Go¶ka nie wytrzyma³a. Wystrzeli³a, odrzut broni prawie wybi³ jej rêkê z ramienia.
Widmo oczywi¶cie zniknê³o. Go¶ka przeklina³a swoj± s³abo¶æ, a zaraz us³ysza³a g³os Bieli:
- Co siê kurwa dziejê?
- Gaz! Lecê do ciebie!
Gdy dobieg³a do gara¿owych drzwi, zobaczy³a, ¿e Biela opiera siê o nie plecami, powstrzymuj±c napór istot. Wrêczy³a mu strzelbê, a on przekaza³ jej pochodniê. Bez s³owa prze³adowa³ broñ.
- Odsuñ siê! – krzykn±³.
Odbieg³a na bezpieczny dystans. Biela odskoczy³ od drzwi, obróci³ siê b³yskawicznie i wystrzeli³ w sk³êbion± masê okropnych stworzeñ. Pocisk jarzy³ siê jasno, Biela musia³ za³adowaæ smugow± amunicjê. Trafi³ w centrum skupiska istot i podpali³ jedn± z nich. To wystarczy³o, ¿eby porzuci³y próby ataku i rzuci³y siê do ucieczki w k±ty gara¿u.
- Czy¶ciej nie bêdzie! Wbiegam tam, zostawiam ³adunek! – poinformowa³. – Musimy siê spieszyæ. We¼ jeden pakunek i obok kratki wentylacji w ³azience na piêtrze. Tam bêdzie wêze³!
- Sk±d wiesz?
- Tam mia³a¶ pierwszy kontakt! Leæ!
Opu¶ci³a go i ruszy³a wykonaæ polecenie. Wbieg³a na schody, by³a tak zmêczona, ¿e niemal potknê³a siê przez nieuwagê. Na szczê¶cie dotar³a na górê bez szwanku. Korytarz by³ pusty i ciemny. Przy¶wiecaj±c sobie przygasaj±c± pochodni±, odnalaz³a w³±cznik ¶wiat³a. Wtedy us³ysza³a znajome stukania i odleg³e krzyki. Protesty nieistniej±cego ducha. Stara³a siê nie s³uchaæ. Sz³a szybkim krokiem w kierunku drzwi do ³azienki.
Otoczy³a j± intensywna woñ ciemnych kwiatów.
- Ma³gosiu! Ma³goniu! – Zza pleców nawo³ywa³ znajomy g³os.
Odwróci³a siê. Po przeciwnej stronie korytarza, przy schodach, sta³ jej zmar³y nie tak dawno ojciec. Jego twarz nie zdradza³a ¶ladu walki z rakiem, by³a pulchna i ogorza³a. U¶miecha³ siê. Wyci±ga³ do niej rêce. Za nim by³o tylko ¶wiat³o, jasne, niebiañskie. Wydawa³o siê jej, ¿e dostrzega w jego blasku upragnione sylwetki Roberta i Milenki.
- Ciebie nie ma! – krzyknê³a. – Was tu nie ma! To tylko bez!
Ojciec wykrzywi³ usta, potem otworzy³ szeroko w grymasie przera¿enia. Ca³ym jego cia³em wstrz±snê³y drgawki. Z ust wystrzeli³a chuda, blada rêka kobiety. Macha³a palcami, jakby próbowa³a z³apaæ powietrze. ¦ciany po lewej i po prawej zaczê³y pêkaæ, ukazuj±c ci±gn±ce siê przez ca³± d³ugo¶æ korytarza, pokryte bia³± ciecz± wici. Twarz ojca rozszerzy³a siê, napuch³a i eksplodowa³a w krwawych strzêpach. Zjawa wysz³a z cia³a ojca, zrzucaj±c je jak p³aszcz. U¶miechnê³a siê potwornie.
Go¶ka obróci³a siê i rzuci³a do ucieczki.
Dopad³a drzwi ³azienki, otworzy³a i zatrzasnê³a za sob±. Zerwa³a maskê z twarzy, ju¿ nie pomaga³a, a wrêcz utrudnia³a oddychanie. Spojrza³a na scianê. Kratka wentylacji by³a za wysoko dla niej. Przysunê³a wiadro od mopa, przewróci³a do góry nogami. Mia³a nadziejê, ¿e plastik nie pêknie za szybko, w koñcu nie by³a gruba. Odetchnê³a i unios³a pakunek do góry. W chwili, gdy przylepi³a ³adunek, kratka wystrzeli³a jej prosto w twarz. Wiadro z³ama³o siê, wygas³a pochodnia wypad³a z rêki, a Go¶ka wyl±dowa³a na zimnej pod³odze. Z otworu wentylacji wynurzy³a siê d³uga macka, zakoñczona kulistym czym¶, jak u cz³onów. Zaraz pe³z³a po kafelkach ku bezbronnej Go¶ce.
Kobieta siêgnê³a ku upuszczonej pochodni i wsta³a, kieruj±c koniec patyka w stronê ohydnej kuli. Na szczê¶cie, zwêglona koñcówka by³a jeszcze gor±ca. Bole¶nie oparzone paskudztwo wycofa³o siê do wentylacji.
Go¶ka wsta³a z pod³ogi, wybieg³a na korytarz. Zjawy nie by³o. Albo bestia siê poddawa³a, albo zbiera³a si³y na kolejny pokaz.
W salonie znalaz³a Bielê. Sta³ przy zburzonym kominku. U jego stóp le¿a³o kilka g±sienicowatych truche³, zmia¿d¿onych m³otem. Ten trzyma³ oparty o pod³o¿e, drug± rêk± ³apa³ siê za pier¶. Biela nie wygl±da³ dobrze.
- Co ci jest? Zrani³y ciê?
- Nie – odpowiedzia³, a w jego g³osie s³ysza³a ból. – Jestem po prostu ju¿ trochê za stary. Zmêczy³em siê. Ale mam dobre wie¶ci.
- Jakie?
- W kominie znalaz³em przero¶niêty wêze³. Bestia przyzwyczai³a siê do braku lokatorów, ¿e umo¶ci³a siê w tak oczywistym miejscu. Nikt od lat nie pali³ w piecu, wygodnie tam jej…
- Nie mów tyle.
- Przyczepi³em do niego trzy ³adunki. Wici siê cofaj±, ale zabior± ze sob±. Chod¼. Musimy wysadziæ cha³upê jak najszybciej! – powiedzia³, po czym upu¶ci³ ju¿ niepotrzebny m³ot.
- Wezmê strzelbê! – zaproponowa³a.
Wybiegli z domu, a zza pleców s³yszeli odg³osy rozrywania ¶cian przez wici potwora szukaj±ce drogi ucieczki. Przedostali siê przez ogród, omijaj±c wype³zaj±ce z krzaków cz³ony. Szybko znale¼li siê za bram±, przebiegli drogê.
W trawie roi³o siê od ma³ych paskudztw.
- Cholera! – krzykn±³ Biela. – Biegnij jak najszybciej!
Przestrzeñ miêdzy jezdni± a autem przesadzili niemal w podskokach. Jeden ze stworów wskoczy³ na plecy Bieli, ale ten zrzuci³ go b³yskawicznie rêk±. Inny dos³ownie wyskoczy³ w górê tu¿ przed Go¶k±, ale zareagowa³a wyj±tkowo sprawnie. Uderzy³a go strzelb±, odrzucaj±c w trawê. Gdy dobiegali do ciemnego kszta³tu samochodu, szpon której¶ z istot chlasn±³ jej nogê tu¿ nad kostk±. Nabuzowana adrenalin± nie odczu³a nawet bólu.
- Do auta! – krzykn±³.
Zamknêli siê w SUV-ie, Biela natychmiast przekrêci³ kluczyk w stacyjce. Poda³ Go¶ce detonator.
- Naci¶nij przycisk!
W momencie, gdy samochód ruszy³ rozje¿d¿aj±c napieraj±ce potwory, wdusi³a guzik. Blask eksplozji roz¶wietli³ na chwilê noc.
Jechali na prze³aj, skrajem lasu. Go¶ka czu³a jednak, ¿e co¶ jest nie tak. Spojrza³a na Bielê z panik± wymalowan± na twarzy.
- Wstrz±sy! – krzykn±³. – Bestia siê wynurza!
Spojrza³a w prawo. Rzeczywi¶cie, w lesie co¶ siê dzia³o. Nagle runê³o jedno z drzew, upadaj±c z³ama³o ros³± sosnê. Go¶ce wydawa³o siê, ¿e widzi jak±¶ blad± powierzchniê, skryt± za ros³ymi pniami.
- Musimy min±æ las! Przetniemy skurwielowi drogê na krajowej!
Teraz widzia³a ju¿ lepiej korzeñ, w ca³ej jego nienaturalnej okaza³o¶ci. Ogromny, pulsuj±cy i ci±gle faluj±cy zwa³ bia³ego, pokrytego ¶luzem miêsa. Nie by³a w stanie oceniæ, na ile by³ masywny, ale ³ama³ drzewa jak zapa³ki. Z ka¿dej strony stwora wyrasta³y setki wypustek. Nowe cz³ony, odrywaj±ce siê od macierzy nawet teraz, gdy potwór sun±³ przez las ratowaæ swoje plugawe ¿ycie.
Nie potrzebowa³a iluzji zrodzonych z gazu, ¿eby siê baæ. Takie co¶ powinno nigdy nie zjawiaæ siê na powierzchni Ziemi.
Wyprzedzili wolniej poruszaj±c± siê istotê i zaraz wyjechali na szerok±, choæ pust± o tej porze trasê. Biela skrêci³ gwa³townie w prawo. Przejecha³ kilkana¶cie metrów dalej, po czym zjecha³ na pobocze i zatrzyma³ siê tu¿ przed rozleg³ym polem uprawnym.
- Bierz pakunek z Mo³otowami!
Wysz³a z auta. Wziê³a z tylnego siedzenia zawini±tko z butelkami, przewiesi³a sobie przez ramiê. Wyjê³a z kieszeni spodni zapalniczkê benzynow±. Czu³a siê gotowa. Cokolwiek mia³o siê zdarzyæ, nadszed³ czas. Biela wyj±³ z samochodu swoje zawini±tko, a tak¿e strzelbê. Za³adowa³ pociski zapalaj±ce.
Ziemia lekko dr¿a³a. W lesie ³ama³y siê kolejne drzewa.
- Dobrze rzucasz? – spyta³ nagle Biela.
- W liceum lubi³am koszykówkê. Dam radê. Wypatruj lepiej Mileny.
Nie odpowiedzia³. Usta mia³ zaci¶niête, wzrok skupiony na granicy lasu.
Z³o nadchodzi³o.
Bestia objawi³a siê w pe³nej krasie, w oprawie huku upadaj±cych drzew i ³amanych ga³êzi. Nie by³a tak wielka, jak mog³o siê wydawaæ, choæ i tak jej rozmiary by³y przyt³aczaj±ce. Najgorsze by³o to, ¿e wydawa³a siê nie mieæ konkretnego kszta³tu, rozlewa³a siê na wszystkie strony. Go¶ka nie by³a nawet w stanie okre¶liæ, czy potwór porusza siê na jakich¶ odnó¿ach, czy po prostu pe³za w ich kierunku. Setki doczepionych do cielska cz³onów wi³y siê, majta³y siê na wszystkie strony, rozpaczliwie próbuj±c siê uwolniæ. Na szczê¶cie widzia³a te¿ du¿e, s±cz±ce litry cieczy wyrwy w strukturze bestii. Rany po eksplozji.
Niestety, nie przynios³o to nadziei. Bowiem z przedniej czê¶ci stwora wyros³a w mgnieniu oka gruba koñczyna, ze znanym kszta³tem na koñcu. Tylko tym razem kula by³a prze¼roczysta.
W ¶rodku by³a Milenka.
