24 godziny temu
Przez otwarte okno wpada rze¶ki wietrzyk, a razem z nim zapach wilgoci. Poranna mgie³ka przemierza parkow± alejkê, otula stare kasztanowce, przes³ania kamiennego grajka, który wygrywa na skrzypeczkach melodie pasuj±ce do ka¿dej pory roku i ka¿dej pogody. Z radia p³yn± d¼wiêki z³otej tr±bki i miêkki, zachrypniêty g³os, który dos³adza tê porann±, wahaj±c± siê ciszê. Niebawem ulica zaroi siê od ludzi i samochodów, a powietrze co jaki¶ czas rozedrze krzyk jad±cej na sygnale karetki. Raptem na okienny parapet sfruwa siwy go³±b, maszeruje po nim tam i z powrotem, przystaje na krawêdzi, spogl±da w dó³ i rzuca siê w zamglon± czelu¶æ.
Opuszczam firankê i siadam przy pustym stole. Z kuchni dolatuje mruczenie gotuj±cej siê wody, a w chwilê potem przera¼liwy gwizd czajnika.
- Zjesz co¶? – pyta, krz±taj±ca siê po kuchni ¿ona.
- Sam nie wiem – bezwiednie odpowiadam, wpatruj±c siê têpym wzrokiem w rzadki ¶cieg lnianego obrusu, po którym ³a¿± muchy.
- Mo¿e kanapkê z serem?
- Niech bêdzie.
- A co chcesz do tego?
- Mog± byæ powid³a albo d¿em z czarnej porzeczki.
¯ona wnosi tacê, stawia na stole, k³adzie przede mn± fili¿ankê z kaw± i zadaje pytanie, które czytam z jej wymownego spojrzenia. Powoli podnoszê fili¿ankê do ust, prze³ykam s³odkawo-gorzki napój, po czym z przesadn± dok³adno¶ci± stawiam naczyñko na ¶rodku spodka, a wszystko to po to, by mieæ wiêcej czasu do namys³u.
- Wci±¿ j± k³uj±, robi± sondy, prze¶wietlenia, zrobili nawet badanie tomograficzne i co? W dalszym ci±gu nie wiedz± – przerywa milczenie ¿ona.
- Ale, jak to jest mo¿liwe, ¿eby po tylu badaniach i pobytach w szpitalu? – mówiê, marszcz±c czo³o.
- Przegoñ te wstrêtne muchy! – ucina niemraw± rozmowê ¿ona.
- Niech sobie lataj± – odpowiadam ze stoickim spokojem.
- No, ale siadaj± na twoim serze! – ¿ona jest wyra¼nie podenerwowana tym faktem.
Podnoszê siê wiêc i gwa³townymi ruchami rêki odganiam natrêtne owady, a kiedy to nie odnosi skutku, idê po subtelne narzêdzie mordu i rozpoczynam zaciek³e polowanie. W koñcu ubijam jedn± sztukê, po czym mokrego trupka, przyklejonego do a¿urowej packi, strz±sam do wiaderka.
Tramwajem wleczemy siê niemal przez po³owê miasta, wysiadamy na przystanku pod poczt± i skrêcamy w w±sk± uliczkê przeciêt± na skos ostrym promieniem s³oñca. Z ko¶cielnej wie¿y spada w dó³ spi¿owy d¼wiêk dzwonu i rozchodzi siê koncentryczn± fal± po zau³kach. Dalek± perspektywê ulicy zamyka, ¶wiec±ca jaskraw± biel±, fasada szpitalnego budynku. Zd±¿amy w³a¶nie w stronê tego ¼ród³a nadziei i naraz… z jasnej po¶wiaty wynurza siê fiakier – czarna drynda z doro¿karzem w ciemnej pelerynie i w meloniku na g³owie. Dryndziarz, to dziwne, bo pora dnia wydaje siê byæ nieodpowiednia, tnie komara, ale siedzi na ko¼le wyprostowany jak struna, jedynie g³owa skacze na boki w rytm ko³ysz±cej siê na kocich ³bach doro¿ki. W gar¶ciach trzyma lejce i uwiêd³y bat, który teraz zapewne s³u¿y tylko do ozdoby, bo konisko samo doskonale wie, dok±d ma i¶æ. Dziwne jest i to, ¿e w latarenkach po obu stronach czarnej budy pal± siê nik³ym ¶wiate³kiem lampiony. I wówczas, kiedy doro¿ka nas mija, dostrzegam siedz±ca w ¶rodku trupioblad± postaæ. Krew uderza mi do g³owy na jej widok, odruchowo wykonujê gwa³towny gest – otwieram d³onie, potem je splatam jak do modlitwy – a z ust wydobywa siê jaki¶ nieartyku³owany d¼wiêk. W ¶rodku siedzi – zmar³a przed paroma laty – moja matka!
