24 godziny temu

ZIMA




¦nieg zawsze spada na Poznañ jak d³ugo wyczekiwany zbawca. Drobnymi p³atkami ¶cieli szare ulice, by ukryæ ich jesienn± brzydotê przed oczami nielicznych, przyby³ych na targi, turystów. Okrywa go³e, czarne drzewa oraz tuli do snu parki daj±c s³odki i zas³u¿ony odpoczynek wysmaganej zimnym wiatrem przyrodzie. Pustoszy fontanny zape³niaj±c jednocze¶nie pagórki. Te ma³e, ¶rednie, du¿e, a nawet te najwiêksze zalewa, nios±cy siê echem po mie¶cie, pisk i wrzask roze¶mianych dzieci o czerwonych od mrozu policzkach, które bezustannie, na¶laduj±c Syzyfa, ci±gn± niestrudzenie swoje sanki pod górê. Nie przeszkadza im ¶wiadomo¶æ, ¿e zaraz razem z nimi znajd± siê z powrotem w poprzednim po³o¿eniu. W przeciwieñstwie do swojego mitologicznego poprzednika bawi± siê ¶wietnie czynno¶ci±, która nigdy mog³aby nie mieæ koñca. Najwiêcej dzieci jest zawsze na Teatralce. Bia³y ¶nie¿ny p³aszcz wreszcie roz¶wietla miasto tworz±c substytut s³oñca, którego w coraz krótszych dniach tak bardzo mu brakuje. Wszystko zwalnia. Ospale kroczymy do pracy, zara¼liwie rozsiewamy ziewanie po tramwajach i autobusach. B³yskaj±ce w pó³mroku zewsz±d ¶wiat³a lulaj± nas i odbieraj± chêæ do pracy, szczególnie jak zwykle zaskoczonym nawa³em obowi±zków drogowcom. Nawet samochody zim± ciê¿ej dobudziæ. Choæ wydaje nam siê, ¿e tak nie jest, razem ze zwierzêtami, o których uczono nas w szkole podstawowej i miastem, w którym przysz³o nam ¿yæ, zapadamy w letarg, by obudziæ siê wraz z odej¶ciem kry na Warcie. Zima, jak matka swoje dziecko, k³adzie nas do ³ó¿ka po ciê¿kim dniu. Nie zapomina przy tym wyszeptaæ do ucha historii, której zakoñczenie poznamy dopiero w snach.
¦wiêta Bo¿ego Narodzenia z witryn modnych sklepów, centrów handlowych, supermarketów i przez otwory masek sztucznych ¦wiêtych Miko³ajów ju¿ od dawna zerka³y na mieszkañców. Pocz±tkowo nie¶mia³o szepta³y. Ga³±zkami ¶wierku, witryn± zaprószon± ¶niegiem w sprayu, milionem zrobionych z plastiku pierwszych gwiazdek na niebie i pojedynczymi, rozlegaj±cymi siê znienacka w ró¿nych miejscach d¼wiêkami dzwonków namawia³y do zakupów. Dzi¶, w dzieñ wigilii ostatkiem si³, ustami elfów wykrzykuj± najlepsze na rynku oferty, rêkami anio³ów ci±gn± przechadzaj±cych siê ulicami potencjalnych klientów, by z ich i tak ju¿ mocno uszczuplonych portfeli wyrwaæ resztê pieniêdzy, zamêczyæ mocno wys³u¿one karty kredytowe. Jest jednak w Poznaniu miejsce, do którego nigdy nie dociera³ ¿aden wrzask, które od lat zamiast sztucznie napêdzaæ bieg ¿ycia ludzi, idealnie z nim wspó³gra³o. Konsekwentnie g³uche na wszystko, co mog³oby choæ odrobinê zmieniæ sprawdzony porz±dek rzeczy, nadw±tliæ reputacjê ostatniego bastionu tradycji.