- Nie szar¿uj! – krzykn±³ Biela. – Nie panikuj!
Pos³ucha³a, chocia¿ serce nakazywa³o jej nie patrzeæ na okoliczno¶ci i ruszyæ na ratunek córce. Bestia wznowi³a ruch, ale jej ludzcy przeciwnicy nie atakowali. Czekali, a¿ wtoczy siê na ciemny asfalt. Gdy w koñcu to zrobi³a, Biela przypali³ szmatê w jednej z butelek i rzuci³ daleko, prosto w cia³o bestii. Go¶ka wziê³a z niego przyk³ad. Gdy Mo³otowy uderzy³y w potwora, ten wyda³ z siebie przera¼liwy wrzask, nieopisywalny d¼wiêk wyra¿aj±cy ból. Nie czekali, a¿ istota siê otrz±¶nie. Rzucali kolejne ogniste pociski. Bestia znów przesta³a siê poruszaæ, za to jej cia³o zaczê³o falowaæ. Czê¶æ cz³onów wetkniêtych w plechowaty grzbiet stwora zajê³a siê ¿ywym ogniem.
Przez chwilê Go¶ka poczu³a, ¿e mog± wygraæ. Bezpodstawnie.
Koñczyna utrzymuj±ca kulê z Milen± nagle wystrzeli³a wysoko w górê. A¿ ponad korony drzew. Zrobi³a siê przy tym du¿o cieñsza. Niebezpiecznie cienka.
Potwór chcia³ zrzuciæ córkê Go¶ki z wysoko¶ci.
- Leszek! – krzyknê³a rozpaczliwie kobieta i odwróci³a siê w stronê towarzysza.
Lecz z nim dzia³o siê co¶ przera¿aj±cego. Pad³ na kolana i trzyma³ siê za brzuch. Z jego ust i uszu wy³ania³y siê blade macki, zakoñczone nie do koñca uformowanymi kulami. Ocieka³y krwi± i bia³aw± ciecz±. Koszulka na plecach Bieli by³a poszarpana, z dziur wyrasta³y ob³e wypustki, wij±ce siê w poszukiwaniu nie wiadomo czego.
Straci³a go. By³a sama.
- Kurewska gnida! Pierdolona przero¶niêta glista!!! – krzyknê³a w desperacji. – Oddaj mi moj± córkê!
Podbieg³a do Bieli. Ten wyci±gn±³ rêce w jej stronê, chcia³ j± schwytaæ, wiêc kopnê³a go w brzuch. Upad³ plecami na grunt. Go¶ka podnios³a z ziemi strzelbê. Nie my¶la³a nawet co robi, robi³a wszystko automatycznie. Zawiesi³a broñ na ramieniu, podpali³a szmatê w ostatniej z butelek i rozpoczê³a straceñcz± szar¿ê w stronê bestii. Gdy dobiega³a do jej cia³a, omijaj±c rzucaj±ce siê w mêczarniach, obumieraj±ce cz³ony, rzuci³a koktajl. Dok³adnie w podstawê macki, która utrzymywa³a kulê. Postawi³a wszystko na jedn± kartê, nie wiedzia³a, jak± reakcjê podpowie potworowi instynkt.
Mia³a szczê¶cie.
Koñczyna wycofa³a siê, wch³aniana w ogromn± masê stwora. Teraz by³ czas na ostateczny cios. Go¶ka podbieg³a jak najbli¿ej, widz±c, ¿e kula z Milen± sunie z ogromn± prêdko¶ci± do wnêtrza stwora. Wycelowa³a i wystrzeli³a pocisk smugowy. Mniej wiêcej w miejsce, gdzie koñczy³a siê macka, a zaczyna³a kula. Osi±gnê³a po¿±dany efekt. Sfera, w której znajdowa³a siê jej nieprzytomna córka, oderwa³a siê od cielska i wrêcz delikatnie opad³a na ziemiê, odturla³a siê zaraz na bok. Bestia wyda³a z siebie przera¼liwy, przesycony cierpieniem odg³os i Go¶ka wiedzia³a, czu³a ca³± sob±, ¿e to znak agonii.
- Wygra³am. Naprawdê kurwa wygra³am – wyszepta³a.
W tej samej chwili ostre haki szponów wpi³y siê w jej plecy. Straci³a przytomno¶æ.
- Wstrz±sy! – krzykn±³. – Bestia siê wynurza!
Spojrza³a w prawo. Rzeczywi¶cie, w lesie co¶ siê dzia³o. Nagle runê³o jedno z drzew, upadaj±c z³ama³o ros³± sosnê. Go¶ce wydawa³o siê, ¿e widzi jak±¶ blad± powierzchniê, skryt± za ros³ymi pniami.
- Musimy min±æ las! Przetniemy skurwielowi drogê na krajowej!
Teraz widzia³a ju¿ lepiej korzeñ, w ca³ej jego nienaturalnej okaza³o¶ci. Ogromny, pulsuj±cy i ci±gle faluj±cy zwa³ bia³ego, pokrytego ¶luzem miêsa. Nie by³a w stanie oceniæ, na ile by³ masywny, ale ³ama³ drzewa jak zapa³ki. Z ka¿dej strony stwora wyrasta³y setki wypustek. Nowe cz³ony, odrywaj±ce siê od macierzy nawet teraz, gdy potwór sun±³ przez las ratowaæ swoje plugawe ¿ycie.
Nie potrzebowa³a iluzji zrodzonych z gazu, ¿eby siê baæ. Takie co¶ powinno nigdy nie zjawiaæ siê na powierzchni Ziemi.
Wyprzedzili wolniej poruszaj±c± siê istotê i zaraz wyjechali na szerok±, choæ pust± o tej porze trasê. Biela skrêci³ gwa³townie w prawo. Przejecha³ kilkana¶cie metrów dalej, po czym zjecha³ na pobocze i zatrzyma³ siê tu¿ przed rozleg³ym polem uprawnym.
- Bierz pakunek z Mo³otowami!
Wysz³a z auta. Wziê³a z tylnego siedzenia zawini±tko z butelkami, przewiesi³a sobie przez ramiê. Wyjê³a z kieszeni spodni zapalniczkê benzynow±. Czu³a siê gotowa. Cokolwiek mia³o siê zdarzyæ, nadszed³ czas. Biela wyj±³ z samochodu swoje zawini±tko, a tak¿e strzelbê. Za³adowa³ pociski zapalaj±ce.
Ziemia lekko dr¿a³a. W lesie ³ama³y siê kolejne drzewa.
- Dobrze rzucasz? – spyta³ nagle Biela.
- W liceum lubi³am koszykówkê. Dam radê. Wypatruj lepiej Mileny.
Nie odpowiedzia³. Usta mia³ zaci¶niête, wzrok skupiony na granicy lasu.
Z³o nadchodzi³o.
Bestia objawi³a siê w pe³nej krasie, w oprawie huku upadaj±cych drzew i ³amanych ga³êzi. Nie by³a tak wielka, jak mog³o siê wydawaæ, choæ i tak jej rozmiary by³y przyt³aczaj±ce. Najgorsze by³o to, ¿e wydawa³a siê nie mieæ konkretnego kszta³tu, rozlewa³a siê na wszystkie strony. Go¶ka nie by³a nawet w stanie okre¶liæ, czy potwór porusza siê na jakich¶ odnó¿ach, czy po prostu pe³za w ich kierunku. Setki doczepionych do cielska cz³onów wi³y siê, majta³y siê na wszystkie strony, rozpaczliwie próbuj±c siê uwolniæ. Na szczê¶cie widzia³a te¿ du¿e, s±cz±ce litry cieczy wyrwy w strukturze bestii. Rany po eksplozji.
Niestety, nie przynios³o to nadziei. Bowiem z przedniej czê¶ci stwora wyros³a w mgnieniu oka gruba koñczyna, ze znanym kszta³tem na koñcu. Tylko tym razem kula by³a prze¼roczysta.
W ¶rodku by³a Milenka.
- Nie szar¿uj! – krzykn±³ Biela. – Nie panikuj!
Pos³ucha³a, chocia¿ serce nakazywa³o jej nie patrzeæ na okoliczno¶ci i ruszyæ na ratunek córce. Bestia wznowi³a ruch, ale jej ludzcy przeciwnicy nie atakowali. Czekali, a¿ wtoczy siê na ciemny asfalt. Gdy w koñcu to zrobi³a, Biela przypali³ szmatê w jednej z butelek i rzuci³ daleko, prosto w cia³o bestii. Go¶ka wziê³a z niego przyk³ad. Gdy Mo³otowy uderzy³y w potwora, ten wyda³ z siebie przera¼liwy wrzask, nieopisywalny d¼wiêk wyra¿aj±cy ból. Nie czekali, a¿ istota siê otrz±¶nie. Rzucali kolejne ogniste pociski. Bestia znów przesta³a siê poruszaæ, za to jej cia³o zaczê³o falowaæ. Czê¶æ cz³onów wetkniêtych w plechowaty grzbiet stwora zajê³a siê ¿ywym ogniem.
Przez chwilê Go¶ka poczu³a, ¿e mog± wygraæ. Bezpodstawnie.
Koñczyna utrzymuj±ca kulê z Milen± nagle wystrzeli³a wysoko w górê. A¿ ponad korony drzew. Zrobi³a siê przy tym du¿o cieñsza. Niebezpiecznie cienka.
Potwór chcia³ zrzuciæ córkê Go¶ki z wysoko¶ci.
- Leszek! – krzyknê³a rozpaczliwie kobieta i odwróci³a siê w stronê towarzysza.
Lecz z nim dzia³o siê co¶ przera¿aj±cego. Pad³ na kolana i trzyma³ siê za brzuch. Z jego ust i uszu wy³ania³y siê blade macki, zakoñczone nie do koñca uformowanymi kulami. Ocieka³y krwi± i bia³aw± ciecz±. Koszulka na plecach Bieli by³a poszarpana, z dziur wyrasta³y ob³e wypustki, wij±ce siê w poszukiwaniu nie wiadomo czego.
Straci³a go. By³a sama.
- Kurewska gnida! Pierdolona przero¶niêta glista!!! – krzyknê³a w desperacji. – Oddaj mi moj± córkê!
Podbieg³a do Bieli. Ten wyci±gn±³ rêce w jej stronê, chcia³ j± schwytaæ, wiêc kopnê³a go w brzuch. Upad³ plecami na grunt. Go¶ka podnios³a z ziemi strzelbê. Nie my¶la³a nawet co robi, robi³a wszystko automatycznie. Zawiesi³a broñ na ramieniu, podpali³a szmatê w ostatniej z butelek i rozpoczê³a straceñcz± szar¿ê w stronê bestii. Gdy dobiega³a do jej cia³a, omijaj±c rzucaj±ce siê w mêczarniach, obumieraj±ce cz³ony, rzuci³a koktajl. Dok³adnie w podstawê macki, która utrzymywa³a kulê. Postawi³a wszystko na jedn± kartê, nie wiedzia³a, jak± reakcjê podpowie potworowi instynkt.
Mia³a szczê¶cie.
Koñczyna wycofa³a siê, wch³aniana w ogromn± masê stwora. Teraz by³ czas na ostateczny cios. Go¶ka podbieg³a jak najbli¿ej, widz±c, ¿e kula z Milen± sunie z ogromn± prêdko¶ci± do wnêtrza stwora. Wycelowa³a i wystrzeli³a pocisk smugowy. Mniej wiêcej w miejsce, gdzie koñczy³a siê macka, a zaczyna³a kula. Osi±gnê³a po¿±dany efekt. Sfera, w której znajdowa³a siê jej nieprzytomna córka, oderwa³a siê od cielska i wrêcz delikatnie opad³a na ziemiê, odturla³a siê zaraz na bok. Bestia wyda³a z siebie przera¼liwy, przesycony cierpieniem odg³os i Go¶ka wiedzia³a, czu³a ca³± sob±, ¿e to znak agonii.