- Widzia³a¶?! – pytam podniesionym g³osem.
- Co takiego?
- No, tê doro¿kê…!
- Doro¿kê?
- Przejecha³a obok nas doro¿ka…!
- A tak, chyba przejecha³a jaka¶ doro¿ka. – Spokój ¿ony jest prowokuj±cy i niezrozumia³y.
- Jak to jaka¶?
- O co ci chodzi?
- Chodzi mi o to, ¿e w tej doro¿ce… ¿e zobaczy³em w tej czarnej budzie… ¿e tam…
¯ona z niepokojem patrzy na mnie, bo zawieszam siê kompletnie, nie mogê sensownie dokoñczyæ zdania.
- Wszyscy wiedz±, ¿e masz bujn± wyobra¼niê i widzisz czasem to, czego zwyk³y cz³owiek nie jest w stanie dostrzec, ale czy nie uwa¿asz, ¿e w takim momencie nie powiniene¶ krakaæ? – mówi z lekkim wyrzutem, patrz±c mi prosto w oczy.
Ju¿ nic siê nie odzywam, opanowujê wzburzone emocje i dalej idziemy w milczeniu, trawi±c w³asne my¶li.
Obok g³ównego wej¶cia rosn± dwie stare akacje pe³ne ki¶ci bia³ych kwiatów o s³odkim, odurzaj±cym zapachu. W szpitalnym sklepiku kupujemy kilka kolorowych gazet, niegazowan± wodê mineraln± i ochraniacze na buty. Drogê dobrze znamy; tutaj przyszed³ na ¶wiat nasz pierworodny. Trudno zapomnieæ ten sklepik, w którym kupowa³em zwyk³e, bia³e myd³o, tê pl±taninê korytarzy, którymi dociera³em do nich obojga, tê ma³±, cichutk± kapliczkê na pierwszym piêtrze, a wreszcie powoln±, przesycon± szpitalnym zapachem windê.
Teraz wiezie nas niespiesznie na drugie piêtro, zatrzymuje siê i bezg³o¶nie otwiera drzwi. Wychodzimy na d³ugi, ciasny korytarz, na którym stoi kilka pustych ³ó¿ek, wózek s³u¿±cy do rozwo¿enia posi³ków, przeszklona szafka na lekarstwa i medyczne akcesoria, kosz pe³en ¶wie¿ej po¶cieli do zmiany. Mijaj±c te przeszkody mimochodem rzucamy wzrok do sal, których drzwi otwarte s± na rozcie¿, a¿ wreszcie dochodzimy do koñca korytarza.
- To tutaj – szepcze ¿ona.
Na u³amek chwili stajemy w progu, wahaj±c siê, czy wej¶æ do ¶rodka, bo w ma³ym pomieszczeniu znajduj± siê jakie¶ obce osoby. Kobieta i mê¿czyzna stoj± przy ³ó¿ku zas³oniêtym parawanem. Ona zakrywa d³oñmi usta, on, obejmuj±c j± ramieniem, lekko poci±ga w stronê wyj¶cia:
- Chod¼, pójdziemy ju¿ – mówi ³agodnym szeptem. - No, chod¼.