Szarza³o ju¿. Na otoczony z czterech stron starymi kamienicami Rynek Je¿ycki z nieba lecia³y ciê¿ko mokre p³atki ¶niegu. W ostatniej fazie lotu elegancko, z gracj± zwalnia³y, by delikatnie osi±¶æ na w±skie alejki i zrobione z plandeki dachy straganów i przez mrugniêcie oka jedynie pokazuj±c swoje unikatowe piêkno rozp³yn±æ siê w zmieszanej z piaskiem po¶niegowej breji. Nie by³o zimno. Choæ z ust t³ocz±cych siê miêdzy stoiskami ludzi bucha³y k³êby pary to ogrom oddechów z³±czony na tak niewielkiej przestrzeni ogrzewa³ wszystkich równomiernie. Tylko opatuleni w dziesi±tki koszulek, swetrów, grubych skarpet, szali, rêkawiczek i wszelkiego rodzaju ocieplaczy, nauczeni bogatym do¶wiadczeniem minionych zim i wigilii sprzedawcy chuchali na rêce lub ogrzewali je zaciskaj±c mocno d³onie na kubkach z pachn±cymi kawami, herbatami z cytryn±, czy w zale¿no¶ci od upodobania zupami. Wiêkszo¶æ dla pewno¶ci jeszcze co raz popija³a schowan± pod lad± wódkê. Odbywali tu ju¿ niejedn± wspóln± wigiliê, by pó¼niej na ostatni± chwilê z zarobionymi pieniêdzmi wracaæ do podpoznañskich wiosek i poznañskich mieszkañ, do kuchc±cych w oparach kapusty, czy barszczu babæ, matek i ¿on, do czekaj±cych z niecierpliwo¶ci± dzieci. Jak prawdziwa rodzina, dziel±cy dzielnie los ramiê w ramiê Polacy i Ormianie, kobiety i mê¿czy¼ni, wie¶niacy i miastowi, czy wreszcie ci m³odzi wraz ze starszymi, nie skar¿yli siê nigdy na swoj± dolê.
- Czy mogê co¶ podaæ?
- Jak siê córka miewa? Przyje¿d¿a z ziêciem na ¶wiêta? Kilogram tych jab³uszek? Proszê bardzo.
- Oczywi¶cie. S³odziutkie s± te mandarynki. Tak. Bez pestek. Proszê próbowaæ.
- Oj taki zi±b. Zmarznie panienka. Za suszarkê do w³osów 30 z³otych, a za golarkê 40, ale dla pani zrobimy upust.
- Przykro mi, ale ju¿ nie mamy. Mo¿e pani spróbuje u kolegi obok. Wiechu! Masz jeszcze te rajstopy z lycr±?
- Proszê bardzo. Weso³ych ¶wi±t.
- Dziêkujê bardzo. Wzajemnie.
- Proszê bardzo.
- Dziêkujê.
- Dziêkujê.
- Proszê bardzo.
Pomimo zbli¿aj±cego siê zmierzchu rynek têtni³ ¿yciem. Wszêdzie unosi³ siê zapach cytrusów, jab³ek, suszonych ¶liwek, bakalii, maku, ¶wierku, jod³y i jemio³y. Stragany mieni³y siê feeri± barw od kwiatów pocz±wszy przez perfumy, pid¿amy, góralskie kapcie i chiñskie koszulki, gry wideo, na pluszowych zabawkach oraz na wpó³ ¿ywych, ciê¿ko ³api±cych powietrze karpiach skoñczywszy. Wszystko roz¶wietla³o ¶wiat³o tysiêcy maleñkich choinkowych lampek odbijaj±ce siê od przeró¿nych w gamie kolorów, kszta³tów i wielko¶ci ozdób ¶wi±tecznych. Lampek, które zgodnie z zapewnieniem sprzedawcy nigdy siê nie psu³y, a których w rzeczywisto¶ci ka¿dy, kto chcia³ by na jego drzewku zago¶ci³y po³yskuj±ce, sprawne ¿arówki, musia³ co roku kupiæ za grosze przynajmniej komplet. Wszystko to w rytm wszechobecnej piosenki Last christmas, która przywodz±c na my¶l poprzednie ¶wiêta równie¿ rozbrzmiewaj±ce piosenk± Last christmas, zaklina³a pêtlê czasu, jak dwa lustra ustawione naprzeciw siebie zaklinaj± przestrzeñ w absurd nieskoñczono¶ci.