- Wygra³am. Naprawdê kurwa wygra³am – wyszepta³a.
W tej samej chwili ostre haki szponów wpi³y siê w jej plecy. Straci³a przytomno¶æ.
Go¶ka obudzi³a siê i od razu poczu³a przera¼liwy ból ca³ego cia³a. Ze zdziwieniem stwierdzi³a, ¿e jest we w³asnym samochodzie, na fotelu pasa¿era. Zorientowa³a siê te¿te¿, ¿e kto¶ obwi±za³ j± banda¿ami na brzuchu i plecach. Spróbowa³a siê ruszyæ. To wywo³a³o now± falê bólu, ale wiedzia³a przynajmniej, ¿e nie z³ama³a ¿adnej koñczyny. Otworzy³a drzwi auta i wyturla³a siê dos³ownie na p³ytê przydro¿nego parkingu.
Przed sob± mia³a stacjê benzynow±, któr± zwykle mija³a, gdy z Robertem jecha³a do miasta.
Ruszy³a przed siebie, otêpia³a. Wygrzeba³a portfel w kieszeni spodni, o dziwo by³ na miejscu. Sprzedawca na Orlenie nie zdziwi³ siê, widz±c pobrudzon± kobietê. By³ zbyt zmêczony, by zauwa¿aæ takie szczegó³y, jak krew na ubraniu czy pustka w oczach klientki, tyra³ ca³± noc. Poprosi³a o papierosy, rzuci³a na ladê pieni±dze. Poda³ paczkê, a ona chwyci³a j± kurczowo i natychmiast wysz³a, zanim ch³opaczek zdo³a³ przemy¶leæ zdarzenie.
Wróci³a do auta, usiad³a na masce i zapali³a papierosa. Potem drugiego. I nastêpnego.
Wtedy otrz±snê³a siê na tyle, ¿eby zorientowaæ siê, czego jej brakuje. A raczej kogo.
- Milena! – wrzasnê³a.
Wsiad³a do auta, próbuj±c u³o¿yæ galopuj±ce w g³owie my¶li. Bieli co¶ siê sta³o. Zosta³ opêtany. Zabi³a potwora. Uratowa³a dziecko. Czemu znalaz³a siê na stacji? Gdzie by³a Milenka? Kto j± tu przywióz³? Nie mog³a znale¼æ odpowiedzi na pytania, ale by³a pewna, ¿e ma je jedna osoba.
Leszek Biela. Zdradzi³ j± i ukrad³ jej dziecko.
Pêdzi³a na z³amanie karku, zwolni³a dopiero, jak znalaz³a siê w miasteczku. Rozgl±da³a siê w poszukiwaniu towarzysza, a teraz prawdopodobnie potwora. Ulice by³y puste, jak wczoraj, z jedn± ró¿nic±. Okolica by³a us³ana martwymi lub wij±cymi siê w bólu cz³onami, pozbawionymi swojego korzenia, nie bêd±cymi w stanie funkcjonowaæ bez niego. Pod sklepem widzia³a Nowaka, menela zwykle chlaj±cego winiarze ca³e dnie. Wymiotowa³, ale nie zwyczajn± mieszank± tre¶ci ¿o³±dkowej. Zwraca³ rozpuszczaj±ce siê, pokryte krwi± kawa³ki jednej z mniejszych kreatur. Zrozumia³a, ¿e wszystkich opêtanych czeka teraz taka trauma. Mia³a nadziejê, ¿e prze¿yj±.
Nie da³a jednak strasznym widokom odwróciæ w³asnej uwagi od jedynego, najwa¿niejszego celu.
Skrêci³a w ulicê wiod±c± do jej nieistniej±cego ju¿ nowego domu i zaraz zahamowa³a gwa³townie, a¿ dym polecia³ spod opon. ¦rodkiem drogi szed³ Biela. Poturbowany, ku¶tykaj±cy, ale trzymaj±cy w rêku strzelbê. Nie zauwa¿y³ jej z pocz±tku, by³ zajêty strzelaniem, zapewnie do nielicznych cz³onów, które jeszcze grasowa³y po miasteczku. Ale zaraz stan±³ jak wryty. Wysiad³a z samochodu i rzuci³a siê do biegu, nie my¶l±c nawet o tym, ¿e nie ma broni. Ale Biela po³o¿y³ strzelbê na asfalcie.
Zbli¿y³a siê do niego na kilka kroków.
- Gdzie jest Milena? – spyta³a, wrêcz piszcz±c.
- Ma³gosiu… - zacz±³.
- Gdzie jest moje dziecko!? Mów!!!
- Ja przepraszam. Ja… ja wykorzysta³em ciê ponownie. My¶la³em, ¿e wp³yw gazu zniknie do rana, ale… proszê…
Walnê³a go piê¶ci± w twarz, z ca³ej si³y.
Nie broni³ siê. Wygl±da³, jakby zaraz mia³ siê rozp³akaæ. Grymas zupe³nie nieprzystaj±cy do oblicza mê¿czyzny w sile wieku.
- Musisz mnie pos³uchaæ. Nie mia³em wyj¶cia, potrzebowa³em twojej pomocy – mówi³ dalej.
Uderzy³a go ponownie. Nawet nie drgn±³.
- Jestem starszym synem Stefaniuka, rozumiesz?
Zatrzyma³a siê, nie wymierzy³a kolejnego ciosu.
- Od tamtej nocy, gdy sp³on±³ dom, jestem zara¿ony. Jeden z cz³onów zamieszka³ we mnie i w jaki¶ sposób z³±czy³ z moim organizmem. Nic go nie usunie, ani trywialny alkohol, ani inne toksyny, ani interwencja chirurga.
Zaczyna³a rozumieæ i zdecydowanie jej siê to nie podoba³o.
- Zwia³em z Polski, ale nie mog³em uciec prze potworem, nigdy. Znalaz³em ludzi, którzy wiedzieli i zwalczali, ale nawet jak pad³ ustrój, nie mia³em si³y wróciæ i stawiæ czo³a monstrum z przesz³o¶ci – t³umaczy³. - Gdy zebra³em siê w sobie, postanowi³em zakoñczyæ t± sprawê, znalaz³em was. Od razu poczu³em, ¿e istota we mnie wyczuwa swoj± macierz, korzeñ. By³a u¶piona, a teraz siê budzi³a. A wy byli¶cie ju¿ pod wp³ywem potwora, karmi³ siê wami z tak± rozkosz±, ¿e opu¶ci³ gardê. Byli¶cie perfekcyjn± dywersj±.
Powinna go uderzyæ, zabiæ w tym momencie. Zamiast tego s³ucha³a.
- Robert pad³ ofiar± mojego zapamiêtania. A gdy mia³em okazjê uwolniæ ciebie, post±pi³em znowu jak skurwiel. Da³em ci w to brn±æ, bo potrzebowa³em kogo¶, kto zada ostateczni cios je¶li padnê ofiar± bestii.
- Nie, to sen, koszmar pe³en bzu, prawda? Prawda?
- Milena nie istnia³a – odpowiedzia³ ³ami±cym siê g³osem.
Go¶ka chcia³a, tak bardzo chcia³a, ¿eby to by³o k³amstwo. Ale krótkie stwierdzenie odblokowa³o rejon w jej mózgu, który wy³±czy³ wcze¶niej og³upiaj±cy gaz. To miejsce, które zawiera³o prosty, pora¿aj±cy fakt. Milena nie mog³a istnieæ. Nigdy. Z prostego powodu. Robert cierpia³ na klinicznie zdiagnozowan± bezp³odno¶æ. Nie mogli mieæ w³asnego dziecka, nigdy te¿ nie zastosowali rozwi±zañ zastêpczych.
Powinna zabiæ Bielê, ostatniego Stefaniuka. Ale nie mia³a si³y, nie mia³a powodu. Zamiast tego pad³a mu w ramiona. Pozwoli³a siê obj±æ. Wtuli³a twarz w porwany rêkaw koszuli i zaczê³a szlochaæ. P³aka³a tak d³ugie minuty.
Potem znale¼li siê na opustosza³ym podwórku pana Mariana. Go¶ka usiad³a w wózku inwalidzkim zmar³ego przyjaciela. Na kolana wskoczy³ kociak, wiêc zaczê³a go g³askaæ w milczeniu. Leszek stan±³ obok niej i te¿ nie próbowa³ mówiæ.
- Wygrali¶my, prawda? Monstrum pad³o i nie wróci. Przynajmniej wygrali¶my… - odezwa³a siê nagle, a Biela nie wiedzia³, czy to przytomnie, czy w malignie.
- Tak – zapewni³ uspokajaj±cym g³osem.
Móg³ jej powiedzieæ, ¿e który¶ cz³on móg³ prze¿yæ na tyle, by z³o¿yæ jajko w gruncie. Bestia karmi³a siê do¶æ d³ugo, by siê rozmno¿yæ, a ka¿dy jej element móg³ przenie¶æ zal±¿ek potomstwa w swym ciele. Móg³ jej te¿ powiedzieæ, ¿e cz³ony mog³y przetrwaæ w organizmach nosicieli, jak ten w nim. ¯e kiedy¶ mog± wskrzesiæ istotê-rodzicielkê. Móg³ wreszcie powiedzieæ, ¿e mimo i¿ pola³ zew³ok benzyn± i spali³, w popio³ach móg³ ostaæ siê jaki¶ nieludzko odporny fragment kreatury. Z potworami nigdy nic nie jest pewne.
Nie powiedzia³ nic.
Wiedzia³, ¿e to niewa¿ne. ¯e niepotrzebne. Ma³gorzata Zdunek i tak mia³a ju¿ nigdy nie odzyskaæ spokoju.
Przed sob± mia³a stacjê benzynow±, któr± zwykle mija³a, gdy z Robertem jecha³a do miasta.
Ruszy³a przed siebie, otêpia³a. Wygrzeba³a portfel w kieszeni spodni, o dziwo by³ na miejscu. Sprzedawca na Orlenie nie zdziwi³ siê, widz±c pobrudzon± kobietê. By³ zbyt zmêczony, by zauwa¿aæ takie szczegó³y, jak krew na ubraniu czy pustka w oczach klientki, tyra³ ca³± noc. Poprosi³a o papierosy, rzuci³a na ladê pieni±dze. Poda³ paczkê, a ona chwyci³a j± kurczowo i natychmiast wysz³a, zanim ch³opaczek zdo³a³ przemy¶leæ zdarzenie.
Wróci³a do auta, usiad³a na masce i zapali³a papierosa. Potem drugiego. I nastêpnego.
Wtedy otrz±snê³a siê na tyle, ¿eby zorientowaæ siê, czego jej brakuje. A raczej kogo.
- Milena! – wrzasnê³a.
Wsiad³a do auta, próbuj±c u³o¿yæ galopuj±ce w g³owie my¶li. Bieli co¶ siê sta³o. Zosta³ opêtany. Zabi³a potwora. Uratowa³a dziecko. Czemu znalaz³a siê na stacji? Gdzie by³a Milenka? Kto j± tu przywióz³? Nie mog³a znale¼æ odpowiedzi na pytania, ale by³a pewna, ¿e ma je jedna osoba.
Leszek Biela. Zdradzi³ j± i ukrad³ jej dziecko.