Mijaj± nas w progu.
Wsuwamy siê niemal na palcach, wstrzymuj±c oddech.
- Dzieñ dobry, jak siê masz? – zwraca siê ¿ona do swej matki, która natychmiast podnosi siê w ³ó¿ku.
- Ano, mam siê jako¶ – odpowiada z lekkim u¶miechem.
- Nie¼le wygl±dasz, ale jeste¶ taka bledziutka. A jak z jedzeniem?
- Mam tu du¿o jedzenia. Teraz mogê tylko kleik, ale sobie dojadam. Widzisz, ca³a paczka sucharków.
- No tak, rzeczywi¶cie. Na takiej diecie mo¿na szybko utyæ.
- Przecie¿ wiesz, ¿e nie mogê du¿o je¶æ, bo mnie boli.
- A kiedy przestanie boleæ? – wtr±cam siê do rozmowy.
- Tego nie wiadomo. Lekarze te¿ nie wiedz±. Zrobili mi wszystkie badania i okazuje siê, ¿e trzustka i w±troba s± w porz±dku.
- To tylko siê cieszyæ.
- No, tak, ale jak co¶ zjem, to boli jak cholera.
- A teraz, jak siê czujesz? – mówi ¿ona, wpatruj±c siê ze wspó³czuciem w wychudzon± twarz swojej matki.
- Dobrze siê czujê, ale jeszcze nie mogê chodziæ.
- A kiedy mamê wypisz±? – pytam.
To ³ó¿ko obok, stoj±ce za parawanem, niepokoi, przyci±ga, przykuwa uwagê. Nie trudno siê domy¶liæ przyczyny takiego odseparowania, ale trudno siê tak nagle oswoiæ z my¶l±, ¿e jest siê naocznym ¶wiadkiem rzeczy ostatecznej. Wy³±czam siê z rozmowy o ¿yciu, a ca³± uwagê kierujê na obserwacjê tego wszystkiego, co dzieje siê za parawanem. S³owa, które wymieniaj± miêdzy sob± ¿ona i jej matka, staj± siê teraz jakimi¶ d¼wiêkami bez znaczenia:
- Za dwa dni?
Za parawanem co¶ siê poruszy³o. Przez w±ziutk± szparê w bia³ym p³ótnie widzê cewnik umieszczony pod ³ó¿kiem.
- Halina by³a…
Kropelki moczu i krwi ciekn± wolniutko, tocz± siê jedna za drug± w prze¼roczystej rurce.
– Basia by³a i mówi³a, ¿e …
Odwracam wzrok w stronê rozmawiaj±cych. Zmizernia³a, pokryta bruzdami zmarszczek twarz mamy mówi sama za siebie. Patrzê na jej ponak³uwane ig³ami rêce i stercz±cy w ¿yle wenflon, patrzê na szczup³e, spracowane d³onie i w³osy bia³e jak mleko, jak ta dzisiejsza, poranna mg³a w parku. Z zawieszonej na stojaku, odwróconej do góry dnem butelki ¶cieka kropla po kropli.
W dy¿urce s±siaduj±cej z salk± pielêgniarki umawiaj± siê szeptem, spokojnie i bez emocji wymieniaj± porozumiewawcze spojrzenia. Jedna z nich wchodzi, staje za parawanem, uwa¿nie przygl±da siê pacjentce, pochyla siê nad ni±, potem poprawia poduszkê i bezszelestnie znika.
Nieznacznie przesuwam krzes³o, na którym siedzê, unoszê siê nieco na rêkach, wyci±gam szyjê; przez moment widzê ca³± postaæ, zapisujê w pamiêci detale. D³onie staruszki, le¿±ce bezw³adnie na ko³drze, s± niemal prze¼roczyste, siwa g³owa spoczywaj±ca na poduszce budzi podobnie skrajne uczucia. W zmatowia³ych ¼renicach nie ma ju¿ iskierek ¿ycia, zesztywnia³e usta ³api± tak nik³e kropelki powietrza, ¿e nie widaæ poruszaj±cych siê piersi, zupe³nie jakby p³ucom nie by³ ju¿ do niczego potrzebny tlen. Wykrzywiona w grymasie bole¶ci twarz, wyra¿a nade wszystko udrêkê.