W tej otaczaj±cej zewsz±d zmys³y ró¿norodno¶ci nikt nie dostrzega³ grupki ma³ych, ubranych w przybrudzone, stare, poprzecierane na kolanach spodnie i wydarte na ³okciach kurtki, ch³opców. Sprzedawcy za¶ dobrze wiedzieli, ¿e to dzieci z biednych rodzin, które rodzice wysy³aj± na targ, ¿eby wykorzystuj±c niski wzrost zakradali siê po jedzenie ze stoisk, a pieni±dze z portfeli, w najlepszym za¶ przypadku odwo³ywali siê do rozmiêkczonych ¶wi±tecznym nastrojem dobroci i mi³osierdzia serc przechodniów, prosz±c o datki na wyimaginowane chore siostry i braci. Dlatego te¿ przeganiano ich nierzadko, a nawet wzywano policjê, która jednak w pojedynku z ma³oletnimi mistrzami skakania przez p³oty by³a zupe³nie bez szans.
By³ jednak w¶ród nich ch³opak, który odstawa³ od reszty. Najdrobniejszy, cichy, wiecznie posiniaczony o smutnej, jakby zamy¶lonej twarzy, skrytej pod za du¿±, szar± we³nian± czapk±. Nie biega³ z innymi, nie wyci±ga³ r±k po nie swoj± w³asno¶æ, dziêki czemu koledzy pogardliwie wo³ali na niego Cipa nierzadko przy tym sk³adaj±c na jego w±t³ym ciele seriê ciosów i kopniaków doskonal±cych ich chuligañskie umiejêtno¶ci. Straganiarze natomiast ochrzcili go Gapciem i poniewa¿ widzieli, ¿e jest mu ciê¿ko zatrudniali go do lekkich prac w zamian za jedzenie lub drobne sumy pieniêdzy. Mia³ na imiê Jasiek. Jan – po dziadku. Mia³ 6 lat.
D³ugo ju¿ krz±ta³ siê w g±szczu ludzkich nóg, nierzadko tr±cany wypchanymi po brzegi torbami, spogl±daj±c zazdro¶nie na kupuj±cych dzieciom prezenty rodziców. Smutny karze³ w szczê¶liwym ¶wiecie wielkoludów. Nie mia³ nic lepszego do roboty. Wiedzia³, ¿e jakkolwiek nie by³oby zimno przed ch³odem ochroni go ciep³y strój, który na krzyki w domu nie jest ju¿ tak odporny. Dlatego te¿ nie chcia³ do niego wracaæ. Z czasem rynek pustosza³, a w t³umie by³o siê coraz ³atwiej przeciskaæ. Ludzie powoli znosili zakupy do domów, by wreszcie móc usi±¶æ w wygodnych fotelach i napawaæ siê czasem spêdzonym z bliskimi przy wspólnej kolacji.
- Gapcio? Gapcio to Ty? Kto ci tak± czapkê sprawi³? Do myszy jeste¶ podobny nie do cz³owieka. Ledwo ciê zauwa¿y³em. – wykrzykn±³ pulchny sprzedawca sprowadzanych z Niemiec proszków i wszelkiego rodzaju s³odyczy, ¶miej±c siê przy tym przyja¼nie.
- Tak panie Marku?
- Chod¼ no na chwilê urwisie. – powiedzia³ przywo³uj±c ch³opca zamaszystym ruchem rêki.