Pêdzi³a na z³amanie karku, zwolni³a dopiero, jak znalaz³a siê w miasteczku. Rozgl±da³a siê w poszukiwaniu towarzysza, a teraz prawdopodobnie potwora. Ulice by³y puste, jak wczoraj, z jedn± ró¿nic±. Okolica by³a us³ana martwymi lub wij±cymi siê w bólu cz³onami, pozbawionymi swojego korzenia, nie bêd±cymi w stanie funkcjonowaæ bez niego. Pod sklepem widzia³a Nowaka, menela zwykle chlaj±cego winiarze ca³e dnie. Wymiotowa³, ale nie zwyczajn± mieszank± tre¶ci ¿o³±dkowej. Zwraca³ rozpuszczaj±ce siê, pokryte krwi± kawa³ki jednej z mniejszych kreatur. Zrozumia³a, ¿e wszystkich opêtanych czeka teraz taka trauma. Mia³a nadziejê, ¿e prze¿yj±.
Nie da³a jednak strasznym widokom odwróciæ w³asnej uwagi od jedynego, najwa¿niejszego celu.
Skrêci³a w ulicê wiod±c± do jej nieistniej±cego ju¿ nowego domu i zaraz zahamowa³a gwa³townie, a¿ dym polecia³ spod opon. ¦rodkiem drogi szed³ Biela. Poturbowany, ku¶tykaj±cy, ale trzymaj±cy w rêku strzelbê. Nie zauwa¿y³ jej z pocz±tku, by³ zajêty strzelaniem, zapewnie do nielicznych cz³onów, które jeszcze grasowa³y po miasteczku. Ale zaraz stan±³ jak wryty. Wysiad³a z samochodu i rzuci³a siê do biegu, nie my¶l±c nawet o tym, ¿e nie ma broni. Ale Biela po³o¿y³ strzelbê na asfalcie.
Zbli¿y³a siê do niego na kilka kroków.
- Gdzie jest Milena? – spyta³a, wrêcz piszcz±c.
- Ma³gosiu… - zacz±³.
- Gdzie jest moje dziecko!? Mów!!!
- Ja przepraszam. Ja… ja wykorzysta³em ciê ponownie. My¶la³em, ¿e wp³yw gazu zniknie do rana, ale… proszê…
Walnê³a go piê¶ci± w twarz, z ca³ej si³y.
Nie broni³ siê. Wygl±da³, jakby zaraz mia³ siê rozp³akaæ. Grymas zupe³nie nieprzystaj±cy do oblicza mê¿czyzny w sile wieku.
- Musisz mnie pos³uchaæ. Nie mia³em wyj¶cia, potrzebowa³em twojej pomocy – mówi³ dalej.
Uderzy³a go ponownie. Nawet nie drgn±³.
- Jestem starszym synem Stefaniuka, rozumiesz?
Zatrzyma³a siê, nie wymierzy³a kolejnego ciosu.
- Od tamtej nocy, gdy sp³on±³ dom, jestem zara¿ony. Jeden z cz³onów zamieszka³ we mnie i w jaki¶ sposób z³±czy³ z moim organizmem. Nic go nie usunie, ani trywialny alkohol, ani inne toksyny, ani interwencja chirurga.
Zaczyna³a rozumieæ i zdecydowanie jej siê to nie podoba³o.
- Zwia³em z Polski, ale nie mog³em uciec prze potworem, nigdy. Znalaz³em ludzi, którzy wiedzieli i zwalczali, ale nawet jak pad³ ustrój, nie mia³em si³y wróciæ i stawiæ czo³a monstrum z przesz³o¶ci – t³umaczy³. - Gdy zebra³em siê w sobie, postanowi³em zakoñczyæ t± sprawê, znalaz³em was. Od razu poczu³em, ¿e istota we mnie wyczuwa swoj± macierz, korzeñ. By³a u¶piona, a teraz siê budzi³a. A wy byli¶cie ju¿ pod wp³ywem potwora, karmi³ siê wami z tak± rozkosz±, ¿e opu¶ci³ gardê. Byli¶cie perfekcyjn± dywersj±.
Powinna go uderzyæ, zabiæ w tym momencie. Zamiast tego s³ucha³a.
- Robert pad³ ofiar± mojego zapamiêtania. A gdy mia³em okazjê uwolniæ ciebie, post±pi³em znowu jak skurwiel. Da³em ci w to brn±æ, bo potrzebowa³em kogo¶, kto zada ostateczni cios je¶li padnê ofiar± bestii.
- Nie, to sen, koszmar pe³en bzu, prawda? Prawda?
- Milena nie istnia³a – odpowiedzia³ ³ami±cym siê g³osem.
Go¶ka chcia³a, tak bardzo chcia³a, ¿eby to by³o k³amstwo. Ale krótkie stwierdzenie odblokowa³o rejon w jej mózgu, który wy³±czy³ wcze¶niej og³upiaj±cy gaz. To miejsce, które zawiera³o prosty, pora¿aj±cy fakt. Milena nie mog³a istnieæ. Nigdy. Z prostego powodu. Robert cierpia³ na klinicznie zdiagnozowan± bezp³odno¶æ. Nie mogli mieæ w³asnego dziecka, nigdy te¿ nie zastosowali rozwi±zañ zastêpczych.
Powinna zabiæ Bielê, ostatniego Stefaniuka. Ale nie mia³a si³y, nie mia³a powodu. Zamiast tego pad³a mu w ramiona. Pozwoli³a siê obj±æ. Wtuli³a twarz w porwany rêkaw koszuli i zaczê³a szlochaæ. P³aka³a tak d³ugie minuty.
Potem znale¼li siê na opustosza³ym podwórku pana Mariana. Go¶ka usiad³a w wózku inwalidzkim zmar³ego przyjaciela. Na kolana wskoczy³ kociak, wiêc zaczê³a go g³askaæ w milczeniu. Leszek stan±³ obok niej i te¿ nie próbowa³ mówiæ.
- Wygrali¶my, prawda? Monstrum pad³o i nie wróci. Przynajmniej wygrali¶my… - odezwa³a siê nagle, a Biela nie wiedzia³, czy to przytomnie, czy w malignie.
- Tak – zapewni³ uspokajaj±cym g³osem.
Móg³ jej powiedzieæ, ¿e który¶ cz³on móg³ prze¿yæ na tyle, by z³o¿yæ jajko w gruncie. Bestia karmi³a siê do¶æ d³ugo, by siê rozmno¿yæ, a ka¿dy jej element móg³ przenie¶æ zal±¿ek potomstwa w swym ciele. Móg³ jej te¿ powiedzieæ, ¿e cz³ony mog³y przetrwaæ w organizmach nosicieli, jak ten w nim. ¯e kiedy¶ mog± wskrzesiæ istotê-rodzicielkê. Móg³ wreszcie powiedzieæ, ¿e mimo i¿ pola³ zew³ok benzyn± i spali³, w popio³ach móg³ ostaæ siê jaki¶ nieludzko odporny fragment kreatury. Z potworami nigdy nic nie jest pewne.
Nie powiedzia³ nic.
Wiedzia³, ¿e to niewa¿ne. ¯e niepotrzebne. Ma³gorzata Zdunek i tak mia³a ju¿ nigdy nie odzyskaæ spokoju.
źródło:
http://www.portalliteracki.pl
Aktualna ocena::
3
Wyślij odnośnik znajomym::
Tags:
Go¶ka Tesco, Go¶ka Choæ Robert „ocipia³e¶?”. Myli³a Robert ¿e – ¶wie¿e />
/>Przeprowadzka Dostrzega³a />
/>Z Zostawi³a Zamknê³a Ruszy³a />
/>Pan Marian Obok ¯ona Marian ¿e Go¶ka />
/>- Dzieñ Ma³gorzato! – />
/>- Dzieñ Mam – />
/>Po Robert Empiku Wrêczy³a Marianowi, />
/>- Nawet Kasiula ¿e />
/>- Wiem, Marianie. Dla />
/>- Tak, Teraz Serdecznie />
/>- Drobiazg.
/>
/>- Wie Pani, ¿e Jeszcze PRL-u. Ale />
/>Roze¶mia³a Pan Marian Nagle, />
/>- ¿yje Ile />
/>- Trochê />
/>- Nic />
/>- Tak Marianie, />
/>- Wiem, S³ysza³a />
/>- Jako¶ />
/>- Proszê />
/>Nagle Alarm Poczu³a Kto ¶rodku />
/>- Przepraszam, Marianie, – />
/>Gdy ¿e Wy³±czy³a Westchnê³a. Nie Pomy¶la³a, ¿e Roberta />
/>Odetchnê³a, Poczu³a Nic Piêknie Lekko />
/>
/>
/>
/>Przeprowadzka Dostrzega³a />
/>Z Zostawi³a Zamknê³a Ruszy³a />
/>Pan Marian Obok ¯ona Marian ¿e Go¶ka />
/>- Dzieñ Ma³gorzato! – />
/>- Dzieñ Mam – />
/>Po Robert Empiku Wrêczy³a Marianowi, />
/>- Nawet Kasiula ¿e />
/>- Wiem, Marianie. Dla />
/>- Tak, Teraz Serdecznie />
/>- Drobiazg.
/>
/>- Wie Pani, ¿e Jeszcze PRL-u. Ale />
/>Roze¶mia³a Pan Marian Nagle, />
/>- ¿yje Ile />
/>- Trochê />
/>- Nic />
/>- Tak Marianie, />
/>- Wiem, S³ysza³a />
/>- Jako¶ />
/>- Proszê />
/>Nagle Alarm Poczu³a Kto ¶rodku />
/>- Przepraszam, Marianie, – />
/>Gdy ¿e Wy³±czy³a Westchnê³a. Nie Pomy¶la³a, ¿e Roberta />
/>Odetchnê³a, Poczu³a Nic Piêknie Lekko />
/>
/>
/>
/>
Zdziwi³a Dziewczynka Ca³± ³zy. Gdy />
/>- Gdzie />
/>- ¦pi… Milenka.
/>
/>- />
/>- Nie />
/>- Sk±d, />
/>Kiwnê³a />
/>- Ten />
/>- Zbi³ – Go¶ka.
/>
/>- Tak, />
/>- ¿e />
/>- Nie! – – Nieprawda! />
/>- Co?
/>
/>- Tak Hukn±³!
/>
/>Go¶ka Dzieci Nie />
/>- Nie Mileniu, – – Chod¼ ¶rodka, No,
/>
/>Otworzy³a Milenka Go¶ka ¿e />
/>
/>
/>
/>- Gdzie />
/>- ¦pi… Milenka.
/>
/>- />
/>- Nie />
/>- Sk±d, />
/>Kiwnê³a />
/>- Ten />
/>- Zbi³ – Go¶ka.
/>
/>- Tak, />
/>- ¿e />
/>- Nie! – – Nieprawda! />
/>- Co?
/>
/>- Tak Hukn±³!
/>
/>Go¶ka Dzieci Nie />
/>- Nie Mileniu, – – Chod¼ ¶rodka, No,
/>
/>Otworzy³a Milenka Go¶ka ¿e />
/>
/>
/>
/>
Go¶ka Zwykle Robert Chc±c />
/>Nagle Wydawa³o ¿e ³azienki.
/>
/>- Kochanie? – />
/>Nikt />
/>- Mileniu?
/>
/>Zero />
/>- – Otworzy³a Nic. Korytarz ¶wiat³o. Zaczê³a />
/>Wtedy />
/>Odwróci³a Zobaczy³a Zbli¿y³a Nie Zamar³a, Krzyknê³a. Odwróci³a />
/>Nikogo />
/>
/>
/>
/>Nagle Wydawa³o ¿e ³azienki.
/>
/>- Kochanie? – />
/>Nikt />
/>- Mileniu?