- …jutro pójdzie do tego lekarza i porozmawia z nim. A tu przynie¶li¶my ci trochê gazet, ¿eby¶ siê rozerwa³a – s³yszê gdzie¶ z oddali.
- Tak, tylko nie wziê³am okularów… – odpowiada rozbawione echo.
Na zewn±trz s³oñce coraz mocniej przygrzewa, a przez uchylone okno wlatuj± ptasie wrzaski pomieszane z zapachem kwitn±cych akacji.
Znów wchodzi pielêgniarka, staje za parawanem, tym razem nieruchomieje na d³u¿sz± chwilê. S³yszê jak od³±cza aparat. Co¶ miêkkiego spada na posadzkê.
Nie ma w±tpliwo¶ci, staruszka odesz³a. Jej tu ju¿ nie ma, przesz³a na tamt± stronê i sta³a siê niewidzialna, zostawiaj±c to biedne, zniszczone cia³o podobne do wyschniêtego konaru starego drzewa. Zjawiaj± siê dwie pozosta³e pielêgniarki. Zza parawanu dobiega teraz szurgot, szelest, delikatny stukot, ciche skrzypienie i naraz furkot bia³ego prze¶cierad³a, które frunie w górê, nabiera powietrza i opada w dó³, przykrywaj±c ca³e ³ó¿ko.
Wiêc i tym razem, jako postronnego ¶wiadka, nie dotkn±³ mnie ch³odny powiew, nie poczu³em zapachu zgaszonej pochodni, nie zobaczy³em ¿adnego widomego znaku, choæby jego nik³ego odbicia, nie us³ysza³em niczego, co pochodzi³oby stamt±d. To, co zarejestrowa³y me zmys³y dotyczy³o wy³±cznie obrazu staruszki; widzia³em tylko tê resztkê jej oddechu, a potem to, co zosta³o przykryte prze¶cierad³em. Nic wiêcej!
- Andrzej mówi³, ¿e jest jaka¶ promocja…
- To my ju¿ pójdziemy. I poczytaj sobie. Ach! Zapomnia³am, ¿e nie wziê³a¶ okularów…
Na ulicy o¶lepia nas s³oñce. W cieniu akacji stoi jaka¶ m³odziutka para. Ona ubrana jest w niebiesk± sukienkê z bufiastymi rêkawami i bia³± u do³u, koronkow± falbank±, natomiast on ma na sobie staromodn±, letni± marynarkê i spodnie-pumpy. Jego g³adko zaczesane w³osy, z przedzia³kiem na ¶rodku, b³yszcz± od pomady. Ona, wpatruj±c siê w ch³opca, g³adzi szorstk±, spêkan± korê drzewa, on za¶, dotykaj±c jej d³oni, chce zapewne wyczytaæ z zalotnych, ¶miej±cych siê oczu dziewczyny to, co jest dla nich najwa¿niejsze. Jest w tych dwojgu zakochanych co¶ jeszcze – wydaj± siê byæ jacy¶ nietutejsi, oddaleni od tego miejsca i czasu, jakby przybyli tylko na chwilê z odleg³ej przestrzeni… Stoj± pod starym drzewem, zagl±daj± w g³±b swych dusz i móg³bym przysi±c, ¿e wyznaj± sobie tê cudown±, naiwn± wiarê w to, ¿e ca³e ¿ycie ma tylko i wy³±cznie s³odki zapach kwitn±cej akacji, a ¶mierci nie ma w ogóle.