Jasiek przecisn±³ siê do przej¶cia i odsuwaj±c mozolnie skrzynki wszed³ do miejsca, z którego pan Marek rozdawa³ smako³yki zachodnich s±siadów. Tr±ci³ jeszcze przy tym jak±¶ starsz± pani±, która widz±c swoj± wyra¼n± przewagê wzrostu i wieku nie omieszka³a wyzwaæ malca od bêkartów. Czy zamierza³a równie¿ tak okropnie nakrzyczeæ na w³asne wnuki, gdy wróci do domu i podzieli siê z nimi prezentami? Tego ju¿ ch³opiec nie wiedzia³.
- Wiesz która jest godzina?
- Dlaczego pan pyta?
- Powiniene¶ chyba byæ w domu i pomagaæ mamie przygotowaæ kolacjê. – spojrza³ na ch³opaka zagadkowo.
- Pieprzê, nie idê. Pan te¿ ju¿ powinien byæ w domu. – wykrzykn±³ ch³opak i ju¿ mia³ siê odwracaæ, gdy sprzedawca z³apa³ go za ramiê.
- Poczekaj. Powiedzia³e¶, ¿e pieprzysz. Skoro chcesz przeklinaæ to pewnie te¿ chcesz ¿ebym rozmawia³ z tob± jak z doros³ym.
- Jasna sprawa – wrzuci³ ch³opak podnosz±c g³owê.
- Bêdê wiêc traktowa³ ciê jak doros³ego. Doro¶li nie pytaj± dlaczego robisz tak czy inaczej. Ja te¿ nie zapytam. Nie chcesz i¶æ do domu, twoja sprawa i wybór. Ja bardzo chcê ju¿ byæ z ¿on± i z dzieæmi, dlatego je¶li siê zgodzisz i nie masz nic lepszego do roboty chcia³bym ¿eby¶ pomóg³ mi spakowaæ towar do samochodu. W zamian mo¿esz wzi±æ siatkê i zape³niæ j± czym tylko sobie ¿yczysz ze straganu. Zgadzasz siê? – mê¿czyzna mówi³ powoli ca³y czas wpatruj±c siê w br±zowe oczy ch³opca.
Propozycja zabrzmia³a widocznie bardzo rozs±dnie, bo Gapcio uspokoi³ siê i popêdzany my¶l± o ³akociach natychmiast zapyta³.
- Samochód tam gdzie zawsze?
- Tam gdzie zawsze. Umowa stoi?
- Stoi.
Objêli siê jeszcze czule i zabrali do pracy.
- We¼ te s³odycze teraz, bo pó¼niej zapomnisz.
- Dziêkujê proszê pana.
Pan Marek pakowa³ czekolady, marcepany, proszki, wybielacze, zabielacze, odbielacze, jajka niespodzianki oraz niespodzianki jajka do toreb i skrzynek a ch³opak ci±gn±³ je do ustawionej w pobli¿u pó³ciê¿arówki. Praca nie by³a ciê¿ka, wiêc wszystko szybko i sprawnie znika³o w czelu¶ciach auta. My¶l o nagrodzie skrytej w siatce na pace samochodu dodawa³a si³ i rozgrzewa³a serce Ja¶ka. Wszyscy zbierali ju¿ swój dobytek, ¿egnali siê, ³amali op³atkiem ¿ycz±c zdrowych i spokojnych ¶wi±t, b±d¼ te¿ popijali resztki wódki i wina wznosz±c g³o¶ne toasty za pomy¶lno¶æ i wspólne spotkanie po urlopie. Kiedy ch³opak zabra³ ostatni± torbê wiedzia³ ju¿, ¿e teraz nareszcie zatopi zêby w s³odkim karmelu i czekoladzie, z których przez najbli¿sze godziny nie bêdzie móg³ uwolniæ zêbów i dzi±se³. Bieg³ tak szybko, ¿e wywróci³ siê jeszcze po drodze, jednak nawet taka pora¿ka i zwi±zane z ni± otarte rêce nie mog³y zniszczyæ tej wspania³ej chwili. Wkrótce wszystko by³o idealnie zapakowane. Gapcio wszed³ na pakê, zamkn±³ drzwi od ¶rodka i zacz±³ ³akomie konsumowaæ smako³yki. Opar³ siê