/>
/>Zero />
/>- – Otworzy³a Nic. Korytarz ¶wiat³o. Zaczê³a />
/>Wtedy />
/>Odwróci³a Zobaczy³a Zbli¿y³a Nie Zamar³a, Krzyknê³a. Odwróci³a />
/>Nikogo />
/>
/>
/>
/>
Robert ¿ony. Go¶ka ¶ciska³a Czu³a, ¿e />
/>- Przewidzia³o Jaki¶ />
/>- Widzia³e¶ – Go¶ce Postawi³a />
/>- Duchy? Widmowe Kochanie, />
/>- Ona Chwilê, />
/>- Panikujesz. Mo¿e ¶pisz. Jak />
/>- Masz />
/>- Tego />
/>Ucichli. Zorientowali ¿e Robert Minê />
/>- Przytul – Go¶ka />
/>Pos³ucha³, Jednak ¿onê />
/>
/>
/>
/>- Przewidzia³o Jaki¶ />
/>- Widzia³e¶ – Go¶ce Postawi³a />
/>- Duchy? Widmowe Kochanie, />
/>- Ona Chwilê, />
/>- Panikujesz. Mo¿e ¶pisz. Jak />
/>- Masz />
/>- Tego />
/>Ucichli. Zorientowali ¿e Robert Minê />
/>- Przytul – Go¶ka />
/>Pos³ucha³, Jednak ¿onê />
/>
/>
/>
/>
Poranek Go¶ka ¿e Podczas ¶niadania Robert Milenk± Go¶ka ¿e Postanowi³a Byle ¶cianach />
/>Gdy Bez Niebawem />
/>Podesz³a ¿e Poczu³a
/>
/>Obcy Wygl±da³o ¿e Mia³ Przy />
/>Go¶ka />
/>Ten ¿e Podniós³ Teraz, ¿e Zauwa¿y³a Obcy />
/>- Przepraszam? – />
/>- Witam. Jestem Ma³gorzata Zdunek – – Mieszkam Zauwa¿y³am />
/>- Nie Ten />
/>- Nie, Ale />
/>Zrozumia³. Wyci±gn±³ Go¶ki.
/>
/>- Leszek Biela, – – Mi³o />
/>U¶cisnê³a By³a ¿e Sz³a />
/>- Aha, />
/>- Nie Przeje¿d¿a³em Musia³em Mam ¿e />
/>- Sk±d¿e. – Stara³a />
/>- Chce – />
/>Przytaknê³a. D³oni± ¿eby Niewiele ¿ó³ty Biela />
/>- Proszê />
/>- Dziwna – />
/>- B³±d Natura />
/>- ¯artuje – Autentycznie />
/>- Przeziernik Niez³y />
/>Przytaknê³a, ¿e />
/>- Tak S³absze, ¿yj±tka – – Same Podejrzewam, ¿e Du¿a No, ¿e />
/>- Nie, – />
/>Rozmawiali Entomolog />
/>- Mo¿e Straszny />
/>- Nie, Czas Zostawi³em Ale ¿e />
/>Po¿egnali Biela Go¶ka ¿e Czu³a />
/>Nie />
/>Gdy Nie />
/>
/>
/>
/>Gdy Bez Niebawem />
/>Podesz³a ¿e Poczu³a
/>
/>Obcy Wygl±da³o ¿e Mia³ Przy />
/>Go¶ka />
/>Ten ¿e Podniós³ Teraz, ¿e Zauwa¿y³a Obcy />
/>- Przepraszam? – />
/>- Witam. Jestem Ma³gorzata Zdunek – – Mieszkam Zauwa¿y³am />
/>- Nie Ten />
/>- Nie, Ale />
/>Zrozumia³. Wyci±gn±³ Go¶ki.
/>
/>- Leszek Biela, – – Mi³o />
/>U¶cisnê³a By³a ¿e Sz³a />
/>- Aha, />
/>- Nie Przeje¿d¿a³em Musia³em Mam ¿e />
/>- Sk±d¿e. – Stara³a />
/>- Chce – />
/>Przytaknê³a. D³oni± ¿eby Niewiele ¿ó³ty Biela />
/>- Proszê />
/>- Dziwna – />
/>- B³±d Natura />
/>- ¯artuje – Autentycznie />
/>- Przeziernik Niez³y />
/>Przytaknê³a, ¿e />
/>- Tak S³absze, ¿yj±tka – – Same Podejrzewam, ¿e Du¿a No, ¿e />
/>- Nie, – />
/>Rozmawiali Entomolog />
/>- Mo¿e Straszny />
/>- Nie, Czas Zostawi³em Ale ¿e />
/>Po¿egnali Biela Go¶ka ¿e Czu³a />
/>Nie />
/>Gdy Nie />
/>
/>
/>
/>
Poprzesuwanie Robert Niepokoj±ce Odg³osy Gasn±ce ¶wiat³a, Drzwi Ale Go¶ce. Nocami Raz Znalaz³a ¶cianie, Robertem. Widzia³a />
/>Nawet Robert ¿e Przez Milenka, Bawi³a Go¶ka ¿e />
/>Po Si³± Która />
/>- Musimy – – Nie ¿e Masz Nerwica, ¿yæ!
/>
/>- Dam – Robert – />
/>- S± />
/>- />
/>- Pe³no Polsce />
/>- – Robert />
/>- Je¶li />
/>- />
/>- Mo¿e, />
/>- Wytrzymasz Nie B±d¼my />
/>- Mam Ocipia³e¶!? />
/>- Nie Go¶ka, />
/>- Nie />
/>- Mo¿e Poczekajmy, – Zmieni³ ¿e ¿ona – Poszukam Internecie Mo¿na Spokojnie, />
/>- Dwa Je¶li Milenkê Wawy, Rozumiesz?
/>Nie Wysz³a />
/>- ¦wietnie. Tylko – Robert, />
/>
/>
/>Nawet Robert ¿e Przez Milenka, Bawi³a Go¶ka ¿e />
/>Po Si³± Która />
/>- Musimy – – Nie ¿e Masz Nerwica, ¿yæ!
/>
/>- Dam – Robert – />
/>- S± />
/>- />
/>- Pe³no Polsce />
/>- – Robert />
/>- Je¶li />
/>- />
/>- Mo¿e, />
/>- Wytrzymasz Nie B±d¼my />
/>- Mam Ocipia³e¶!? />
/>- Nie Go¶ka, />
/>- Nie />
/>- Mo¿e Poczekajmy, – Zmieni³ ¿e ¿ona – Poszukam Internecie Mo¿na Spokojnie, />
/>- Dwa Je¶li Milenkê Wawy, Rozumiesz?
/>Nie Wysz³a />
/>- ¦wietnie. Tylko – Robert, />
/>
/>
/>
Nastêpnego Robert Go¶ki Wsta³a Nie ³azienki Milenka ¶niadaniu Go¶ka Nigdy />
/>- Mamo, – Milenka, />
/>- Nie ³obuziaro?
/>
/>- Proszê! Proszê />
/>- Okej, ³adnie Ale />
/>Przytaknê³a. Go¶ka Potem Wtedy />
/>- Milenko, />
/>- Nie, />
/>G³upie Go¶ka, />
/>- Co¶ Znowu />
/>- Nie, Nic. Chod¼my – />
/>Droga Go¶ka Gdy Nie Zastanawia³a />Wreszcie />
/>Tydzieñ Pan Marian Kto Nie />
/>W Mileny. Bez. W³osy Nie Woñ />
/>Nie />
/>Gdy Mariana, ¿e Jej ¿e Wysiad³a />
/>- Panie Marianie? – ¿e />
/>Nic. Postanowi³a Znalaz³a Nachyli³a Kot Go¶ka />
/> Nagle />
/>- />
/>Go¶ka Okaza³o ¿e Renia, Mariana, />
/>- Gospodarza – Go¶ka, />
/>- />
/>- Nie />
/>- Zmar³o Jaki¶ />
/>Go¶ka Poczu³a />
/>- Co?
/>
/>- ¶nie Serce Biedna Kasiula, Niektórzy ¿e Marian Tragedia, />
/>Go¶ka Czu³a Nie Odszed³ />
/>Jako¶ ¿e />
/>
/>
/>
/>- Mamo, – Milenka, />
/>- Nie ³obuziaro?
/>
/>- Proszê! Proszê />
/>- Okej, ³adnie Ale />
/>Przytaknê³a. Go¶ka Potem Wtedy />
/>- Milenko, />
/>- Nie, />
/>G³upie Go¶ka, />
/>- Co¶ Znowu />
/>- Nie, Nic. Chod¼my – />
/>Droga Go¶ka Gdy Nie Zastanawia³a />Wreszcie />
/>Tydzieñ Pan Marian Kto Nie />
/>W Mileny. Bez. W³osy Nie Woñ />
/>Nie />
/>Gdy Mariana, ¿e Jej ¿e Wysiad³a />
/>- Panie Marianie? – ¿e />
/>Nic. Postanowi³a Znalaz³a Nachyli³a Kot Go¶ka />
/> Nagle />
/>- />
/>Go¶ka Okaza³o ¿e Renia, Mariana, />
/>- Gospodarza – Go¶ka, />
/>- />
/>- Nie />
/>- Zmar³o Jaki¶ />
/>Go¶ka Poczu³a />
/>- Co?
/>
/>- ¶nie Serce Biedna Kasiula, Niektórzy ¿e Marian Tragedia, />
/>Go¶ka Czu³a Nie Odszed³ />
/>Jako¶ ¿e />
/>
/>
/>
/>
Przed Zamierza³a Rzadko Mia³a ¿e Wys³a³a Roberta, ¿eby Nie Nie Uzna³a, ¿e />
/>Zaparkowa³a Stanê³a Siad³a Przymknê³a />
/>Kto¶ Raz, />
/>Go¶ka Milenki. By³ Robert. Le¿a³ Os³ania³ />
/>- – />
/>- Pali Uciekaj! Mnie />
/>- Co!?
/>
/>- Nie />
/>- Jakiej Ten />
/>Robert Zupe³nie />
/>- Uspokój – Sama – Pijany />
/>- Milenia! Milenka! Spali³a Przepraszam! Nie Jej Bo¿ê, />
/>Go¶ka Zebra³a ¿eby Usadzi³a ¿e ¶rodka. Zadzwoni³a Oczywi¶cie, Rzadko />
/>Nagle Spodziewa³a Jakby />Bardzo ¼ród³a. D¼wiêk Gdy Zrozumia³a.
/>
/>Co¶ ¶cianach.
/>
/>D¼wiêk Go¶ka ¿e Ostro¿nie Powoli Gdy Przy³o¿y³a ¶ciany.
/>
/>Szuranie, Jakby />
/>Wtedy Go¶ka ¿e Chcia³a Czu³a Potem W³osy Pachnia³y />
/>Wreszcie />
/>Nikogo />
/>Go¶ka Przed ¶cianê. Serce ¿e Odwróci³a />
/>Tylko />
/>Sina Opada³y Go¶ka Z³o¿one Widmo Wreszcie />
/>Go¶ka />
/>Gdy Tu¿ Robertem, Gdy ¿e Spogl±da³ Popad³ />
/>Zazdro¶ci³a Te¿ Przynajmniej />
/>Rozleg³o />
/>
/>
/>Zaparkowa³a Stanê³a Siad³a Przymknê³a />
/>Kto¶ Raz, />
/>Go¶ka Milenki. By³ Robert. Le¿a³ Os³ania³ />
/>- – />
/>- Pali Uciekaj! Mnie />
/>- Co!?
/>
/>- Nie />
/>- Jakiej Ten />
/>Robert Zupe³nie />
/>- Uspokój – Sama – Pijany />
/>- Milenia! Milenka! Spali³a Przepraszam! Nie Jej Bo¿ê, />
/>Go¶ka Zebra³a ¿eby Usadzi³a ¿e ¶rodka. Zadzwoni³a Oczywi¶cie, Rzadko />
/>Nagle Spodziewa³a Jakby />Bardzo ¼ród³a. D¼wiêk Gdy Zrozumia³a.
/>
/>Co¶ ¶cianach.
/>
/>D¼wiêk Go¶ka ¿e Ostro¿nie Powoli Gdy Przy³o¿y³a ¶ciany.