Wracamy t± sam± tras±. Z zamy¶lonej twarzy ¿ony nie znika delikatny, ledwo zauwa¿alny u¶miech. Rozpamiêtujê dopiero co prze¿yt± scenê szpitaln±, potem zastanawiam siê nad dziewczyn± i ch³opcem, zaczynam co¶ kojarzyæ i mniej wiêcej w po³owie ulicy stajê w miejscu jak ra¿ony piorunem, po czym gwa³townie odwracam g³owê…
źródło:
http://www.portalliteracki.pl
Aktualna ocena::
3
Wyślij odnośnik znajomym::
Tags:
/>Przez Poranna Niebawem Raptem
/>Opuszczam
/>- Zjesz – ¿ona.
/>- Sam – ¶cieg ³a¿±
/>- Mo¿e
/>- Niech
/>-
/>- Mog±
/>¯ona Powoli ¶rodku
/>- Wci±¿ – ¿ona.
/>- Ale, ¿eby –
/>- Przegoñ – ¿ona.
/>- Niech –
/>- No, – ¿ona
/>Podnoszê
/>
/>Tramwajem Dalek± ¶wiec±ca Zd±¿amy ¼ród³a – Dryndziarz, ³bach Dziwne ¿e ¶wiate³kiem ¶rodku Krew – – ¶rodku – –
/>- Widzia³a¶?! –
/>-
/>- No,
/>- Doro¿kê?
/>- Przejecha³a
/>- – Spokój ¿ony
/>- Jak
/>-
/>- Chodzi ¿e ¿e ¿e
/>¯ona
/>- Wszyscy ¿e ¿e –
/>Ju¿
/>
/>Obok Drogê ¶wiat Trudno
/>Teraz Wychodzimy ³ó¿ek, ¶wie¿ej Mijaj±c
/>- – ¿ona.
/>Na ¶rodka, Kobieta ³ó¿ku Ona
/>- Chod¼, – ³agodnym No,
/>Mijaj±
/>Wsuwamy
/>- Dzieñ – ¿ona ³ó¿ku.
/>- Ano, –
/>- Nie¼le
/>- Mam Teraz Widzisz,
/>-
/>- Przecie¿ ¿e
/>- –
/>- Tego Lekarze Zrobili ¿e
/>-
/>- No,
/>- – ¿ona,
/>- Dobrze
/>- –
/>
/>To ³ó¿ko Nie ¿e ¶wiadkiem Wy³±czam ¿yciu, S³owa, ¿ona
/>-
/>Za Przez ³ó¿kiem.
/>- Halina
/>Kropelki
/>– Basia ¿e …
/>Odwracam Zmizernia³a, Patrzê ¿yle ¶cieka
/>
/>W Jedna
/>Nieznacznie D³onie ¼renicach ¿ycia, ³api± ¿e Wykrzywiona
/>- …jutro ¿eby¶ –
/>- Tak, –
/>
/>Na
/>Znów S³yszê Co¶
/>Nie Jej Zjawiaj± Zza ³ó¿ko.
/>Wiêc ¶wiadka, ¿adnego To, Nic
/>- Andrzej ¿e
/>- Ach! Zapomnia³am, ¿e
/>
/>Na Ona Jego ¶rodku, Ona, ¶miej±cych Jest – Stoj± ¿e ¿e ¿ycie ¶mierci
/>Wracamy ¿ony Rozpamiêtujê
/>
Komentarze::
Dodaj komentarz
Powiązane wiadomosci
- Dürrlettel 15.08 i zawsze
- Konstruktywnie - Karol Hiller
- S³owa, s³owa, s³owa ...
- Te¶ciowa
- Gangrena
- Zawodnicy
- ***[zanim poszed³em do szko³y] /wiersz/
- Rzeczy pisz± /wiersz/ x
- Jak co dzieñ... /wiersz/ x
- ***[kiedy rozciê³a¶ palec no¿em] /wiersz/
- Zawiniêty, pstrokaty dywan /opowiadanie/
- Apsik. /opowiadanie/