o le¿±c± obok niego stertê szmat. W aucie by³o przyjemnie. Du¿o przyjemniej ni¿ na dworze. Poczu³ to dopiero teraz, gdy wiatr nie smaga³ ju¿ jego m³odych policzków. Po zjedzeniu piêciu batonów i ca³ego marcepanowego ciasta nareszcie wype³ni³ ¿o³±dek. Przyjemne ciep³o pomaga³o trawiæ setki kilokalorii, które przed chwil± spo¿y³ i magicznie osiada³o na jego powieki czyni±c je nadzwyczaj ciê¿kimi. Po nied³ugim czasie pan Marek rozsta³ siê ju¿ z kolegami i kole¿ankami i w nadziei na rych³y powrót do domu poszed³ do samochodu. Chcia³ po¿egnaæ siê z Ja¶kiem, ale nie móg³ go nigdzie znale¼æ. Nie by³ na niego z³y. Pracê wykona³ przecie¿ bardzo dobrze, a ¿e mimo m³odego wieku zawsze chadza³ swoimi ¶cie¿kami nie mia³ mu absolutnie za z³e.
Drogi by³y puste. Miasto wyludni³o siê zaledwie w godzinê wiêc mê¿czyzna dotar³ na Ogrody w nieca³e 10 minut. W oknach mieszkania ¶wieci³y ¶wiat³a ods³aniaj±c przys³oniêt± delikatnie firan±, smuk³±, przystrojon± kolorowo choinkê. Mê¿czyzna poszed³ jeszcze upewniæ siê czy tylne drzwi s± dobrze zamkniête. Cieszy³ siê, ¿e po ca³ym przed¶wi±tecznym okresie, kiedy to dba³ o to, by na sto³ach innych nie zabrak³o smako³yków sam wreszcie bêdzie móg³ odpocz±æ i zakosztowaæ tego, co tak usilnie im poleca³. Drzwi nie by³y zamkniête na zamek. By³y tylko przymkniête. Otworzy³ je i poprawi³ stoj±ce nieco krzywo skrzynki. Nagle le¿±ca obok nich sterta starych koców, swetrów, których u¿ywa³ do sprz±tania auta lekko poruszy³a siê. Pierwsze ruchy by³y bardzo nie¶mia³e wiêc odebra³ je jak przywidzenie. Jednak¿e zaraz po nich szmaty poruszy³y siê mocniej i gwa³towniej. Co¶ wyra¼nie usi³owa³o siê spod nich wygrzebaæ. Marek odskoczy³ natychmiast z g³o¶nym „O ¿esz kurwa!!!” na ustach. Po chwili ju¿ wyra¼nie wiedzia³, ¿e co¶ jest w aucie. Je¶li szczur – zabije. Strasznie siê ich brzydzi³. Chwyci³ klucz francuski z kabiny i wróci³ na pakê. Uchyli³ ostro¿nie drzwi.
- To¿ to tylko mysz, ale¶ mnie wystraszy³. – odetchn±³ z ulg±. – Ja my¶la³em, ¿e szczur i przysiêgam na Boga, ¿e masz szczê¶cie. Gdybym przyszed³ chwilê wcze¶niej dosta³by¶ kluczem po g³owie. – u¶miechn±³ siê znowu w przyjaznym ge¶cie wymachuj±c ciê¿kim narzêdziem.
Ze stosu wychyli³a siê ma³a g³owa z jeszcze bardziej ni¿ to by³o wcze¶niej nasuniêt± na twarz czap± zas³aniaj±c± zaspane spojrzenie ch³opca.
- Tak panie Marku?
- Co ty tu robisz? My¶la³em, ¿e spakowa³e¶ samochód, poszed³e¶ w koñcu po rozum do g³owy i pobieg³e¶ do domu. – mê¿czy¼nie powoli zwalnia³o bicie serca, a krew wraca³a na blad± twarz.
- Gdzie jeste¶my?
- Na Ogrodach.
Jasiek wygramoli³ siê z auta niepewnie rozgl±daj±c siê dooko³a.
- To ja ju¿ lepiej pójdê do domu proszê pana. – odezwa³ siê cicho.