/>
/>Szuranie, Jakby />
/>Wtedy Go¶ka ¿e Chcia³a Czu³a Potem W³osy Pachnia³y />
/>Wreszcie />
/>Nikogo />
/>Go¶ka Przed ¶cianê. Serce ¿e Odwróci³a />
/>Tylko />
/>Sina Opada³y Go¶ka Z³o¿one Widmo Wreszcie />
/>Go¶ka />
/>Gdy Tu¿ Robertem, Gdy ¿e Spogl±da³ Popad³ />
/>Zazdro¶ci³a Te¿ Przynajmniej />
/>Rozleg³o />
/>
/>
/>
Nie ¿e Dali Nie Robercie. Pozwoli³a, Jednak Zadzwoni³a Poprosi³a, Milenê Pozbawiona />
/>Wyl±dowa³a />
/>Nie Usiad³a Drug±. Trzeci±. Przy ¿e Zamówi³a Tanie />
/>- – />
/>Mówi³ Patrzy³ Go¶kê />
/>- – – Nikt Nikt!
/>
/>- – />
/>- Mów Duchy, />
/>- Ano Zawsze Ju¿ Dwie />
/>- Mów! – />
/>- By³ Stefaniuk. Mia³ ¿onê Nie Rozpi³ Opowiada³ Nikt />
/>- Zwariowa³?
/>
/>- No. Podpali³ ¿onê. Jak Zwêgli³a ³ó¿ku. Potem Ludzie Stefaniuk />
/>- />
/>- Dalej Ka¿dy Dzieci Odpowiada³y ¿ony Stefaniuka, ¶cianach, Rodzina Potem />
/>- Czemu />
/>- W³a¶ciciel Tutaj ³atwo, Inaczej />
/>Go¶ka
/>
/>
/>
/>Wyl±dowa³a />
/>Nie Usiad³a Drug±. Trzeci±. Przy ¿e Zamówi³a Tanie />
/>- – />
/>Mówi³ Patrzy³ Go¶kê />
/>- – – Nikt Nikt!
/>
/>- – />
/>- Mów Duchy, />
/>- Ano Zawsze Ju¿ Dwie />
/>- Mów! – />
/>- By³ Stefaniuk. Mia³ ¿onê Nie Rozpi³ Opowiada³ Nikt />
/>- Zwariowa³?
/>
/>- No. Podpali³ ¿onê. Jak Zwêgli³a ³ó¿ku. Potem Ludzie Stefaniuk />
/>- />
/>- Dalej Ka¿dy Dzieci Odpowiada³y ¿ony Stefaniuka, ¶cianach, Rodzina Potem />
/>- Czemu />
/>- W³a¶ciciel Tutaj ³atwo, Inaczej />
/>Go¶ka
/>
/>
/>
/>
Wytoczy³a Zataczaj±c Z³apa³a Nawet ¿e W³a¶ciwie, Nie Powieki
/>
/>Usnê³aby />
/>To Gdy Nic ¿e ¶lepego. Mia³a Glista. Robacze – Najgorsze Go¶ki. />
/>Istota Nie Mog³a ¶mierci.
/>
/>Gdy Kulisty Go¶kê. Stworzenie Hakowate />
/>Gotowa³o Go¶ka
/>
/>Potwór Nie Co¶ Rozbryzgn±³ Kilka Go¶ki. ¿e Spróbowa³a />
/>Kto¶ />
/>
/>
/>
/>Usnê³aby />
/>To Gdy Nic ¿e ¶lepego. Mia³a Glista. Robacze – Najgorsze Go¶ki. />
/>Istota Nie Mog³a ¶mierci.
/>
/>Gdy Kulisty Go¶kê. Stworzenie Hakowate />
/>Gotowa³o Go¶ka
/>
/>Potwór Nie Co¶ Rozbryzgn±³ Kilka Go¶ki. ¿e Spróbowa³a />
/>Kto¶ />
/>
/>
/>
Ocknê³a ¿e Zerwa³a ³ó¿ka />
/>Ze ¿e ³apy />
/>Rozejrza³a ³ó¿ko Okno Panowa³ Zawinê³a Spojrza³a />
/>W Zaraz />
/>Obróci³a Jednak Takiego />
/>Leszek Biela. Entomolog.
/>
/>- – />
/>- Uratowa³em />
/>- ¯eby Zbok />
/>- Proszê Musia³em />
/>- Cz³on?
/>
/>- Co¶ Wiem, Pamiêta />
/>Przypomina³a Bia³a A¿ />
/>- Tak… />
/>- Tak.
/>
/>- – ³ó¿ku.
/>
/>- Nie. Znalaz³em ¶lady Zakotwicza ¶rodka Reszta Pani />
/>- Jak?
/>
/>- Pij±c. By³em Pamiêta Stefaniuka, Zapijaæ Alkohol Przynajmniej, Szkoda, ¿e Stefaniuka />
/>Go¶ka />
/>- Zaraz, Jakie Mój />
/>Biela Usiad³ ³ó¿ka, Wyj±³ Go¶ce. Odkrêci³a ³apczywie, />
/>- Cz³ony Formuj± Rozumiesz?
/>
/>- Tak />
/>- Cz³ony ¿yje Szperaj± Wchodz± Mog± Potrafi± ¿eby
/>
/>- Gaz?
/>
/>- Opar Niesamowite, Zaprogramowany Poza Nie Przypominaj±cy Czu³a />
/>- Bez. Kr±¿y />
/>- Nic ¿e Istota />
/>Go¶ka Bieli. Siêgnê³a ³ó¿ka, Zapali³a />
/>- Mam ¿e – – Za³ó¿my, ¿e Czemu Ten />
/>- Mimikra. Udaje />
/>- Podszywa Nie, />
/>- Dla Widzi ¿e ¿ywa, ³atwego Mamy ¿yje. Widma Wytwarzanie ¿yæ />
/>- Zaraz, />
/>- Lepszego Kreatura, ¿ywi Strachem Wierzy />
/>- Panie Biela, />
/>- Nasze ¶lad Aurê, Zw³aszcza Stworzenie, ¿ywicieli, />
/>- Rzeczywi¶cie, Proszê />
/>- Mówi³em, ¿e Proste, Jak />
/>- Dziewczyna D³ugie Jak />
/>- Dok³adanie. Ka¿dy Istota Formatuje Oczywi¶cie, ¿e />
/>Zamilk³. Go¶ka ¿e Jakby Nie ¿ywi±ca Ale Biela ¿e />
/>- Pomogê – Go¶ce – Nale¿ê ¶wiecie Ale />
/>Robert. Milenka. Go¶kê Jak Biela ¿e />
/>
/>
/>Ze ¿e ³apy />
/>Rozejrza³a ³ó¿ko Okno Panowa³ Zawinê³a Spojrza³a />
/>W Zaraz />
/>Obróci³a Jednak Takiego />
/>Leszek Biela. Entomolog.
/>
/>- – />
/>- Uratowa³em />
/>- ¯eby Zbok />
/>- Proszê Musia³em />
/>- Cz³on?
/>
/>- Co¶ Wiem, Pamiêta />
/>Przypomina³a Bia³a A¿ />
/>- Tak… />
/>- Tak.
/>
/>- – ³ó¿ku.
/>
/>- Nie. Znalaz³em ¶lady Zakotwicza ¶rodka Reszta Pani />
/>- Jak?
/>
/>- Pij±c. By³em Pamiêta Stefaniuka, Zapijaæ Alkohol Przynajmniej, Szkoda, ¿e Stefaniuka />
/>Go¶ka />
/>- Zaraz, Jakie Mój />
/>Biela Usiad³ ³ó¿ka, Wyj±³ Go¶ce. Odkrêci³a ³apczywie, />
/>- Cz³ony Formuj± Rozumiesz?
/>
/>- Tak />
/>- Cz³ony ¿yje Szperaj± Wchodz± Mog± Potrafi± ¿eby
/>
/>- Gaz?
/>
/>- Opar Niesamowite, Zaprogramowany Poza Nie Przypominaj±cy Czu³a />
/>- Bez. Kr±¿y />
/>- Nic ¿e Istota />
/>Go¶ka Bieli. Siêgnê³a ³ó¿ka, Zapali³a />
/>- Mam ¿e – – Za³ó¿my, ¿e Czemu Ten />
/>- Mimikra. Udaje />
/>- Podszywa Nie, />
/>- Dla Widzi ¿e ¿ywa, ³atwego Mamy ¿yje. Widma Wytwarzanie ¿yæ />
/>- Zaraz, />
/>- Lepszego Kreatura, ¿ywi Strachem Wierzy />
/>- Panie Biela, />
/>- Nasze ¶lad Aurê, Zw³aszcza Stworzenie, ¿ywicieli, />
/>- Rzeczywi¶cie, Proszê />
/>- Mówi³em, ¿e Proste, Jak />
/>- Dziewczyna D³ugie Jak />
/>- Dok³adanie. Ka¿dy Istota Formatuje Oczywi¶cie, ¿e />
/>Zamilk³. Go¶ka ¿e Jakby Nie ¿ywi±ca Ale Biela ¿e />
/>- Pomogê – Go¶ce – Nale¿ê ¶wiecie Ale />
/>Robert. Milenka. Go¶kê Jak Biela ¿e />
/>
/>
/>
Biela Go¶ka By³a Dwa Roberta. Odetchnê³a ¿e Kilka Stasi, Mileny. />
/>Szpital, Natychmiast />
/>- Halo?
/>
/>- Szpital – Odezwa³ />
/>- Moje Zdunek Ma³gorzata. Dzwoniono />
/>- Proszê />
/>Przed³u¿aj±ca />
/>- Przepraszam… Dêbski. Pani />
/>
/>
/>
/>Szpital, Natychmiast />
/>- Halo?
/>
/>- Szpital – Odezwa³ />
/>- Moje Zdunek Ma³gorzata. Dzwoniono />
/>- Proszê />
/>Przed³u¿aj±ca />
/>- Przepraszam… Dêbski. Pani />
/>
/>
/>
/>
Przez Biela Go¶ki. Ona ¶nie, Raz Nie ¿e />
/>Ocknê³a Biela, />
/>- Czy />
/>- Oczywi¶cie, />
/>Ruszyli Doktor ¿e ¶mierci Zarz±dzono ¿e Robert Wreszcie, Ods³oni³ Roberta, />
/>- Mo¿e – Biela.
/>
/>- Oczywi¶cie – />
/>Gdy Biela Go¶ka ¿eby Biela />
/>D³ugie ¶lady, Bez />
/>- Tak – – Zabi³ Chod¼my.
/>
/>Parê Go¶ka Biela Gdy S³owa />
/>- Przepraszam. />
/>Nie />
/>- Stworzenie ¿e ¿e Przyspieszy³o Czu³o, ¿e Robert Zbyt Wiêc ¿ywiciela, Przepraszam.
/>
/>Nie Opar³a ¶cianê, Odezwa³a />
/>- Milenka. Musimy Milenkê.
/>
/>
/>
/>Ocknê³a Biela, />
/>- Czy />
/>- Oczywi¶cie, />
/>Ruszyli Doktor ¿e ¶mierci Zarz±dzono ¿e Robert Wreszcie, Ods³oni³ Roberta, />
/>- Mo¿e – Biela.
/>
/>- Oczywi¶cie – />
/>Gdy Biela Go¶ka ¿eby Biela />
/>D³ugie ¶lady, Bez />
/>- Tak – – Zabi³ Chod¼my.
/>
/>Parê Go¶ka Biela Gdy S³owa />
/>- Przepraszam. />
/>Nie />
/>- Stworzenie ¿e ¿e Przyspieszy³o Czu³o, ¿e Robert Zbyt Wiêc ¿ywiciela, Przepraszam.
/>
/>Nie Opar³a ¶cianê, Odezwa³a />
/>- Milenka. Musimy Milenkê.
/>
/>
/>
/>
Pani Stasia By³a ¶ciana, Jej Go¶ki.
/>
/>- Nie – – Proszê
/>
/>- Pani Milczewska, Go¶ka />
/>- Nie ¿adnego Proszê – Go¶ce Biela />
/>- Opêta³y – />
/>Go¶ka Jak A¿ />
/>- Gdzie Milenkê! Zabili – – Moja! Jak Zabili Milenkê!
/>
/>Biela Natychmiast Próbowa³ Wreszcie, ³zy ¿a³osne />
/>- Ona ¿yje.
/>
/>Go¶ka Przygryz³a />
/>- Istota, – – Zabra³a Milenê, U¿yje Karty Bêdzie Bêdzie />
/>- Tak />
/>- Zniszczymy Odzyskamy Ale />
/>Przytaknê³a. />
/>
/>
/>
/>
/>- Nie – – Proszê
/>
/>- Pani Milczewska, Go¶ka />
/>- Nie ¿adnego Proszê – Go¶ce Biela />
/>- Opêta³y – />
/>Go¶ka Jak A¿ />
/>- Gdzie Milenkê! Zabili – – Moja! Jak Zabili Milenkê!
/>
/>Biela Natychmiast Próbowa³ Wreszcie, ³zy ¿a³osne />
/>- Ona ¿yje.
/>
/>Go¶ka Przygryz³a />
/>- Istota, – – Zabra³a Milenê, U¿yje Karty Bêdzie Bêdzie />
/>- Tak />
/>- Zniszczymy Odzyskamy Ale />
/>Przytaknê³a. />
/>
/>
/>
/>
Go¶ka Miota³y Wiedzia³a, ¿e Przynajmniej Go¶ki />
/>Gdy S³oñce Umówili Go¶ki Gdy ¿wirowej Przy ³usek Dobrze ¿e />
/>Biela Musia³ />
/>- Jeste¶ Jak />
/>- Sama Niewa¿ne. Walczy³e¶ />
/>- Szuka³y Mieli¶my ¿e ¿aden Bogu />
/>- Jak Przecie¿ />
/>- Korzeñ, ¿e Poza Przemawia ¿e />
/>Przypomina³a Mariana, ¶mieræ. Nie />
/>- Wchod¼, – />
/>Stodo³a SUV-a Bieli. Strzelba, Wygl±da³ Go¶kê.
/>
/>- Usi±d¼ />
/>- Nie – Gdy Stara³a Wiedzia³a, ¿e Milenê.
/>
/>- Bardzo ¼le, ¿e ¶cian. Wtedy Wszystkie – Biela. – Po¿ar ¿ywy. Gdy Gdyby ¶cianach, ¶lady />
/>- Czyli />
/>- Tak. Plan Wzi±³em Módlmy ¿eby Mo¿na Musimy ³adunki />
/>- Bomby?
/>
/>- Wojskowy Nie Mam ¿eby Wybuch />
/>Wyraz Go¶ki ¿e />
/>- Zaraz, ¿e – – Sk±d ¿e />
/>- Po¿ar Istota Mo¿e ¿eby Nie Prze¿yje />
/>- />
/>- Zniszczymy Ale Taki Bêdzie />
/>- Sam ¿e Sk±d />
/>- Znalaz³em Zbyt ¿ebym Domy¶lam ¿e />
/>- Czemu />
/>- Nie. Je¶li ¿e Nie, />
/>- Wtedy Mo³otowa, – />
/>- Bestia ¶lamazarnie ¶rodowiskiem. Przypalimy />
/>- Nie />
/>- Wystarczy. Mam W³a¶nie, />
/>- ¯artujesz. Jestem Jedyne Ciekawi Jak />
/>- Istota Wystawi ¿eby Jako¶ />
/>- Staram />
/>Milczeli Go¶ka Cz³ony. Musia³y ¶rodka. Biela />
/>Postanowi³a />
/>- Czemu Rozumiem, ¿e Robert />
/>Biela Spojrza³ ¿e />
/>- Nie ¿e Mia³em ¿e Gdy – – Musia³em My¶la³em, ¿e ¿e Zanim Robertem />
/>- ¿e ¿eby – Go¶ka.
/>
/>- Mo¿e. Teraz – />
/>- Prawda.
/>
/>Co¶ ¶ciany Go¶ka ¿e ³azi Biela />
/>- Jedziemy. – />
/>
/>
/>
/>Gdy S³oñce Umówili Go¶ki Gdy ¿wirowej Przy ³usek Dobrze ¿e />
/>Biela Musia³ />
/>- Jeste¶ Jak />
/>- Sama Niewa¿ne. Walczy³e¶ />
/>- Szuka³y Mieli¶my ¿e ¿aden Bogu />
/>- Jak Przecie¿ />
/>- Korzeñ, ¿e Poza Przemawia ¿e />
/>Przypomina³a Mariana, ¶mieræ. Nie />
/>- Wchod¼, – />
/>Stodo³a SUV-a Bieli. Strzelba, Wygl±da³ Go¶kê.
/>
/>- Usi±d¼ />
/>- Nie – Gdy Stara³a Wiedzia³a, ¿e Milenê.
/>
/>- Bardzo ¼le, ¿e ¶cian. Wtedy Wszystkie – Biela. – Po¿ar ¿ywy. Gdy Gdyby ¶cianach, ¶lady />
/>- Czyli />
/>- Tak. Plan Wzi±³em Módlmy ¿eby Mo¿na Musimy ³adunki />
/>- Bomby?
/>
/>- Wojskowy Nie Mam ¿eby Wybuch />
/>Wyraz Go¶ki ¿e />
/>- Zaraz, ¿e – – Sk±d ¿e />
/>- Po¿ar Istota Mo¿e ¿eby Nie Prze¿yje />
/>- />
/>- Zniszczymy Ale Taki Bêdzie />
/>- Sam ¿e Sk±d />
/>- Znalaz³em Zbyt ¿ebym Domy¶lam ¿e />
/>- Czemu />
/>- Nie. Je¶li ¿e Nie, />
/>- Wtedy Mo³otowa, – />
/>- Bestia ¶lamazarnie ¶rodowiskiem. Przypalimy />
/>- Nie />
/>- Wystarczy. Mam W³a¶nie, />
/>- ¯artujesz. Jestem Jedyne Ciekawi Jak />
/>- Istota Wystawi ¿eby Jako¶ />
/>- Staram />
/>Milczeli Go¶ka Cz³ony. Musia³y ¶rodka. Biela />
/>Postanowi³a />
/>- Czemu Rozumiem, ¿e Robert />
/>Biela Spojrza³ ¿e />
/>- Nie ¿e Mia³em ¿e Gdy – – Musia³em My¶la³em, ¿e ¿e Zanim Robertem />
/>- ¿e ¿eby – Go¶ka.
/>
/>- Mo¿e. Teraz – />
/>- Prawda.
/>
/>Co¶ ¶ciany Go¶ka ¿e ³azi Biela />
/>- Jedziemy. – />
/>
/>
/>
/>
Ju¿ Mimo Go¶ce ¿e Jedno Zasunêli ¯eby Go¶ce ¿e Wjechali Ulice Jakby Samochodu />
/>- Niedobrze – Biela. – Cholerstwo />
/>Dojechali Biela Ten, Wysiedli Nie By³o Biela ³adunki ¶cisn±³ Spojrza³ />
/>- Jeszcze – – Nie ¿e Mo¿esz
/>
/>- Okej. Nie />
/>- Mam Poradzê />
/>- />
/>- Ludzie. Opêtani, Bêdziemy Jeste¶ />
/>- Gotowa – Nie />
/>- Dobra, Trzy />
/>Go¶ka Bieli Ogieñ Potem Drzwi Zapali³a ¶wiat³a, Biela Go¶ka Us³ysza³a Wtedy Okaza³o ¿e Zaraz ¶ciany Zamachn±³ Uderzy³ ¶ciana Zacz±³ Go¶ka />
/>Twarz Roberta. ¶cian± />
/>Nie Wiedzia³a, ¿e ¿e Zamiast Wielko¶ci Skroplony Wêze³ />
/>Biela Go¶ka Odruchowo />
/>- Gaz! – Biela. – Nie />
/>Za³o¿y³ Go¶ka ¶cianie Póki Biela ¿eby Po³o¿y³ ¶cianie. Ostro¿nie, ¶rodku ¶wiat³a Go¶ka />.
/>W Pe³za³y Roberta.
/>
/>Biela />
/>- Daj Huk />
/>Pos³ucha³a. Wbieg³a Chwyci³a ¿e Wiedzia³a, ¿e Mimo Gdy Widmo Wyci±gnê³o Go¶ki, ¶cian Widmo Go¶ka Wtedy Roberta.
/>
/>Go¶ka Wystrzeli³a, />
/>Widmo Go¶ka Bieli:
/>
/>- />
/>- Gaz! Lecê />
/>Gdy ¿e Biela Wrêczy³a Bez />
/>- Odsuñ – />
/>Odbieg³a Biela Pocisk Biela Trafi³ ¿eby />
/>- Czy¶ciej Wbiegam ³adunek! – – Musimy We¼ ³azience Tam />
/>- Sk±d />
/>- Tam Leæ!
/>
/>Opu¶ci³a Wbieg³a ¿e Korytarz Przy¶wiecaj±c ¶wiat³a. Wtedy Protesty Stara³a Sz³a ³azienki.
/>
/>Otoczy³a />
/>- Ma³gosiu! Ma³goniu! – Zza />
/>Odwróci³a Jego ¶ladu U¶miecha³ Wyci±ga³ ¶wiat³o, Wydawa³o ¿e Roberta Milenki.
/>
/>- Ciebie – – Was />
/>Ojciec Ca³ym Macha³a ¦ciany Twarz Zjawa U¶miechnê³a />
/>Go¶ka />
/>Dopad³a ³azienki, Zerwa³a Spojrza³a Kratka Przysunê³a Mia³a ¿e Odetchnê³a ³adunek, Wiadro Go¶ka Zaraz Go¶ce.
/>
/>Kobieta Bole¶nie />
/>Go¶ka Zjawy Albo />
/>W Bielê. Sta³ Ten ³apa³ Biela />
/>- Zrani³y />
/>- Nie – – Jestem Zmêczy³em Ale />
/>- Jakie?
/>
/>- Bestia ¿e Nikt />
/>- Nie
/>
/>- Przyczepi³em ³adunki. Wici Chod¼. Musimy – />
/>- Wezmê – />
/>Wybiegli ¶cian Przedostali Szybko />
/>W />
/>- Cholera! – Biela. – Biegnij />
/>Przestrzeñ Jeden Bieli, Inny Go¶k±, Uderzy³a Gdy Nabuzowana />
/>- – />
/>Zamknêli SUV-ie, Biela Poda³ Go¶ce />
/>- Naci¶nij />
/>W Blask />
/>
/>
/>- Niedobrze – Biela. – Cholerstwo />
/>Dojechali Biela Ten, Wysiedli Nie By³o Biela ³adunki ¶cisn±³ Spojrza³ />
/>- Jeszcze – – Nie ¿e Mo¿esz
/>
/>- Okej. Nie />
/>- Mam Poradzê />
/>- />
/>- Ludzie. Opêtani, Bêdziemy Jeste¶ />
/>- Gotowa – Nie />
/>- Dobra, Trzy />
/>Go¶ka Bieli Ogieñ Potem Drzwi Zapali³a ¶wiat³a, Biela Go¶ka Us³ysza³a Wtedy Okaza³o ¿e Zaraz ¶ciany Zamachn±³ Uderzy³ ¶ciana Zacz±³ Go¶ka />
/>Twarz Roberta. ¶cian± />
/>Nie Wiedzia³a, ¿e ¿e Zamiast Wielko¶ci Skroplony Wêze³ />
/>Biela Go¶ka Odruchowo />
/>- Gaz! – Biela. – Nie />
/>Za³o¿y³ Go¶ka ¶cianie Póki Biela ¿eby Po³o¿y³ ¶cianie. Ostro¿nie, ¶rodku ¶wiat³a Go¶ka />.