- Dok±d pójdziesz? Pewnie nawet nie wiesz gdzie jeste¶. Chod¼ ze mn±. Jest ju¿ pó¼no. Zjesz z nami kolacjê a potem odwieziemy ciê do rodziców. – powiedzia³ bior±c Gapcia na rêce. – Na pewno uciesz± siê z takiego prezentu.
Kiedy weszli po schodach czeka³y ju¿ na nich otwarte drzwi, a tu¿ za nimi ca³a masa zapachów zbita w jeden niepowtarzalny aromat ¶wi±t, z których nos ch³opaka wy³apa³ grzyby, rybê i ziemniaki. ¯ona pana Marka w³a¶nie skoñczy³a nakrywaæ do sto³u wszystkie pyszno¶ci, których widok odebra³ Gapciowi dech w piersiach. Nigdy wcze¶niej nie spotka³ tylu smako³yków zgromadzonych w jednym miejscu.
- Dzieci przestañcie siê wyg³upiaæ i chod¼cie do sto³u. – pokrzykiwa³a raz po raz na dwójkê urwisów szalej±cych w przedpokoju. – Tata zaraz wróci. O, ju¿ jest! – dopowiedzia³a ³ypi±c na wpó³ otwarte drzwi wej¶ciowe.
- W sam czas kochanie. Wszystko ju¿ gotowe. O! A kto to? Przyprowadzi³e¶ go¶cia?
- To Gapcio. Znalaz³em go w jajku niespodziance. – spojrza³ na ch³opca i mrugn±³ porozumiewawczo okiem.
- Co ty znowu wygadujesz? Jaki Gapcio? W jakim jajku? Za d³ugo chyba sta³e¶ na mrozie, bo wygl±da na to, ¿e mózg ci zamarz³.
- Jasiek. – proszê pani. Jan – po dziadku. – powiedzia³ malec korzystaj±c z resztek odwagi w zupe³nie obcej sobie sytuacji, trzymaj±c mocno w rêku siatkê z niezjedzonymi jeszcze s³odyczami.
- Gapcio, Jasiek – co za ró¿nica? Opowiem ci pó¼niej. Wszystko ju¿ gotowe? Jestem g³odny jak wilk.
- Chod¼cie ju¿. Ma³y, zjesz na dodatkowym nakryciu. Czuj siê jak u siebie w domu.
Rynek Je¿ycki by³ ju¿ pusty, fa³szywi ministranci sprzedali zdobyty z ko¶cio³a op³atek, a pierwszej gwiazdy i tak nigdy nie by³o widaæ na ciemnym od chmur niebie. Nasta³ wiêc czas wigilii. Zasiedli wszyscy razem, ¶miej±c siê, ¿artuj±c, przywo³uj±c zdarzenia minionego dnia. Sprzedawca snu³ opowie¶æ jak zabra³ ma³ego pasa¿era na gapê, jak siê wystraszy³ i jak chcia³ go ut³uc kluczem francuskim - opowie¶æ przerywan± tylko donoszeniem kolejnych potraw. Rodzina sprzedawcy by³a dla ch³opca naprawdê mi³a, za wyj±tkiem mo¿e dzieci, które gapi±c siê na brudnego przybysza obawia³y siê, czy to przypadkiem nie ich tegoroczny prezent. Gapcio jednak nie odzywa³ siê. Niewiele te¿ zjad³.
- Czy wszystko w porz±dku? – pyta³a zatroskana pani Markowa – Beata, podejrzewa³ malec, bo pan Marek zwraca³ siê do niej tylko Becia.
- Tak proszê pani. – odpowiada³ nie zmieniaj±c nawet wyrazu twarzy.
W koñcu nasta³ moment, na który dzieci pana Marka czeka³y od samego pocz±tku kolacji. Kiedy wszyscy najedli siê po sam± krawêd¼ prze³yku, ruszyli do pokoju, w którym sta³a choinka tak du¿a, ¿e przed przewróceniem chroni³y j± chyba tylko ustawione wokó³ pnia sterty zawiniêtych w kolorowy papier pakunków. Gapcio nie wsta³ od sto³u, a zaprz±tniêta my¶lami o szale rozpakowywania rodzina nie zwróci³a na to uwagi. W asy¶cie dochodz±cych z drugiego pokoju odg³osów rado¶ci i wdziêczno¶ci ch³opak odsun±³ krzes³o i prze¶lizgn±³ siê niezauwa¿ony przez przedpokój. Z³apa³ za le¿±cy na szafce na buty portfel, otworzy³ go i z grubego jak ksi±¿ka pliku banknotów stuz³otowych chwyci³ jeden i schowa³ g³êboko w kieszeñ kurtki. Otworzy³ drzwi równie szybko jak je za sob± zamkn±³.
- Jasiek! Chod¼ szybko. Nie uwierzysz. Gwiazdor przyniós³ te¿ co¶ dla Ciebie. Nie jeste¶ ciekawy?
Bieg³ najszybciej jak móg³ potykaj±c siê najpierw o schody, a potem o wystaj±ce z dziurawego chodnika p³yty. Zatrzyma³ siê tylko na chwilê na stacji benzynowej. Ojcu kupi³ ¶rubokrêt. Mamie gazetê, któr± wiedzia³, ¿e lubi³a czytaæ, a której zawsze sobie odmawia³a. Resztê pieniêdzy wyda³ na dwa wielkie pluszowe zwierzaki dla Emilki i Maæka i ju¿ z torb± w rêku kontynuowa³ szaleñczy wy¶cig z czasem. Sam nie wiedz±c kiedy i jak, znalaz³ siê pod drzwiami swojego mieszkania, w starej, odrapanej, bli¼niaczo podobnej do wszystkich innych na ulicy Wawrzyniaka, bramie. Cicho uchyli³ drzwi i w¶lizn±³ siê do ¶rodka. Wsuwa³ w³a¶nie prezenty pod skromn± choinkê, kiedy na ramieniu poczu³ czyj±¶ ciê¿k± rêkê. Przemówi³ do niego g³êboki g³os.
- Gdzie by³e¶? Martwili¶my siê z mam±.
- Przepraszam tato.
- Sk±d to masz? Ukrad³e¶? – ton ojca sta³ siê znacznie surowszy, gdy spojrza³ na przyniesione przez Ja¶ka podarki.
- Dosta³em.
- Nie k³am! Ukrad³e¶!
Chwyci³ go pod ramiê, przewin±³ przez kolano i otwart± rêk± wymierzy³ seriê bolesnych klapsów. Kiedy skoñczy³ odezwa³ siê ju¿ spokojniej.
- Proszê ciê, nigdy wiêcej tego nie rób.
Podniós³ go, odsun±³ z oczu czapkê i przytuli³ mocno, ze ³zami w oczach cedz±c przez zêby.
- Kochamy ciê szkrabie.
Jasiek nie p³aka³. Z ka¿dym klapsem czu³ siê coraz lepiej. Udawa³ krzyk, by tata w koñcu przesta³, lecz w duchu ¶mia³ siê najmocniej jak potrafi³. W nierównym oddechu taty nie poczu³ alkoholu.
Nad Poznaniem znowu rozhula³ siê ¶nieg. Gêsty, lecz zwiewny lekko przykrywa³ szczê¶liwe po wigilijnej kolacji miasto. Zagl±da³ przy tym w okna – te ciemne ju¿, w których wszyscy spali i te, w których ludzie jeszcze rozmawiali, ogl±dali telewizjê, czy ¶piewali kolêdy, opatuleni ciep³ym ¶wiat³em lampek z Je¿yckiego Rynku. Zajrza³ i w te na Wawrzyniaka. Zobaczy³ szczê¶liw± rodzinê. Ojca naprawiaj±cego zepsut± od roku szafkê, mamê czytaj±c± w fotelu gazetê i bawi±ce siê dzieci z umorusanymi od czekolady buziami, z których tylko jedno nie trzyma³o zabawki. Ono ju¿ w tym roku swój prezent dosta³o. Zima p³atkami szepta³a prawie nies³yszalne s³owa.
- Dobranoc, ¶pij dobrze zmêczony Poznaniu.