/>W Pe³za³y Roberta.
/>
/>Biela />
/>- Daj Huk />
/>Pos³ucha³a. Wbieg³a Chwyci³a ¿e Wiedzia³a, ¿e Mimo Gdy Widmo Wyci±gnê³o Go¶ki, ¶cian Widmo Go¶ka Wtedy Roberta.
/>
/>Go¶ka Wystrzeli³a, />
/>Widmo Go¶ka Bieli:
/>
/>- />
/>- Gaz! Lecê />
/>Gdy ¿e Biela Wrêczy³a Bez />
/>- Odsuñ – />
/>Odbieg³a Biela Pocisk Biela Trafi³ ¿eby />
/>- Czy¶ciej Wbiegam ³adunek! – – Musimy We¼ ³azience Tam />
/>- Sk±d />
/>- Tam Leæ!
/>
/>Opu¶ci³a Wbieg³a ¿e Korytarz Przy¶wiecaj±c ¶wiat³a. Wtedy Protesty Stara³a Sz³a ³azienki.
/>
/>Otoczy³a />
/>- Ma³gosiu! Ma³goniu! – Zza />
/>Odwróci³a Jego ¶ladu U¶miecha³ Wyci±ga³ ¶wiat³o, Wydawa³o ¿e Roberta Milenki.
/>
/>- Ciebie – – Was />
/>Ojciec Ca³ym Macha³a ¦ciany Twarz Zjawa U¶miechnê³a />
/>Go¶ka />
/>Dopad³a ³azienki, Zerwa³a Spojrza³a Kratka Przysunê³a Mia³a ¿e Odetchnê³a ³adunek, Wiadro Go¶ka Zaraz Go¶ce.
/>
/>Kobieta Bole¶nie />
/>Go¶ka Zjawy Albo />
/>W Bielê. Sta³ Ten ³apa³ Biela />
/>- Zrani³y />
/>- Nie – – Jestem Zmêczy³em Ale />
/>- Jakie?
/>
/>- Bestia ¿e Nikt />
/>- Nie
/>
/>- Przyczepi³em ³adunki. Wici Chod¼. Musimy – />
/>- Wezmê – />
/>Wybiegli ¶cian Przedostali Szybko />
/>W />
/>- Cholera! – Biela. – Biegnij />
/>Przestrzeñ Jeden Bieli, Inny Go¶k±, Uderzy³a Gdy Nabuzowana />
/>- – />
/>Zamknêli SUV-ie, Biela Poda³ Go¶ce />
/>- Naci¶nij />
/>W Blask />
/>
/>
/>
Jechali Go¶ka ¿e Spojrza³a Bielê />
/>- Wstrz±sy! – – Bestia />
/>Spojrza³a Rzeczywi¶cie, Nagle Go¶ce ¿e
/>
/>- Musimy Przetniemy />
/>Teraz Ogromny, ¶luzem Nie ³ama³ Nowe ¿ycie.
/>
/>Nie ¿eby Takie Ziemi.
/>
/>Wyprzedzili Biela Przejecha³ />
/>- Bierz Mo³otowami!
/>
/>Wysz³a Wziê³a Wyjê³a Czu³a Cokolwiek Biela Za³adowa³
/>
/>Ziemia ³ama³y />
/>- Dobrze – Biela.
/>
/>- Dam Wypatruj Mileny.
/>
/>Nie Usta
/>
/>Z³o />
/>Bestia ³amanych Nie Najgorsze ¿e Go¶ka Setki Rany
/>
/>Niestety, Bowiem Tylko />
/>W ¶rodku Milenka.
/>
/>- Nie – Biela. – Nie />
/>Pos³ucha³a, Bestia Czekali, Gdy Biela Go¶ka Gdy Mo³otowy Nie Rzucali Bestia Czê¶æ ¿ywym />
/>Przez Go¶ka ¿e Bezpodstawnie.
/>
/>Koñczyna Milen± A¿ Zrobi³a Niebezpiecznie />
/>Potwór Go¶ki />
/>- Leszek! – />
/>Lecz Pad³ Ocieka³y Koszulka Bieli />
/>Straci³a By³a />
/>- Kurewska Pierdolona – – Oddaj />
/>Podbieg³a Bieli. Ten Upad³ Go¶ka Nie Zawiesi³a Gdy Dok³adnie Postawi³a />
/>Mia³a />
/>Koñczyna Teraz Go¶ka ¿e Milen± Wycelowa³a Mniej Osi±gnê³a Sfera, Bestia Go¶ka ¿e />
/>- Wygra³am. Naprawdê – />
/>W Straci³a />
/>
/>
/>- Wstrz±sy! – – Bestia />
/>Spojrza³a Rzeczywi¶cie, Nagle Go¶ce ¿e
/>
/>- Musimy Przetniemy />
/>Teraz Ogromny, ¶luzem Nie ³ama³ Nowe ¿ycie.
/>
/>Nie ¿eby Takie Ziemi.
/>
/>Wyprzedzili Biela Przejecha³ />
/>- Bierz Mo³otowami!
/>
/>Wysz³a Wziê³a Wyjê³a Czu³a Cokolwiek Biela Za³adowa³
/>
/>Ziemia ³ama³y />
/>- Dobrze – Biela.
/>
/>- Dam Wypatruj Mileny.
/>
/>Nie Usta
/>
/>Z³o />
/>Bestia ³amanych Nie Najgorsze ¿e Go¶ka Setki Rany
/>
/>Niestety, Bowiem Tylko />
/>W ¶rodku Milenka.
/>
/>- Nie – Biela. – Nie />
/>Pos³ucha³a, Bestia Czekali, Gdy Biela Go¶ka Gdy Mo³otowy Nie Rzucali Bestia Czê¶æ ¿ywym />
/>Przez Go¶ka ¿e Bezpodstawnie.
/>
/>Koñczyna Milen± A¿ Zrobi³a Niebezpiecznie />
/>Potwór Go¶ki />
/>- Leszek! – />
/>Lecz Pad³ Ocieka³y Koszulka Bieli />
/>Straci³a By³a />
/>- Kurewska Pierdolona – – Oddaj />
/>Podbieg³a Bieli. Ten Upad³ Go¶ka Nie Zawiesi³a Gdy Dok³adnie Postawi³a />
/>Mia³a />
/>Koñczyna Teraz Go¶ka ¿e Milen± Wycelowa³a Mniej Osi±gnê³a Sfera, Bestia Go¶ka ¿e />
/>- Wygra³am. Naprawdê – />
/>W Straci³a />
/>
/>
/>
Go¶ka ¿e Zorientowa³a ¿e Spróbowa³a ¿e ¿adnej Otworzy³a />
/>Przed Robertem />
/>Ruszy³a Wygrzeba³a Sprzedawca Orlenie By³ Poprosi³a Poda³ />
/>Wróci³a Potem />
/>Wtedy ¿eby />
/>- Milena! – />
/>Wsiad³a Bieli Zosta³ Zabi³a Uratowa³a Czemu Gdzie Milenka? Kto Nie ¿e />
/>Leszek Biela. Zdradzi³ />
/>Pêdzi³a Rozgl±da³a Ulice Okolica Pod Nowaka, Wymiotowa³, ¿o³±dkowej. Zwraca³ Zrozumia³a, ¿e Mia³a ¿e />
/>Nie />
/>Skrêci³a ¦rodkiem Biela. Poturbowany, Nie Ale Wysiad³a ¿e Ale Biela />
/>Zbli¿y³a />
/>- Gdzie Milena? – />
/>- Ma³gosiu… />
/>- Gdzie Mów!!!
/>
/>- Ja… My¶la³em, ¿e />
/>Walnê³a />
/>Nie Wygl±da³, Grymas />
/>- Musisz Nie – />
/>Uderzy³a Nawet />
/>- Jestem Stefaniuka, />
/>Zatrzyma³a />
/>- Jeden Nic
/>
/>Zaczyna³a />
/>- Zwia³em Polski, Znalaz³em – Gdy ¿e By³a ¿e Byli¶cie />
/>Powinna Zamiast />
/>- Robert Da³em />
/>- Nie, Prawda?
/>
/>- Milena – ³ami±cym />
/>Go¶ka ¿eby Ale Milena Nigdy. Robert Nie />
/>Powinna Bielê, Stefaniuka. Ale Zamiast Pozwoli³a Wtuli³a P³aka³a />
/>Potem Mariana. Go¶ka Leszek />
/>- Wygrali¶my, Monstrum Przynajmniej Biela />
/>- Tak – />
/>Móg³ ¿e Bestia Móg³ ¿e ¯e Móg³ ¿e />
/>Nie />
/>Wiedzia³, ¿e ¯e Ma³gorzata Zdunek />
/>Przed Robertem />
/>Ruszy³a Wygrzeba³a Sprzedawca Orlenie By³ Poprosi³a Poda³ />
/>Wróci³a Potem />
/>Wtedy ¿eby />
/>- Milena! – />
/>Wsiad³a Bieli Zosta³ Zabi³a Uratowa³a Czemu Gdzie Milenka? Kto Nie ¿e />
/>Leszek Biela. Zdradzi³ />
/>Pêdzi³a Rozgl±da³a Ulice Okolica Pod Nowaka, Wymiotowa³, ¿o³±dkowej. Zwraca³ Zrozumia³a, ¿e Mia³a ¿e />
/>Nie />
/>Skrêci³a ¦rodkiem Biela. Poturbowany, Nie Ale Wysiad³a ¿e Ale Biela />
/>Zbli¿y³a />
/>- Gdzie Milena? – />
/>- Ma³gosiu… />
/>- Gdzie Mów!!!
/>
/>- Ja… My¶la³em, ¿e />
/>Walnê³a />
/>Nie Wygl±da³, Grymas />
/>- Musisz Nie – />
/>Uderzy³a Nawet />
/>- Jestem Stefaniuka, />
/>Zatrzyma³a />
/>- Jeden Nic
/>
/>Zaczyna³a />
/>- Zwia³em Polski, Znalaz³em – Gdy ¿e By³a ¿e Byli¶cie />
/>Powinna Zamiast />
/>- Robert Da³em />
/>- Nie, Prawda?
/>
/>- Milena – ³ami±cym />
/>Go¶ka ¿eby Ale Milena Nigdy. Robert Nie />
/>Powinna Bielê, Stefaniuka. Ale Zamiast Pozwoli³a Wtuli³a P³aka³a />
/>Potem Mariana. Go¶ka Leszek />
/>- Wygrali¶my, Monstrum Przynajmniej Biela />
/>- Tak – />
/>Móg³ ¿e Bestia Móg³ ¿e ¯e Móg³ ¿e />
/>Nie />
/>Wiedzia³, ¿e ¯e Ma³gorzata Zdunek />
/>
Komentarze::
Dodaj komentarz
Powiązane wiadomosci
- Mondo
- Go³±b
- List Leopolda do ludzi z przedmie¶cia
- 1000 stron autobiografii (Nieudana lekcja pisania ¿yciorysu)
- samotno¶æ (R)
- Kot [debiut]
- Fantasy /powie¶æ/ ???
- ANALIZA 'BA¦NI O STALOWYM JE¯U' JANA BRZECHWY
- wiersz
- Rola jej ¿ycia /opowiadanie/
- we¼ nó¿ naostrze go zanurz w szampanie i zar¿nij mnie /opowiadanie/
- Dzieñ.