© Copyright by Konrad Komorniczak

źródło:

http://www.portalliteracki.pl

Oceń informacje:

Aktualna ocena::

3

Wyślij odnośnik znajomym::

Tags:

ZIMA /> /> /> /> />¦nieg Poznañ Drobnymi ¶cieli Okrywa Pustoszy ¶rednie, Syzyfa, Nie ¶wiadomo¶æ, ¿e ¶wietnie Najwiêcej Teatralce. Bia³y ¶nie¿ny Wszystko Ospale B³yskaj±ce ¶wiat³a Nawet Choæ ¿e ¿yæ, Warcie. Zima, ³ó¿ka Nie /> ¦wiêta Bo¿ego Narodzenia ¦wiêtych Miko³ajów Pocz±tkowo Ga³±zkami ¶wierku, ¶niegiem Dzi¶, Jest Poznaniu ¿aden ¿ycia Konsekwentnie /> Szarza³o Rynek Je¿ycki ¶niegu. Nie Choæ Tylko Wiêkszo¶æ Odbywali ¿on, Jak Polacy Ormianie, />- Czy />- Jak Przyje¿d¿a ¶wiêta? Kilogram Proszê />- Oczywi¶cie. S³odziutkie Tak. Bez Proszê />- Zmarznie 40, />- Przykro Mo¿e Wiechu! Masz />- Proszê Weso³ych ¶wi±t. />- Dziêkujê Wzajemnie. />- Proszê />- Dziêkujê. />- Dziêkujê. />- Proszê />Pomimo ¿yciem. Wszêdzie ¶liwek, ¶wierku, Stragany ¿ywych, ³api±cych Wszystko ¶wiat³o ¶wi±tecznych. Lampek, ¿arówki, Wszystko Last ¶wiêta Last /> W ³okciach Sprzedawcy ¿e ¿eby ¶wi±tecznym Dlatego /> By³ Najdrobniejszy, Nie Cipa Straganiarze Gapciem ¿e Mia³ Jasiek. Jan Mia³ /> D³ugo Smutny ¶wiecie Nie Wiedzia³, ¿e Dlatego ³atwiej Ludzie />- Gapcio? Gapcio Ty? Kto Ledwo Niemiec ¶miej±c />- Tak Marku? />- Chod¼ />Jasiek Marek Tr±ci³ Czy Tego />- Wiesz />- Dlaczego />- Powiniene¶ />- Pieprzê, Pan />- Poczekaj. Powiedzia³e¶, ¿e Skoro ¿ebym />- Jasna />- Bêdê Doro¶li Nie ¿on± ¿eby¶ ¿yczysz Zgadzasz />Propozycja Gapcio ³akociach />- Samochód />- Tam Umowa />- Stoi. />Objêli />- We¼ />- Dziêkujê /> Pan Marek Praca My¶l Ja¶ka. Wszyscy ¿egnali ³amali ¿ycz±c ¶wi±t, Kiedy ¿e Bieg³ ¿e Wkrótce Gapcio ¶rodka ³akomie Opar³ Du¿o Poczu³ ¿o³±dek. Przyjemne Marek Chcia³ Ja¶kiem, Nie Pracê ¿e ¶cie¿kami /> Drogi Miasto Ogrody ¶wieci³y ¶wiat³a Mê¿czyzna Cieszy³ ¿e Drzwi By³y Otworzy³ Nagle Pierwsze Jednak¿e Co¶ Marek „O ¿esz ¿e Je¶li Strasznie Chwyci³ Uchyli³ />- To¿ ¿e Boga, ¿e Gdybym />Ze />- Tak Marku? />- My¶la³em, ¿e />- Gdzie />- Ogrodach. />Jasiek />- />- Dok±d Pewnie Chod¼ Jest Zjesz Gapcia /> Kiedy ¶wi±t, ¯ona Marka Gapciowi Nigdy />- Dzieci Tata ³ypi±c />- Wszystko Przyprowadzi³e¶ />- Gapcio. Znalaz³em />- Jaki Gapcio? ¿e />- Jasiek. Jan />- Gapcio, Jasiek Opowiem Wszystko Jestem />- Chod¼cie Ma³y, Czuj />Rynek Je¿ycki Nasta³ Zasiedli ¶miej±c ¿artuj±c, Sprzedawca Rodzina Gapcio Niewiele />- Czy Markowa Beata, Marek Becia. />- Tak /> W Marka Kiedy ¿e Gapcio Z³apa³ Otworzy³ />- Jasiek! Chod¼ Nie Gwiazdor Ciebie. Nie /> Bieg³ Zatrzyma³ Ojcu ¶rubokrêt. Mamie ¿e Resztê Emilki Maæka Sam Wawrzyniaka, Cicho ¶rodka. Wsuwa³ Przemówi³ />- Gdzie Martwili¶my />- Przepraszam />- Sk±d Ukrad³e¶? Ja¶ka />- Dosta³em. />- Nie Ukrad³e¶! />Chwyci³ Kiedy />- Proszê />Podniós³ ³zami />- Kochamy />Jasiek Udawa³ ¶mia³ /> Nad Poznaniem ¶nieg. Gêsty, Zagl±da³ ¶piewali ¶wiat³em Je¿yckiego Rynku. Zajrza³ Wawrzyniaka. Zobaczy³ Ojca Ono Zima />- Dobranoc, ¶pij Poznaniu. />© Copyright Konrad Komorniczak

Komentarze::


Dodaj komentarz

Twój podpis:
Twój komentarz
adres WWW:
Aby dodać komentarz należy wypełnić pola komentarz i podpis.
Twój komentarz zostanie wyemitowany po zatwierdzeniu jego treści przez moderatora.


Powiązane wiadomosci